Seks

Ale ty wolisz seks w poczuciu winy. Ten z mężem, który smutnym żartem powtarza, że można cię jakoś znieść po dwóch butelkach wina

Seksualnie
Seksualnie
26 listopada 2016
Fot. iStock/adirdemir
 

Ukochana, piękna Kobieto. Chcę żebyś usłyszała, co mam ci do powiedzenia…

Nie martw się, nie zanudzę cię kolejnym listem o tym, że nie możesz się poddać, że światło jest w tobie. Nie podam ci też siedem szczęśliwych rad na to, jak być szczęśliwą. Albo na to, jak dobrze się zakochać. Dziś napiszę ci bardzo osobiście i głęboko o tym, czego ty się tak często wypierasz. Bo wstydzisz się oczu i języków ludzkich bardziej, niż pragniesz.  Niż pragniesz  tego wzroku właśnie i języka na swoim ciele. Gdy jakiś on cię dotyka, kiedy czujesz jak coraz bardziej się w nim zapadasz. I czujesz też , że znika poczucie wstydu. Jakby ktoś zwolnił zasuwę metalowych, więziennych drzwi. Bo gdy na zewnątrz wychodzą pragnienia, przestają działać wszystkie hamulce. I nie pomaga zasłanianie dłonią ust, ani przygryzanie Twojej szyi. Bo gdy słyszysz męski szept połączony z przyspieszonym oddechem i te słowa, że jesteś taka ciepła i spragniona. W środku. I że on nie chce z ciebie wyjść.  To kimkolwiek on by teraz dla ciebie był, to wszystko jest takie nieważne. Bo czujesz się tak niesamowicie niezwykła. I seksowna do granic. Ale ty wolisz seks w poczuciu winy. Ten z mężem, który smutnym żartem powtarza, że można cię jakoś znieść po dwóch butelkach wina. A dotknąć po trzech? Co wtedy czujesz? Bo jakoś ciężko mi sobie wyobrazić, że Twój umysł z podniecenia odrywa się od ciała.

Albo szukasz na siłę, żeby z kimś być, żeby ludzie nie patrzyli z pogardą. I niby jest fajnie, nawet się po drodze zakochałaś i odkryłaś, że on jest całkiem spoko na życie. Ale lepiej jak milczy o koronkowej bieliźnie. Choć wolałabyś, żeby o tych właśnie majtkach nie milczał. Żeby choć raz rzucił cię na stół w jadalni. I wchłonął całą, i nie chciał przestać. Ale nie powiesz mu tego, bo choć po nocach marzysz  o orgazmach, które nie będą pozwalały złapać oddechu, czujesz ścisk. W okolicy klatki piersiowej. Jakby przyznanie się do tego, czego pragniemy, co nas pociąga o czym śnimy, było zbrodnią. Te lekko krępujące choć tak pożądane sny, gdy budzimy się z przyspieszonym tętnem. I przygryzam wargi mrużąc rozkosznie oczy. Pozbawiamy się szansy na podróż. Bo może on tylko na to czeka? Na ten mały sygnał, na tę iskrę, która rozpala płomień. I chodzisz smętna ulicami i patrzysz z zazdrością na te wszystkie śliczne dziewczyny, za którymi jak cień chodzi seksapil. Które maja powłóczyste spojrzenia przyciągające drugi wzrok. I wściekasz się bo widzisz. Bo czujesz ich magnetyzm, wiesz że one nie boją się tak jak ty. A człowiek jest piękny tylko wtedy, gdy kocha sam siebie. Wtedy nagle zauważa, przed lustrem obcą dotąd kobietę. Dostrzega swoją jeszcze młodą i gładką skórę, smukłe palce, hipnotyzujące oczy.

I nabiera powietrza, rozszerza płuca. Czuje się pewniej, piękniej. Widzi patrzących z zachwytem facetów. I nocą, gdy lekko uśmiechnięta do swoich jeszcze tak świeżych wspomnień, wraca od kochanka, chłopaka, kogoś z kim jej dobrze. Czasem nie warto czegoś nazywać, szufladkować, a tym samym tracić na starcie. Bo skoro sprawia, że neony przy niej tracą blask, to jest to najmniej istotne. Skoro mimo, że już od niego wyszła, że już leży w swojej pościeli, to nadal czuje go w sobie. Jego zapach, którego nie chce zmyć. Który przenosi ją jeszcze na krótkie chwilę z powrotem  w jego mocne ramiona. I te dłonie, które jakimś cudem potrafią być jednocześnie w kilku miejscach. I zasypia piękna i budzi jeszcze piękniejsza.  A ty męczennico odbierasz sobie tę magię. Sama jej robisz pochówek przy okazji grzebiąc część siebie. I mijasz mnie każdego dnia 30-letnia, z twarzą szarą, jak u zmęczonej życiem staruszki. I Twoje oczy matowe są martwe, choć serce nadal bije. Już wiesz o czym do ciebie piszę Kobieto, której znać nie chcę.  Bo kto by chciał kogoś, kto sam w sobie zasypuje resztki żaru.

