Seks Związek

„Byłaś cudowna”, czyli po czym poznać kiepskiego kochanka

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 kwietnia 2016
po czym poznać kiepskiego kochanka
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Przyjaciółka poznała świetnego faceta. Wpadła po uszy. To ten z tych przystojnych, z którym można przegadać całą noc. Achom i ochom końca nie było. Do czasu. „Ratuj mnie” – usłyszałam w słuchawce. Cóż, okazało się, że przyjaciółka, jak sama mówi – popełniła największy błąd swojego życia. Poszła z tym oto cudownym facetem, poznanym w sieci, z którym przegadała dziesiątki godzin – do łóżka. Czar prysł jak bańka mydlana. „Przesadzasz” – powiedziałam sugerując, że pewnie się zestresował, stąd dość wątpliwej wartości seks. Po pół godzinnej dyskusji przyjaciółka pełna nadziei, którą starałam się w nią tchnąć postanowiła spróbować jeszcze raz… Cóż… nie wszystkie dobre rady przyjaciółek są dobre. Ta moja okazała się jednak kompletnie nietrafiona.

Kilka dni później siedziałyśmy, piłyśmy wino i dyskutowałyśmy o tym, jak nie popełnić błędu związania się z kiepskim kochankiem. W końcu rozmowy, zrozumienie, te same zainteresowania to nie wszystko. Chcesz mieć faceta, a nie jedynie przyjaciela, to seks jest dość istotnym elementem tej układanki. Dobry seks. Nie tylko taki, po którym jemu jedynie będzie dobrze, a ty pod prysznicem będziesz kończyć ledwo co przez niego zaczętą grę wstępną.

Postanowiłyśmy stworzyć cechy kiepskiego kochanka, co by po pierwszym razie uciekać, a nie ładować mu się drugi, a nawet trzeci i czwarty raz do łóżka z nadzieją, że może coś jednak się zmieni.

Kiepski kochanek unika czułości

To pierwszy sygnał – zawyrokowałyśmy zgodnie. I coś w tym jest. Jeśli facet nie szuka bliskości twojego ciała, nie przytula, nie ociera się niby przypadkiem w za wąskim przejściu tak, że masz wrażenie, że przez twoje ciało przebiegł prąd, to musisz być wyczulona. Co to za kochanek, który jeszcze nim trafi z tobą do łóżka nie jest czuły. Nie łapie cię za rękę, nie zasłania ciałem, gdy ktoś obok was się przepycha. „Musi być chemia” – mówi przyjaciółka. I ona musi być od razu wyczuwalna. Jego zachwyt tobą i wzrok pełen pożądania musisz złapać. Jeśli tego nie ma, daj sobie spokój, lepiej od razu zostańcie kumplami. No chyba, że chcesz zaryzykować – ale to na własną odpowiedzialność.

Kiepski kochanek kiepsko całuje

„Sorry nikt mi nie powie, że jak on się ślini obmacując cię w drzwiach, to będzie świetny w łóżku” – można by założyć, że przez przyjaciółkę przemawia żal dopiero co zakończonego przez łóżkowe fiasko związku. Ale jak przyjrzeć się bliżej, to jednak dużo w tym prawdy. Bo jak dać się ponieść emocjom, kiedy w twoich ustach on język trzyma jak kołek, albo co chwilę próbujesz dyskretnie wytrzeć sobie usta, no i brodę i może nos też – masz wrażenie, jakby pies ci mordę lizał i to w dodatku bokser. A jak jeszcze pomyślisz, że ta ślina zaczyna pokrywać twoją szyję i piersi… Trzymaj pod ręką ręcznik. Kiepski kochanek nie wie, co to zmysłowość w całowaniu, nie ma też pojęcia, że maksymalnie 15 sekund całowania się w zupełności tobie wystarczy, by rozgrzać cię do czerwoności. To zrobi kochanek doskonały.

