Lifestyle

„Boższ, to się nie może udać” Jak utłuc w sobie Królową Katastrofę

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
14 kwietnia 2016
Fot. iStock / NinaMalyna
 

Dzień Dobry Czwartku, kocham cię. Co tam mamy zaplanowane? Znów chaos? Nie wierzę, proszę nieeeeeeee. Znów obwinianie, zadręczanie, lęki? Czwarteczku, idź że do diabła z tą samą wizją życia. Z tym chaosem, i katastroficznymi wizjami.

A gdyby tak od dziś być szczęśliwą? I po prostu mieć wywalone?

Są kobiety, których wygląd, życie i dusza zdają się mówić: „Hej, jestem Perfekcja, ogarniam wszystko, dzieci do przedszkola, i szkoły, kwiatki na balkonie, posiłki bardziej niż eko, hej jestem biuro o dziewiątej, porządek, poukładanie”.

– No ty Perfekcją nie jesteś,  jesteś królową katastrofy – mruczy przyjaciółka.

Że ja????!!!!

– No jest pewien typ kobiet, które przyciągają dramaty.

Oczy otwieram ze zdumienia

– Serio????

– Serio – mruczy z wyższością.

Bo ona jest Perfekcja. Ale kogo ona chce, na miłość boską, oszukać, przecież nie wiecznie analizującą domorosłą psycholożkę.

Typów Kobiet Katastrof jest wiele. Więc jeśli patrzycie na rozdygotaną wariatkę, która śpiesząc się do pracy wylewa kawę, gubi szalik i maluje usta w korku (wprawiając w szał innych) nie patrzcie na nią z wyższością, bo wy tak nie macie. To jeszcze nic nie znaczy.

Królowa katastrofa często chadza w przebraniu Perfekcji. Bo bardziej liczą się myśli, a nie gustowne wdzianko czy dobre maniery, które zwyczajnie nie pozwalają szamotać się po życiu.

Świat Królowej Katastrofy to świat zdarzeń niemiłych, trudnych, okropnych, pełnych grozy, które… się jeszcze nawet nie zdarzyły.  Usłyszałam kiedyś: „Królowe Katastrofy to kobiety, które z normalnych zdarzeń codziennego dnia potrafią stworzyć film grozy”.

Jak zachowuje się KK (Królowa Katastrofa), gdy mąż spóźnia się pół godziny z pracy, a jego komórka milczy. „Na pewno coś się stało” myśli. Dalej już wyobraża sobie najgorsze – on na pewno miał wypadek, okradli go, pobili. Do najgorszego dochodzi wizja konsekwencji – jakie są numery do najważniejszych szpitali? Kiedy powinnam dzwonić? Już czy za chwilę? Uff. On wpada do domu pół godziny później i biedak nawet nie wie, że ona zdążyła go prawie pochować.

KK ma tak ze wszystkim. Nieustannie się spala emocjami. Szef burknął? Jak to burknął? Ona tworzy całą wizję tego, co się wydarzy. Ktoś ze znajomych choruje na raka? Na pewno ona też zachoruje i jej bliscy również. Zwolnienia w pracy? Ależ oczywiście – wiadomo, dotkną też ją. To się nie może dobrze skończyć. To jest jej maksyma.

Królowe Katastrofy to nasze mamy, które mówią: – Jezu, bez etatu? Dziecko, a dlaczego ty jeszcze nikogo nie masz? Taki kredyt? To się nie może udać.

I tak dalej. KK. podcina skrzydła sobie i komu może przy okazji. Nie da się, to niemożliwe, za trudne. Świat jest puszką Pandory. Brr. Wibrują wkoło negatywne emocje.

Męczą się z nią inni, męczy się sama KK, bo ile można żyć w napięciu  i ciśnienie robić innym. A gdyby tak powiedzieć sobie: żegnam Cię Królowo Katastrofo, zapraszam tu człowieka racjonalnego, który do świata podchodzi lekko i bez ciśnienia.

OD DZIŚ

– to, że mąż się spóźnia znaczy tylko tyle, że się spóźnił. I co z tego? Ktoś się spóźnia, ktoś nie spóźnia, czasem tak, a czasem nie, ale żeby od razu snuć fabułę niczym z horroru?

– to, że ty się spóźniasz do pracy znaczy tylko tyle, że się do niej spóźniasz, a nie właśnie ją tracisz i nie masz jak zarobić na życie (w perspektywie)

– to, że nie dzwonią w sprawie pracy nie znaczy, że do końca świata będziesz  siedzieć w tej. Znaczy to tylko tyle, że TERAZ nikt nie dzwoni

– to, że dziecko dostało trzy sprawdzianu z matematyki znaczy tylko tyle, że dostało trzy, co można poprawić, a nie że jest tumanem, nieukiem i skończy jako pan nikt

– to że nie zdążyłaś przygotować stroju na przedstawienie dla przedszkolaka znaczy tylko tyle, że nie zdążyłaś, a nie, że jesteś matką złą i z twojego dziecka śmiać będą się wszyscy

– to, że nie upiekłaś ciasta, nie przeczytałaś książki, wciąż jesteś w „niedoczasie” nie znaczy, że jesteś kiepsko zorganizowana i twoje życie to porażka. Po prostu nie upiekłaś ciasta i nie przeczytałaś książki.

