Związek

Przepis na idealny związek? Może jest prostszy niż nam się wydaje

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 maja 2016
Fot. iStock/wundervisuals
 

Czytałam niedawno historię małżeństwa z ponad 50-letnim stażem. On chory, a ona się nim opiekuje. Było tam tyle miłości, czułości obok zmęczenia i zniecierpliwienia. Spłakałam się ze wzruszenia. A później naszła mnie refleksja. Co oni, ci staruszkowie, wiedzą o związku i miłości, czego my nie wiemy. Wierzymy w dozgonną miłość, ale sami nie potrafimy jej często przy sobie zatrzymać.

„Przepis na idealny związek” – przecież musi istnieć, skoro tym staruszkom i wielu innym wiekowym parom się udało. Podglądamy ich, słuchamy, jak mówią o sobie nawzajem, jak pomimo tylu wspólnych lat są ze sobą szczęśliwi. Naprzeciwko mojego rodzinnego domu mieszkała para takich staruszków. Ona w pięknym kapeluszu, jak było ciepło siadała na ławeczce pod kwitnącym bzem, a on kręcił się po podwórku. Czasami siadali wspólnie na ganku przy drzwiach – zwłaszcza w upalne dni, bo tam był cień. Dla mnie byli od zawsze i myślałam, że zostaną na zawsze. Kiedy ona umarła, on umarł tydzień po niej. „Nie umiem żyć bez niej” – mówił i zapadał się w siebie z tęsknoty.

Poznałam też historię małżeństwa – mieszkali w starej kamienic, przyjaciółce, kiedy była na studiach, wynajmowali pokój. Wychodzili na spacer trzymając się za ręce. Ona zawsze pamiętała, w jakiej szklance on lubi pić herbatę, a on zawsze wiedział, kiedy leci jej ulubiony serial – wtedy, żeby jej nie przeszkadzać, zasiadł do swoich krzyżówek. Gdy ona zmarła, jego na drugi dzień znaleziono przy stole, na którym stała zimna już herbata w jego ulubionej szklance. Serce nie wytrzymało jej odejścia…

„Dopóki śmierć na nie rozłączy” – te słowa nabierają znaczenia, kiedy możemy taką miłość zobaczyć, ogrzać się w jej cieple. A my sami?

Zamiast słuchać pełnych szczęścia historii, coraz częściej słyszymy: „Ty wiesz, Anka się rozwodzi”, „Krzysiek wyprowadził się od Moniki”. Przysięgamy sobie miłość aż do śmierci, ale ona odchodzi znacznie wcześniej, choć tak bardzo chcielibyśmy ją zatrzymać. A pozostaje nam szukać jej gdzie indziej, z nadzieją, że to teraz będzie ta, aż po grób. Zastanawiacie się czasami, jak to będzie, jak się już zestarzejcie wspólnie? Widzicie siebie za 30 lat? Kiedy jedno z was może nie będzie miało siły wstać, a drugie poda wam wasze ukochane lody – jak u pary „moich” staruszków z naprzeciwka…

Myślę dziś o tych wszystkich historiach i szukam odpowiedzi na pytanie: jak to do cholery zrobić? Co takiego oni wiedzieli, co my przegapiamy? Bo przecież nikt mi nie powie, że na taką miłość nie czeka. Być z kimś na dobre i naprawdę na złe? Bo czasy inne? Bo życie za szybkie? Bo brak nam uwagi dla siebie nawzajem? Niemal każdy z nas nosi w sobie historię takiej miłości – babci, dziadka, sąsiadki, staruszków spotykanych na spacerze. Co stanowiło filar ich związku?

Może fundament ich szczęścia nie jest skomplikowany, może składa się z kilku zaledwie składników?

