Psychologia Związek

Pierwsza randka? Może być cudownie. Po prostu nie rób tych kilku rzeczy

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
25 października 2016
Pierwsza randka? Może być cudownie. Po prostu nie rób tych kilku rzeczy
fot. iStock/svetikd
 

Pierwsza randka w XXI wieku? Zazwyczaj odbywa się po przesunięcia zdjęcia w prawo, bo w lewo byłbyś człowieku skończony! Wystarczy, że wyskoczy magiczne „it’s a match!”, a historia wielkiej miłości rozpoczyna się na dobre. Do momentu, kiedy przychodzi nam spotkać się w rzeczywistości, w której żeby dobrze wyglądać trzeba czegoś więcej niż kolejnego filtra nałożonego na zdjęcie. W efekcie pierwsza randka może stać się katastrofą.

Pierwsza randka to ta najważniejsza. Pesymiści powiedzą, że pewnie dlatego, że drugiej po prostu nie będzie. I mają w tym trochę racji. Pierwsze wrażenie można zrobić na kimś tylko raz. To, co powiesz w czasie pierwszego spotkania, gdzie się spotkacie, jak będziesz ubrana, co zrobisz będzie miało ogromny wpływ na to, czy do drugiej randki dojdzie. Niby wiemy, że musimy być sobą, ale gdy bardzo nam zależy, zaczynamy być sobą za bardzo. Czego nie robić na pierwszej randce, by druga w ogóle mogła się odbyć?

1. Nie myśl o tym, co było ani o tym, co może się za chwilę wydarzyć

Czy on mnie pocałuje? A jak będziemy się żegnać? Odwiezie mnie do domu? Wejdzie na górę? Mam zapłacić za siebie czy może jednak nie?! Zamiast wybiegać myślami w przyszłość, nawet tą najbliższą, skup się na tym, co dzieje się tu i teraz. Nie żałuj tego, co zrobiłaś przed chwilą ani czego zrobić zapomniałaś. Nawet jeżeli właśnie zauważyłaś, że zapomniałaś o odmalowaniu paznokcia – on i tak tego nie zauważy. Faceci może i są wzrokowcami, ale tak mały szczegół nie zaważy na tym, czy w przyszłości staniecie na ślubnym kobiercu. Dlatego każdą randkę przeżywaj chwila po chwili, inaczej będziesz po prostu nieobecna.

2. Jesteś ważna, ale nie najważniejsza

Dlatego nie mów ciągle o sobie. Jasne, zdenerwowanie zrobi swoje i pewnie choć raz nerwowo wspomnisz o tym, że jak byłaś mała uwielbiałaś spać z rodzicami w jednym łóżku. Ale czy to na pewno powinno go obchodzić? Mów o sobie tylko wtedy, gdy zostaniesz zapytana o jakiś szczegół ze swojego życia. Bądź zainteresowana tym, co twój potencjalny partner ma do powiedzenia o sobie. Może wydawać się to banalne, ale najważniejsze to doprowadzenie do swobodnej konwersacji, nie ciągły monolog jednej ze stron.

3. Nie spóźnij się 

Ok, idealna kreska na oku i dobranie torebki do koloru paznokci, a jednocześnie do butów może być trudne. Postaraj się jednak nie spóźnić. Jeśli wiesz, że zapewne czeka cię stanie w korkach – wyjedź wcześniej. Nie bądź optymistką w kwestiach planowania przygotowań do wyjścia. Możesz być pewna, że coś nie pójdzie zgodnie z wcześniej przygotowanym rozkładem zajęć. Pierwsze wrażenie możesz zrobić tylko raz, a jeżeli rozpoczniesz je od spóźnienia się, oboje będziecie zdenerwowani. Lepiej wyślij sms’a z przeprosinami, ale zamiast kazać mu czekać, po prostu poinformuj o opóźnieniu.

4. Staraj się, byle nie za bardzo

Pierwsza randka to nie rozmowa kwalifikacyjna. Nie musisz zaczynać od tego, jakie masz doświadczenie zawodowe czy ile fakultetów skończyłaś. Nie staraj się mu zaimponować. Może się okazać, że zamiast zachęcić go do siebie, po prostu go zniechęciłaś. Dlaczego? Można dużo mówić na temat tego, że faceci wcale nie boją się silnych kobiet odnoszących sukcesy, ale ich ego zawsze będzie rosło, gdy poczują się potrzebni. W kilku słowach powiedz, czym się interesujesz, co robisz w życiu, ale nie przesadzaj. Od tej randki nie zależy twoje życie. Jeżeli zaiskrzy, zaiskrzy i bez ogromnego wysiłku.