– to, że mąż grozi, że rzuci pracę to jeszcze nie znaczy, że ją rzucił. On po prostu tak mówi.

I tak dalej. Nie żyj dramatami, których nie ma.

Świat jest piękny, gdy bierzesz go na luzie.

Tak więc czwartku, dzień dobry, kocham cię. Utłukłam Królową Katastrofę, powitałam Panią Luz i Zen.


Lifestyle

„Nie poddam się, nie poddam”. Co to za durna filozofia?! A życie mija…

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
18 kwietnia 2016
„Nie poddam się, nie poddam". Co to za durna filozofia?! A życie mija...
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

Przeczytałam dziś na Facebooku wpis Olgi Paluchowskiej, znanej dietetyczki. Olga jest wzorem samokontroli i pracy nad sobą. Idealna sylwetka, od iluś lat trenuje japońskie sztuki walki. Wczoraj napisała: „Zawsze Was motywowałam, „never give up”. Ale teraz to już sama nie wiem. Trzeci start, mój pierwszy, brązowy medal. W kata kobudo byłam jedyną kobietą. Pierwsze starcie – przegrane, trzęsłam się jak galareta. Drugie wygrane. Trzecie remis (…) W dogrywce wygrałam, ale już nie o to chodzi. W tygodniu przed zawodami zrobiłam kata 130 razy, uszkodziłam nadgarstek, stres i koszt psychiczny na macie był tak wysoki, że nie wiem czy czasem nie lepiej się poddać”.

Wczoraj z kolei widziałam ludzi biegnących w półmaratonie. Obok mnie zatrzymała się dziewczyna i ze zmęczenia wymiotowała żółcią. Ale po minucie pobiegła dalej. Pomyślałam: „wow”. Podziwiałam, ale jednocześnie zastanawiałam się: dlaczego ludzie sobie to robią? Czy przekraczanie własnych granic jest tak kręcące? Myślałam o tym skąd to się bierze i gdzie jest złoty środek.

Chwilę wcześniej słyszałam historię o sześciolatkach, które trenują w rosyjskiej szkole gimnastyki artystycznej. Nauczyciele krzyczą na dziewczynki: „Ma boleć, jak nie boli to znaczy, że nie żyjesz”. Wow. Serio? Dziewczynki ileś godzin trenują bez jedzenia, często nie wychodzą nawet do łazienki, zdarza się, że załatwiają się z wysiłku na matę, bo boją się poprosić o wyjście do łazienki. Patrzę na matki tych dziewczynek i myślę: co one robią swoim dzieciom?! Zaraz po tym włącza się poczucie winy: dlaczego ja tego nie robię swojemu dziecku?? Może on straci przez to? Nie będzie silny, nie odniesie sukcesu.

– A co to jest sukces? – spytała mnie ostatnio terapeutka.

– Osiąganie celów

– Naprawdę? – spytała. – A może sukcesem jest odpoczynek? Bliscy? Picie zielonej herbaty w spokoju, bycie blisko siebie i pasanie owiec?

Zakrztusiłam się. Czy ona ZWARIOWAŁA?

– Nic nie osiągnęłam – jęczałam dalej. – A zbliżam się do czterdziestki.

– A co to znaczy coś osiągnąć?

„I ja jej płacę za te farmazony?” zezłościłam się. Ale potem wracałam do domu i pomyślałam, że żyjemy w jakiś cholernych czasach, gdzie największą wartością jest nie poddawanie się. I praca nad sobą. „Jeśli nie boli, nie jest trudno to ja nie żyję” powiedziała mi kiedyś przyjaciółka. Przez całe życie musimy pokonywać siebie, mieć otwarty umysł, gimnastykować szare komórki, znać języki, trenować sporty, piec, sprzątać, gotować, pracować. To samo wpajamy naszym dzieciom. Ku…, mam tego dość. Dziś nie wypada być po prostu sobą. Czasem średnim, czasem nie. Trzeba być najlepszym. Och nie, nie od innych, bo przecież nikt nie przyzna się, że chodzi też o rywalizację. Chodzi o pokonywanie siebie – tak pięknie to brzmi. Tylko po co POKONYWAĆ siebie. Czy ja to mój wróg, którego muszę ukatrupić?

