Lifestyle

20 ważnych rzeczy o miłości i życiu, które chciałabym, żeby ktoś powiedział mi jeszcze przed 30-tką. Pewnie nie popełniłabym kilku błędów

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 marca 2018
Fot. iStock/oatawa
 

Ostatnio w rozmowie ze znajomą powiedziałam: „Jeny, czemu nie mogłoby być tak, że 10 lat temu podejmując pewne decyzje, wiedziałabym to, co wiem dzisiaj”. „Na tym polega życie” – odpowiedziała. I wcale mnie tym stwierdzeniem nie pocieszyła. Mądrość życiowa przychodzi do nas wraz z wiekiem, bo oparta jest na naszych własnych doświadczeniach. Im więcej doświadczysz, tym będziesz mądrzejszy. Dopisałabym – pod warunkiem, że wyciągniesz słuszne wnioski.

Gdybym tak jednak mogła cofnąć czas, chciałabym, żeby ktoś powiedział mi tych kilka rzeczy jeszcze przed 30-tką.

1. Nawet jeśli wydaje ci się, że twoje serce zostało złamane – przeżyjesz to, staniesz na nogi i pokochasz na nowo. To może nie stać się jutro czy za tydzień, a nawet za rok. Ale uwierz, na pewno się w końcu wydarzy.

2. Nie ma nic złego w tym, że zauważyłaś rzeczy, które czyniły cię naprawdę szczęśliwą, kiedy ktoś bliski cię opuszcza lub odchodzi. Pielęgnuj wspomnienia i za nie bądź wdzięczna.

3. Spotkasz ludzi, którzy kompletnie nie będą cię rozumieć. To nie czyni ich złymi ludźmi, nie każdy potrafi wczuć się w sytuację drugiej osoby.

4. Spotkasz ludzi, którzy będą próbowali ci wmówić, że jesteś kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. Nie pozwól im na to, ważne, żebyś zawsze postępowała w zgodzie ze sobą.

5. Jeśli czujesz, że relacja z drugą osobą jest dla ciebie mało komfortowa, wycofaj się, masz do tego prawo.

6. Naprawdę warto pić dużo wody każdego dnia, twoja skóra ci się za to w przyszłości odwdzięczy.

7. To co inni myślą o tobie, nie jest twoją sprawą. To nie twój problem i nie musisz tracić energii, żeby kogoś przekonywać, że jest w błędzie.

8. Nikt nie zasługuje na nikogo. Twój związek będzie lepszy, jeśli zrozumiesz, że nikt nie jest niczyją własnością i nie ma prawa do drugiego człowieka.

9. Nie jest twoim obowiązkiem udowadnianie ludziom, że się mylą. Czasami jedyne, co możesz zrobić, to wyrazić swoją opinię i odejść.

10. Inwestowanie w takie rzeczy, jak pielęgnacja skóry czy włosów czy kupowanie sobie ulubionych ciuchów nie sprawia, że jesteś materialistą. Możesz wydawać pieniądze na to, co ci się podoba, co sprawia, że jesteś szczęśliwa.

11. Nigdy nie zapominaj o swoich marzeniach. Być może na pewnym etapie życia wydadzą ci się błahe lub nieosiągalne, ale wracaj do nich, jeśli ci na nich naprawdę zależy. Przyjdzie czas, kiedy je zrealizujesz.

12. Jeśli robisz coś, do czego nie przyznałabyś się swojemu przyjacielowi – po prostu tego nie rób.

13. Brak odpowiedzi też jest odpowiedzią. I to potężną. Pamiętaj o tym.

14. Nie musisz światu mówić wszystkiego. Masz prawo pewne rzeczy zachować tylko dla siebie. I to jest w porządku.

15. Intencje są ważne. Jeśli próbujesz osiągnąć cel, który jest dla ciebie ważny, nie pytaj siebie jak to zrobić, tylko dlaczego.

16. Jeśli coś ci się nie uda – w porządku. Zawsze możesz jeszcze raz spróbować jutro.

17. Nic jesteś winna ludziom, od których nic nie dostałaś.

18. Możesz ignorować tych, którzy przypominają sobie o tobie, gdy czegoś chcą lub gdy dla nich jest to wygodne. Nie jesteś emocjonalnym śmietnikiem. Masz pełne prawo odciąć się od takich relacji.

