Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 października 2016
Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina
Fot. iStock / Petar Chernaev

Zadzwoniła zapłakana, wkurzona, pokrzykując: „Ale jestem głupia”. Moja znajoma, która wcale głupia nie jest, ale emocjonalna – fakt i owszem. Poza tym, to zdecydowanie najwspanialsza żona jaką znam, ale może dlatego, że i dobry z niej człowiek, po prostu. I uczuciowy. Nie pierwszy raz odbierałam od niej telefon, kiedy wściekła (bo dobre żony też bywają wściekłe) i zrozpaczona jednocześnie wycedziła przez zęby: ta małpa znowu flirtuje z Krzyśkiem.

Opowieści o „tej małpie” – koleżance z pracy męża mojej znajomej słyszę już od kilku miesięcy. Znacie ten typ kobiet, które szczególnie upodobały sobie towarzystwo żonatych i dzieciatych mężczyzn? Słyszałam kiedyś od jednej z nich, że flirt z „zajętym” to większe wyzwanie, większa adrenalina i… większa satysfakcja. Kuszący dekolt nad ekranem JEGO komputera,  SMS-y wieczorne, zaczepki na Facebooku, zbyt duża troska o JEGO dzieci i JEGO zdrowie, wieczna gotowość by rozmawiać o NASZYCH problemach – wszystko to naprawdę nie powinno mieć miejsca.

Drogie flirciary, jeśli po jednej stronie, na szali stawiacie jedynie chęć sprawdzenia się, pamiętajcie, że po przeciwnej leży nasz spokój i dobra atmosfera naszego związku. Dla nas – fundamentalna sprawa.

Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju

Nie, nie kochamy tego widoku. Mało która z nas ucieszy się na dźwięk „niewinnego” SMSa w sobotnie popołudnie. – E, to „tylko” Kaśka, życzy mi (bo przecież nie nam) udanego weekendu – mówi mąż. A w głowie żony już gotuje się emocjonalny bigos, dobry humor zastępuje szybko przybrana dobra mina do złej gry. Bo dlaczego ta Kaśka, znajoma z pracy, wchodzi nam z butami w naszą intymność, czas, który powinien należeć tylko do nas i naszych dzieci? Dlaczego chce na chwilę zaistnieć w jego myślach i to zupełnie „niezawodowo”?

Wyobraźnia żony pracuje, niezależnie od tego, że mąż jest wierny, lojalny i kocha ją nad życie. Stało się, sygnał odebrany: jakaś inna kobieta przejmuje się JEGO samopoczuciem.

Prawdopodobnie niewiele pośród tych żon, które znam, poczuje dla was, drogie koleżanki naszych mężów, wdzięczność za to, że niby od niechcenia, naturalnym gestem (bo to przecież ciągle nic takiego) poprawicie naszemu mężowi krawat, strzepniecie z jego koszuli okruszki, zaproponujecie koleżeńską kawę – tylko we dwoje i z dala od biura.

Nie będziemy również szczęśliwie, jeśli z większym niż trzeba entuzjazmem i zaangażowaniem będziecie śmiać się jego żartów.

My, frajerki, nie zawsze modnie ubrane żony, niekoniecznie zawsze uśmiechnięte partnerki, bywamy o wiele mnie atrakcyjne towarzysko niż wy, przyznaję. I pewnie to może działać na waszą korzyść. Zmęczone, zdenerwowane, przytłoczone obowiązkami, czasem po prostu wkurzone, bo – jak to w związku – właśnie się posprzeczaliśmy, nie potrafimy udawać, że wszystko jest OK, i szczerzyć się do niego w ciągłej gotowości.

Szlochająca mi w słuchawkę znajoma, powiedziała dziś, że najbardziej zabolało, że:
– on nie zareagował (to prawda, nie powiedział na głos, przy wszystkich, wyraźnie i dobitnie: „Mam najwspanialszą na świecie żonę, bardzo ją kocham, natychmiast się ode mnie odczep ty wstrętna babo”, ale też w żaden sposób na sygnały natrętnej koleżanki nie odpowiedział);
– ona jest młodsza (Kochana B., tego naprawdę nie widać!), świetnie się ubiera (bo ma rano czas, bo nie gania bez ładu i składu próbując naciągnąć podkoszulkę na głowę dwulatka i dobierając skarpetki w szufladzie pięciolatka);
– to jest po prostu nie fair w stosunku do drugiej kobiety (i tu się zgadzam).

