Go to content

„Brzydsze córki życia”. O chorobach psychicznych, o których wciąż każe się milczeć

Co czwarta osoba w Polsce doświadcza zaburzeń psychicznych, ale większość z nich przeżywa to w ukryciu – ze wstydu, ze strachu przed odrzuceniem, z lęku przed wyśmianiem. Choroby psychiczne nadal traktujemy jak coś kompromitującego, choć są tak samo realne i biologiczne jak choroby ciała. Dlaczego łatwiej współczuć komuś z przewlekłą, chroniczną chorobą fizyczną niż komuś z depresją – i ile kosztuje nas ta społeczna zmowa milczenia?

Powszechne tajemnice

Co czwarta osoba w Polsce kryje w sobie podobną tajemnicę; brzydszą córkę życia, którą trzyma w szafie, bo wstyd się do niej przyznawać. Jako że z pewnością masz wokół siebie co najmniej cztery osoby, możesz mieć pewność, że któraś z nich znalazła się choć raz w życiu – a może wciąż się znajduje, a jeśli nie teraz, to cyklicznie – właśnie w takiej sytuacji. Wszyscy powinniśmy raczej chwalić się pięknymi i mądrymi dziećmi, które odnoszą sukcesy, a nie takimi, o których powie się “słabe”, “nieudane”, czy “nie dają rady”. Dlatego też prawdopodobnie nie będzie ci łatwo stwierdzić, kto to taki. Brzydsze córki życia mogą urodzić się każdemu, a przekonanie o tym, że potrzeba do tego dwójki brzydkich rodziców, jest błędne; niezależnie od tego, jak bardzo jesteś zdolny, piękny czy bogaty, czy jesteś z dobrej rodziny, czy też z takiej, której dobrą ludzie by nie nazwali, ta właśnie historia może stać się twoim udziałem, niezależnie od twojej woli, a w zasadzie na pewno wbrew, bo kto by chciał, by życie dało mu brzydszą córkę, tę niechcianą wychowankę, której jednak nie da się pozbyć, czasem na długo, a czasem już nigdy.
Najczęstsze brzydsze córki życia w Polsce nazywają się zaburzenia nerwicowe i lękowe; zaburzenia nastroju, jak depresja czy choroba afektywna dwubiegunowa; do tego zespół stresu pourazowego, uzależnienia, zaburzenia osobowości czy psychotyczne, jak schizofrenia. Często zdarza się tak, że w naszym życiu nie pojawia się jedna córka, ale dwie, a nawet więcej naraz. Niektóre z nich są niewyleczalne. Owszem, można je stabilizować, ale nigdy się od nas nie wyprowadzą. A że jesteśmy społeczeństwem zaradnym, twardym i nie do zdarcia, w którym owszem, można – a nawet powinno się – na wiele rzeczy narzekać, ale nie na to, że nam się nie udaje, to brzydsze córki życia zostają w domu, często niewidoczne nawet dla pozostałych domowników. Nie chcemy przecież zostać posądzeni o niedawanie rady, o wydziwianie, przesadzanie, histeryzowanie, lenistwo czy godną pogardy nieumiejętność wzięcia się w garść.
Wyobraź sobie taką analogię: nie z naszej winy mieliśmy wypadek, połamało nam nogi i nie jesteśmy w stanie chodzić. Jednakże ostatkiem sił, na maksymalnym poziomie bólu wkładamy te nogi w spodnie, zakładamy buty i podpierając się czymkolwiek usiłujemy posprzątać mieszkanie czy iść do pracy. Już nawet nie chce nam się płakać, nie czujemy niczego; cała rzeczywistość jest jak teatrzyk cieni, a my – jak jakaś marionetka poruszana ostatnimi siłami poczucia obowiązku. Jest tak źle, że myślimy już tylko o śmierci, która kojarzy nam się z ulgą, ale przecież nie powinniśmy nikogo martwić, więc nikomu o tym nie mówimy. Nie myśl sobie, że jesteśmy słabi, bo jest dokładnie na odwrót.To, że wciąż tu jesteśmy, świadczy o tym, że potrafimy przetrwać piekło, a może lepiej (lub gorzej): trwać w piekle czy też okresowo w nim mieszkać.
Według danych WHO, do 2030 depresja będzie najczęściej występującą chorobą na świecie – ze wszystkich możliwych i znanych chorób.


