„Każdy dzień przypomina dzień świstaka”. Portret Wyrodnej Matki

Poli Ann
Poli Ann
9 lutego 2019
wyrodna matka
Fot. iStock / ArtMarie – wyrodna matka
 

Rozejrzałam się po sali. Wszyscy już byli. Wychowawczyni naszych dzieci przywitała nas serdecznie. I wyszła na chwilę, bo zapomniała czegoś skserować. Bardzo ją lubię. Jest taka uśmiechnięta, mówi szybko i gestykuluje. O dzieciakach opowiada z przejęciem. Ona naprawdę się wszystkim przejmuje, że Staś miał ospę, Zosia wolno pisze, a Kacperek biega na przerwie. Podziwiam ją, bo ja w domu z trójką dzieci czasami fiksuję.

Adrian właśnie rozpoczął naukę w liceum i się poważnie zakochał. A bliźniaczki są w pierwszej klasie i bardzo przeżywają swoje duże tornistry, i piórniki z milionem kredek, pisaków, i pachnących gumek. Ja pracuję zawodowo i każdy dzień przypomina dzień świstaka.

Rano nikt nie chce wstać, potem wszyscy jednocześnie lecą do łazienki, a na śniadanie każdy życzy sobie coś innego. Gdy całą gromadę już nakarmię i ogarnę to wpadamy do auta. Co rano trąbię na wszystkie niedorajdy, które jadą sobie 50 na godzinę tam, gdzie można 80. No jak takiego luksusu jak czas nie posiadam. Nawet moje osobiste dzieci wiedzą, że za kierownicą staję się madką, która i mięsem rzucić potrafi. Młodego podrzucam na przystanek, a dziewczynki oczywiście zaprowadzam do szkoły i o matko święta, nie niosę im tornistrów. Wielkie one i owszem, ale wszystkiego nosić nie muszą. No wyrodna matka.

Kanapki mają zrobione przeze mnie i do tego bidon z wodą. Nie daję im w pośpiechu 5 zł na drożdżówkę i soczek w sklepiku, bo policzyłam i najzwyczajniej w świecie szkoda mi kasy. Bułka z wodą wychodzi taniej. I zdrowiej, tak na marginesie.

Jak odstawię dziewczynki, pędzę do pracy. Lubię ją i tylko dlatego zasuwam na drugi koniec miasta. Po 16 znów jestem w mojej strzale i czasem zgarniam młodego po drodze albo od razu jadę po bliźniaczki. Jak mam szczęście to wpół do piątej już po nie jestem. I o zgrozo, jadę do domu. Czasem drobne zakupy, a potem azymut na dom. Po prostu. Jestem tak do szpiku wyrodną matką, że nie wożę ich na basen, dodatkowy angielski, hiszpański i chiński, tańce, szachy, robotykę, plastykę, gitarę, balet, tenis czy ceramikę. Marzę by pojechać do domu, dać im obiad, ułożyć z nimi puzzle lub pograć w grę. Gdy chwilę się bawią ogarniam dom i gotuję obiad na kolejny dzień albo oglądam jakiś durny odmóżdżający serial. Potem kąpiel, czytam im bajkę na dobranoc. Wieczorem rozmawiam z synem. Wiem co u niego się dzieje. Że ma super anglistkę i nie lubi matematyka. Że Wojtek zapowiada się na fajnego kumpla, a Zuzia, ta Zuzia, w której się zadurzył jest bardzo nieśmiała.

Jestem tak bardzo wyrodną matką, że dwa razy w tygodniu to młody czyta dziewczynkom bajkę, a ja katuję się Chodakowską. W sumie to ona mnie. 🙂

W sobotę zaś, gdy faktycznie jedyny raz w tygodniu bliźniaczki chodzą na zajęcia dodatkowe, rytmikę (sic!), a Adrian na korepetycje z angielskiego (chce zdawać rozszerzenie), ja lecę na basen albo zumbę. Taką jestem egoistką. A jak wspomnę fakt, że męża wywaliłam z domu po tym jak wywaliłam oczy ze zdumienia przeglądając przypadkiem jego fejsa, bo się nie wylogował, to będę musiała chodzić kanałami. Bo chłopa w cztery litery kopnęłam, rozwód wzięłam i choć wyłam po nocach, to dałam radę. Wyrodna jestem, bo przecież nie dbam o wszechstronny rozwój moich pociech i mam czelność myśleć o sobie. I jak mój eks w co drugi weekend bierze dzieci to ja po zakupach pędzę albo do fryzjera albo na trening, albo zapraszam 3 sprawdzone przyjaciółki na sabat.
Latorośle moje zadowolone, integrują się z ojcem, a ja ładuję baterie na kolejny szalony tydzień.

Pociech moich osobistych nie wyręczam. Każdy ma w domu jakieś obowiązki, a ja potrafię zamknąć się w sypialni, gdy potrzebuję chwili spokoju. Inaczej bym zagryzła.