Chcę ci tylko powiedzieć, że tak taka byłam. Bo jak ty wierzyłam, że nie wypada, że inne rzeczy są ważne. I są każdą najważniejszą w swojej dziedzinie, ale nie działające bez brakującego elementu. I też myślałam i bałam się, że seks mnie zniszczy, bo upadnie moja reputacja. I nikt nie pomoże mi jej podnieść, żeby powiedzieć, że nic się nie stało. Że to takie normalne, a nawet potrzebne. Że tacy jesteśmy z uczuć skrajnych złożeni, gotowi do eksplozji. Tacy wrażliwi, potrzebujący dotyku obcych rąk, niczym powietrza. I słońca, które pobudza szum w żyłach. Tej bliskości, która łączy dwa ciała w spójną całość. Tej prawdziwości, gdy chcesz wykrzyczeć, że nigdy nie było ci lepiej. Bo jest, bo aż brak ci tchu, bo wiruje ci w głowie. I nagle odkryłam, że nie chcę tak dłużej. I zdjęłam te kajdany moralności nawet nie mojej, tylko ogółu. I poszłam swoją drogą. I znowu lubię chodzić ulicami i czuć się niezwykła. I widzieć to w ukradkowych oczach, gdy w butiku przeglądam sukienki. I uśmiecham się leciutko do obrazka z moich myśli. Tego z wieczoru.  I dźwięku zamka rozsuwanego na moich plecach, gdy ubranie przestanie być potrzebne.

I ty też tak możesz kochana. Też możesz wysiąść z pociągu donikąd, gdzie nudny i ten sam stukot kół potrafi tylko uśpić. I przesiąść się w wysokie szpilki. I pozwolić sobie pójść w zupełnie odwrotnym kierunku. W omijane dotąd rewiry. Potrzebne do tego, byś nadal i już zawsze była i czuła się kobietą.


Seks

Mówiłeś, że nie pozwolisz mi odejść. Ale ja tobie pozwoliłam

Seksualnie
Seksualnie
2 grudnia 2016
Fot. iStock / martin-dm
 

Piszę do ciebie…

…to czego już pewnie nigdy nie zdołam powiedzieć.

Nie dlatego, że nie zdążę, że nagle stwierdziłam jak bardzo nie warto. Bo czas nie stoi w miejscu, płynie jak rzeka i zabiera po drodze wszystko, co stoi przy brzegu. Mnie też zabrał, razem z tymi od blisko trzech lat skrywanymi uczuciami. I odwagę zabrał, tę do patrzenia w twoje nad wyraz mądre i łagodne oczy. Te, które za każdym razem, gdy lądowały na moim ciele były milsze, niż najmiększy koc.

Dziś papier wchłonie każdą moją łzę, bo ten ostatni raz, nie zrobi tego twoja błękitna koszula. Pamiętam, gdy pakowałeś się na to służbowe spotkanie i stałeś w niej, w przedpokoju. I ciągle pytałeś, który krawat i czy dobrze wyglądasz. A ja się śmiałam, że nie wiem, bo jestem już przy twojej marynarce. Tej,  którą ściągam z ciebie pośpiesznie w hotelowym pokoju. I mówiłeś jak bardzo nie chcesz tam jechać, a ja już wtedy czekałam na twój powrót. I te burzę też pamiętam, te z zimnym deszczem, który padał tak intensywnie aż bolała mnie skóra. Gdy jak piorun uderzały prosto w serce twoje słowa, że jesteś zmęczony bo moja miłość jest jak maraton. Jak bieg z niewidzialnymi ale istniejącymi przeszkodami. I te powroty, gdzie nie wytrzymywałeś i pisałeś SMS-a: Mała, jesteś tam jeszcze? Bo ja wciąż tak…