19. Ufaj swojej intuicji, słuchaj tego, co ci podpowiada, ona z pewnością nie wywiedzie cię na manowce.

20. Nie myśl, że wszystko wiesz, życie nie raz cię zaskoczy.


Lifestyle

Komplementy są fantastyczne! Nauczmy się w końcu je przyjmować

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
7 marca 2018
Fot. iStock / izusek
 

– Świetnie ci w tej sukience!

– Daj spokój, stara z szafy wyciągnięta…

Albo

– WOW, ekstra ci w tej fryzurze!

– E tam, musiałam obciąć, bo już się nic z tymi moimi włosami zrobić nie dało…

Znacie to? Komplementy, największa zmora kobiet bez względu na pochodzenie, szerokość geograficzną. Okazuje się, że aż 50% z nas nie potrafi ich przyjmować,  tak wskazują badania przeprowadzone przez Firmę Mary Kay. Dlaczego tak się dzieje? Otóż komplement z samej swojej definicji powinien nas mile łechtać i sprawiać przyjemność, tymczasem nierzadko naszą pierwszą reakcją (z której często nie zdajemy sobie świadomie sprawy) jest strach, że za chwilę ktoś, kto mówi mam miłe rzeczy, zmieni zdanie, bo zauważy, że jednak w tej kiecce wcale tak dobrze nie wyglądamy, że włosy są jednak kiepsko ścięte…

Gosia-Ohme-awatar-SG-100pxMałgorzata Ohme, psycholog
„Co druga kobieta, kiedy słyszy: „Świetnie wyglądasz w tej sukience”, najchętniej schowałyby się pod ziemię, a przynajmniej udała, że to jej nie dotyczy. Dlaczego? Kobiety mają ogromny problem z przyjmowaniem komplementów, co potwierdziły badania Mary Kay na potrzeby kampanii społecznej Beauty of Confidence. Nie jesteśmy przyzwyczajone do tego, że ktoś mówi o nas dobrze, że wzbudzamy w kimś podziw. 50% kobiet nie potrafi przyjmować komplementów, nie wie, jak się zachować w momencie, gdy słyszy pozytywne komentarze na swój temat. Nie dotyczy to jedynie Polek, a wynika to z kultury, tradycji i przekonań, w jakich zostałyśmy wychowane. Warto, by kobiety nauczyły się przyjmowania komplementów, ale nie w sztuczny sposób, stosując wyuczone reakcje i odpowiedzi. Dlatego na początek należy zacząć przyjmować komplementy od… samej siebie”.

linia 2px

 

Alternatywą dla strachu jest nieufność: „No tak, mówi mi to, co chcę usłyszeć, bo pewnie czegoś ode mnie chce” (seksu, pieniędzy, pomocy – do wyboru). I jak w takiej sytuacji polubić komplementy, skoro same podważamy ich wiarygodność? Podkopujemy ich słuszność, nawet wtedy, gdy mówione są uczciwie?

I jasne, możemy teraz przejść wszystkie ścieżki wiedzy ucząc się, jak przyjmować komplementy, co odpowiedzieć, dlaczego i jak się zachować. Możemy, ale czy miałoby sens sztuczne wyuczanie się formułek? Dlatego nim zaczniemy obmyślać plan, jak najlepiej zareagować na komplement chcąc uchodzić za dojrzałą i świadomą siebie kobietę, powinniśmy zacząć od jednej podstawowej, najważniejszej rzeczy. Wiecie, dlaczego mamy problem z komplementami? Bo nie szanujemy samych siebie, nie traktujemy siebie jako godnych podziwu, więc nie wierzymy w to, że ktoś inny może nas w ten sposób postrzegać.

Gosia-Ohme-awatar-SG-100pxMałgorzata Ohme, psycholog
Każda kobieta powinna odpowiedzieć sobie na pytanie: „Dlaczego nie mogę myśleć o sobie dobrze?”. Możemy, a nawet musimy zacząć dostrzegać w sobie pozytywy, bo to, że one są, tylko głęboko ukryte przed wpojoną skromnością, nie ulega wątpliwości. Nauczmy się najpierw przyjmować komplement od siebie, a wówczas zaczniemy być wdzięczne za komplementy od innych i nie będziemy doszukiwać się w nich żadnego ukrytego kontekstu, czy fałszu.linia 2px

 

Właśnie dlatego komplementy są dla nas niewygodne. Spędzamy długie godziny prowadząc wewnętrzny dialog, kiedy mówimy sobie, że jesteśmy niewystarczająco dobre. Znacie to? Stajcie rano przed lustrem i jakie myśli przewijają się w waszej głowie?