5. Nie zakładaj, że się nie uda

Zaplanuj wszystko tak, żeby randka była sukcesem, nie porażką. Wybierzcie miejsce, w którym jeszcze nie byliście. Nowe przeżycia pomagają budować więź między partnerami. Upewnij się, że obojgu wam pasuje wybrany termin, że nie wyskoczy ci nagle coś pilnego. I przede wszystkim ustalcie, kto płaci za rachunek. To wciąż temat tabu, o którym wiele osób boi się rozmawiać. Jednak jeżeli nie zrobisz tego wcześniej, w czasie randki będziesz ciągle o tym myśleć. A to doprowadzi nas z powrotem do punktu pierwszego. Pomijając pieniądze, miejsce i datę, pamiętaj o jednym – najważniejsze jest pozytywne nastawienie!

6. Terapię zostaw sobie na później

Nigdy, przenigdy nie traktuj randki jak terapii. Nie narzekaj na swoją szefową, brak kasy, nadopiekuńczą matkę, a już nie daj Boże nie wchodź na temat swojego eks! Może i zyskasz chwilę uwagi, a nawet sympatię! Ale na pewno nie zyskasz szacunku i miłości. Powód jest prosty. On wcale nie chce być twoim terapeutą, ale twoim facetem. Takim zachowaniem pokażesz tylko, że nie potrafisz sobie radzić sama ze swoim życiem. Może i mężczyźni lubią pomagać, ale na pewno nie lubią co chwilę ogarniać życia swoich partnerek.

7. Jedzenie?! Spokojnie

Dobre maniery mówią o człowieku więcej niż tysiąc słów. Oczywiście, wiele zależy od wychowania, które wynieśliśmy z domu. O pewnych rzeczach musimy jednak pamiętać, zwłaszcza gdy jesteśmy w bardzo stresujących sytuacjach. A nie oszukujmy się, pierwsza randka na pewno taką właśnie jest. Dlatego nie zamawiaj od razu kilku drinków, nie pochłaniaj całego dania które zamówiłaś. Tak, tak – teraz brzmi to jak coś oczywistego. W końcu wiadomo, że i tak zamówisz sałatkę, a zamiast drinka wodę niegazowaną z cytryną. Jednak pamiętaj, przegięcie w każdą stronę będzie złe. Po prostu bądź sobą! On na pewno to doceni.


 

źródło: Blogs.psychcentral.com


Psychologia Związek

Wsi spokojna, wsi wesoła. Miało być romantycznie, jest jak w piekle

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
25 października 2016
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Dzień zaczynam od kawy, palenia i gazety. Na bogato. Biorę  „Rzeczpospolitą”, robię kawę i idę do kotłowni palić w piecu mamrocząc pod nosem przekleństwa, dlaczegoż też dałam się namówić na tę przeprowadzkę na wieś. I jakąż jestem ofiarą losu, że nie mogę poradzić sobie z tym p…ym piecem centralnego ogrzewania.  

A miało być tak pięknie, jak w dzieciństwie. Wspomnienie jest takie: ukochana babcia w kraciastej chuście paliła w wielkim piecu kaflowym. Na stale gorącej płycie kuchni gotowała się zupa z kiszonej kapusty (pewnie inne też, ale tę pamiętam). Ciepło płynące od pieca pozwalało skutecznie odgrodzić się od mrozu za szybą. Wspomnienie tak mocno wbiło mi się w głowę, że przeprowadzając się na wieś marzyłam o takim domu, gdzie będzie kuchnia kaflowa. Sama poezja.

Podejmujemy decyzję o przeprowadzce. Szukamy starej, romantycznej chałupy z prawdziwą kuchnią do wynajęcia. Szczęśliwie nie znaleźliśmy (Bogu dzięki, bo w domu byłoby nie tylko zimno, ale i głód), ale trafił się dom z własną kotłownią. Cóż, jakoś to będzie z tym paleniem – stwierdziliśmy, chociaż kompletnie nie mieliśmy pojęcia, na co się porywamy. Ale w harcerstwie byliśmy, drwa na ognisko znosiliśmy, ogień paliliśmy, studia skończyliśmy, internet mamy, to wszystko co trzeba wygooglamy. Damy radę. Jakoś.