Brzydsza córka życia wychodzi z domu

Mimo, że w przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej “coming outów” w zakresie zaburzeń psychicznych, osoby, które się na taki krok odważają, wciąż spotykają się z hejtem. Jak może mieć depresję, skoro ma pieniądze i karierę? Na pewno chce po prostu zwrócić na siebie uwagę. Po premierze mojej pierwszej książki, “Artystka przetrwania. Życie z chorobą psychiczną” (OZO, 2022) usłyszałam: pewnie chce zarobić na swoim cierpieniu. A także: mąż powinien ją zostawić. A nawet: lepiej, żeby się zabiła. Uczestnik spotkania autorskiego w 2026, po tym, gdy pojawiła się moja kolejna, “Brzydsza córka życia” (OZO, 2025), zapytał mnie: po co mam o tym mówić, skoro grozi mi wyśmianie, odrzucenie czy napiętnowanie?
Zmowa milczenia wokół zaburzeń psychicznych oraz społeczny opór wobec coraz częstszych (na szczęście) rozmów na ten temat w przestrzeni publicznej to wyjątkowa forma przemocy. Cierpisz? To cierp, ale w milczeniu; nie chcemy o tym słuchać, czytać, wiedzieć. Można opowiadać innym o cierpieniu fizycznym, ale o psychicznym już nie należy. Gdy mąż zostaje z niepełnosprawną fizycznie żoną, jest bohaterem, ale gdy z niepełnosprawną psychicznie, staje się frajerem i niszczy sobie życie; gdy opowiadamy o depresji, szukamy atencji, a gdy o przewlekłej chorobie fizycznej, z którą walczymy – jesteśmy twardzielami i fighterami. Gdy nie daj boże przyznamy się do hospitalizacji, nagle znajdujemy się w świecie ocen społecznych, gdzie szpital szpitalowi nierówny, mimo, że różnica jest jedynie taka, że jeden specjalizuje się w chorobach nerek, a drugi w chorobach mózgu, bo przecież zaburzenia psychiczne nie są chorobami “duszy”, “umysłu” ani tym bardziej “charakteru”, tylko są tak samo biologiczne, jak pozostałe; nie ma tu żadnej magii, żadnej wielkiej tajemnicy, która uzasadniałaby inne traktowanie tych dwóch zjawisk. A jednak: społeczeństwo, jak się wydaje, woli jeden rodzaj cierpienia od drugiego, tak, jakby ten pierwszy uszlachetniał, a drugi – obrzydzał i napawał wstrętem. Wiadomość, jaka płynie z coming outów w zakresie zaburzeń psychicznych, faktycznie może budzić olbrzymi opór, brzmi bowiem tak: to może się przydarzyć każdemu, w tym i tobie. Nie ma żadnych konkretnych markerów, żadnych badań prenatalnych, które mogłyby wyłapać w 100% jakieś określone zaburzenie, nie ma żadnych cudownie ochronnych okoliczności, diet, ćwiczeń, amuletów czy zaklęć, tak jak i nikt nie jest w stanie wieść absolutnie kontrolowanego życia, w którym nigdy nie pojawi się jakiś kryzysowy “wyzwalacz”. Ten komunikat uderza w splot słoneczny bardzo skutecznie i nie dziwię się, że ludzie wolą go nie słyszeć. A że sama byłam tą ładniejszą córką życia – ze stypendiami, licznymi osiągnięciami, karierą, dyplomami, uśmiechem i kilkoma talentami w bonusie – wiem, co mówię.

Chcesz więcej takich treści?
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj najnowsze artykuły z ohme.pl.