Nie rozpieszczam ich, bo życie to nie bajka i nie wmawiam im, że są idealne. Oczywiście, że w moich oczach takie są, ale nie mówię im tego na każdym kroku, dając cukierka i głaszcząc po głowie, gdy nabroiły, bo nie chcę by były zadufanymi w sobie bufonami. Staram się, by były normalnymi ludźmi. Ale przekonuję się ostatnio, że słowo „normalny ” jest szalenie względne.

Siedzę więc na tej wywiadówce i oczom, i uszom nie wierzę. Matki odstawione jak na pokaz mody. Ja w dżinsach i białej koszuli wyglądam skromnie. Nie mam z tym problemu. Serio. Lubię prostotę i wygodę. Siadam z boku i obserwuję jak zaczyna się rozmowa między rodzicami, jeszcze bez wychowawczyni.

Czy to dobra decyzja z tą szkołą, bo ta wychowawczyni młoda, niedoświadczona pewnie i czasem podniesie głos, więc dzieci zaraz traumy dostaną.

Potem zaczęło się na dobre, już przy wychowawczyni.

A ta pani od angielskiego coś mało wymaga. Piosenki tylko z nimi przerabia. No nie wysila się kobieta, nie wysila. Przecież oni nic nie będą umieć. Zaległości im się porobią.

A na obiad ostatnio były kotlety i Neli nie smakowały to pewnie nieświeże. I surówka z marchwi. Cholera wie czy myta ta marchewka była. Na pewno nieekologiczna.

Wf’u stanowczo za mało mają. Dzieci tyle ruchu potrzebują, powinni codziennie mieć.

I tu nastąpiły jakże żwawe negocjacje, że przed lekcjami to nie, bo się zmęczą, a po lekcjach to znów każdy ma zajęcia dodatkowe, to też nie pasuje.

Następnie padło pytanie, które sprawiło że chyba wyglądałam jak idiotka, bo aż rozdziawiłam buzię i bynajmniej nie od za dużej ilości botoksu w ustach, lecz po prostu ze zdziwienia.

Kiedy pani zacznie przygotowywać dzieci do kangurka matematycznego.

Że jak? Kangur, w pierwszej klasie???? Nie za szybko?

Ano tak, żeby dzieciom ułatwić start w przyszłość, przyzwyczaić do rywalizacji, bo przecież life is brutal.

Okej, jest brutalne. Sama nie trzymam bliźniaczek pod kloszem, ale żeby chować dzieci, a raczej hodować jak szczury do korpowyścigu? Na to żem nie wpadła.

A pytania pani z pierwszej ławki, takiej aktywnej (pani rzecz jasna) dawno nie spotkałam, ponownie wprawiły mnie w osłupienie. Już drugiego jak nie trzeciego stopnia.

Czy jej Inez może poprawić 4+ z religii, bo nie daj Boże czwórkę będzie miała na półrocze!

Czy pani Marta (wychowawczyni) może podawać zagadnienia na testy, żeby z dziećmi w domu szybciej przerabiać materiał? (Jezu ja w liceum u syna na to nie wpadłam!!!!)
I dlaczego jej Inez siedzi nie dość że sama, to jeszcze w pierwszej ławce?! Dziecko jest zestresowane, nie nawiąże przyjaźni i popadnie w jakąś depresję. (A ja nawet nie wiem czy bliźniaczki siedzą razem…)

Ach i byłaby zapomniała, czy może stosować Pani w pracy metody bardziej behawioralne dla dobra dzieci? Poproszona przez wychowawczynię mama niejakiej Inez o skonkretyzowanie pytania nie podjęła dalej tematu. Ucięła tylko, że to pani Marta powinna chyba wiedzieć.

Pytań podobnego kroju było więcej, ale ja się wyłączyłam, bo już nie mogłam słuchać tego trajkotu.

No wyrodna jestem jak nic, bo nie walczę dla moich dzieci o dodatkowe materiały, lepszą jakość nauczania i o jak najmniej stresu w życiu. Medal mi za to dadzą albo dzieciaki zabiorą, bo się nimi nie zajmuję chyba wystarczająco. I mam czelność jeszcze mówić na głos o własnych potrzebach i je zaspokajać co gorsza.

Wróciłam zatem do domu. Zrobiłam dzieciakom naleśniki na kolację i pozwoliłam tym razem posmarować je nutellą. Niech mają trochę słodyczy, skoro w szkole takie traumy przeżywają.
Dziś Adrian czyta dziewczynkom bajkę, więc ja egoistycznie bardzo się dobiłam jeszcze kilerem Chodakowskiej. Szybki prysznic i zasnęłam od razu, by nazajutrz ponownie przeżywać dzień świstaka, nie stając się mniej wyrodną matką. Co gorsza, zapisałam się na godzinny masaż i wysłałam jeszcze wychowawczyni sms z gratulacjami, że tak dzielnie daje radę. Z rodzicami oczywiście…


„Szybko zaczęła oszukiwać. Potrafiła chować jedzenie w kieszeniach albo ukradkiem wypluć do rękawa”. Aneta i jej anoreksja – Portrety

Poli Ann
Poli Ann
9 lutego 2019
Fot. iStock / OcusFocus
 

Dziewczyna jakich tysiące. Pulchna jako nastolatka. Nieśmiała. Małomówna. Wrażliwa. Usłyszała kiedyś, że ma tyłek jak hipopotam. Zabolało. Z dnia na dzień zaczęła ćwiczyć. Trochę w domu. Ograniczyła słodycze i pieczywo. Waga szybko ruszyła. Po dwóch miesiącach widać było różnicę. Wszyscy chwalili. Nawet ten, co na korytarzu w szkole nazwał ją hipopotamem, zdawał się inaczej na nią patrzeć.

