Lifestyle Psychologia

10 powodów, dla których warto cieszyć się z dzisiaj!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 października 2015
For. iStock
 

Smęciłam, nudziłam, marudziłam. Ech, niby nie, mi przynajmniej wydawało się, że nie, ale potem ktoś mi bliski powiedział, że lubię tak wytarzać się w życiowej zgrozie. Taaa, to byłam ja kiedyś. Teraz dziękuję, do widzenia. Bo gdyby tak policzyć te dni, w których użalamy się nad sobą. Znajdujemy minusy swojego życia. Brr. Mogłyby wyjść z tego nawet lata. Lata młodości, najfajniejszego czasu. Po co tak wszystko marnować.

Poniżej – MOJA– subiektywna lista powodów, żeby cieszyć się z dzisiaj. Paulo Coelho by się nie powstydził. Nie lubię go, więc trochę mi smutno, że uderzam w jego tony. No cóż, wolę jednak tak niż leżeć w swojej grozie. Męczyć innych energią frustry. Już wolę sobie napisać te – banalne – powody do radości. Powiesić na lodówce, położyć gdzieś w widocznym miejscu. Ot, na wszelki wypadek, gdybym zapomniała.

1. Dziś rano było lepsze niż wczoraj wieczór. Tak mnie ktoś wczoraj zezłościł, że myślałam, że dziś rano rozniosę świat. A tu proszę….Obudziłam się zadowolona. Rację mają więc ci, którzy mawiają, że poranek jest zawsze bardziej zdystansowany niż wieczór.

2. Jednak żyłam. Hmm, niby oczywiste. Ale kilka dni temu słyszałam, że pewna trzydziestolatka umarła we śnie. Pękł jej tętniak. Przepraszam, naprawdę się cieszę, że nią nie jestem.

3. W moim domu toczyło się rano życie. Koty, zwariowany pies, dziecko biegające i krzyczące: „Gdzie są moje skarpetki, a gdzie bluzka,  a gdzie?” Uff. Z drugiej strony to przecież piękne, że ktoś czegoś ode mnie chce. No i że mam zwierzęta. Nie wiem, jak ludzie mogą nie mieć zwierząt– toż to pozytywna energia w czystej postaci.

Ale załóżmy – gdybym była samotna, nie miała czworonogów, bo bym ich nie znosiła – też bym się cieszyła. Ech, luksus wypicia kawy w spokoju, muzyka, kąpiel. I błogosławiona cisza. Tak, samotność bywa cudowna.

4. Jednak wciąż miałam przyjaciół. Choć jestem upierdliwa, nerwowa i  tak dalej. Przyjaciół ma większość z nas, prawda? Dlatego więc się nie cieszyć, że oni istnieją? Szczególnie, gdy piszą „jak się czujesz?”

5. Wypiłam kawę. Nie ma życia bez dobrej kawy ranka. Banał, jasne, ale niech któryś kawosz obudzi się rano i zobaczy, że w pudełeczku nie ma nawet ziarenka. Grozunia.

6. Spotkałam panią, która sprząta na naszym osiedlu.  Prawie każdego dnia jest dla mnie małą lekcją: spokoju, radości życia, pokory i klasy. Ma tak dobrą energię, że mogłaby ją rozdawać wszystkim frustratom, którzy obiektywnie ( choć w sumie licho wie, co to znaczy obiektywnie) mają lepiej od niej. Na pewno każdy z nas ma, wśród ludzi z którymi kontaktuje się na co dzień, taką osobę Energię.  Niezły to cud, prawda?

7. Porozmawiałam z własną matką. Niby normalna sprawa, ale czy ja wiem? Matki mogłabym nie mieć. Albo mieć beznadziejną, taką, że nie byłoby z nią o czym rozmawiać. U mnie radość z rozmowy z mamą, u was niekoniecznie. Ale przecież ktoś w rodzinie fajny jest na pewno. Albo wróć do przyjaciółek. Chodzi o rozmowę z życzliwą, kochaną osobą.

8. Pobiegałam z psem, mam to szczęście, że mieszkam na osiedlu, które znajduje się w samym środku lasu. Ech…. Złości mnie ta Ewa Chodakowska czasem, ale jednak trzeba jej przyznać jedno– ruch to raj dla frustratów.

