Przecież rodzisz się i umierasz sam. Czy potrzebny nam dziś drugi człowiek?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 lutego 2016
Rozstać się
Fot. iStock/mediaphotos

Człowiek potrzebny coraz mniej. Tak się dziś dzieje, że wiele rzeczy możemy już sami. Żyć, kochać, mieć. Dążymy do samowystarczalności, którą rozumiemy jako niezależność. „Nie muszę już z tobą być, mogę tylko chcieć”- powtarzamy skądinąd słusznie. Chwalimy się, że ogarniamy coraz więcej, że doba rozciąga się jak guma balonowa (można?), a dzieci wychowujemy w duchu niczym nie ograniczonej wolności. Człowiek rodzi się sam i umiera sam. Reszta to tylko przyjemny dodatek, kwiatek u kapelusza.

Negując tę biologiczną niemal potrzebę bycia z kimś, tracimy motywację do starań. Skoro można samemu, po co więc znosić niewygodę płynącą z dzielenia się z drugim. Znoszenia jego punktów widzenia niekoniecznie zbieżnych z naszymi, upierdliwych nawyków, braków racji, chrapania. W imię czego te zgniłe kompromisy? Nie chce nam się też dbać o przyjaźnie. Dziś ludzie są wszędzie, zamiast rozhisteryzowanej przyjaciółki jeszcze z podstawówki, znajdziesz kogoś miłego na forum. Zaprosisz nieznajomego o łagodnym wyrazie twarzy do grona na FB. Ludzie są pod ręką jak towar na półce. W ostatecznym rozrachunku jakość nie ma znaczenia.

Mój przyjaciel mówi „Nie rozumiesz. W chwili śmierci nikt nie jest w stanie ci pomóc. Zostajesz sam ze swoim strachem i niewiedzą. Cóż z tego, że cię ktoś za rękę potrzyma?”. A mi się wydaje, że być trzymanym za rękę, bać się i umierać, to więcej niż tylko bać się i umierać. Może się jednak mylę.

Czytam wywiad z prof. Szawarskim, bioetykiem o umieraniu. W rozmowie z Agnieszką Kublik opowiada o byciu świadkiem śmierci samotnej sąsiadki, która od kilkunastu lat leżała z amputowaną nogą przykuta do łóżka, a pomoc jej ograniczała się do czynności fizjologicznych, podstawowych. Bez obecności drugiego człowieka to było tylko wegetacją. Ksiądz Tischner napisał kiedyś „Nieważne jak, ważne jest z kim się umiera”.

Po co o tym? Bo myślę od wczoraj o samotności. O tym, że człowiek swoim umysłem jest w stanie oszukać tu na ziemi prawie każdą swoją samotność. Może ją przepić, może jej zapłacić, może schować się sprytnie za kogoś lub za coś. Mamy niezwykłą zdolność do tworzenia iluzji i życia w nich. Znam wiele kobiet, którym intuicyjna prawda przez wiele lat mówi, że nie są kochane, są zdradzane, żyją same – i co z tego? Lęk przed samotnością jest ważniejszy niż kłamstwo. I znów, nieważne kim on jest- ważne, że jest. Człowiek.

Nie dziwne więc, że tak się cieszymy, gdy nagle okazuje się, że można samemu. Samej. Odzyskując swoje półki, lepszą stronę łóżka, przestrzeń – radzimy sobie świetnie. Lata tego komfortu płyną, a ty zadajesz sobie pytanie, po co miałabym to zmieniać na jakąś miłość? W imię czego? Roku euforii i lat trudu? E tam, nie chce mi się. Przeciągasz się na swoim łożu 2/2 metry i nie myślisz o przyszłości. Starzenie, choroby i śmierć nas nie dotyczą. Z naszych łóżek wyziera młodość, gdzieniegdzie smagana zmarszczkami od nadmiaru śmiechu.

Ksiądz Jan Kaczkowski był wyjątkowym człowiekiem od umierania – choć brzmi to może dziwnie. Facetem, który w swojej Drodze Krzyżowej mówi „Złożony w ramionach matki… to także pytanie o przyjaźń. Czy potrafimy w największych opresjach zaufać komuś na tyle, by się oddać bezpiecznie w jego ramiona jak dziecko? Wtedy, gdy już nie mamy czego udawać albo co budować, gdy jesteśmy zwiotczali, bo nie mamy siły. Czy będę umiał oddać się komuś w tak wielkim zaufaniu?”