Gdzie jest granica flirtu? Dla mnie tam, gdzie druga strona po prostu jest „zajęta”. Nie wierzę w „niewinny flirt” i „tylko takie przekomarzanie się”, nie uznaję wkraczania z butami w NASZĄ rzeczywistość i pchania się z łapani do JEGO krawata.

– Wina jest po stronie faceta – powiecie. – Jakby jej na to nie pozwolił, nie przekraczałaby tych twoich granic. Jeśli cię kocha, nie zauważy tych jej sygnałów, albo je zwyczajnie zlekceważy. Gdybyś była szczęśliwa, pewna siebie, wiedziałabyś, że nic ci nie grozi. Pozbądź się kompleksów i odpuść.

Nie, to nie prawda, że kobieta, która jest szczęśliwa i świadoma swojej wartości nie odczuje niepokoju, a może nawet lęku, jeśli w towarzystwie jej męża pojawi się „flirciara”. Odczułam to na własnej skórze.

W kieszeni wibruje mi telefon. To SMS od męża: Kochanie, dziś kolacja służbowa. Będę później.
Droga K, ty też tam będziesz, podobno. Nie flirtuj z moim mężem, proszę. Ty też może kiedyś będziesz żoną.


Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna”. Żałuję, że jesteś tchórzem

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 listopada 2016
Fot. iStock/Marco_Piunti
Fot. iStock/Marco_Piunti

Mówisz, że kochasz, a miłość nie zna strachu. Obiecujesz, że na zawsze, na wieki, przysięgasz, że nigdy aż tak.  Dajesz pewność, dajesz siebie. A jednak, przychodzi w końcu ten dzień. Dzień w którymi, po prostu uciekasz. I nagle nie ma już „nas”. Zostaję tylko „ja”.

„Przepraszam, nie radzę sobie, muszę to przemyśleć, ułożyć” – piszesz na żółtej kartce, takiej do notowania sobie różnych ważnych rzeczy. Przykleisz ją na lustrze, przy drzwiach, nie bacząc, że spadnie jak tylko się za tobą zamkną. I już oboje wiemy, że nie poukładasz. Jestem twoją żoną albo mężczyzną, z którym chcesz spędzić życie, albo może twoim dzieckiem, którego nigdy nie chciałeś mieć, ale „stało się” i już. A ty? Wiesz kim jesteś? Tchórzem.

Żona, kochająca. Bardzo.

Poznaliśmy się w liceum, jesteśmy ze sobą od matury. W tym roku minęło 15 lat naszego związku. 15 wspólnych, naprawdę dobrych lat. W styczniu świętowaliśmy piątą rocznicę ślubu, skończyliśmy urządzanie pierwszego, własnego mieszkania. Zaraz potem zaszłam w ciążę – wyczekaną, upragnioną. Pierwsze USG, wspólnie, łzy wzruszenia i szampan bezalkoholowy. Impreza dla znajomych, sprzeczki o to, czy lepszy pierwszy chłopiec, czy dziewczynka. A potem – 10 pięter w dół. Szok i słowa lekarza – płód z trisomią w 21 parze chromosomów. Inaczej zespół Downa.

Zamykam oczy i czuję pulsowanie w skroniach. Słabo mi. Kiedy patrzę na mojego męża, widzę, jak szarzeje, blednie, a jego twarz zmienia się nie do poznania.

Do domu wracamy w milczeniu. Milczymy cały wieczór i następny ranek. Z tym, że ja już wiem: urodzę, wychowam to dziecko. Przecież już je kocham. Są możliwości, mamy pieniądze, będziemy pracować, ciężko pracować z naszym dzieckiem od urodzenia, by rozwijało się jak najlepiej. Ja mogę pracować w domu, dorabiać zleceniami, jeśli będzie potrzeba. Poradzimy sobie.