– Co robiliście w weekend? – pyta koleżanka.

– Nic – odrzekłam.

– Nic – usłyszałam zdziwienie w głosie.

– Nic – powtórzyłam. Już z lekkim niepokojem, ale nie po to chodzę na terapię, żeby być sobą (kuriozum, co?), żebym nie była sobą.

– Aha.

– A co wy robiliście?

– Biegaliśmy, byliśmy na rowerach, w muzeum, uczyłam K. jeździć na rolkach, A. miał trening (tenis i piłka), K. była na koniach i….

Zasłabłam. Monolog trwał dalej. I tu, i tam, i tamto i siamto. Łeb pęka. I wspaniale. Skoro komuś to pasuje. My, na przykład, byliśmy na spacerze w lesie, siedzieliśmy nad jeziorem i słuchaliśmy ptaków. Mało spektakularne, przepraszam. Nie rozwijałam się w tym czasie zanadto (nie?). Poczytałam książkę, graliśmy w „planszówki”. Nuda, ziew.

Jest taka książka. „Mądre życie” Rogera Merrilla i Rebeki Merrill, amerykańskich specjalistów od rozwoju osobistego. Takie oto zdanie: „W życiu jest podobnie jak w samochodzie – nogę z gazu można zdjąć tylko wtedy, gdy zjeżdża się w dół”. I oni serio biorą za to kasę. Czy to serio znaczy, że nasza egzystencja to mozolne wspinanie się w górę?

Po kiego? Żeby potem i tak umrzeć? Certyfikaty, treningi, kursy samodoskonalenia. Nie, nie ma nic w tym złego. Generalnie. Bo nie mylmy realizowania pasji z obsesyjną zajętością.  Z mówieniem sobie: nie poddam się, będę najlepsza. A po co być najlepszym skoro to i tak niemożliwe i tylko narcyz myśli, że w ogóle może być najlepszy.

„On jest takim leniem” mówimy czasem o kimś. A może on nie jest leniem? Może rozwija się duchowo na kanapie, może siłę dają mu przeczytane książki i myśli, które przebiegną mu przez głowę? No na litość boską.

„Nieustanne doszkalanie może przerodzić się w wyniszczający styl życia”. Idzie zanim nie ulga tylko stres, nie luz tylko napięcie, brak kontaktów z bliskimi osobami. Przeciążenie destabilizuje rozwój. Śmieszne, co? No, nie do pomyślenia.

Niepoddawanie się też nie jest zawsze taką dobrą filozofią życia, bo

– tkwimy w pracy gdzie nam źle, gdzie mamy za dużo obowiązków ( nie poddam się, udowodnię, że dam radę)

– walczymy o ludzi i związki, które się skończyły ( nie poddam się przecież)

– kończymy szkoły i kursy, choć w ich trakcie rozumiemy, że to w ogóle nie dla nas ( nie poddam się przecież)

A to nie jest przypadkiem marnowanie czasu?

Kiedyś pewien psycholog powiedział mi, że samodoskonalenie się może być formą samobiczowania się. Jeśli nie lubimy siebie, nie akceptujemy, stajemy się bojowo nastawione do siebie samych. Chcemy pokazać innym, że jesteśmy fajne. Przecież im więcej potrafimy tym bardziej jesteśmy „popularne”. To niebezpieczne, bo oddala od samoświadomości. Zresztą  to nie tresura, a życie przecież.  Zyta Rudzka, w magazynie Pani napisała kiedyś: „ Moja znajoma nie mogła poradzić sobie z agresywnością syna, zapisała się więc na tai–chi. Nie po to jednak, żeby się zrelaksować i nawiązać kontakt z dzieckiem, ale żeby mieć gdzie wychodzić z domu. Przez kilka miesięcy była nieświadoma alibi, które sobie wymyśliła.

A ja bardzo lubię słowa pewnej bliskiej mi, starszej kobiety. „Chcesz biec dalej? Biegnij wolniej”.

Poddajcie się CZASEM,  to naprawdę duża ulga.


Lifestyle

Dobra żona nie flirtuje? Co za bzdura. Każda dobra flirtuje…

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 kwietnia 2016
Fot. iStock / demaerre

Moja przyjaciółka jest szczęśliwą żoną. Bardzo szczęśliwą. „Ja go tak kocham” mruczy. Potakujemy. „Jest nam tak dobrze”. Potakujemy (my jej przyjaciółki).

W naszym (ludzkim? mieszczańskim?) pojęciu żona szczęśliwa to żona przyklejona do ramienia męża, żona oddana, żona z zupą i miotłą. Żona kochanka idealna, służąca czasem, wsparcie, oparcie i tak dalej. Żona, która nie zauważa innych mężczyzn, a już na pewno się do nich nie uśmiecha.

