Go to content

„Nie przywoź dziecku ciężarówki wewnętrznego gruzu”. O ojcach, którzy chcą kochać lepiej

Fot. istock/svetikd

Współczesnemu ojcu coraz trudniej ukryć się za rolą: żywiciela, autorytetu, głowy rodziny, człowieka od zasad. Dzieci – zwłaszcza córki – nie potrzebują już tylko ojca silnego. Potrzebują ojca obecnego. Takiego, który potrafi kochać nie tylko w czynach, ale też w słowach, czułości i rozmowie.

Jest takie zdanie w książce Piotra Pietuchy i Poli Pietuchy-Gretkowskiej „Jak córka z ojcem. Rozmowy o miłości i związkach”, które zostaje w głowie na długo:

„Nie przywozisz ze sobą ciężarówki wewnętrznego gruzu i nie zasypujesz nim partnera”.

Chcesz więcej takich treści?
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj najnowsze artykuły z ohme.pl.

Można je przeczytać jako zdanie o związku. Ale można też usłyszeć w nim coś znacznie szerszego – opowieść o ojcostwie. Bo ojciec także przychodzi do dziecka ze swoją historią. Z własnym dzieciństwem, z lękiem, ze wstydem, z tym, czego sam nie dostał. Z milczeniem swojego ojca. Z twardością, której go nauczono. Z przekonaniem, że mężczyzna ma „dać radę”, „nie przesadzać”, „nie rozklejać się”, „trzymać pion”. I czasem ten ojciec naprawdę kocha. Bardzo. Tylko nie umie tej miłości pokazać tak, żeby dziecko mogło ją poczuć.

Ojciec też przychodzi z własną historią

Ojciec nie zaczyna ojcostwa od zera. Wnosi do niego wszystko, co sam przeżył. Sposób, w jaki był kochany albo niekochany. To, czy ktoś go słuchał. Czy mógł być słaby. Czy wolno mu było płakać. Czy musiał szybko stać się „mężczyzną”, zanim zdążył być dzieckiem. Ten „wewnętrzny gruz” to właśnie nieprzepracowany bagaż: lęki, kompleksy, stare rany, poczucie niewystarczalności, wstyd, milczenie, chłód, krytyka. Wszystko to, czego człowiek w sobie nie rozpoznał, a potem nieświadomie wnosi w relacje.

Zamiast czułości daje kontrolę. Zamiast rozmowy – rady. Zamiast uznania – wymagania. Zamiast bliskości – troskę schowaną pod zdaniem: „Ja tylko chcę dla ciebie dobrze”. A dziecko, szczególnie córka, przez lata próbuje zrozumieć, czy to była miłość, czy ocena. Czy to była ochrona, czy brak zaufania. Czy ojciec był obecny, czy tylko fizycznie dostępny.

Nie każda troska jest bliskością

Ojciec jest pierwszą ważną lekcją miłości. Nie zawsze wprost. Czasem przez ton głosu. Przez spojrzenie. Przez to, czy słuchał. Czy zauważał. Czy potrafił powiedzieć: „Jestem z ciebie dumny”. Czy umiał przeprosić. Czy jego bliskość była bezpieczna, czy trzeba było na nią zasłużyć. W książce Pietuchy ojciec nie występuje jako nieomylny nauczyciel życia. Nie wygłasza kazań. Rozmawia. Czasem tłumaczy, czasem się odsłania, czasem przyznaje do niepewności. Dlatego ta książka jest tak ważna w rozmowie o współczesnym ojcostwie. Bo pokazuje ojca, który nie musi już wszystkiego wiedzieć. Ale chce być w kontakcie.

A to być może największe wyzwanie dzisiejszych ojców: przestać udawać, że bliskość odbiera męskość. Przez pokolenia chłopców uczono, że czułość jest podejrzana, wrażliwość niemęska, a rozmowa o uczuciach zbędna albo śmieszna. Wielu mężczyzn dorastało w świecie, w którym ojciec był od zasad, matka od emocji. Ojciec miał zarabiać, decydować, wymagać, czasem karać. Nie zawsze miał przytulać, rozmawiać, pytać: „Co czujesz?”. A przecież dziecko potrzebuje nie tylko struktury. Potrzebuje też miękkiego miejsca w ojcu.

Miłość, którą dziecko naprawdę czuje

Nie chodzi o ojca idealnego. Taki nie istnieje. Chodzi o ojca, który ma odwagę zobaczyć, co niesie. Jakie lęki przekazuje dalej. Jaką krytykę powtarza po własnych rodzicach. Jaką ciszą karze. Jakim dystansem się broni. Jakim „ja wiem lepiej” przykrywa bezradność.

Bo nierozpoznany ból rzadko znika sam. Najczęściej zmienia formę. Staje się nadmierną kontrolą. Chłodem. Wybuchowością. Wiecznym niezadowoleniem. Nieumiejętnością chwalenia. Albo nieobecnością, która wygląda jak praca, zmęczenie, telefon, sprawy do załatwienia. Ojciec, który nie rozpozna własnego bólu, może niechcący przekazać go dalej – nie słowami, ale tonem, milczeniem, krytyką albo kontrolą. Dlatego tak potrzebujemy dziś nowej rozmowy o ojcach. Nie oskarżającej. Nie rozliczeniowej. Raczej czułej i prawdziwej. Takiej, która pozwala zobaczyć, że za wieloma twardymi ojcami stoją chłopcy, którym też kiedyś nie wolno było płakać. Którym nikt nie powiedział, że można być silnym i delikatnym jednocześnie. Że można prowadzić dziecko przez życie nie tylko wymaganiem, ale też obecnością.

Książka, która otwiera rozmowę

„Jak córka z ojcem. Rozmowy o miłości i związkach” to książka, którą warto czytać nie tylko jako rozmowę o relacjach partnerskich. To także subtelna opowieść o tym, co dzieje się między pokoleniami. O tym, jak bardzo córki noszą w sobie ojców. Jak wybierają później miłość, bliskość, mężczyzn, bezpieczeństwo – często przez pryzmat tego pierwszego męskiego spojrzenia. To dobra książka dla córek, które chcą lepiej zrozumieć swoje wybory. Dla ojców, którzy chcą być bliżej, ale nie zawsze wiedzą jak. I dla wszystkich, którzy czują, że w rodzinnych relacjach najważniejsze rzeczy często nie zostały wypowiedziane.

Bo może współczesne ojcostwo zaczyna się właśnie tam, gdzie kończy się rola. Tam, gdzie ojciec przestaje tylko „wiedzieć lepiej”, a zaczyna naprawdę słuchać. I może najważniejsze pytanie nie brzmi: „Czy byłem dobrym ojcem?”. Może brzmi: „Czy moje dziecko czuło przy mnie, że jest kochane?”.

Udostępnij