I tu chyba dotykał on sedna relacji z drugim człowiekiem, jego najintymniejszej części, wartości niepodważalnej. Żyć z kimś tak blisko, by mu na koniec zawierzyć. Zawierzyć w momentach kryzysu, zawierzać mu w codzienności. Ufać, jak ufa się matce, gdy jest się małym i bezbronnym. Gdy w jej oczach ogląda się świat, który już nigdy potem nie jawi się jako tak bezpieczny, jak tam. Czy może być lepsza samotność niż taki rodzaj zawierzenia? Czy można to czymkolwiek zastąpić? Czy nie jest najpiękniejszą kwintesencją życia właśnie taka obecność?

Mój przyjaciel mówi: „Nie chcę, by mi ktoś szeptał do ucha „nie bój się”, bo ja się będę bał. Bo boję się każdego dnia. To traktowanie mnie niepoważne, jak dziecko”. „Nie wiesz, co mówisz” – myślę. Możliwość bycia dzieckiem w takich momentach to wielki komfort. Byłam obecna przy innych, chorych, odchodzących, dorosłych, dzieciach. Wierz mi, dla drugiego człowieka oddanie się w takim momencie, w tej bezbronności dziecięcej – to doświadczenie niezwykłe, zaufania największego. Zaszczyt bycia dopuszczonym do najintymniejszej intymności, jaka istnieje. Noszę w sobie niezwykłe tajemnice tych, którzy przy mnie odeszli.

Ks. Kaczkowski mówił też: „Nie płaczcie nade mną, płaczcie nad swoim życiem. Żyjcie na pełnej petardzie”. Ja bym dodała: nie racjonalizujcie swojej samotności, nie wywyższajcie jej jako lepszy stan, jeśli żyjecie samotnie, to dlatego, że nie żyjecie z kimś, ale przecież wszyscy do tego dążymy. Do tego, by kochać, by być kochanym, by ufać i zawierzyć drugiemu człowiekowi. By mieć przy kim umierać.

Jeśli masz kogoś takiego, pomyśl dziś o tym z ogromną wdzięcznością. A jeśli jesteś sam/sama to nic. Ale nie mów, że tak być powinno. Nikt z nas nie chce być sam.


Czym dla Was jest dom? Każdy powinien mieć takie miejsce, w którym można chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach

Redakcja
Redakcja
17 lutego 2016
Fot. A. Wegner
Fot. A. Wegner

Czym dla Was jest dom?

Schronieniem, spokojną wyspą, wygodnym fotelem, w którym zasiadacie w zimowe wieczory?

Każdy powinien mieć takie miejsce, w którym można chociaż na chwilę zapomnieć o wszystkich troskach. A na pewno Denis Wytrwały, jego mama Iza i starsza siostra Julka.

Zapraszamy serdecznie do przyłączenia się do zbiórki, której celem jest wyposażenie mieszkania podopiecznego Hospicjum im. Ks. E. Dutkiewicza i Fundacji Hospicyjnej, Denisa Ellerta. Choć jest małym chłopcem, zdążył już stoczyć niejedną „dorosłą” walkę o życie. Miłość najbliższych pomogła mu przetrwać czas ciężkiej choroby, a teraz pomaga mierzyć się z jej skutkiem – niepełnosprawnością.

Urodził się w „walentynkowym” prezencie dla swojej mamy, 14 lutego 2007 roku, dlatego bardzo chcielibyśmy zrobić im wkrótce niespodziankę. Denis potrzebuje waszej pomocy, by móc cieszyć się ciepłem domu, które choremu dziecku jest szczególnie potrzebne.

Jego choroba zaczęła się w 2009 r. Powodem, dla którego życie Denisa i jego mamy przybrało niespodziewanie tempa, był guz mózgu, który co prawda udało się usunąć, ale nic już nie było takie, jak dotąd. Denis nadal zmaga się z niepełnosprawnością, porusza się o wózku, a do sierpnia 2015 r. niezbędna była mu rurka tracheostomijna. To wielki przełom dla całej rodziny, już od kilku miesięcy Denis oddycha samodzielnie, robi też ogromne postępy w rehabilitacji.

Denis z mamą Izą, siostrą Julką mieszka z dziadkami, w mieszkaniu dwupokojowym, na 38 m kw. W ciągu pięciu trudnych lat wszyscy bardzo się wspierali, ale było im zwyczajnie ciasno. Po rozłożeniu materacy dla chłopca, w salonie nie ma już miejsca na nic innego. Denis ma swoje królestwo, w którym rządzi, ale chciałby żeby jego mama nie musiała codziennie go budować i burzyć.