Najpierw zakup węgla – googlamy i głupiejemy. Jakiś orzech, jakaś kostka. Kalorie? Węgiel nie tuczy, przeciwnie od jego dźwigania, czuję jak chudnę. Jedziemy na skład węgla na konsultację. Pan poleca, bierzemy trzy worki. Jakoś się pali, więc uznajemy, że trzeba iść w hurt. – Dwie tony bardzo proszę – zamawiamy wykładając na ladę chyba ze 13 stówek w zamian. Pan przyjmuje, kwituje,  mówi, że przywiezie po południu. Czekamy. Jest.

– Macie szczęście – mówi kierowca. Skończył się tamten węgiel, który zamówiliście, ale daliśmy wam droższy w tej samej cenie – zachwala. – Stary numer – mówi sąsiad, nasze guru. – Ten węgiel nie schodzi, bo się nie nadaje do domowych pieców. Trzeba było stać i pilnować, żeby dobry dali – tłumaczy. I na koniec dodaje jakoś smutno: współczuję palenia.

Stoimy jak ostatnie sieroty nad dwoma tonami czarnego złota, które może byśmy oddali, ale nie ma jak. Odebrać nie odbiorą, sami nie odwieziemy. Ufamy, że jakoś to będzie.

I jakoś jest. Jeśli bogowie ognia mi sprzyjają, rozpalam w piecu z godzinę wrzucając co i rusz kolejną przeczytaną stronę Rzepy dla podtrzymania płomieni. Jeśli nie – to czytam nawet dział prawny i dodatek dla firm przeglądam. Jestem na bieżąco jak nigdy.

Z kolei, gdy los chce się na mnie zemścić, to w kotłowni rozpoczynam swój dzień pracy. Zeszyt na kolana, długopis w rękę, telefon przy uchu i dzwonię do  bohaterów pisanych tekstów udając, że jestem w ciepłym biurze w samym centrum miasta. Ba, nawet potakuje, gdy ktoś mi mówi, że my w tej Warszawie to nie mamy pojęcia, jak wygląda prawdziwe życie. Nie mamy z pewnością. Nie miałam – przyznaję w duchu.

Jestem przekonana, że te cholerne piece są jedną z głównych przyczyn alkoholizmu na wsi. Nic tak nie rozgrzewa w tym ziąbie jak nalewka (przy okazji, siostra dzwoniła, że ma pigwę i czy chcę). Nalewki produkują tu wszyscy. Bo jak tu inaczej żyć, pani premier, jak żyć w tym zimnie i nostalgii.

Wydaje mi się nawet, że gdyby rząd w ramach walki z alkoholizmem, zamiast likwidować tzw. małpki, dopłaciłby do gazowego ogrzewania w tych starych domach, to sukcesy na tym polu byłyby z pewnością większe. Dla zdrowia, środowiska i samopoczucia obywateli mieszkających na prowincji.

Ale są i zalety takiego rozwiązania. Nie ma szans, żebym gdzieś wyszła z domu bez lakieru na paznokciach. Dziękuję serdecznie temu, kto wymyślił szare. Kryją węgiel idealnie.

Więcej zalet nie jestem w stanie wskazać. Dlatego jeśli marzysz o domku na wsi i sielskim życiu, za NIC W ŚWIECIE nie przeprowadzaj się tam, gdzie stoi piec. Będziesz żałować. Aż do lata.

Bo potem to naprawdę pięknie jest.


Psychologia Związek

„Każdy, kto przyjdzie z zewnątrz, ma prawo mi nawrzucać, upokorzyć”. Królowie życia… nie to co my, całe życie „na kasie”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
25 października 2016
Fot. iStock / VioNet

„Gówno mnie obchodzi, że się dopiero uczysz. Nie chciało się w szkole uważać, nie miało się wyższych ambicji, to się teraz na kasie siedzi w sklepie. I nawet tego nie potrafisz zrobić, nieuku! Kilku towarów skasować. Kto cię tu w ogóle przyjął? Kierownika mi tu wołaj, niedouczona kretynko!”. Głos roznosił się po całym sklepie, nikt nie reagował. Odwróciłam się i pytam. „A szanowny pan to profesor czy inna szycha?”. „Ja? Spawacz, ale…”. „To idź pan i daj porządnym ludziom pracować” – kwituję. Zagaduję później roztrzęsioną dziewczynę, podaję chusteczkę. I słyszę, jak drżącym głosem mówi, że to jej pierwszy dzień, dopiero wszystko poznaje, że chce tu pracować, ale dopiero się uczy. I dodaje, że nie jest nieukiem, że skończyła studia na dobrej uczelni, ale ma małe dziecko. Innej pracy, choć szukała, nie było, więc brała  co jest. Bo rachunki się same nie zapłacą, lodówka się sama nie zapełni. Że jej mama w masarni pracowała całe życie i nie widzi w tym nic uwłaczającego.