Pierwszy raz zobaczyłam A. (tak ją nazwijmy) w akcji kilka miesięcy temu. Zresztą dlaczego ja w ogóle piszę „w akcji”? A. wyglądała jak milion dolarów (sucz), chuda, seksowna (że niby to nie idzie w parze? Tak to się pocieszają tylko grubaski) dyskutowała z pewnym mężczyzną. Uśmiech, przygryzienie warg, odgarnięcie włosów z czoła, śmiech. Boże, nie wierzyłam własnym oczom. Pan po prostu wił się i pląsał. To było co najmniej żenujące. Nie, nie ona. On.

„Co ty wyrabiasz? Uwodzisz go?” spytałam chwilę później zdruzgotana. Spojrzała na mnie oniemiała. „Uwodzę?” odrzekła zadziwiona. „Ja po prostu flirtuję” stwierdziła. „Kobieta, która flirtuje ma świat u stóp, właśnie załatwiłam kontrakt” mruknęła.

Po czym dodała ostro: spójrz ty na siebie. Wylądowałam pięć metrów pod ziemią. Bo spojrzałam.  Włos zmierzwiony, makijaż niedoskonały, trampki i szara sukienka. „Powinnam z kimś poflirtować, od razu wypiękniejesz. Pamiętasz, byłaś KIEDYŚ ładna. Bardzo ładna nawet”.

Zło, zło. Przyjaciółki to zło. Byłam kiedyś ładna. To pewne. Byłam może niechuda, ale seksowna. Szczebiotałam, uśmiechałam się, odgarniałam włosy z czoła. I zachowywałam się jak jakaś idiotka. Ale:

– pan na stacji benzynowej dawał mi rabat

– nigdy nie płaciłam mandatu

– straż miejska nie chciała mi zabrać mi samochodu (choć stawałam w miejscu same zło)

– pan w którego samochód wjechałam mówił: nie szkodzi (Boże, on naprawdę to mówił)

– potrzebowałam pięciu minut (najwyżej), żeby zainteresować kogoś tym co mam do powiedzenia

– dostawałam każdą pracę, którą chciałam

– potrafiłam poderwać każdego chłopaka, który mi się podobał

Myślałam, że to wszystko dlatego, że jestem TAKA mądra i TAKA fajna. A nie TAKA ładna

Świat kobiety flirtującej jest prosty. I w dupie mam, że to po prostu nie wypada, bo równouprawnienie i tylko debilki się szczerzą i chichoczą. Tak, ja wiem, faceci nie lubią idiotek. Flirt to jest żenada. Jesteśmy poważni. Bardzo poważni. Ale naprawdę:

W sekundę zapisywałam dziecko na kolonie,  i umawiałam się wywiad, docierałam do najbardziej trudnego nauczyciela, potrafiłam okiełznać najbardziej demonicznego szefa ( pozdrawiam ciepło).

Nie, i to żaden żart. Uśmiech blondynki potrafi zdziałać cuda. Najtwardszy facet mięknie, najbardziej groźny profesor godzi się na nową datę egzaminu.

„Nie będę zachowywać się jak idiotka” orzekłam jakiś czas temu. „Mam w końcu męża, poważne życie i kłopoty”

Założyłam szarą sukienkę, rozczochrałam się trochę, zjadłam co nieco (mniam), wywaliłam podkład i tusz, na błyszczyk nie miałam  zdrowia. „Teraz po prostu będę dojrzała” orzekłam.

I co się dzieje, moi państwo? Ależ jak to, co się dzieje?

– nie mam rabatu na stacji

– płacę mandaty

– ostatnio straż miejska chciała mi „odprowadzić” samochód,

– a pan w którego samochód wjechał powiedział: „Babo, Ty, co wyczyniasz.”. Ja???? Że to niby do mnie? Przecież ja jestem laską w przebraniu Kopciucha.

Wciąż tak samo bystra, inteligentna, tak samo dobra w łóżku i w rozmowach świetna. Czuła, wrażliwa, boska po prostu. Co tam, że w worku – sukience. Przecież jestem mężatką, a nie panną na wydaniu. Jak to? Jak to? Jak to?

A tak to, miła pani.

Weź się ogarnij. I nie walcz z całym światem. Zrzuć kilka kilogramów, załóż kieckę kolorową, kup błyszczyk. Uśmiechaj się, żartuj i odgarniaj włosy z czoła. Co kogo obchodzi, że jesteś żoną, ten pan co się uśmiecha to czyjś mąż. Dzisiejszy sposób komunikacji jest jasny. Bądź urocza, zadbana, czarująca. A świat będzie ci dany.

Dana praca, brak mandatu i uroczy sąsiad, który nie zrobi afery o źle wyrzucone śmieci.

Urodo moja, gdzie jesteś? Wyglądam cię tęsknie.