I myślę o tym, że tak mnie drażniły te twoje dziwactwa. Ta obojętność tłumaczona przeziębieniem, te wszystkie ważniejsze ode mnie sprawy. A tyle ich było, bo biuro i wymagający szef i pasje, które przecież dobrze jest mieć. Te noce pamiętam samotne, gdy zagryzałam wargi wmawiając sobie, że to ostatni raz, że rano ci powiem. Że nie chce tak dłużej, że przecież blisko 400 kilometrów różnic między nami, bo ty nadal się boisz tego, o czym ja marzę. Wspólnej sypialni i obiadu przy jednym stole. I naszego nie zapłaconego na czas rachunku i szklanki rozbitej w kłótni o rozrzucone skarpetki. Ale świt zabierał złość i zamiast „żegnaj” pisałam „zostań”. A   ty mówiłeś, że i tak nie miałeś zamiaru odejść. Bo nigdy nikogo tak nie kochałeś i z nikim innym tak ci nie było. I gdy budziłam się z krzykiem w nocy, wyrwana z koszmaru, o którym tylko ty wiedziałeś, szeptałeś, że jesteś. I, że zawsze będziesz, nie pozwolisz mi odejść. Ale ja tobie pozwoliłam.

Patrzyłam przez ostatnie miesiące jak znikasz, jak mijasz drogę po której szliśmy razem. Jak wsiadasz do innych niż ja wagonów i wysiadasz na innej stacji. I nic nie robiłam, myślałam naiwnie, że ludzie tworzą miejsca, ale tylko wtedy, gdy nie chcesz zatrzymać ich na siłę. Więc stałam przy tobie, ale już z boku, łatwa do odcięcia jak niewygodna postać z rodzinnej fotografii. I czekałam. I gdy w końcu po dniach milczenia, po godzinach duszącego strachu stanąłeś w progu i usłyszałam – spróbujmy, przecież cię kocham – pomyślałam, że czasem warto. Bać się, ale przeczekać.

I każdą sekundę potem pamiętam.  Gdy twoje dłonie i oddech był wszędzie a usta zapewniały, że dobiłam do brzegu. Że już nie będę musiała się miotać i walczyć, ze swoimi demonami. Tymi zamkniętymi w szklanej butelce i paczce leków na sen, bo noce przestały mnie straszyć. Bo twoja dłoń, potrafiła przedrzeć każdy mój mrok.  Że już nie muszę uciekać ani szukać, bo mam wszystko gdy patrzę na twoją spokojną, piękną twarz.

I przestały mnie przerażać te chłodne poranki, gdy bałam się otworzyć oczy i odkryć.

I słoneczniki kwitły zimą a Boże Narodzenie było latem, bo byłeś, bo jeden twój dotyk to sprawiał. To, że tylko słońce i błękit nieba płynął w moich żyłach a serce zwolniło bieg.

I moje oczy nabrały blasku i krok stał się pewniejszy. Bo gdy kocha nas ktoś, o kim śniliśmy od lat to nie mając nic, nagle posiadamy wszytko.

I bezpieczeństwo czułam, przez spójność naszych oddechów, gdzie mój wydech to twój wdech.

I miały być tylko nasze dni, a przyszły osobne noce.

I  zima w środku sierpnia, gdy jedną wiadomością skończyło się wszystko. Jak gwałtownie zgaszony płomień, gdy chłodny wiatr wdziera się otwartym oknem.

I pakowałam twoje rzeczy. Nie do naszego, wspólnego jeszcze niedawno „na zawsze”. I odsyłałam, do tylko twojego „tak będzie lepiej”.

Siedziałam, tępo patrząc w ścianę i przypominało mi się, jak nigdy nie kupiłeś mi kwiatów. Twoje zimno do mnie wracało, gdy błagałam o choć jedno słowo i dostawałam kary złożone z wymownego milczenia. Bolały jak razy, wymierzane prosto w twarz. I twoje nerwy nie wiadomo o co, rozdrażnienie brakiem spokoju, który ciągle zabierałam. I to jaki oschły bywałeś i wk**wiająco do granic cwany.

I gdy stawiałeś swoje zachcianki ponad nas. Gdy gryzłam palce w szpitalnym łóżku a ty pisząc – nie przesadzaj – znikałeś na dwa dni. I myślałam wtedy jak dobrze, że pozwoliłam ci iść, że nie prosiłam byś został. Bo nie wart byłeś niczego z tego, co mogłam ci dać. I żyć nawet zaczęłam i znikać w obcej pościeli. Pod cudzym prysznicem, zmywając z siebie noc i intensywny świt. I wciąż w kółko, ciągle tak samo łapałam się na szukaniu. Zapachu twoich włosów, miękkości twoich dłoni, w których chowałam twarz. I pomyślałam, że nie odszedłeś, że nadal tu jesteś, że ciągle cię trzymam. Kurczowo, bez sensu śniąc o tym, że wracasz. Że stajesz w moich drzwiach i mówisz, że już nigdy. Że teraz już tylko zawsze. Na zawsze.