– Muszę schudnąć, jestem za gruba.

– Matko, jakie obrzydliwe mam te uda.

– Te sińce pod oczami – masakra.

– Nienawidzę swojego brzucha.

– Dlaczego mam takie wielkie stopy?!?

– Ramiona jak u kulturystyki, i co ja mam założyć?

– Te moje włosy to jakiś koszmar!

Każda z nas mogłaby dołożyć po kilka swoich przykładów, prawda? A teraz pomyśl, jak byś się poczuła, gdybym ci powiedziała: „Hej, jaką piękną jesteś kobietą!”. Niezręcznie? Dziwnie? Byłabyś lekko przestraszona, bo bałabyś się, że z ciebie drwię? Dlaczego? Bo ty nie myślisz dobrze o sobie. Gdybyśmy komplementowały same siebie, byłybyśmy bardziej skłonne do przyjmowania komplementów, które sprawiałyby nam autentyczną przyjemność.

Pamiętam, jak przyjaciółka opowiadała mi o rozmowie z pewną psycholog, która powiedziała: „Powiedz coś miłego, o moim wyglądzie”. Na co ona odpowiedziała: „Masz piękne oczy”. Wtedy usłyszała: „Widzisz, to co ty w sobie lubisz, to oczy. Jesteś gotowa przyjąć ode mnie: „Dziękuję, ty też masz piękne oczy” i wiesz, że to będzie prawda, bo tak o sobie myślisz”. Warte zastanowienia, prawda?

Mam znajomą, która nigdy nie reaguje na komplementy. Jest piękną kobietą, ale kiedy mówię jej: „Cudownie wyglądasz w tej sukience”, zawsze pomniejsza moje słowa, że stara sukienka, że daj spokój, że setny raz ma ją na sobie. Ale naprawdę wygląda świetnie. Dlaczego nie jest w stanie przyjąć komplementu? Bo sama o sobie nie myśli, że dobrze wygląda.

Więc może zamiast uczyć się przyjmowania komplementów od innych, zacznijmy je same sobie prawić. Zdaję sobie sprawę, że najprostsze ćwiczenia są najtrudniejsze, ale gdyby tak postawić sobie małe wyzwanie. Każdego dnia, przez trzydzieści dni mówić sobie, stojąc przed lustrem, coś miłego. Zacząć od zwykłego „Lubię się” i uśmiechnąć się do siebie. „Mam piękny uśmiech”, „Mam cudowne zmarszczki właśnie od tego, że się śmieję i cieszę się, że je mam”. I tak dalej. Przestańmy prowadzić negatywną narrację, skupioną na tym, co w nas niefajne, ale skupmy się na tym, co dobre, co pozytywne. Może na początku być nam trudno się do tego dokopać, ale uwierzcie, z czasem będzie przychodzić to do nas coraz łatwiej. Trzeba tylko dać sobie szansę na spojrzenie na siebie w dobrym świetle. I nie bójcie się myśleć o sobie dobrze, to nie jest pycha, to nie jest narcyzm. To jest najprawdziwsza prawda o was samych, o tym co w was piękne. A jeśli tego się nauczymy, to nauczymy się także dziękować za komplementy, które dostajemy od innych. W „dziękuję” będzie się wówczas mieścić uznanie dla naszej indywidualności.

Myśląc o komplementach zwróciłam uwagę na jeszcze jedną rzecz. Zauważcie, jak kobiety kobietom rzadko mówią coś miłego, zwłaszcza o ich wyglądzie. Pamiętajcie, że drugi człowiek jest zawsze odbiciem nas samych, jest naszym lustrem, które mówi wszystko o nas. Jeśli nie jesteśmy gotowe powiedzieć komplementu przyjaciółce, koleżance z pracy, pani ze sklepu, to znaczy, że nie potrafimy sobie powiedzieć czegoś miłego. Zaakceptujmy siebie, zmieńmy to, co możemy zmienić, jeśli jest w nas taka potrzeba, ale przestańmy co rano torpedować siebie negatywnymi myślami na swój temat.

