Lifestyle Związek

„Nie zazdrość szczęśliwym parom, pomyśl co możesz zrobić”. Mężatka do innych kobiet

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
13 lipca 2022
fot. iStock
 

Jesteśmy parą, która w niedzielne przedpołudnie idzie na spacer do lasu. Bierzemy naszą 7– letnią córkę i psa. Dużo się śmiejemy, a w lesie gramy w podchody ( zawsze to mąż wymyśla nam gry terenowe). Potem idziemy na obiad, trzymamy się za ręce i mówimy do siebie „mycho” i „kotku”, z czego tak się śmieją niektórzy ludzie. W domu razem gotujemy, kokosimy się na jednej kanapie( my plus córka plus dwa koty plus pies) i oglądamy filmy.

Nasz związek nie jest kompromisem, rezygnacją, poświęceniem dla dziecka.  Uprawiamy seks częściej niż statystyczne trzy razy w tygodniu, jest nam dobrze, czasem uciekamy na weekend i snujemy się po polskich miastach, sami, bo nasza córka zostaje z babcią.

Jesteśmy parą (rodziną), której być może zazdrościsz na ulicy (jeśli jesteś nieszczęśliwa, smutna, zakochana lub samotna). Widzisz, że my się przytulamy i śmiejemy. A może jesteś tą samotną (w związku lub sama), która widząc jak pakujemy rowery na dach samochodu zazdrości nam szczęścia. I tego, że wyglądamy jak z kolorowego obrazka. I zawsze mamy z kim jechać na rower, kochać się, chodzić do kina.

Ale chciałabym ci coś powiedzieć, o czym rzadko się mówi. O czym rzadko mówią małżeństwa, bo to takie tabu. Te wszystkie zdrady, prawie zdrady, zobojętnienia, albo po prostu wegetowanie obok siebie, bez romansów, ale z zamrożonym ciałem. I emocjami.

Ja o naszym kryzysie mówię głośno, bo chciałabym, żeby choć jedna osoba wiedziała, że kryzys jest często składową wieloletnich związków. I że warto walczyć. Nasz związek był ruiną. Doskonale wiem co to samotność w relacji, mój mąż też to wie. Sypiałam na kanapie w salonie, często bolała mnie głowa, a on za dużo pracował. Wiem wszystko o chodzeniu później spać, żeby nie musieć się kochać.  Nie chodziliśmy przytuleni, mijaliśmy się w kuchni, nasze rozmowy dotyczyły tylko mleka w lodówce, sprzątania i dziecka. Gdybyś nas wtedy zobaczyła na ulicy, pomyślałabyś: małżeństwo to koszmar.  Albo: tylko współczuć.

Jesteśmy dowodem na to, o czym często mówią starzy ludzie– że długi związek to przypływy i odpływy namiętności. Że wszystko można wybaczyć i nigdy nie jest za późno, by próbować od nowa. I nie zawsze warto ufać odczuciom– przecież naprawdę już myślałam, że nie kocham, podczas sporadycznego seksu patrzyłam w sufit, marzyłam o innym, zazdrościłam parom w kinie i na ulicy. Chciałam znów słyszeć: „kocham” i mówić to komuś.  A przynajmniej nie czuć pustki, z którą zasypiałam i budziłam się co rano.

Nie wiem na jakim jesteś etapie życia, może mnie rozumiesz, bo też to przeszłaś, może jesteś w tej samotni teraz.

W naszym życiu nie stał się cud. Nie wróciliśmy w swoje ramiona ot tak. Nie przestałam patrzeć w sufit na „raz, dwa, trzy” . Ale wiem, że można chociaż spróbować. Zanim spakuje się walizki i odejdzie. Potrzebujemy jednak do tego kilku rzeczy.

ŚWIADOMOŚĆ

Ona jest najgorsza. Możesz zapchać życie zajęciami, miłością do dzieci, pracą. Możesz co rano się oszukiwać, że nie jest tak źle, możesz po każdej awanturze myśleć sobie: „pomyślę o tym jutro”, ale tak będzie tylko gorzej i gorzej. Mnóstwo ludzi to robi. Zamiata pod dywan. I dla przyjaciół, i dla rodziny, ale też dla siebie. Bo prawda jest tak bolesna, że nie chce się jej znać. Bo przecież jest ten kolorowy obrazek, więc jak mam powiedzieć teraz, że to tylko iluzja?

Ale jedynym rozwiązaniem to stanąć i powiedzieć sobie, że jest najgorzej na świecie. Ale nie tylko sobie mówić i dalej z tym żyć. Zrobić coś. Powiedzieć jemu, nie zwracać uwagi, gdy on rzuca: „Ale o co ci chodzi?” (częste zaprzeczenie), zadzwonić, umówić się na terapię. Inaczej prędzej któreś z was zdradzi. Albo odejdzie. Albo wycofa się w miejsce, z którego nie ma odwrotu.