12671616_926614714058566_2757730692275096529_o

Dziś na szczęście mogą myśleć o wyprowadzce i samodzielnym mieszkaniu. Dziadkowie będą mogli przychodzić w odwiedziny.

Nowe mieszkanie, na które cierpliwie czekali od 2010 roku, ma 53 m. kw. Chociaż będą tam mieszkać bez dziadków, wszyscy nie mogą się doczekać tej przeprowadzki. Jego umeblowanie, zwłaszcza biorąc pod uwagę niepełnosprawność Denisa, to nie taka prosta sprawa. Wiele zwyczajnych mebli będzie tu niezwyczajnych, np. pionizator, dzięki któremu mama będzie mogła pozwolić synkowi na samodzielną zabawę.

Denis ma już 9 lat i to czas najwyższy, żeby spał sam. W nowym domu, planowane jest więc wstawienie łóżka, które zostanie dostosowane do jego potrzeb, a także specjalny wózek, dzięki któremu chłopiec będzie wjeżdżał pod prysznic.

Przed takimi wyzwaniami stoi mama Denisa, Iza Brzęczek. Państwa prosimy o pomoc w sprawie zebrania środków na umeblowanie mieszkania, do którego co prawda Pani Iza odebrała już klucze, ale nie może się wprowadzić, ponieważ na razie stoi puste.

Środki przelane na konto Fundacji Hospicyjnej zostaną przeznaczone na zakup wyposażenia kuchni, pokoi oraz na prace wykończeniowe.


Prosimy o wpłaty na numer konta: 39 1540 1098 2001 5562 4727 0013 z dopiskiem: „Dla Denisa”.

Szczegółowych Informacji udziela: Justyna Ziętek e-mail: j.zietek@hospicja.pl


„Przestańcie jęczeć, idźcie na oddział onkologii dziecięcej”. Pięć lekcji z życia matki chorującego dziecka

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
16 lutego 2016
Fot. Bartosz Mikołajczyk
Fot. Bartosz Mikołajczyk

„Ból, zmęczenie, smutek, lęki, bieda. To wszystko nie pozwala ci normalnie funkcjonować? Weź nie pie***l, uśmiechnij się i żyj”. Słynna parodia reklamy jest dziełem Magdy Mikołajczyk, artystki kabaretowej, blogerki. Miliony wyświetleń, tysiące udostępnień. Podobnie jak inne filmy Magdy: o randce z mężem, o ciąży, o nadwadze, o wyjeździe z dziećmi. Matko Jedyna. O czym nie wiedzą ci, którzy jej nie znają?

– o tym, że ma 38 lat, i dwie córki 2,5 letnią Zoję i 5– letnią Nataszę

– że starsza córka choruje (nie, ona zdrowieje– tak chce mówić o tym Magda i jej mąż)

– że ona już wie, że kiedy masz chore dziecko dużo uczysz się o życiu

– że szkoda, że nie wiesz tych rzeczy dopóki, dopóty jesteś zdrowa i wszyscy wokół są zdrowi

Nie wiesz ( może) jeszcze innych rzeczy.

Na przykład że….

Lepiej nie pie***ić tylko doceniać

„No more smutek, no more dół, more radość. (…). Postanowiłam, że będę się weselić.”

Ble, świat jest zły, niebezpieczny. Po co? Dlaczego? O nie, to się nie uda, nie wyjdzie, nie spodoba się. Znam to myślenie. Kabareciarze muszą analizować, grzebać, rozkładać na czynniki pierwsze, tylko wtedy wychodzą im najlepsze rzeczy. Ja też to co fajne stworzyłam w dole. Dół jest twórczy. Ale utrudnia życie.

Jako receptę zaproponowałabym wizytę na na oddziale onkologii dziecięcej. Przez siedem tygodni Natasza, moja córeczka była w izolatce. W pokoju obok umierał chłopiec. Wycieli mu guza mózgu, po pół roku wznowa. Nie dało się go uratować. Myślałam tylko: Boże, jak dobrze, że ja jestem w tym pokoju, a nie w tamtym. Dziękuję. Miałam wyrzuty sumienia, że tak myślę, ale i tak dziękowałam. Perspektywa się zmienia.