Popatrz – jesteś piękna, jesteś mądra, silna, może masz piękne oczy, a może cudowne usta. Może świetny gust, a może genialne nogi. Może całkiem dobrze myślisz o swojej pupie, a może podkreślasz swój dekolt. Każda z nas jest godna podziwu. Każda. Tylko najpierw pozwólmy sobie podziwiać siebie, a wówczas przyjmowanie komplementów okaże się zupełnie proste i naturalne. Zapamiętajcie ten moment, kiedy pierwszy raz szczerze, z podziwem powiecie komplement drugiej kobiecie… To będzie znak, że pokochałyście siebie.

Mary Kay udowadnia, że powiedzenie nawet najprostszego komplementu drugiej osobie jest jak transakcja wiązana – ty czujesz się lepiej, a ona odzyskuje pewność siebie. Zobaczcie same!

#BeautyOfConfidence, to więcej niż akcja, to zachęta do podjęcia prawdziwego działania!

Misją Mary Kay od zawsze było wzbogacanie życia kobiet i pomaganie im w stawaniu się coraz silniejszymi. Kampania #BeautyOfConfidence sprawi, że gdy usłyszymy komplement już nie opuścimy głowy, nie spowijemy się rumieńcem wstydu czy też nie zaczniemy zaciekle zaprzeczać. Od teraz chwila, w której usłyszymy miłe słowo będzie momentem, w którym poczujemy się dobrze, wiedząc, że usłyszałyśmy je słusznie! A rumieniec, który pojawi się na naszych policzkach będzie jedynie kwestią świetnego kosmetyku! To właśnie dlatego kobiety tak cenią sobie osobisty kontakt z Konsultantkami Kosmetycznymi Mary Kay. Dzięki nim zyskują nie tylko kosmetyki doskonale dobrane do potrzeb swojej skóry, dostają także porcję pewności siebie i powód do uśmiechu.


Lifestyle

„Dziecko musi mieć ojca” – mówiłam terapeutce. Bałam się zostać sama. A co, jeśli on miał rację i naprawdę byłam nikim?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 marca 2018
Fot. iStock/LucidSurf

A miało być tak pięknie. Fajna para. Oboje z tego samego miasta. On był starszy, szybko wyjechał z domu do szkoły z internatem. Ale w pewne wakacje spotkaliśmy się na imprezie u wspólnych znajomych. Od razu zaiskrzyło. Taki wydawał się odpowiedzialny, zrównoważony.

„Ty ku*wo, może byś posprzątała”

Usłyszałam, kiedy pewnego dnia wrócił z delegacji. Nie było go tydzień. Ja z małym dzieckiem. Janek miał wtedy cztery miesiące. Samiutka jak palec w obcym mieście, bo za nim wyjechałam. Dostał pracę, musiałam decydować, czy związek na odległość czy budujemy coś naprawdę razem. Wtedy postawił mnie pod ścianą. Właściwie nie miałam wyboru, ale chyba też nie chciałam go mieć, chciałam być z nim, myślałam: „Jakoś się ułoży”. I się ułożyło, dostałam świetną pracę, szybko awansowałam. Ale, kiedy urodziłam… byłam zupełnie sama. Znikąd pomocy. Były mrozy, zimno jak diabli. Trudno mi nawet było wyjść zrobić zakupy. Starałam się jak mogłam, ale bywało, że sytuacja mnie przerastała. W międzyczasie zmarła moja mama… Byłam sama jak palec. Ta świadomość mnie dobijała. Czekałam na niego, chciałam, żeby mi pomógł. Żebym mogła się wykąpać, ubrać i jak człowiek wyjść sama po zakupy. Myślałam, że zwariuję.