Kiepski kochanek nie dba o grę wstępną

I nie tę tuż przed jego własnym orgazmem, ale o tę, która trwa na kilka dobrych godzin, nim traficie do łóżka. To SMS, telefon, kolacja. Zabieganie o ciebie. Śmiałyśmy się przy kolejnej butelce wina, że to takie zataczanie wokół kobiety coraz mniejszych kół. Ale coś w tym jest. W pewnym momencie zaczynasz sama myśleć o wieczorze i o tym, że masz ogromną ochotę na seks z nim. A on jeszcze nic nie zaproponował wprost. Można do znudzenia powtarzać, że dla kobiety gra wstępna trwa cały dzień i dobry kochanek pojmie to w lot. Kiepski, cóż… Złapie cię za tyłek tuż przed tym, jak zacznie ci ściągać majtki.

Kiepski kochanek, to krótki seks

I nie ma to nic wspólnego z szybkim numerkiem w przebieralni na basenie. Tak, oczywiście, wiem. Sama mówiłam przyjaciółce, że to może stres, że on raptem włożył i po pięciu sekundach było po wszystkim. Jednego wtedy nie wzięłyśmy pod uwagę, że dobry kochanek poczuje się jednak tym zażenowany, zacznie przepraszać doprowadzając cię do orgazmu na tysiąc innych sposobów. Kiepski natomiast trzyminutowy seks, w którym zawiera się oczywiście gra wstępna uzna to za normę. Jeszcze po wszystkim spyta, czy było ci dobrze. No tak, bo skąd on mógłby to wiedzieć…

Kiepski kochanek, to twoja jedna sfera erogenna

I to tylko i wyłącznie ta między twoimi nogami, a i tak w dość nieumiejętny sposób potraktowana. Niby coś tam próbuje, niby tym palcem porusza – i raczej tylko palcem, ale nim się obejrzysz już  jest w tobie na te kilkadziesiąt sekund. Nic nie daje, kiedy próbujesz mu delikatnie dać do zrozumienia, co sprawia ci przyjemność. Nawet propozycja zabawy w: „Powiedz, co czujesz”, kiedy ty dotykasz jego dając do zrozumienia, jak powinien dotykać ciebie, nic nie daje. Po kilku chwilach lądujesz na plecach, a on już jest na tobie. Nie będę już pisać o miętoleniu u ugniataniu piersi, bo już tomy o tym zostały napisane.

Kiepski kochanek, to jedna pozycja

Zapomnij o jakieś kreatywności, urozmaiceniu, że on tak, a ty siak. Kiepski kochanek NICZYM cię nie zaskoczy. Jemu zależy na jednym – jak najszybciej i jak najwygodniej być w tobie na tę chwilę, kiedy już wie, że nie wytrzyma i może… boi się, że poplami prześcieradło. Właściwie to nie wiadomo, o co mu chodzi. Bo po tych trzech minutach opada (też dosłownie) obok ciebie umęczony jak po przebiegnięciu maratonu, kiedy to dla ciebie była zaledwie przebieżka na sto metrów. Jeszcze czekasz, że może tylko ci się wydawało, że właściwie to WTF?!? A tymczasem on całuje cię w ramię i mówi: „Byłaś cudowna”. I tyle. Obraca się na bok i zasypia, w najlepszym razie zarzuca na ciebie jedną nogę i… też zasypia.

Z drugiej strony od kiepskiego kochanka może być jeszcze gorszy, który po wszystkim (od razu nasuwa mi się pytanie – jakim „wszystkim”), no więc po wszystkim na co go było stać, pyta: „Dobrze ci było?”.


Seks Związek

„Miłość nas uratuje”. Krótki poradnik jak przestać denerwować się życiem

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
17 kwietnia 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Robiłam ostatnio wywiad ze znanym psychiatrą Dariuszem Wasilewskim. Pytałam czym się denerwujemy i jak właściwie możemy w końcu się przestać. „90 proc. ludzi żyje w nieustannym stresie” stwierdził. Denerwujemy się wszystkim: najbardziej pracą i problemami w relacjach rodzinnych. Każdy mały stres nakręca kolejny. Gdy choruje dusza, choruje też ciało – u większości z nas stres objawia się bólami kręgosłupa (najczęściej w odcinku lędźwiowym) i przewlekłymi bólami brzucha.