Szczerość

To może być jeden z nich. Bo przecież, nie da się być z kimś wiele lat i oszukiwać, kłamać, kombinować. Kłamstwo ma zawsze krótkie nogi i prędzej czy później zacznie w związku przeszkadzać. Kiedyś słuchając jednej historii usłyszałam: „Najgorzej jak zaczynasz kłamać, te najdrobniejsze kłamstwa, pociągają kolejne”. Mówisz, że zostajesz dłużej w pracy, a z koleżanką siedzisz na kawie. Powtarzasz, że nie przeszkadza ci jego wada, choć przeszkadza jak diabli i z czasem coraz bardziej. Zapewniasz, że twoja przeszłość to spokój bez imprez i unikasz dawnych przyjaciół, żeby prawda nie wyszła na jaw. Szczerość kompletna, czy wybiórcza? To często zadawane pytanie. Myślę, że każdy z nas ma w sobie taką granicę. A jeśli nie ma, to może nim coś powiemy lub nie powiemy, warto zadać sobie pytanie, czy my byśmy chcieli o tym wiedzieć. To najprostszy test. Myślę, że warto nad tym pomyśleć.

Zaufanie

Znałam człowieka, który mówił: zaufanie to podstawa. I myślę, że ono składa się na fundament trwałego związku. To chyba jedna z największych wartości. Nie da się zbudować szczęścia i miłości, gdy brak zaufania, gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy po tysiąc razy analizujemy sytuację i słowa. Kiedy przeglądamy niby mimochodem telefon, nie pozwalamy bliskiej nam osobie na własną prywatność i intymność. Chcemy być tak blisko, że nie pozostawiamy oddechu, żadnej przestrzeni. Kontrola zamiast zaufania, a więc brak bezpieczeństwa – a przecież to jedna z naszych podstawowych potrzeb. Jeśli nie ufamy tej drugiej osobie, a także i sobie, to myślę, że trudno będzie usiąść wspólnie za kilkadziesiąt lat na ławce w parku trzymając się za ręce.

Szacunek

Rety, jak my tego nie zauważymy, a przecież to właśnie ten szacunek bije od tych starszych ludzi. Tam nikt nikogo nie lekceważy, nawet w złości nie ubliża, nie pogardza, nie odwraca się plecami. Nie wyśmiewa się ze starczej nieudolności, nie wytyka przy innych wad i błędów. Ten szacunek dodaje dostojności, spokoju i pewności, że nie zostaniemy przez osobę, która kochamy zranieni. O tym wzajemnym szacunku zapominamy, wyśmiewamy się z siebie w towarzystwie, pogardzamy słabościami. Brak w nas akceptacji tolerancji. Bywamy tak skupieni na sobie, że nie zauważamy, ze ktoś blisko nas potrzebuje wsparcia.

I gdyby tak skupić się tylko na tych trzech rzeczach? Szczerość, zaufanie i szacunek. O nich pamiętać, w końcu nie jest ich aż tak dużo. Może to jest ten klucz, tak prosty, że aż trudny do rozszyfrowania? Bo pomyślmy, co jest ważniejsze?

Ja nie znajduję innej odpowiedzi.


Związek

Dlatego, droga mamo, zanim powiesz, że coś robisz „dla dobra dziecka”, upewnij się, że nie oszukujesz sama siebie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 maja 2016
Fot. Unsplash/Caleb Frith / CCO
 

Przeczytałam fragment listu kobiety, która nie godziła się na toksyczną relację „dla dobra dziecka” i pomyślałam, że zazdroszczę temu dziecku. Zazdroszczę, że nie było pretekstem… zazdroszczę, że jego matka wiedziała, co powinna zrobić… zazdroszczę, że wybrała prawdziwe dobro dziecka.

Do pewnego momentu mojego dzieciństwa wydawało mi się, że mam szczęśliwą rodzinę…

Nie widziałam, nie rozumiałam, choć pewnie czułam. Ale kiedy zobaczyłam, jak mój ojciec wygania z domu moją babcię, zarzucając jej na szyję biało-czerwony ręcznik w paski i wyciągając na korytarz, czar prysł. Ten moment jest w mojej głowie cenzurą. Pozorną, ale bardzo symboliczną. Przed – szczęśliwe, nieświadome dzieciństwo. Po – walka o przetrwanie, przymusowa dorosłość i zamiana ról, ale o tym za chwilę. Od tego momentu tata stał się ojcem-agresorem, przed którym trzeba bronić mamę i trzeba wciąż być w gotowości, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. A ja przestałam być córeczką tatusia, a stałam się wrogiem, bo stałam po stronie mamy.