Mnie świadomość tego, co się dzieje w moim domu, powaliła. „Po prostu nie kocham” – powiedziałam sobie któregoś dnia. Nie chcę bliskości. On nie chce. To guzik prawda, że jesteśmy zapracowani. Nie jesteśmy na tyle. On mnie nudzi. On mnie brzydzi czasem. I wścieka. Ileś miesięcy „chodziłam” z tą prawdą. To bzdura, że robię te awantury o łyżkę, pranie, zapracowanie. Przecież chodzi mi o coś innego. W nosie mam tę łyżkę. Ale nie mam w nosie tej pustki. I powiedziałam to. Nie, że się wkurzam, bo on. Powiedziałam, co ja czuję.

On był w szoku. A potem ja byłam w szoku – bo tak długiej listy zażaleń nie usłyszałam od nikogo. Ale cóż, tak się kończą miesiące (prawie lata życia) w fikcji.

Chciałam spakować walizki. Marzyłam o samotnych wypadach do kina i brudnych – swoich– naczyniach w zlewie. Zazdrościłam singielkom.

Ale umówiłam nas na terapię– dla dziecka. I dlatego, że obiecywałam mu, że do końca życia. Może to głupie, nie jestem specjalnie wierząca, ale jednak ważna jest dla mnie odpowiedzialność za drugiego człowieka i dane mu obietnice.

CHĘĆ ZMIANY

Bez niej nie zrobisz kroku. Ta wola zależy od dwóch stron, sama możesz zmieniać się i zmieniać, ale związek to jednak relacja. On musi chcieć choć trochę.

Miliony razy chciałam wyjść od terapeuty. Myślałam, że mój mąż zwariował, kłamie i plecie bzdury. Myślałam też, że chyba żyjemy w dwóch różnych związkach i opowiadamy dwie zupełnie inne historie. Tak zresztą było.

Ale zacisnęłam zęby. Przestałam tylko tokować, mądrzyć się, wyszłam poza „ja to, ja tamto”. Zaczęłam słuchać. Brr.

W oczach faceta, którego pokochałam byłam męczącą, znudzoną, histeryczną żoną. Byłam nieuważna (ja?!!!), skoncentrowana na sobie (ja?!!!), i nie potrafiłam słuchać (to już był cios poniżej pasa!). Po tych terapiach wychodziłam do lasu z psem (sama) i biegałam. Inaczej nie zniosłabym tych oszczerstw. Zabiłabym go. To było takie niesprawiedliwe. ( serio?)

Ale fajny jest moment, gdy nagle rozumiesz, że to bzdura, że jesteś idealna. Że czasem ktoś widzi nas inaczej. A jeśli już to zrozumiesz – czujesz, że możesz fruwać. Koniec z obwinianiem, możesz się zmieniać i też polepszyć ten związek.

PRZEBACZENIE

Tak, wiem, nie ma gorszych awantur niż te awantury bliskich ludzi. To wypominanie, świadomość słabych punktów, perfidne ich wykorzystywanie, te słowa, które zostają. O których nikomu nie mówimy, bo sami nie chcemy pamiętać.

Wybaczyłam wiele słów. Że nie da się ze mną wytrzymać, że robię syf wokół siebie, że jestem męcząca i marudna, a budzenie się koło mnie przyprawia o mdłości, bo od rana narzekam i psioczę. Że się nie staram w seksie. Wybaczyłam każde trzaśnięcie,  „rozwiedźmy się”, „radź sobie sama”. Bo pomyślałam o tym, co ja mówiłam. I nie wiem czy te słowa nie były gorsze.

W momencie, w którym przestajesz mówić „To ty mnie źle traktowałeś, bo powiedziałeś to i tamto, zrobiłeś tak i tak” w związku robi się czysto. Trzymać się teraźniejszości– to chyba najlepsze rozwiązanie.

PRACA

Tygodniami i miesiącami. Robienie kolacji i czekanie w szpilkach (choć w duchu myślisz: WTF? To jest tylko komiczne, bo na pewno nieerotyczne), wyjazdy i rezygnowanie z tych miliona bodźców, żeby być tu i teraz z tym mężczyzną. Bieganie na terapię, rozmowa, rozmowa.

Seks, którego też znów uczysz się powoli. Otwierać też się uczysz powoli. Kilka takich rzeczy wbrew sobie (ja tak miałam) i nagłe odkrycie, że to jest wciąż ten sam facet, w którym się zakochałaś. Zmienił się tylko ciut ciut. Ale przecież ja już też nie ta sama. Może możemy od nowa, choć inaczej?

Dodaj do tego nieustanną pracę nad sobą, dobre chęci, nadzieję i już związek bardziej przypomina związek, a nie trupa. A przecież mogłam się rozstać i przy kolejnym partnerze dojść do tego samego. Szkoda rodziny, miłości i tego co razem zbudowaliśmy. Szkoda domu, wspólnych kubków i planów.

Jeśli jeszcze jest jakaś nadzieja – zrób wszystko. Nie jest powiedziane, że nie można pokochać znów tego samego mężczyzny.