Psychiatra powiedział mi też: łatwiej jest tym, którzy szczęśliwie kochają

Możemy stosować milion technik, pracować nad sobą, próbować zmieniać się…. uff. Wszystkie badania pokazują jednak, że najlepszym lekarstwem na życie jest po prostu miłość. Tak, to bardzo niepoprawne politycznie, bo w czasach samoświadomości wypada mówić, że jesteśmy samowystarczalni. Niestety, to nieprawda. Albo inaczej: nic nam nie da tyle co miłość.

Po pierwsze. Miłość uzdrawia duszę. Zdaniem Borysa Cyrulnika, neuropsychiatry i psychologa ludzie w związku często stają się dla siebie terapeutami. Na przykład Pan Boję Się Stracić spotyka Panią Boję się Życia. Jej bliskość uspokaja go, uczy go ciepła, otwartości. On daje jej energię. Dzięki sobie mogą się zmienić.

„To nie jest dojrzały związek” powie ktoś. Naprawdę? Być może. Ale partnerzy później mogą stać się „samowystarczalni”. Jednak to, co dali sobie na początku zostaje.

Po drugie. Gdy kochamy mamy lepszy nastrój. Dzięki wsparciu partnera łatwiej poradzić sobie ze stresem. Zawdzięczamy to oksytocynie ( hormon przywiązania), która zmniejsza stężenie kortyzolu, hormonu wydzielanego w wyniku stresujących wydarzeń.

Po trzecie. Mniej odczuwamy ból (to najczęściej podczas pierwszej fazy miłości). Gdy jesteśmy z partnerem rośnie stężenie endorfin, które mają działanie przeciwbólowe. Przeczytałam gdzieś, że właśnie dlatego z ukochaną osobą jeździć np. na bolesne badania.

Po czwarte. Jesteśmy życzliwsi wobec innych. Im w bardziej nieszczęśliwym związku tkwimy, im jesteśmy bardziej samotni– tym więcej w nas złości i żalu. Na innych ludzi przenosimy emocje wobec partnera. Mamy też większą skłonność do podejrzewania ich o złe intencje. Gdy jesteśmy zakochani więcej w nas tolerancji. Nawet najbardziej zasadnicze osoby patrzą wtedy na błędy innych z przymrużeniem oka.

Po piąte. Stajemy się bardziej kreatywni. Miłość integruje pracę półkul mózgowych . Poza tym badania pokazują, że prawa półkula ( ta odpowiedzialna za naszą kreatywność) działa lepiej, gdy kochamy. To by tłumaczyło dlaczego osoby bardzo analityczne, konkretne pod wpływem miłości stają się otwarte i bardziej elastyczne.

Po szóste. Mamy więcej energii. To szczególnie u ludzi zakochanych. Zakochanie podniesie z łóżka największego lenia.  Zawdzięczamy to wydzielaniu dopaminy.

Po siódme. Rzadziej chorujemy. I to zarówno rzadziej się przeziębiamy jak i zapadamy na choroby przewlekłe. Kiedy się przytulamy, całujemy, dotykamy wzrasta poziom oksytocyny, która opóźnia starzenie się organizmu, wzmacnia odporność, obniża ciśnienie krwi.

Zanim powiesz: „Spadaj, wiem to wszystko, ciekawe jak mam się zakochać” posłuchaj…

Nieważne, że nie jesteśmy teraz zakochani. Przez własne zachowania możemy wpływać na emocje. Jak? Na przykład pracując nad okazywaniem czułości i bliskości innym osobom. Dziecku, mamie, przyjaciółce. Im więcej mamy w sobie dobra, ciepła, życzliwości – tym jesteśmy zdrowsi. I tym łatwiej z kolei jest nam się zakochać. Tak przynajmniej twierdzi choćby Borys Cyrulnik w swojej książce: „O miłości na skraju przepaści”.