Okazuje się jednak, że nieprzespana noc mojemu mężowi przynosi całkiem inną refleksję. Wieczorem przychodzi z adresem zagranicznej kliniki. – Nie będę chował Downa – mówi, bo to już nie jest jego „upragniony maluch”, to już tylko „jakiś Down”. Nie zgadzam się, chcę urodzić. Tłumaczę, przekonuję.  Najpierw się dziwi, potem jest przerażony. Tydzień później znika. Pakuje się, kiedy mnie nie ma w domu. Kiedy wracam zostaje mi po nim żółta karteczka. I zdjęcia, na ścianie. Wyłączył telefon, potem nie odbierał. Od tego momentu rozmawiamy przez SMS- y. Co pisze? To, co na żółtej karteczce. I, że się boi, że nie da rady. Ani razu nie pyta, jak się czuję.

Płakałam, ale nie długo. Mówiłam sobie: „musisz być odważna, dla dziecka”. Przetrwałam. Nasi znajomi nie mogli uwierzyć, że odszedł.

Któregoś dnia odwiedziła mnie teściowa. Powtarzała, że powinnam wiedzieć, że mój mąż to bardzo dobry człowiek. Ale on się boi. Boi się, że nie da rady. Ja to przecież muszę zrozumieć.

Kiedy rodzi się nasz syn, jestem sama. To znaczy, jego nie ma przy mnie. W szpitalu odwiedzają mnie rodzice, przyjaciele organizują transport do domu.

Minęły już dwa miesiące, mój mąż nie widział naszego dziecka. Przysyła pieniądze. Wynajął mieszkanie, pracuje, chodzi do teatru. Boi się. Wiele razy potem myślałam – przecież nigdy wcześniej mnie nie zawiódł. Ale też nigdy wcześniej, nie przeżyliśmy tak trudnych momentów, nie musieliśmy się „sprawdzać”. Co będzie, jeśli wróci? Nie myślę o tym, choć tęsknię.  A, i kochana teściowo – jeszcze nie zrozumiałam.

Córka, stęskniona. Bardzo

Tata odszedł od mamy, kiedy miałam trzy lata. Zakochał się, ożenił drugi raz, z tamtą kobietą. Zaraz potem urodził mu się syn. Nigdy nie poznałam mojego brata, żonę taty widziałam kilka razy w życiu. Co z tego wszystkiego rozumiałam? Tyle, ile tłumaczyła mi mama, a ona nigdy nie wykorzystywała jego zdrady, ani odejścia, żeby mną manipulować, nigdy nie utrudniała mu spotkań ze mną. Dopiero z czasem zaczęłam odczuwać, jak te spotkania mu ciążą. Wiesz, co zapamiętałam? Odkąd się wyprowadził, rzadko kiedy patrzył mi w oczy, rzadko kiedy przytulał. A potem  to już przychodził do mnie coraz rzadziej. Systematycznie, coraz bardziej znikał z mojego życia.

Kiedy skończyłam 15 lat, uznał, że jestem wystarczająco dorosła i napisał list. Dużo dziwnych słów, słów, które pojedynczo brzmiały znajomo, ale zebrane razem w tym liście, układały się w coś niezrozumiałego: „Bardzo cię kocham, ale… ”. Jak się potem okazało, „ale” kryło w sobie w sobie koniec naszej relacji. Bo czy ojca można mieć „zaocznie”?

Jakieś dwa lata temu, po moich 20-tych urodzinach, wszystkie małe obrazki ułożyły mi się w całość. Kierował nim strach. Bał się „sam na sam ze mną”, moich pytań, dlaczego nie mieszka już z nami, dlaczego nie kocha mamy. Potem bał się nastoletnich wyrzutów. No i wreszcie – swojej żony. To ona była przeciwna jego wizytom w naszym domu. To w tajemnicy przed nią, zabrał mnie całe trzy razy do kina.

Mój ojciec, zamiast miłości, ciepła, obecności, dawał mi to, co nie wymagało odwagi –  przesyłał zabawki, pieniądze na konto, a teraz „lajki” na Facebooku. Żałuję, że jest takim tchórzem. I bardzo za nim tęsknię.