Kiedy myślę o domu rodzinnym, czuję niepokój…

Strach. To był stan ciągłego czuwania, bo nigdy nie było wiadomo, w jakim humorze tata wróci z pracy. A bywało, że wracał wściekły i nie wiadomo, co było powodem awantury… furii… wrzasku… agresji… szarpania mojej mamy. Wtedy ja stawałam między nimi, bo z jakiegoś powodu wiedziałam, że on mnie nie uderzy. A potem uciekałyśmy, w pośpiechu biorąc klucze od domu, portfel, kurtkę… z drżącym sercem zbiegałyśmy po schodach i znikałyśmy za rogiem, upewniając się czy nie idzie za nami. I szłyśmy. Przed siebie. Godzinami spacerowałyśmy rozmawiając. Czasem odwiedzałyśmy znajomych. Wracałyśmy do domu po kilku godzinach. On leżał wtedy przed telewizorem i jakby nigdy nic witał nas. Bez „przepraszam”… bez wyrzutów sumienia… tak po prostu. Jakby nic się nie stało. A stało się. Wiele razy. Pamiętam też noce, kiedy on wpadał w szał. Potem mama spała ze mną w moim pokoju. Moje serce biło jak głupie, a ja nasłuchiwałam, co on robi, czy idzie spać, czy zaraz wejdzie do pokoju i znów będzie krzyk i agresja. Ciągłe czuwanie… ciągły niepokój… strach…

Wtedy wydawało mi się, że moja mama jest moją przyjaciółką, a ja jej…

A właściwie tak było. Dopiero po latach zrozumiałam, że tak być nie powinno. Nie powinnam była tego wszystkiego widzieć… wiedzieć… próbować, rozumieć… To ja chroniłam ją, a to ona powinna chronić mnie. Ona powinna być moją przyjaciółką, ale ja jej – nie. Mama powinna być mamą. Niestety nastąpiła zamiana ról. To ja chroniłam ją. To ja byłam rozsądna, mądra, odpowiedzialna, pocieszająca… Nie byłam już dzieckiem. A wciąż powinnam nim być. Beztroskim. Nierozsądnym. Dzieckiem. Dziś wiem, że moi rodzice mi to odebrali. Kiedyś obwiniałam wyłącznie ojca za całe zło. Nie wiedziałam jednak, że to, co moja mama nazywała „dla mojego dobra”, było tak naprawdę wielką krzywdą. Zabrała mi dzieciństwo, bo nie umiała powiedzieć ojcu „dość”. Nie umiała ochronić siebie i mnie. Wybrała jego, a nie mnie.

Każdemu rodzicowi, który mówi mi, że „dla dobra dziecka” jest w związku, powiem Przestań Pieprzyć! Przestań szukać powodów… przestań zrzucać odpowiedzialność na swoje dziecko. Zacznij robić to, co do Ciebie należy. Chronić swoje dziecko – za wszelką cenę! Jeśli myślisz, że dziecku będzie lepiej w „pełnej” nieszczęśliwej rodzinie niż mieszkając z jednym z rodziców w spokoju i z poczuciem bezpieczeństwa, to otwórz w końcu oczy. Dziecko jest szczęśliwe, kiedy rodzic(e) jest(są) szczęśliwy(i).

A tym wszystkim matkom, które nie potrafią odejść od toksycznych ojców i mężów powiem jeszcze, że dorosłość dziecka z takiego domu to ciągła walka. O akceptację. O sympatię. O poczucie własnej wartości. O siebie. Bo na uczucie trzeba zasłużyć. Bo trzeba być wystarczająco dobrym. Trzeba być też miłym, żeby ważni dla mnie ludzie chcieli być blisko. Ciągle goniąc niedoścignione… wciąż będąc nie dość dobrą… Do tego pasmo dziwnych związków i „przyjaźni”, w których więcej się daje niż bierze. Przypadkowe relacje i przypadkowy seks, żeby sprawdzić czy jestem fajna. Ciągłe poczucie winy, kiedy ktoś ma zły humor – bo to na pewno moja wina i na pewno coś zrobiłam źle. I mogłabym tak wyliczać jeszcze długo… Na szczęście trafiłam w odpowiednim momencie na osobę, która pomogła mi uświadomić sobie, zrozumieć i przeżyć krzywdę. Rozliczyć rodziców. Zapłakać nad utraconym dzieciństwem. Nie po to, żeby znienawidzić rodziców. Po to, żeby pokochać siebie. Świadomie.