Inni nie mają lasu, ale mają parki, siłownie, fitnessy. Mają w końcu Ewę na You Tubie.  Mało w ludziach smutku, gdy mają dużo sportu.

9. Zrozumiałam, że jestem wolna. Żyję jak chcę, bo dążyłam do tego wiele lat. Ale załóżmy: gdybym pracowała w korporacji– to też bym się cieszyła, bo jednak to etat, stałe pieniądze, stali ludzie i rytm tak czasem nam potrzebny. Gdybym nie miała pracy, cieszyłabym się marzeniami, że w końcu ją znajdę. No nikt nie jest wiecznie na dnie. Gdzie nie spojrzeć tam fajnie;-)

10. Jak wszystkie wyżej punkty są do bani, nic nie działa– zawsze mamy siebie. To jest niezły powód do radości. Moja mama powtarza: „Każdy nowy dzień jest początkiem reszty twojego życia”. No, mama to już leci Coelho po bandzie, ale z drugiej strony tak lubię tę jej frazę. Jest taka obiecująca, optymistyczna, nawet jeśli wczoraj zrobiliśmy najgłupsze rzeczy w swoim życiu. Czyż nie?

Uff, trochę zmęczyłam się tą radością. Praca nad sobą bywa męcząca. Wolę jednak tak niż te intelektualne smęty dookoła do których sama mam tendencje. A kysz!


P.S: Z dedykacją m.in dla Pauli, która dziś na naszym redakcyjnym Facebooku napisała, że nostalgia i chce jej się wyć.


Lifestyle Psychologia

Zdradzić czy nie, odejść czy zostać? Stały związek też jest wyborem

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
15 października 2015
Fot. Pixabay / NGDPhotoworks / CC0 Public Domain
 

– Po co komu ślub? – prycha moja młodsza kuzynka.

– Nikomu po nic – stwierdzam krótko. Do szału doprowadzają mnie dyskusje na ten temat. Brać ślub, nie brać, związek ma szansę przetrwać, nie ma. Papierek psuje, naprawia. Aaaaa, ratunku, pomocy.  Kuzynka niech sobie myśli, co chce. Niech każdy sobie myśli, co chce? Czy miłość i związek to jest matematyka? Jedna stała? Jedna prawda? Aaaa. Nie jest.

Kocham też wszystkie moje koleżanki i ich opinie na temat małżeństwa. Szczególnie mojego. Wiadomo. „Powinnaś się rozwieść”, mówi koleżanka singielka. „Powinnaś walczyć o stałość”, mówi druga, ta po rozwodzie. Hmm, o ile sobie przypominam kilka lat temu, gdy sama się rozstawała, głośno krzyczała: „Życie jest jedno. Żyj!” Bardzo już jestem tym zmęczona – dlatego jakiś czas temu w ogóle przestałam radzić innym w sprawach dotyczących miłości. Przestałam słuchać (przepraszam wszystkie moje przyjaciółki oraz kobiety, które życzą mi dobrze), przestałam analizować cudze związki, wydawać opinie. „Och, ci są idealni. Daję im prawo do bycia razem”, „Nie, ci to dramat, koszmar koszmarów. Rozstanie poproszę od zaraz”. Nawet upojona dużą ilością alkoholu milczę. Milczenie jest święte – jak zawsze powtarza Mężczyzna Mojego Życia. Nie słuchajcie żadnych rad (no dobra za wielu) dotyczących miłości. Mądra przyjaciółka tylko was pyta. I słucha. A to wy same znajdujecie odpowiedź… nawet najbardziej szaloną z możliwych.

Ale tak cichutko, wieczorami przecież coś sobie myślę. O małżeństwie, stałości i jej braku. Bez krzyku: „nieeeee”  i bez „achów”, że to jedyne słuszne i prawdziwe. Żadna skrajna opinia nie jest prawdziwa – obiecuję. Bo dłuższy związek to naprawdę niezły lot….

WSZYSTKIE ZA

– ten moment, gdy ktoś, kogo kochasz, ci się oświadcza. Mówi, że tylko ty i na zawsze. A potem… drżą mu ręce, te kilka godzin przed ślubem i potem. Macie tę wymarzoną uroczystość, ty sukienkę i czujesz, że świat jest twój. Te parę momentów unoszenia się nad ziemią. Kochacie się na plaży nad ranem i ten seks jest USANKCJONOWANY. Taki krótki moment, gdy masz w życiu wszystko – i pożądanie, i stałość. Pewność i odlot. Rzadkie.