„Tylko wie pani, to było tyle lat temu i  chyba inne czasy były, ludzie jacyś bardziej empatyczni. Bo czy ja jestem gorsza tylko dlatego, że pracuję w markecie, no niech mi pani powie? Podłych czasów w takim razie dożyłam, skoro ocenia się mnie po tym, jak i gdzie pracuję. Aż strach pomyśleć, co czeka moją córkę, skoro już teraz obrywamy za to, że zabrakło taśmy w kasie fiskalnej”.

Pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Mój brat mieszkający w Warszawie jest managerem w dużym supermarkecie należącym do niemieckiej grupy przedsiębiorców. Nie raz rozmawialiśmy o podobnych sytuacjach, jak ta, która zastała mnie dziś. Brat niejednokrotnie podkreślał smutną i przerażającą prawdę o traktowaniu pracowników w sklepach, marketach, hipermarketach. Zawsze jednak powtarzał, że upokorzenia nie zaznał od szefostwa, kierowników regionalnych, dyrektorów.

„Najgorsi są klienci. Ludzie, którym wydaje się, że mogą ci powiedzieć wszystko, napluć w twarz tylko dlatego, że stoją po tej drugiej stronie lady. Przychodzą i żądają. Nie zachowują się zwyczajnie. Mają nas za gorszych, za takich, którym można nawciskać, żeby sobie ulżyć. Czasem nas wyśmiać. Kiedyś miałem taką sytuację: rodzina dwa plus jeden, syn w wieku około 15 lat. Chodzili po sklepie, ciągle coś im nie pasowało, w końcu zrobili zakupy i podeszli do kasy. Koleżanka akurat ich obsługiwała. Rzucali produkty na taśmę, coś spadło na podłogę po ich stronie. Gówniarz spojrzał na kasjerkę i przy aprobacie tatusia i mamusi wypalił: „No zasuwaj i podnoś to, za to ci płacą. Co, pampers ci się do dupy przykleił?”. Miałem ochotę podejść i go za fraki wyprowadzić, ale najpierw „pogratulować” rodzicom. Sam jestem ojcem, nauka szacunku do siebie i do drugiego człowieka jest dla mnie priorytetowa. Widać, różne mamy priorytety”.

Pani Zosia, ma 52 lata. Też pracuje w jednym popularnych marketów. „Pracuję na dwie zmiany, najczęściej jednak na tę pierwszą, bo kierownictwo mi trochę na rękę poszło. Dojeżdżam z daleka, wieczorem nie bardzo mam czym wrócić do domu. Wstaję około czwartej rano, mężowi szykuję jedzenie na później, pomagam mu się ubrać, bo po wypadku na budowie podupadł na zdrowiu. Na pielęgniarkę nas nie stać, bo męża renta na leki praktycznie cała idzie, a ja zarabiam najniższą krajową. Przychodzi z opieki pani, żeby pomóc, ale tylko dwa razy w tygodniu. Wiadomo, mąż nie jeden co pomocy potrzebuje, są inni pacjenci z taką samą albo gorszą sytuacją od naszej.

Jak jest gorszy miesiąc, bo rachunki za duże przyszły, albo coś się popsuło w domu, to nocki biorę. Ciężko, nie będę ukrywała, bo TIR-a z towarem, a czasami i dwa trzeba rozładować. Pewnie, że nikt nam nie każe dźwigać ponad miarę, są wózki widłowe, ale mimo to narobić się trzeba. Kręgosłup siadł mi nieraz, ale taka specyfika tego zawodu, że nie tylko na kasie się jest, ale też sto innych rzeczy trzeba umieć zrobić. To moja praca i cieszę się, że ją mam. Że na starość jakaś emerytura będzie, że razem z tym co mąż ma, jakoś podołamy. Tylko boli czasem, jak słyszę niemiłe uwagi od klientów. Oberwałam nie raz od ludzi, którzy mogliby być moimi dziećmi. Wyśmiewają, wyżywają się, w podły sposób popędzają.  Tak jakby ci co pracują w sklepach, z niższej półki byli. A mi przez tyle lat pracy, proszę mi wierzyć, nigdy nie zdarzyło się chociażby grymasem zdradzić, że gorzej się czuję, że nie spałam prawie całą noc i to już nie pierwszą, bo mąż cierpiał, bolało go. To moja codzienność, taka jak każdego innego człowieka. Jakiś pan pracuje w biurze, pani pisze artykuły, a ja jestem kasjerką.