To wtedy usłyszałam: „Ty ku*wo, może byś posprzątała?”. Myślałam, że się przesłyszałam. Zdążył wejść, ogarnąć wzrokiem mieszkanie. W zlewie stały naczynia ze śniadania… To wszystko. Ale to jemu już przeszkadzało. Już było za dużo. „O co ci chodzi?” – spytałam. Wzdrygnął ramionami. Wziął piwo z lodówki i usiadł przez telewizorem. Nawet Janka nie wziął na ręce…

„Dobrze, że zmarło, po co mu taka matka”

Żyjesz od dobrych chwil do kolejnych dobrych. Wszystko to, co dzieje się pomiędzy, nie istnieje. Jakbyś skamieniała i wszystko, co ciebie rani, dotyka, co krzywdzi, nie docierało. Trafiało na silny opór wyparcia. Pracuję w dużej korporacji. Zarządzam zespołem ludzi. Szybko wróciłam do pracy. Przeliczyłam, że stać mnie będzie na nianię dla Janka, poza tym firma dawała mi korzystne warunki. Jeden dzień w tygodniu pracy w domu, a jak chciałam to nawet dwa. Kiedy tęskno mi było za synkiem, korzystałam z tej możliwości.

On nie był szczęśliwy. „Co to za matka, co nie zajmuje się dzieckiem” – słyszałam, kiedy wracał do domu, a ja stawałam na głowie, żeby wszystko ogarnąć. Z wywieszonym językiem jechałam z pracy, robiłam, zakupy, ciepłą kolację, bawiłam się z małym. Kąpałam. Czytałam bajki i usypiałam… On tego nawet nie widział, bo wracał do domu, kiedy Janek już właściwie spał. W weekendy też nic go nie obchodziło. Najgorsze, że dopiero teraz to widzę. Byłam w amoku. Nadskakiwałam mu. Gotowałam obiady, organizowałam wyjście do kina, na koncert. W ogóle nie widziałam tego, co się dzieje ze mną w tym związku. Ja – pewna siebie kobieta, zawodowo mocno stojąca na ziemi, przy nim stawałam się nikim. Służącą, która ze wszystkich sił starała się mu dogodzić nie dostając nic w zamian.

Druga ciąża. Bałam się bardzo, nie wiedziałam jak to będzie. Janek miał trzy lata. My się coraz częściej kłóciliśmy. Właściwie chyba o wszystko. O to, że zostawiłam klocki na podłodze, że syn będzie takim samym syfiarzem, jak ja. Że nie odstawiłam kubka po kawie do zlewu, że kupiłam sobie beznadziejną sukienkę… Głównie on mówił.

Ciąża. Pomyślałam, że zdarzyła się po coś. Że może dać nam drugą szansę. Poroniłam w osiemnastym tygodniu… Już czułam ruchy. I nagle krwotok. Nie wiadomo skąd, brak medycznych uzasadnień. W szpitalu, gdy przyszedł, usłyszałam: „Dobrze, że zmarło, po co mu taka matka?”. Te słowa do dzisiaj dźwięczą mi w głowie. Nie umiem ich wymazać. Chciałam krzyczeć, wyć na cały głos. Wbić mu nóż w plecy. Pierwszy raz pomyślałam wtedy: „Nienawidzę cię”.

„Dla mnie jesteś nikim”

Dostał propozycję pracy w innym mieście. Nie chciałam się już przenosić nie byłam gotowa znowu stawiać całego swojego świata na głowie. Miałam świetną pracę. Janek chodził do przedszkola. Potrzebowałam spokoju, a nie ciągłych zmian. Ustaliliśmy, że będzie dojeżdżającym mężem, a później to się zobaczy. Kiedy go nie było, czułam spokój. W piątek od rana narastał niepokój. W pracy nie mogłam się skupić. Nieustannie myślałam, czy buty są równo ustawione, czy wszystko poprałam, pochowałam po szafach, myślałam o tym, żeby Janek pospał w przedszkolu i nie był marudzący. W pracy śmiali się ze mnie, że pierwszy raz widzą kogoś, kto stresuje się weekendem, zamiast się z niego cieszyć. Rzeczywiście w poniedziałek zjawiałam się odprężona i z uśmiechem na twarzy.

Nie zdawałam sobie sprawy, jak to było widoczne. Aż w pracy pojawił się nowy kolega. Oprowadzałam go po firmie, poznawałam ze wszystkimi. Miałam mu pomóc się wdrożyć. Szybko złapaliśmy kontakt. Fajny. Po tygodniu zaprosił mnie na drinka – w ramach podziękowania. Poprosiłam nianię, żeby odebrała Janka i została z nim dłużej, bo mam służbową kolację. Nie chciałam z nim iść do łóżka. Nawet przez myśl mi to nie przeszło. Był uroczy, zabawny. Czułam się przy nim swobodnie. Rozstał się z narzeczoną trzy miesiące przez ślubem: „Dotarło do mnie, że to nie jest to, nie byłem w stanie wyobrazić sobie życia z nią” – tłumaczył z rozbrajającą szczerością. „Szkoda, że do mnie to nie dotarło” – rzuciłam. Nie musiał pytać. Wylało się ze mnie. Nie wierzyłam w to, co mówiłam. Jakby długo skrywane emocje nagle postanowiły pokazać się światu.