– budowanie domu. „Hej, wyobrażam sobie, jak kiedyś pijemy tu kawę”, mówi ona podziwiając mieszkanie na poddaszu.  Stan zero. Ale kupują to mieszkanie, pal licho, że kredyt. I  „wyobrażam” staję się „mam”.  Pachnie kawą.

– dziecko. Dla szczęśliwej mężatki są rzeczy pewne. Dziecko jest chciane, ciąża wymarzona, poród – w jakimś sensie – wspólny. Gdy ona zamyka oczy i wspomina poród, pamięta też miłość. Bo on ją łapał za rękę, gdy udawała, że nie boli i śmiała się do położnych: „halo, jest luz, mogę rodzić milion razy”. Bo powiedział szczerze: No sorry, nie wzrusza mnie ten poród. Bo był zmęczony. Bo poszedł. Ale pewność w miłości, to zgoda na odchodzenie. Gdy on cię naprawdę kocha– nigdy się nie boisz.

– dramaty. I poczucie, że z kimś je dzielisz. Bo jemu umiera tata, bo to i tamto. Bo twój choruje. Albo na odwrót. Albo mama. W dramatach poznaje się miłość. Gdy cierpisz z powodu straty i ktoś zostaje. Gdy odpowiada milion razy na to samo pytanie. Niezależnie od tego jak cierpisz. I jak żałosna jesteś, mało idealna. Albo on cierpi z powodu straty i ty wiesz – nie można się za wiele odzywać, trzeba być. Nawet, gdy to być oznacza rzeczy trudne. Czuwanie nad trumną w nocy, monologi  męczące, złe sny.

– zwyczajność.  Dzielisz ją z kimś, kłócicie się o rachunki, porządki, zasady. O rzeczy w lodówce, o dywan, o wodę – dobra ta czy inna. Pal licho o co. Kłócicie się o gówna. Ale on nigdy w złości nie mówi: „to koniec”. Bardziej mówi: „rozumiem”.

– seks. Bo on zna cię jak nikt, bo kocha, przebacza, bo macie do siebie kod. Choćby w łóżku. Choćby przez dziesięć minut.

– zrozumienie. Znasz rytm jego słów, wszystkie poglądy. Ta mina oznacza to, tamta co innego. Jakby to nie było obce – jest jego. Ty uczysz się rozumieć. I słuchać.

WSZYSTKIE PRZECIW

Widzicie, ich chyba nie ma. To nieprawda, że nie można mieć kochanka, że kończy się wolność, że rezygnacja. Człowiek zawsze dąży do wolności. Niestety. Wybiera. Prędzej czy później większość z nas dobrze, część z nas stanie przed wyborem: „zdradzić czy nie”, „odejść czy zostać”. I niezależnie od tego, jaką decyzję podejmiemy, poniesiemy jej konsekwencje.

Piękną rzecz powiedziała mi kilka lat temu pewna terapeutka. Siedziałam przed nią rozwalona na milion kawałków, w histerii słowa: „czuję”. Odpowiedziała:

„Hej, spójrz na mnie… Nie czujesz – decydujesz. Życie to nie teatr, nie wiatr, nie żywioł. To decyzja. I wybór”.

Stały związek też jest wyborem. Wybierz dobrze:)


Lifestyle Psychologia

„Przepraszam, chcę się rozstać”. Dlaczego nie potrafimy uszanować przeszłości?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
12 października 2015
rozstać się
Fot. iStock

Rozstać się. Nie lubię się rozstawać. Nie lubię rozczarowywać ludźmi. Nie lubię bliskości, która zamienia się w obojętność, szacunku przemieniającego w pogardę. Nie lubię takich sytuacji i w życiu osobistym, i w pracy.

Niestety, większość z nas popełnia przy rozstaniach miliony błędów. Ucieka, zaczyna nie lubić, znika. Czasem ciężko mieć nawet tę –oczywiście pseudo –  wiedzę psychologiczną (uśmiech w stronę osoby, z którą niedawno w pewien sposób się rozstałam), która pozwala ci choć w miarę rozumieć te mechanizmy. Również, o zgrozo, w sobie.