Seks Związek

Oddam ci wszystko albo nie dam niczego. Niech twoje życie nie będzie opowieścią o straconych szansach

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
16 kwietnia 2016
Oddam ci wszystko albo nie dam niczego. Niech twoje życie nie będzie opowieścią o straconych szansach
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Bardzo często spotykam kobiety, które mówią mi „nie mogę”. Nie mogę wyjechać. Nie mogę odejść. Nie mogę czegoś zmienić. W najprostszych sprawach też nie mogę. Zapisać się na fitness. Szkolenie w weekend. Kupić sobie kwiaty. Albo perfumy.

Między „mogę” a „nie mogę” wkrada się szereg argumentów (część racjonalnych i zrozumiałych oczywiście). Bo dzieci. Bo czas. Bo praca. Bo on. Wszystko jest ważniejsze niż ja.

Kiedy przez długi czas niczego nie mogą, frustracja zamienia je w kogoś innego. Spotykam te kobiety także w terapii. Nazywam je – smoczyce. To taki stan, że mogę wszystko. Smoczyca zieje ogniem, gdy czegokolwiek się jej zabrania. Nie ma ochoty na żaden, „pierd*” kompromis. Jest zmęczona ciągłymi ustępstwami, jest zła. Zła na innych, choć powinna być zła na siebie. Mówi, że zabrano jej przestrzeń. Czas, który minął, stracony głupio. Kobiecość podupadła. Na słowo „seks” wykrzywia usta w grymasie. Raczej paszczę smoczą, która nienawidzi wszystkiego, co przypomina jej, że niczego nie mogła.

Mam wrażenie, że jesteśmy dziś kobietami skrajnymi. Zawieszone między dwoma stanami: albo nie możemy nic albo możemy wszystko. Z jednego przechodzimy w drugie- obudzone miłością albo kryzysem albo dwoma w jednym. Nie zachowując na co dzień równowagi w oddawaniu (specjalnie używam słowa „oddawać” zamiast „dawać”), nie jesteśmy potem w stanie tworzyć związków ziejąc ogniem bezkompromisowości.

Kiedy oddajemy?