Strach jest ze mną codziennie. Budzę się z nim, zasypiam, robię sobie z nim herbatę, kawę sobie robię i nawet myć się z nim idę. Tak mają rodzice dzieci chorych, bo stać może się wszystko. A może zawsze może stać się wszystko tyle, że my zdajemy sobie z tego sprawę. Ta świadomość może niszczyć, ale może też podnieść tak jak w życiu nie podniosło wcześniej nic.

Uświadomiłam sobie: pesymizmem, załamaniem, dołem nie pomogę dziecku. Ona potrzebuje siły, mocy. I w końcu to ona walczy ze swoim organizmem– nie ja. Optymizm to kwestia samodyscypliny. Budzę się rano i myślę: „O nie, dziś będzie dobry dzień”. Nie zawsze mi wychodzi, ale pracuję. Wiem na pewno, że się da.

Fot. Bartosz Mikołajczyk

Fot. Bartosz Mikołajczyk

Rzeczy złe dzieją się nagle

Dziecko chore od 10. miesiąca, drugie dziecko pcha się na świat, chociaż nie ma szans na przeżycie. Nie mogę przytulić się do córki. Mam za to długi i być może paranoję”.

Normalna matka, z normalnymi problemami. Tak żyję przed TYM dniem. A dom trochę za daleko jednak, bo długo jestem sama. A brzuch trochę boli. A w drugiej ciąży ciężko. A szyjka się skraca. Natasza dostaje wysypki. Biegamy od lekarzy do lekarzy. „Zapalenie pieluszkowe” pada diagnoza. „Alergia” tak brzmi kolejna. Przez rok jem tylko chleb z kiełbasą, bo tylko po chlebie z kiełbasą Natasza wysypki nie ma. Kurczę, jednak ma tę wysypkę, to może to nie kiełbasa czyni cuda. Dermatolodzy, alergolodzy, ginekolodzy – gdzie my nie trafiamy. Mówcie mi Matko Gabinety Lekarskie. Badania krwi, podejrzenie jednej choroby, drugiej. W końcu mądra pani endokrynolog z Zielonej Góry: To jest to i to, proszę jechać do Centrum Zdrowia Dziecka. Jest 16.00 środa, o 9. rano w czwartek jesteśmy już warszawskim szpitalu. Badania potwierdzają diagnozę: rzadka choroba autoimmunologiczna. Konkretniej: dwa przypadki na milion. A w Japonii to leczą tak, może się uda, a w Stanach to tak– może to?

W ciągu jednego roku jesteśmy w szpitalu 50 razy.

Przypominam sobie dylematy matki wcześniej. Natasza ma pół roku, jadę z moją koleżanką z kabaretu na występ. W jednym samochodzie ona, w drugim ja, babcia Nataszy i cały majdan. Zabawki pluszowe i niepluszowe, pieluszki tetrowe i nietetrowe, ręczniki, jedzenie zimne i ciepłe. Uff, czego ja nie mam. Psuje się samochód, Natasza płacze, zaciskam zęby, babcia śpiewa. Może jeszcze jakieś tornado? Nie, naprawdę? Wpadam na występ, uśmiechnięta, jestem po to, by zabawiać ludzi. Sami uciekają przed codziennością.

Gdy Natasza choruje (inaczej: zdrowieje) nawet tęsknię za dawną sobą i dylematami matki pracującej.

Nie pracuję, wyprowadzamy się z domu nad rzeką, bo muszę być blisko apteki, szpitala, blisko mamy, ludzi. Przecież ZAWSZE może się coś stać. Ale co tam, ważne, że jesteśmy razem, że się wspieramy. Mówiłam już, że rodzina jest najważniejsza?

Fot. Bartosz Mikołajczyk

Fot. Bartosz Mikołajczyk

Ale rzeczy dobre też dzieją się nagle, na szczęście

„Oglądamy z ojcem jedynym ubrania na internecie. ponieważ jestem leniwa, szukam gotowych stylizacji i węszę co, gdzie i za ile. pokazuję.

– pacz, jakie ładne, ładne?