Justyna

Jest noc. Leżysz obok, przysnąłeś. Boisz się, wiem. Boisz się, że przegapisz moment mojego odchodzenia.  Obiecuję, że poczekam, aż się obudzisz. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej.  Mówisz mi ciągle, że jestem piękna. Ja wiem, jak wyglądam, wykończona chorobą, chemią, bólem fizycznym. A jednak sprawiasz, że ci wierzę. Ale mam w sobie spokój. Byłeś przy mnie, kiedy nawet nie śniło mi się to całe umieranie. Trzymałeś za rękę, gdy lekarz przekazywał pierwszą diagnozę, a potem, gdy walczyłam. Jesteś i będziesz i teraz, choć nie wiąże nas żadne ziemskie prawo. Dziękuję.

Nie, nie można nikogo osądzać.  Ale przyznajcie, piękna jest miłość, która nie okazuje strachu.


Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 października 2016
Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców
Fot. iStock/Martinns

Miało być inaczej, jasna sprawa. Miało nas to nie dotknąć, mieliśmy być mądrzejsi. Oni mieli być mądrzejsi, ci wszyscy wokół. A my mniej nerwowi, bardziej odporni. Wyszło, jak zawsze. Cóż, jasny wynik konfrontacji oczekiwań i pobożnych życzeń z rzeczywistością. Bo jak się znajdzie tylu, co „chcą dla was jak najlepiej”, tyle, że po swojemu, to w końcu zawsze wyjdzie najgorzej.My się naprawdę bardzo kochamy. Rzadko się kłóciliśmy. To znaczy, tak było zanim wszystko się pozmieniało i gdy trzy lata po ślubie, podjęliśmy decyzję, która miała zmienić nasze życie. W momencie kiedy wzięliśmy kredyt, zaczęliśmy budowę domu, domowy budżet zaczął nam się kurczyć. Spłacanie raty kredytu na dom i wynajmu mieszkania jednocześnie stało się obciążeniem, które przestało nam się opłacać.

– Zamieszkajcie z nami – zaproponowali teściowie. – Oddamy wam całe piętro. Nie będziemy sobie na głowę wchodzić. Tylko kuchnia wspólna, ale jakoś się podzielimy. Nie musimy się nawet widywać.

– Jezu kochany, nie – mówił głos w mojej głowie. W myślach przywoływałam historie moich znajomych, których małżeństwa przechodziły najgorsze kryzysy, właśnie w tym momencie, gdy trzeba było na chwilę zamieszkać z rodzicami. Ba, nie musiałam daleko szukać, najbliższym przykładem tego, co się może wydarzyć, gdy żyje się pod jednym dachem z rodzicami, był związek moich rodziców. Rozpadł się po czterech latach oczekiwania na klucze do własnego M3.

Fakt, była różnica, oni (wszyscy ci znajomi) mieli dzieci. Istotny punkt zapalny w tak ciasnych okolicznościach mieszkaniowych… U nas właściwie nie byłoby o co kopii kruszyć. I ostatecznie przekonał mnie taki właśnie argument mojego męża: oboje pracujemy, jesteśmy niezależni, będziemy się tam więc czuli w miarę swobodnie. Z resztą, w każdej chwili możemy się zwinąć manatki i coś wynająć. A ile zaoszczędzimy przez ten rok. Zrezygnowaliśmy z wynajmu, wprowadziliśmy się do domu teściów. Rozpoczęliśmy nowy etap.

Zrobisz jak uważasz, ale ja wiem lepiej

Pierwszego wieczora, kiedy zamknęły się za nami drzwi i ostatnia walizka została przez mojego męża wniesiona na („naszą”) górę, usiadłam na wielkim, dębowym łóżku i… natychmiast wstałam. Stuk, stuk – teściowa wparowała tanecznym krokiem.  – Kolacja na stole, myjcie rączki i schodzimy – oznajmiła.

– Ale chcieliśmy zjeść na mieście – zaczęłam nieśmiało. – No żartujesz, po co wydawać pieniądze, jak u nas wszystko jest. Oszczędzajcie na dom, tam dużo trzeba będzie jeszcze włożyć. No wiesz, zrobisz jak chcesz, ale tak chyba jest lepiej dla was, prawda?

Spojrzałam na męża, znikał już na schodach. Ok ­– pomyślałam, pierwsza noc, nie będę się upierać. Przecież to na pewno nie będzie tak wyglądało codziennie.