Jakiś czas temu nie pożegnałam się z kimś, z kim byłam związana zawodowo.

– Przykro mi – powiedział ten ktoś.

– Wiesz, ja chyba wolę uciec – odpowiedziałam.

Wtedy pomyślałam, że to jest temat na tekst. Nie o tym jak przeżyć rozstanie, jak się rozstać, jak sobie z nim poradzić, tylko jak zrobić to bez uciekania, złości.  Chodzi o to, żeby uszanować, że coś kiedyś, choć przez chwilę, było ważne. Tak mało osób to potrafi.

ICH znałam jeszcze w liceum. Z nią się przyjaźniłam, on był starszy, odpowiedzialny, czuły. Dużo niepotrzebnych przymiotników określających jaki był fajny. Byłam na ich ślubie, oni byli na moim.  Nierozłączni. Potem straciliśmy kontakt na wiele lat. Ostatnio, przez fejsa, z nią się odnalazłyśmy. Opowiadała o rozwodzie. Przestraszyłam się. Czy ludzie potrafią aż tak się zmienić? Ich małżeństwo psuło się wiele lat. W  końcu on ją tak pobił, że trafiła do szpitala, miała złamany nos. Opowiadała mi sceny jak z amerykańskiego dramatu. A ja zastanawiam się: „Jak to w ogóle możliwe. Przecież tak ją kochał, mają dwoje dzieci”.

Strach kochać po takich historiach.

JE też znam długo. Zawsze koleżanki, wspólna praca, wiedziały o sobie tyle rzeczy. Potem jakiś konflikt. Dziś jedna mówi: „No, ja do Tamtej nic nie mam, ale to jednak wredna sucz”. Druga: „Ależ szanuję to, co między nami, ale wiesz, ona kompletnie zwariowała…”. Poznaję szczegóły relacji, tajemnice jednej, drugiej.

Strach się przyjaźnić po takich historiach.

No i ONI młodsi. Krótkie zakochanie. On taki zauroczony, ona trochę też. On potem mówi: „Jesteś mi  taka bliska, chcę żebyś zawsze była”. Potem znika. Bez słowa.

Strach wierzyć jakiemukolwiek mężczyźnie po takich historiach.

Czy chodzi o to, żeby w ogóle się nie rozstawać? Tkwić w czymś, choć nie chcemy? Ależ nie. Ale żeby rozstając się uszanować przeszłość i czyjeś uczucia – już tak.

Ktoś mi kiedyś opowiadał o swoim rozstaniu. Opowiedział: „No i wiesz, spotkałem się z nią, powiedziałem, że to koniec, ale  myślałem tylko o tym, żeby iść biegać. Obiecałem, że zadzwonię, zjemy kolację, jeszcze pogadamy”.

„Zadzwoniłeś?”, spytałam. „No co ty”, odpowiedział lekko. Potem zrozumiałam, że to jest jego scenariusz życia tego Ktosia. Obiecywanie, niedotrzymywanie. Rozstać się, teoretycznie z klasą. Bo bez awantury i nienawiści. Tak naprawdę tak samo słabe.

Nie ma chyba morału tej historii, bo sama – pewnie – nie wiem jak się rozstawać.

Ale rozmawiałam dzisiaj z bardzo mi bliską osobą. Leży w szpitalu. Leży już wiele dni, więc sporo analizuje.

– Wiesz o czym myślę najwięcej – powiedziała TA osoba.

– No o czym? – spytałam.

– Z iloma ludźmi się rozstałem w życiu, z iloma pokłóciłem, ilu znienawidziłem, ilu porzuciłem bez myślenia o ich emocjach.

– No i?

– No i to jednak słabe jest. Bo potem, na koniec życia, rozumiesz, że oni wszyscy są częścią ciebie i do niemal każdego chcesz zadzwonić, pogadać.

– Aha – odpowiedziałam.

I obiecuje, TA osoba nie jest sentymentalna. Nie prowadzi pseudo psychologicznych analiz. 😉  Może nie czekajmy więc na choroby, szpital, momenty ostateczne? Szanujmy osoby, z którymi byliśmy blisko. Którym zaufaliśmy. Jakkolwiek. Kiedykolwiek. Gdziekolwiek.