Gdy siedziałam wczoraj na parapecie i myślałam, że padający śnieg ma w sobie coś niezwykłego, bo zakrywa całą szarość i zło, zrozumiałam. Że już tak wiele dostrzegłam, że tyle w sobie odpuściłam. I, że już tak dawno ci wybaczyłam, przestałam czekać i szukać w innych oczach. I tyle przeszłam i tak wiele drzwi zamknęłam. Że będąc osobno, też można być razem. I, że czas już sobie pozwolić. Bo ty odszedłeś, a ja nadal tu tkwiłam. A gdy oczekujesz zbyt długo, to nagle orientujesz się, że już dawno przestałeś kochać. I, że czas jak rzeka zabiera po to, żeby nie wchodzić do niej kolejny raz. Bo są odejścia, które nie czekają na powrót.

Tak jak na ciebie, przestałam czekać ja.


Seks

Boisz się zasnąć, bo wiesz, że zniknę nad ranem. A ja ci odpowiem, że robię to tylko dlatego, żebyś znowu zatęsknił…

Seksualnie
Seksualnie
10 listopada 2016
Fot. iStock / Redrockschool

Kochanie…

Chciałam ci o tym napisać, bo czasem się boję, że nie masz świadomości, jak bardzo na ciebie czekam. Te kilka wieczorów w miesiącu, gdy każda minuta zbliżająca nas do spotkania, jest słodsza od poprzedniej. Gdy od rana wiem, każdym mrugnięciem powiek, że za kilka godzin tu będziesz. Twój zapach, przez który szaleją moje zmysły, rozniesie się po całym mieszkaniu. Jak zawsze nie powiesz nic, tylko przygasisz światła. Podejdziesz do okna parapetu, mocno chwycisz mnie za uda i do siebie przyciągniesz. I jeszcze nim zdążysz mieć swoje dłonie na każdym fragmencie mojego ciała, już przesiąkam twoim zapachem. Wyrównasz nasze oddechy kładąc swoje usta na moich. I od tego momentu wszystko przestanie istnieć. Jakby świat się zatrzymał i tylko w naszych żyłach słychać szum krwi. Wzburzonej do granic gorącym pożądaniem. I pragnieniem, żeby ta noc trwała wiecznie.

Pamiętam ten pierwszy hotel, do którego pojechaliśmy. Kilka dni wcześniej był jeden drink i kilka tak nieistotnych słów.  A potem klub, gdzie tańczyłam, a ty patrzyłeś tak, jakbyś chciał mnie  na wyłączność. W ogóle o tym nie rozmawialiśmy, śmialiśmy się. Niby przypadkiem wplatałeś na chwilę swoje palce, pomiędzy moje. A twoje oczy pożerały moje usta. Tak jakbyśmy się na starcie temu poddali, temu co nadal takie nieetyczne, a najbardziej pożądane. Seks bez zobowiązań. Doznanie, które nie ogranicza w żaden sposób, ale daje wszystko i ponad wszystko. Ale wtedy o tym nie mówiliśmy, tylko wsiedliśmy do wspólnej taksówki. I raz tylko, dotknąłeś mojej twarzy. Jest w tobie tyle pociągająco męskiego taktu. Poczucia tego, że na pierwszym miejscu jestem kobietą, a nie przedmiotem do wdmuchania. Od pierwszego spojrzenia do ostatniego jęku. I gdy szliśmy po schodach i już wtedy nasze dłonie nie chciały nas słuchać. I gdy przycisnąłeś mnie do drzwi pokoju, gdy tylko do niego wpadliśmy. I czułam całą sobą, bez cienia wątpliwości, że tego po prostu chcę. Świadomie i pewnie. Mokra z podniecenia, czująca każdym zmysłem. I pragnąca każdego twojego dotyku, jak jeszcze nigdy dotąd.