Rodzice chwalili za samozaparcie. Pielęgniarka w szkole też, bo w końcu miała prawidłowe BMI. Łyknęła haczyk. Treningi codziennie. Dieta coraz bardziej okrojona. Z 55 kg przy 170 cm, spadła do 48. Była bledsza nieco, ale w końcu wbiła się w dżinsy najchudszej dziewczyny w klasie. Jaka była dumna, a zazdrość innych – bezcenna!

Mama zaczęła się martwić. Namawiała do jedzenia, robiła kanapki do szkoły. Prosiła o skrócenie treningów. Ale było za późno. Aneta zmotywowana przez świetne wyniki, postanowiła kontynuować dietę i ćwiczenia. Odstawiła praktycznie wszystko. Do picia woda tylko niegazowana i gorzka herbata. Owoce (poza bananami, awokado i winogronami) i warzywa. Z pieczywa tylko chleb chrupki. Żadnych serów, jajek. Jogurty odtłuszczone. Mięso tylko z indyka. Z czasem nawet ono było za tłuste.

Szybko zaczęła oszukiwać. Potrafiła chować jedzenie w kieszeniach albo trzymać w buzi i ukradkiem wypluć do rękawa. Jadła tylko zimne potrawy i brała tylko zimne prysznice zmuszając organizm do wykorzystania jak największej ilości kalorii. Biegała codziennie. 10 km. Deszcz, śnieg, wiatr. Nieważne. Plan musiał być wykonany. Rodzice długo pracowali. Była sama w domu. Starszy brat studiował w innym mieście. Zaczęła odczuwać permanentny chłód. Zniknęła jej miesiączka, a na ciele pojawiło się gęstsze owłosienie. Włosy wypadały garściami. Pod oczami pojawiły się sińce. Dziąsła krwawiły. Kości prześwitywały przez skórę. Zimą świetnie to ukrywała. Latem było trudniej. Ważyła 40 kg i już nie umiała zatrzymać tej machiny. Anoreksja ją opętała. Nie pozwalała jeść ani nawet pić. Wytykała najmniejsze błędy. Zmieniała w odbicie w lustrze. Fałszowała je, bo Aneta wciąż widziała tłuściocha, a nie żywy szkielet.

Wychowawczyni w szkole podjęła działania. Spotkanie z psychologiem, rozmowa z rodzicami. Najbardziej zawiodły koleżanki. Najpierw kibicowały, potem całkowicie się odsunęły.

Tylko Przemek Hipopotam, który sam zasłużył na taką ksywkę, stale był obok. Zaprowadził do łazienki, gdy było jej słabo. Zadzwonił po rodziców, kiedy zemdlała. Czuł się współodpowiedzialny, a poza tym naprawdę ją lubił. Odwiedzał w domu, bo Aneta doprowadziwszy się do wagi 35 kg karmiona była przez sondę i nie była w stanie przychodzić do szkoły. Przychodził codziennie. Mówił, co się działo na lekcjach. Dopingował.

Dziś Aneta waży 45 kg. Musiała powtarzać klasę. Fizycznie czuje się nieźle. Psychicznie jest labilna. Dużo czasu minie zanim całkowicie wyzdrowieje. Potrzebuje terapii z samoakceptacji i nauki jedzenia. Jeśli chce być matką, musi odbudować wyniszczony organizm. Wie, że musi przytyć. Jeszcze się boi dodatkowych kilogramów. Jest jak alkoholik. Żyje na cenzurowanym, bo bestia Ana czeka. Mama Anety zmieniła pracę. Pracuje zdalnie z domu, by być zawsze obok. Wyrzuca sobie, że tak późno zareagowała. Że nie zadbała u córki o pewność siebie. Z mężem ma przez to kryzys. Obwiniają się wzajemnie. Kłócą. Każdy z nich ma inny pomysł na pomoc córce. Jeszcze muszą dużo się nauczyć.

Na anoreksję choruje cała rodzina. A ona jak kostucha czeka na najmniejszy błąd, by zawładnąć chorą ponownie. Zniszczyć ją doszczętnie. By ta znów się głodziła, karała za zjedzenie czegokolwiek, katowała ćwiczeniami, nienawidziła samą siebie. By zabijała kobiecość, jakiekolwiek łaknienie i surowo ganiła za brak kontroli.

Anetą ma silną broń, choć jeszcze o tym nie wie. Ma rodziców, pragnących pomóc i jego, tego Hipopotama, przez którego wszystko się zaczęło.  Tego, który swoją obecnością będzie ją wyrywał z łap choroby i na nowo bardzo powoli nauczy być pewną siebie.