Dlatego droga mamo, zanim powiesz, że coś robisz „dla dobra dziecka” upewnij się, że nie oszukujesz sama siebie. Kosztem swojego dziecka. Dziecko nie chce być wymówką. Dziecko chce być priorytetem.

autor: Marta


Związek

40 głupich i natrętnych myśli, które skutecznie utrudnią zasypianie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
6 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

O czym myślicie tuż przed zaśnięciem? No, może nie całkiem tuż przed zaśnięciem, ale wtedy, gdy niecierpliwie czekacie na sen, a on nie nadchodzi. Nagle okazuje się, że jest tyle ważnych spraw, które zaprzątają waszą głowę. Zgoda, czasem nie są one aż tak istotne, ale za to bardzo natarczywe. Skutecznie oddalają od was moment, w którym udacie się do krainy snu.

1. Czy ja na pewno zamknęłam drzwi?

2. Jeśli zasnę już teraz, będę miała całe 6 godzin i 17 minut solidnego odpoczynku.

3. Czy ten hałas z kuchni to ja tylko sobie wyobraziłam?

4. To pewnie kot.

5. Nie, kot jest tutaj, obok…

6. Więc CO to było?

7. Za gorąco tutaj.

8. Za zimno.

9. Już widzę te poduszki, jutro pod moimi oczami.

10. Będę jutro wyglądać jakby mnie czołg przejechał. Znowu.

11. Jeśli nie kot, to co TO było?

12. Może wezmę na chwilę telefon, na wszelki wypadek.

13. Może sprawdzę tylko nowe zdjęcia na Instargramie.

14. Jeszcze tylko Facebook, naprawdę szybko.

15. O, nowa wiadomość.

16. Jeśli zasnę teraz, będę spała 5 godzin i 32 minuty.

17. Zaraz, czy nastawiłam budzik?

18. A co, jeśli budzik nie zadzwoni?

19. Ależ ta strona poduszki jest zimna.

20. Co to było, to na moich ramionach? PAJĄK?!

21. E, to tylko moje włosy.

22. Powinnam pójść do fryzjera.

23. Ciekawe ile zapłacę tym razem.

24. Może nie będę farbować, tylko podetnę.

25. Chyba pójdę gdzie indziej niż ostatnio.

26. Co to był za film, ten, który oglądałam ostatnio, ten w którym Angelina grała wiedźmę?

27. Ale ona ma nogi.

28. Tylko jest trochę za chuda.

29. Ciekawe czy dzieci już śpią.

30. Gdzie ja miałam jutro zadzwonić?

31. O, matko, a ten co? O tej porze siedzi na Facebooku?!

32. Muszę wyłączyć w końcu te powiadomienia.

33. Chyba lepiej będzie, jak będę spała na brzuchu,

34. Jednak nie, nie mogę oddychać. Może na boku?

35. Jak to? Nie śpię już od dwóch godzin. Mogłam coś zrobić przez ten czas.

36. Głodna jestem.

37. I muszę do toalety.

38. Nie, nie wstanę. Nie postawię nogi na tej zimnej podłodze.

39. Jeśli zasnę teraz, będę miała jeszcze 4 godziny snu.

40. Dobra, koniec z tym. [ i otwierasz laptopa]

via GIPHY

Dobranoc! 😉

Źródło: Brightside.com

 


Zobacz także

Dlaczego nigdy nie wyjdę za mąż za mojego chłopaka

Sorry , ale byłeś tylko dawcą …

Co roku ustawiam na półce kolejne anioły. Wierzę, że one chronią mnie i moje dzieci przez piekłem, które nam zgotowałeś