I to pamiętam, jak zaskoczyłeś mnie delikatnością i obłędną dokładnością. Gdzie twoje wargi były od stóp, aż po mój język. Jak celebrowałeś pieszcząc mnie do granic postradania zmysłów każdą sekundę. Każdy jej ułamek, przed tym, jak zaczęłam prosić, żebyś we mnie był. A ty cały czas patrzyłeś mi w oczy i szeptałeś, że mam piękne ciało. I,  że jestem najbardziej zmysłową kobietą, jaka istnieje. I czułam cię coraz głębiej i słyszałam wyraźniej, jak bije ci serce i jak powtarzasz, że pachnę orgazmem. I tak było, od pierwszego muśnięcia twoich rąk. Potrafisz być kochankiem, przy którym czuję się piękna i pociągająca. Najlepsza. I jedyna. Bo nie zostawiasz mnie za swoimi plecami, ze skrawkiem obcej pościeli. Tylko przytulasz, okrywasz czule i gładzisz po plecach. I mówisz, że mam taką gładką skórę, taką delikatną. I pytasz, czy było mi dobrze, a ja jeszcze wciąż cię czuję w środku. I nie mogę mówić, bo nadal nie wróciłam. Z przepięknej podróży w jaką mnie zabrałeś. I nadal nic sobie nie tłumaczyliśmy, nawet wtedy gdy zabrałeś mnie na śniadanie. I śmiejąc się wycierałeś piankę z kawy, którą miałam na nosie. I mówiłeś, że czasem jestem jak mała dziewczynka, którą trzeba się zaopiekować. I ja się, na tę twoja troskę godziłam. Nawet nie pytana. I bez względu, na wszystko.

Nigdy nie padło słowo układ. Raz tylko, gdy czułam twój ciepły oddech na mojej szyi, usłyszałam, czy możesz czasem zatęsknić. I nawet nie musiałam odpowiadać, bo i tak wiedziałeś, że się zgadzam. I potrafimy czasem milczeć do siebie i spotkać się nagle, przypadkiem wiedzionym przez los. I jeszcze bardziej ucieszyć. I albo wyjść razem zostawiając tych, z którymi przyszliśmy. Albo po prostu ja tańczę, ty nie możesz oderwać wzroku. I  nakręcamy się aż do ostateczności. I wychodzę nagle sama, a ty za mną nie idziesz. Bo oboje wiemy, że za kilka dni, będzie smakowało jeszcze bardziej. Teraz każde wróci do swojego łóżka i wyświetli obraz z ostatniego nie do końca wspólnego wieczoru. Ty myślisz o tym, w czym dziś śpię a ja przypominam sobie twój zapach. I wytrzymujesz trzy dni, gdy znowu dzwonisz lub piszesz. Jeden krótki SMS, banalne pytanie. Jeden wyraz, który uwalnia lawinę uczuć. Gdy pytasz, czy tęsknię, oddychając szybciej odpisuję, że tak samo ja ty. I godzinę później, tonę w twoich ramionach. Pozwalam ci zedrzeć z siebie ubranie i posadzić na kuchennym blacie. I zakryć dłonią usta, żeby stłumić mój krzyk. W tym geście jest tyle płomiennego seksu, gdy przygryzam ci palce i słyszę, jak coraz głośniej oddychasz. I łapiesz mnie za kark, mocniej niż zwykle i przygryzasz moje usta. I znowu czuję się niezwykłym zjawiskiem, które ty na nowo odkryłeś. Nie ma niczego piękniejszego dla kobiety. Nie istnieje lepsze uczucie. I ja to mam, dzięki tobie, Kochanie.

I ktoś nam zarzuci, że to tylko złudzenia, że się nimi karmimy, że oszukujemy. Nawet gdyby tak było, to dla chwil, na których wspomnienie wilgotnieje i jeszcze bardziej chcę żyć, mogę zostawić wszystko. Nawet uczucie, które przecież i tak przychodzi niepytane, nie wiadomo skąd i kiedy. A jeśli nas ominie lub porozstawia przy innych adresach, to i tak nic nie tracimy. Od zawsze chcieliśmy siebie tylko czasami. Bo ja nie wyobrażam sobie innych rąk, a ty innego zapachu. Ale oboje nie wyobrażamy sobie wspólnego zawsze. Czasem tak mają, ludzie po przejściach. Trochę zawiedzeni, trochę niepewni. Trafiają na siebie tak jak my i nadal mijają. Od czasu do czasu tylko tęsknota puka jednocześnie do ich drzwi. I przez kilka momentów świat przestaje istnieć, telefony tracą dźwięk, milczy dzwonek domofonu. A może tylko my już tego nie dostrzegamy. Bo wtedy mamy siebie. Nie ma nikogo i niczego poza nami. I wspólnym oddechem. I szeptem, że boisz się zasnąć, bo wiesz, że zniknę nad ranem. A ja ci odpowiem, że robię to tylko dlatego, żebyś znowu zatęsknił.