  • Gdy zamieniamy się w samotne matki, mimo iż ojciec jest, żyje i ma się dobrze. Gdy to my ogarniamy przedszkole, szkołę, lekcje, zajęcia dodatkowe, transport i żarcie. Oddajemy co najmniej 30 procent czasu, który należy do nas, a wyręcza jego.
  • Gdy mamy na koncie zero albo minus jeden, a on nie wiadomo ile, ale zawsze więcej. Gdy jakoś tak się dzieje, że zakupy są z naszej kieszeni, drobne zachcianki dzieci i te większe, opłaty w szkole, tygodniówka, ubrania i skafandry na zimę. Bo kto by to liczył? A potem głupio poprosić „Kochany, daj mi na fryzjera”
  • A więc oddajemy fryzjera albo manicure, kosmetyczkę, droższy krem i fajną torebkę. Ale syn ma nowe air max’y a córka trampki na wypasie. Wszyscy mają wszystko, a ona nic. Dzwonimy czasami do rodziców (jeśli żyją) i pożyczamy po cichu do pierwszego. Bo głupio powiedzieć staremu, że jakoś się ta kasa rozeszła, prawda? Mimo, że same nic z tego nie mamy.
  • Oddajemy za każdym razem, gdy nie starczy makaronu, sałaty, lepszych część kurczaka – przecież my nigdy nie jesteśmy głodne, dieta, dieta, dieta. Przecież skubałyśmy przy gotowaniu „Naprawdę bierz to udko, kochany, ja dokończę ziemniaki, są pyszne”. A potem to udko śni nam się po nocach. W restauracji jest najśmieszniej, gdy nie zamawiamy nic, bo przecież dzieci nie dojedzą albo on coś zostawi. I zbieramy potem resztki z ich talerzy, choć coraz mniej tego, bo syn kończy 15 lat i je jak stary. Więc tylko odpieramy jego zdziwienie w domu potem „Robisz sobie kanapkę po takim obiedzie? Ja pękam”. No właśnie, on pęka z przejedzenia, a my ze złości.
  • Oddajemy przyjaźnie, których nie mamy czasu pielęgnować. „Pojedziesz z nami do Krakowa?”. „Nie dam rady, kochane, młody ma klasówki cały przyszły tydzień”. „Aha”. Potem już nie musisz odpowiadać na pytania, bo przestają się pojawiać. Zawsze jest coś ważniejszego, prawda?
  • Oddajemy książki, filmy, teatr. Coraz trudniej rozmawiać z tymi, co nie oddają. „Czytałaś nowego Houellebecq’a?”. „Hmm? Że co?”. „W Polonii coraz więcej nowych spektaklów”. „To ten teatr na Placu Konstytucji?”. Nie czytamy, nie bywamy, ewentualnie Kubusia Puchatka lub Dzieci z Bullerbyn, zasypiając razem z dzieckiem nad książką.
  • Oddajemy swoje ciało. Coraz mniej z nim kontaktu. Starzeje się, wiotczeje, smutnieje. Nie ma czasu na ruch, na zdrowe jedzenie, na seks. Coraz częściej przemykamy w ręczniku spod prysznica, by nie zahaczyć o lustro. Wiosną składamy obietnice bez pokrycia. A ciało jest takie wdzięczne, gdy o nie dbamy. Odwzajemnia się po stokroć. Czasami mijamy biegających ludzi, jadąc autem. Otwieramy okno, by złapać trochę świeżego powietrza.
  • Oddajemy swoje możliwości. Na wielu polach. Rezygnujemy ze szkoleń, wyjazdów, ambicji. to wszystko wymagałoby powiedzenie sobie „mogę”. Pomyśl, ile jest w tobie talentów, które leżą odłogiem? Lubiłaś malować, pisać, grać, prowadzić grupy, organizować, uczyć się języków? Realizujesz to? Rozwijasz pasje? Czy jak ten świstak zawijasz je w sreberka?
  • Oddajemy marzenia. Są jak lody z bitą śmietaną, których nigdy nie wolno nam jeść. Są luksusem. Pakietem ekstra. Czymś, co zawsze można odłożyć na bok i zaczeka. Śmieszne, bo marzenia poddają się zmianom jak my, ludzie. Stają się nieaktualne. Przemijają. Pojawiają się potem w opowieściach starszych „Marzyłam kiedyś o tym, by jeździć konno. Nie udało się”.

Wiele oddanych spraw staje się potem elementem opowieści o straconych szansach. Albo też imperatywem do przemiany w smoczycę, która za późno zrozumiała, że może. Nie ma nic złego w przemianie, ale natura ludzka nie lubi ekstremów. Takie kobiety cierpią w samotności, nie rozumiejąc dlaczego życie „na wolności” jest takie trudne”. Przecież miało być pięknie. „Mogę” miało otworzyć im drzwi do innego świata. Zbyt długie czekanie na swoje „mogę” zamienia nas niestety w kogoś, kto mogąc wszystko – niczego już nie chce. Smoczyce są pełne złości, pustki i smutku.

Piszę o tym, bo wierzę, że nie jest trudno zamienić swoje „nie mogę” w „mogę”. Ograniczenia są w naszych głowach. To, że oddajesz – jest zawsze twoją decyzją. Mówienie o tym, jak świat jest niesprawiedliwy to tylko mechanizm psychologiczny, który pozwala ci żyć i to znosić. Świat rozdaje tym, którzy wyciągają do niego ręce. Oczekują. Ba, żądają. Świat omija tych, których w kolejce po marzenia nie ma.


Zobacz także

Rozstanie nigdy nie jest proste. Jest kilka trudnych rzeczy, z którymi musimy sobie poradzić

Pięciu cichych zabójców udanych związków. Często o nich zapominamy

5 języków miłości

Miłość przychodzi po cichu, jak stary przyjaciel. Musisz tylko zacząć w nią wierzyć i się… postarać