Przecież każdy zawód jest w życiu potrzebny, choć czasem wydaje nam się, że nie moglibyśmy robić tego, co robią inni. I ja myślę, że to dobrze. Pracę i ludzi, którzy ją wykonują, trzeba szanować. Tak mnie w domu uczyli, i o tym myślę, gdy kolejny raz mnie ktoś od sklepowych idiotek wyzywa. Że to nie ze mną, jest coś nie tak”.

„Proszę pani, takie akcje jak ta przed chwilą zdarzają się nieraz kilka razy dziennie”. Dawid ma 27 lat, pracuje w osiedlowym markecie blisko dwa lata.

„Jestem po technikum żywieniowym, a że pracuję tu? A to gorsza praca od tej w restauracji, biurze czy na poczcie? Co to w ogóle za określenie?  Praca to praca, dobrze, że w ogóle jest. Przecież gdybym miał tę w swoim zawodzie, to by mnie tu nie było, proste. Ale życie weryfikuje, a z czegoś się utrzymać trzeba. Nie raz zostałem wręcz zwyzywany. Oczywiście, że w skrajnych przypadkach, gdy klient jest agresywny, reaguje ochrona. Zazwyczaj niestety to jeszcze my musimy taką osobę, która nas obrażała przepraszać, żeby nie psuć wizerunku firmy. W myśl zasady, że klient nasz pan. I czasem dosłownie czuję się jak rzecz, jak własność. Bo każdy, kto przyjdzie z zewnątrz, ma prawo mi nawrzucać, upokorzyć. Pewnie, że zdarzają się miłe czy śmieszne sytuacje. Człowiekiem trzeba być po prostu, to tak wiele? To jest ciężka praca, nikt tego nie wie. To nie jest tak, że posadzę tyłek na krzesełko i tylko towary 8 godzin skanuję. W międzyczasie, dokładam na półki, rozładowuję towar, który właśnie  dojechał, pomagam innym pracownikom. I coś ci powiem. Mimo wszystko lubię swoja pracę, ale jednak bardziej wtedy, gdy jestem na zapleczu. Gdy nie muszę słuchać od sfrustrowanych swoim życiem klientów, jakim to jestem śmieciem. Nie jestem, uczciwie i rzetelnie pracuję. I zastanawiam się, kim są ci, którzy nas w ten sposób traktują. Jak niewolników, których można skopać, kiedy się chce. I  czy oni są tak bardzo pewni tego, że kiedyś sami nie znajdą się po tej drugiej stronie. Może, gdyby przez chwilę poczuli to co my, to by ich trochę ruszyło. I przestałby jeden z drugim pokazywać mnie palcem i tłumaczyć 6-letniej córce: „Popatrz, no popatrz! Jak się nie będziesz uczyła, to będziesz pracować, jak on”.

Kim są ludzie, którzy codziennie od 6-tej rano biegają, starają się, dwoją i troją, żebyś miał ciepłe bułeczki i świeże owoce na wyciągnięcie ręki. Kim są ci, którzy, gdy ty śpisz w niedzielę do południa, zapieprzają od rana, do późnych godzin nocnych, jakby rodzin nie mieli. A mają. Ci, którzy mimo tego, że mają w domu umierającą matkę, albo chore dzieci uśmiechają się do ciebie cały dzień. Są życzliwi, pomocni. Bo jeśli ich nie szanujemy, to może zamknijmy wszystkie dyskonty, sklepiki, warzywniaki. Po co się denerwować, że obsługuje nas niedouczony tłuk i kretynka, której towar spadł z taśmy. Przecież to tylko kasjer, tylko sprzedawca.

A ty. Kim jesteś w takim razie? Powiem ci. Tylko człowiekiem. Tak jak ja, twój sąsiad i babka z hipermarketu naprzeciwko, która kłania ci się każdego dnia, gdy wchodzisz do jej sklepu. Bo jest wdzięczna, że dzięki tobie drogi kliencie, będzie miała z czego zapłacić za prąd i gaz. Więc okaż jej choć odrobinę szacunku, albo przestać szumnie nazywać się człowiekiem.


Zobacz także

Kobieta po trzydziestce szuka zmiany… tylko nie wie jakiej

Zobacz, jak wiele jesteś warta! Jak na sześciu filarach zbudować poczucie własnej wartości

Mówią mi, że trzeba się poświęcać dla drugiej osoby. A ja pytam co, gdy całe ciało i dusza czują, że będę przez to nieszczęśliwa?