– ładne, ale dla chudych lasek.

cham.

ale szczery”

Podobał mi się ten mój mąż. Ale miał dziewczynę. Porzuciła go pewnego listopada. Jakaś wróżka czy koleżanka, która wróży, nie pamiętam, powiedziała mu wtedy: „Do końca listopada poznasz wielką miłość”. A my zaczęliśmy być ze sobą w Andrzejki. On trzeźwy, ja pijana. On racjonalny, ja niekoniecznie. „Będziesz ze mną tańczył”, pociągnęłam go za rękę. No i tańczył. I tańczy do dzisiaj. Wsparcie, opoka, przyjaciel, miłość. Ale to nie jest żaden cud. Potrafimy rozmawiać, nie przeciągamy konfliktów, nie obrażamy się. Oboje wiemy: chcemy żyć razem szczęśliwie. Po co to utrudniać? Te najprostsze rzeczy działają najlepiej. I choć nakręciłam zabawny filmik o tym, że ostatnio na randce byliśmy nie wiadomo kiedy, te randki mamy często. Choćby w domu. I jesteśmy razem już 15 lat, wciąż tak samo zakochani. Mam nadzieję:).

Pod wpływem impulsu założyłam bloga, pod wpływem impulsu nagrałam filmik, który stał się hitem. Więc wszystko, co ważne w życiu, dzieje się chyba nagle, no matko jedyna– tak jest.

Ludzie są dobrzy

Wie pani, dobro wraca”. Wiem. bardzo to Wiem. Wszystko wraca. – Wczoraj wiozłem niewidomego, krótki kurs, jakieś tysiąc pięćset metrów. trzynaście złotych. postanowiłem, że nie wezmę od niego pieniędzy. że to będzie mój dobry uczynek. nie chciał się zgodzić, ja nalegałem. w międzyczasie kliknąłem w ciemno następne zlecenie. kiedy w końcu przekonałem go i wysiadł, sprawdziłem to zlecenie. kurs do włocławka za tysiąc złotych„.

Jeśli w to tylko wierzysz, widzisz, że są dobrzy. Ja się o tym przekonuję na co dzień. Jak inaczej wytłumaczyć wsparcie szpitalnego personelu, przyjaciół, znajomych, i tego obcego taksówkarza, który podwiózł niewidomego za darmo. A mnie podwiózł za tyle co płacę zawsze, choć jeździł taksówką luks. Nieskazitelny zapach, jakość, przyciemnione szyby.

Pomogły mi koleżanki z zaprzyjaźnionego forum i jedna z nich, która, gdy się dowiedziała o Nataszy, załatwiła nam wizytę u profesora w Brukseli. Potem tłumaczyła całą rozmowę u niego. Ludziom się chce, po prostu chce. Więc i mi się więcej rzeczy też chce.

Dziecko uczy życia

„- Mamo, nie zgadniesz co Zoja mi zrobiła – mówi Natasza.

– nie skarż – mówię ja.

– pociągnęła mnie znów za włosy – udaje, że nie usłyszała Natasza.

– to ty ją też pociągnij – uczę ją życia.

– to ona mi odda, potem ja jej oddam, potem ona mi, ja jej i tak bez końca. to nie ma sensu – nauczyła życia mnie”.

Nagrywam filmiki o zmęczeniu, trudach ciąży, wyjazdach. Taki komentarz przeczytałam pod jednym: „Ale marudzi, współczuję mężowi”. A mojemu mężowi to nie ma co współczuć. Nic tyle nie uczy co macierzyństwo, nic nie da takie siły. „Rany, Magda, no w ogóle się nie spodziewałyśmy” mówią koleżanki z kabaretu, bo ja serio byłam kiedyś taką dziewczyną panną „nie”. Nie da, nie można. A teraz to wiem, że da się wszystko. Pieniądze zdobyć, do lekarza dostać, optymizmu nauczyć. No wszystko, przecież mówię.

I uwielbiam to tarmoszenie, przytulanie, wymyślanie, turlanie, łaskotanie, przytulanie, odgrywanie, skakanie i to co można zrobić z dziećmi, jak przy nich zapomnieć o bożym świecie, o smutkach, dramatach, kłopocikach.

I co ja mogę powiedzieć na doły? Że praca nie taka, że pogoda zła? Weź nie pie***ol i żyj, no tylko to mogę powiedzieć, przepraszam.

Fot. Bartosz Mikołajczyk

Fot. Bartosz Mikołajczyk

PS. Cytowane fragmenty pochodzą z bloga i profilu Matko Jedyna na Facebooku.


Zobacz także

15 najczęstszych błędów w domowej pielęgnacji

15 najczęstszych błędów w domowej pielęgnacji. Akcja „Bądź piękna każdego dnia”. Dzień #27 [17.05.]

Fot. iStock / svetikd

9 rzeczy, które każdy ojciec powinien dać swojej córce

iStock

„Żyjemy na bombie. My, idealna rodzina, kochające się małżeństwo”. Karolina nie pije już osiem miesięcy, to dopiero początek