Pomyliłam się. I następnego dnia i każdego kolejnego, kiedy wracaliśmy z pracy, czekała na nas kolacja i stół, nakryty na cztery osoby. Odmowa była traktowana jak cios w samo serce: ze łzami i wyrzutami.

– Słuchaj – mówiłam do męża – to nie może tak być, ja chciałam z Tobą sama tę kolację. – Daj spokój, jeszcze będziemy mieli okazję – odpowiadał. A we mnie się gotowało. Bo w soboty i niedzielę budziło nas nawoływanie na wspólne śniadanie. A przy śniadaniu zaczynały się rozmowy o tym, jak planujemy spędzić weekend. Bo może jakaś wspólna wycieczka? Albo wizyta u cioci Krysi?

– Mamy inne plany – mówiłam, starając się bronić naszej przestrzeni. Niestety, byłam w tym wszystkim osamotniona. Ze zdumieniem obserwowałam jak mój mąż, do tej pory człowiek energiczny i zdecydowany, zmienia się w powolnego leniwca, któremu w zasadzie „wszystko jedno”, a właściwie najlepiej będzie, jak ktoś zdecyduje za niego. Ktoś, czyli rodzice.

Pod koniec miesiąca pokłóciliśmy się pierwszy raz w życiu. O majtki.

To znaczy, o tę bieliznę moją i mojego męża, którą zostawiłam na suszarce na „naszym” tarasie, i którą „ktoś z dołu” poprzewieszał, segregując po swojemu, bo po mojemu było źle. Pomijam fakt, że zrobiono to pod moją nieobecność. Nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy z powodu narastającego napięcia zareagowałam bardziej nerwowo niż zwykle. – Nie życzę sobie, by twoi rodzice dotykali moich majtek! – krzyknęłam. – Przesadzasz – powiedział on. – Chcieli dobrze.

Poszliśmy spać odwróceni do siebie tyłem. Rano zdradziła nas wymowna cisza we wspólnej kuchni. Ja zagryzałam zęby na rzodkiewce. Teściowa grała rolę rozjemcy – Proszę się natychmiast przeprosić – strofowała nas na pół żartem na pół serio. Do pracy wyszłam zdołowana jak nigdy wcześniej.

Powoli wchodziłam w rytm życia w domu moich teściów. To, co miało być niezależnością i szacunkiem (ich dla naszej intymności) okazało się ciągłymi próbami narzucania nam swoich planów, rozwiązań i decyzji. Moja naprawdę świetnie wykształcona i jak mi się do tej pory wydawało kulturalna teściowa potrafiła „wpadać” do nas („stuk, stuk, idę”) o dowolnej porze, kontrolować, dopytywać o najbardziej osobiste sprawy. W odczuciu rodziców mojego męża staliśmy się jedną wielka rodziną, a jemu zdecydowanie to nie przeszkadzało. Kiedy się przemogłam i starałam się być asertywna, usłyszałam: skoro mieszkacie u nas, jesteście tu na naszych zasadach.

Nadszedł  moment, w którym oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam, niezależnie od tego, czy zdecyduje się pójść ze mną, czy zostać. – Wytrzymaj się – usłyszałam w odpowiedzi. – Jeszcze tylko 7 miesięcy. No i mogłabyś być lepsza dla mojej mamy. Ona stara się do ciebie zbliżyć, jesteście z różnych pokoleń, nie rozumiesz jej po prostu. Zasnęłam płacząc z bezsilności. Chyba tylko ja zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Oddaliliśmy się od siebie. Padły słowa: rozwód, rozczarowanie. I, że nie tak to miało być.

Z dnia na dzień podjęłam decyzję o wyprowadzce. Wynajęłam maleńką kawalerkę. Wyniosłam się bez słowa, kiedy akurat nikogo nie było w domu. Tydzień później, w drzwiach mieszkania pojawił się mój mąż. Z walizkami. Ale happy end jeszcze nie nastąpił. Poznaliśmy się od zupełnie innej, gorszej strony. Ja noszę w sobie dużo żalu, nie ufam mu jak dawniej.

Z teściami nie widziałam się od wyprowadzki, czyli już prawie trzy miesiące. I z tym mi akurat, całkiem dobrze.