„Poniża mnie. Budzi w nocy, żebym umyła podłogę, kiedy zasnę z synkiem. Jemu wszystko się należy, ja dla niego jestem nikim. Co z tego, że zarabiam, że jestem finansowo niezależna… Kiedyś spytał, ilu w pracy dałam dupy, że tak mi się dobrze układa”. Przerwałam w pół zdania nagle rozumiejąc, co się dzieje ze mną, z moim życiem. Nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Nie było komu. Mama nie żyła, tacie się nie zwierzałam. Siostra za granicą miała swoje problemy, a ja jakoś odsunęłam się już dawno od przyjaciółek. Płakałam jedynie wieczorami w poduszkę… Zwłaszcza po tym, kiedy się kochaliśmy, bo tylko wtedy on potrafił być czuły, nie chciałam, żeby to się kończyło.

Minęły kolejne cztery lata. Janek poszedł do szkoły. Ja przeszłam ciężką depresję. Pewnie sama bym tego nie zauważyła, ale koleżanka z pracy zaczęła się martwić. Terapia. Na pierwszej sesji tylko płakałam, na kolejnej też. Jedyne, co czułam to strach przed zbliżającym się weekendem. Moje całe ciało się buntowało. „Dziecko musi mieć ojca” – mówiłam terapeutce. „Nie poradzę sobie bez niego” – powtarzałam długo. Krok po kroku, bardzo powoli otwierałam się. To było trudne. Obwiniałam się za śmierć mamy, zostawiłam ją, pojechałam za miłością. Może chciałam całemu światu udowodnić, że było warto? Pozwalałam się poniżać, zagryzałam zęby, bo przecież były też dobre chwile, kiedy tylko ja starałam się bardziej. „Może to przez to, że spędzamy ze sobą tylko weekendy” – próbowałam go tłumaczyć i siebie, że tak długo w tym tkwiłam.

Bałam się zostać sama. Paraliżował mnie strach przez samotną przyszłością. A co, jeśli naprawdę nie jestem nic warta, jeśli bez niego nic nie znaczę, jeśli on ma rację, że głupi ma tylko szczęście, które kiedyś się skończy?

Po roku byłam gotowa na zmiany. Separacja. Nie był zaskoczony. Nie walczył. „Mogę żyć bez ciebie” – powiedział, ale już mnie to nie ukuło. Dwa lata temu się rozwiedliśmy. Nie ma kontaktu z Jankiem. Co miesiąc przelewa alimenty, to jedyne do czego czuje się zobowiązany. A ja? Buduję swój spokój. Cieszę się na weekendy. W końcu odpoczywam. Spotykam się z kimś od kilku tygodni. Ale czas pokaże, jak będzie. Wiem jedno – niezwykle łatwo jest wpaść w kleszcze toksycznego związku. I przez wiele lat nie zdawać sobie nawet sprawy, że w takim się utknęło, że nas wyniszcza maksymalnie.

Dlaczego to opowiadam? Żeby każda z was rozejrzała się dokładnie. Zrobiła rachunek sumienia – czy z tym facetem jest mi dobrze, czy jestem bezpieczna, czy czuję się kochana, a nie wykorzystywana. To nie jest łatwe, wiem. Ale pomyśl, czy chcesz, żeby tak właśnie wyglądało twoje życie?


wysłuchała Ewa Raczyńska 

 


Zobacz także

Sprawdź, na jakim etapie swojego życia się znajdujesz [QUIZ]

Sprawdź na jakim etapie swojego życia się znajdujesz [QUIZ]

Bo na babach to nie da się polegać

„Bo na babach to nie da się polegać”. Zimna miłość, zimny wychów, matki, córki, mocarzowe, hejterki

Jak olejować włosy - krok po kroku

Olejowanie włosów? Od dzisiaj tak!