Lot nad kukułczym gniazdem

Skoro co czwarta osoba w Polsce cierpi – przynajmniej raz w życiu – na zaburzenia psychiczne, tworzy to liczbę ponad 8 milionów obywateli. Szpitali psychiatrycznych w kraju jest niewiele ponad 60. Sześćdziesiąt szpitali. Gdzie zatem ci wszyscy wariaci, czubki i świry, psychiczni, niezrównoważeni, niebezpieczni, bo przecież nie wszyscy, najwyraźniej, gnieździmy się w specjalistycznych placówkach? Może nie jest tak, że wyglądamy i zachowujemy się jakoś wyjątkowo czy dziwacznie; może jesteśmy między zdrowymi, wśród nich, obok nich, świetnie przystosowani do tego, żeby się kamuflować nawet przed najbliższymi? Do wyczerpującego siły życiowe psychicznego cierpienia dokładamy sobie drugi, ogromny wysiłek udawania, że wszystko jest w porządku. Znam historie, w których członkowie rodziny udawali się do psychiatry w sekrecie przed pozostałymi. Historie o ukrywanych lekach. Ba, opowieści o depresji i próbach samobójczych ukrywanych przed światem, w tym wieloletnimi przyjaciółmi, tak, żeby nie było wstydu. A skoro “nie ma tematu”, to po co w ogóle iść do specjalisty, to była chwilowa słabość, a nie, czekaj, później zdarzyło się to jeszcze raz, i jeszcze raz, nawet przy dzieciach, ale przecież nie warto się leczyć, trzeba zacisnąć zęby i do przodu. Psychiczne cierpienie – ciężar nr 1. Udawanie – ciężar nr 2. I ta trzecia, wyjątkowo ciężka wisienka na torcie: poczucie absolutnego osamotnienia i tego, że nikomu nie można powiedzieć. Bo nikt mnie nie zrozumie. Ludzie się tylko zaczną martwić. Bo to ja sama nie daję rady. Bo to moja wina. Bo będzie wstyd. Bo jestem do niczego. Bo powiedzą, że przesadzam, że wydziwiam. Bo mnie wyśmieją. Bo powiedzą, że przecież nic mi nie jest. Bo powiedzą, że ten i tamten to mają gorzej, albo że może i tamci mają jakiś powód, ale ja mam takie udane życie i jestem po prostu niewdzięczna.
Ryzyko popełnienia samobójstwa przez osoby z zaburzeniami psychicznymi w Polsce jest nawet ponad 20-krotnie wyższe, niż wśród zdrowej populacji.
 

Co by było, gdyby…

… zaburzenia psychiczne były traktowane tak samo, jak choroby fizyczne?
Z jakiego powodu mówimy o „przegranej walce z rakiem” w momencie czyjejś śmierci, a nie mówimy na przykład o „przegranej walce z depresją” w momencie, gdy ktoś popełnia samobójstwo? Czym różnią się te dwa rodzaje cierpienia, które mają to samo, w efekcie, zakończenie? Co by było, gdybyśmy do chorowania psychicznego i leczenia, na przykład depresji, podchodzili tak jak do leczenia innych potencjalnie śmiertelnych chorób? Ile osób zostałoby uratowanych, gdyby choroby psychiczne były traktowane przez społeczeństwo tak samo jak te fizyczne? Chorzy nie wstydziliby się pójść do specjalisty. Mogliby podzielić się z rodziną oraz przyjaciółmi tym, co im dolega i otrzymać porządną terapię. Nie musieliby za wszelką cenę ukrywać swoich problemów w domu, w pracy, udawać, konfabulować, pudrować sińców pod oczami, uśmiechać się na siłę, tłumaczyć, dlaczego chudną albo znowu zaspali, z jakiego powodu zaniedbują swoje hobby czy wymyślać kolejnych powodów, dla których nie wychodzą z domu. Oczywiście, sam pomysł walki z chorobą krytykuję od zawsze, o czym pisałam już w Artystce Przetrwania. Teraz nawiązuję jedynie do językowych – i społecznych – porównań tych dwóch sytuacji. Jak mawiają nieocenieni internauci: ja nie walczę z chorobą – po prostu dostaję od niej regularny, koszmarny wpierdol.
Ale po co o tym mówić?
Bo jeśli powiedzenie o tym głośno sprawi, że ktoś – zamiast połknąć sto tabletek – pójdzie do lekarza, do szpitala albo rozpocznie leczenie, które go uratuje, to myślę, że jest to tego warte.
 
Dorota K. Solarska
Autorka książek “Artystka przetrwania. Życie z chorobą psychiczną.” (OZO 2022) i “Brzydsza córka życia. Eseje o chorowaniu psychicznym.”| (OZO 2025). Psycholożka, malarka i pisarka, od 12 lat choruje na zaburzenie afektywne dwubiegunowe i zaburzenia współistniejące.