A ty dziewczyno samotna, nie zazdrość parom i małżeństwom z dziećmi. Ludzie w wieloletnich związkach, jeśli chcą mieć wspaniale, najczęściej muszą już nad tym pracować. Ciesz się, że to czyste zakochanie, bez pracy, wciąż przed tobą.


Lifestyle Związek

Twój facet chce mieć przyjaciółkę? Niech ma. Ale tych czterech zasad musi przestrzegać

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
8 grudnia 2021
Fot. iStock/Marco_Piunti

Obudziłam się o trzeciej rano i zobaczyłam, że telefon mojego męża wibruje. Zerknęłam na wyświetlacz. Ostatnio wyłączył podgląd wyświetlania treści wiadomości. Podejrzane, prawda? Od razu zapaliła mi się czerwona lampka: zdrada, zdrada, zdrada.

Znam jego kod, więc go wpisałam. Tak, wiem, że nie powinnam tego robić, ale o tej trzeciej rano, patrząc na jego telefon rozświetlany tajemniczymi wiadomościami z WhatsAppa, nie myślałam logicznie. Chwilę później weszłam w świat faceta (mojego niby męża), którego kompletnie nie znałam.

Nie, nie chodzi o zdradę fizyczną, przynajmniej nie sądzę

Mój facet prowadzi popularne konto na Instagramie. Tej nocy weszłam na grupę, którą założył wspólnie z czterema koleżankami poznanymi w sieci. Zabolało.

Po pierwsze, że o niczym nie wiedziałam. Czy to taki problem powiedzieć, że ma się kumpelki?
Dajemy sobie przecież dużo wolności, mam przyjaciela faceta, z którym czasem pisze.

Po drugie. Niby nie było w tych wiadomościach nic niezwykłego. Niby.

„Nie śpię” pisała Anka (kimkolwiek ona była)
„Też nie śpię, włączę Netflixa” odpowiadała jakaś Weronika. (Dlaczego nigdy nie słyszałam o Weronice???!)
„Ja robię na drutach, wszystko przez to, że mam problemy z Nelką. Jutro zebranie” pisała Insulina. (Jaka Insulina) „Hej, a Ty Adamski śpisz”.

Adamski. Mój mąż ma na imię Adam. Zawsze tak do niego mówiłam, Adamski. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że to że mówi tak do niego obca kobieta jest czymś na podobieństwo zdrady.

Jak również to, że wspiera te dziewczyny w ich kryzysach życiowych, gdy tymczasem mi mówi:
„Nie przejmuj się, bierz się w garść”.
Przejrzałam wiadomości z kilku miesięcy i prawie zasłabłam. Otóż mój, dość skryty mąż, starał się chyba o tytuł najbardziej zabawnego gościa roku. Pisał kilkanaście razy dziennie, wrzucał swoje śmieszne zdjęcie (żadnego nie dostałam ja), wrzucał zdjęcia z naszym psem, opowiadał o naszej córce. Nie opowiadał natomiast o mnie. Czasem rzucił coś w stylu: moi wyjechali/ moi wyszli.

Moi?!
Poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb.
Porobiłam screeny i mu je wysłałam.
Do rana nie mogłam zasnąć.
A rano…

Mój facet nie rozumiał czym mnie zranił. Albo udawał, że nie rozumie. Leciały argumenty w stylu: przecież ty też masz koleżanki, po prostu je lubię, nie powinnaś czytać moich wiadomości. Zaraz potem: nie przeszkadza mi to, nie mam nic do ukrycia.

Później odkryłam, ze raz widział się z jedną z tych dziewczyn, później z drugą. Jedna z nich ma faceta. Ale…. Nie mógł mi o tym powiedzieć?

Szczerze powiedziawszy od tego czasu nie czuję się z nim okej. Mam poczucie naruszenia granic.
I nie, nie chcę słuchać argumentów, że mój facet jest narcyzem. Nie jest nim. Jest spoko gościem, mamy fajny seks, szanujemy się. A jednak czegoś mu w związku brakuje? Tak myślę.

I wciąż się zastanawiam: mężczyzna ma prawo mieć koleżanki, czy to jednak zawsze alarm? Jeśli ma prawo mieć koleżanki, to jakie? Gdzie jest granica?

Pomyślałam też, że są cztery zasady dotyczące przyjaźni naszych partnerów z innymi kobietami. Jeśli ktoś je łamie, znaczy, że coś mocno nie gra.

Po pierwsze: wiemy o tych  jego koleżankach

Oczywiście mężczyzna nie musi nam się zwierzać z każdej rozmowy z inną osobą, ale jeśli ktoś staje mu się bliski (nawet na poziomie czysto koleżeńskim) to chyba powinnyśmy o tym wiedzieć.

Być może oni robią to, żeby nie budzić naszej zazdrości, z drugiej strony prawda zawsze wychodzi na jaw (jak widać wyżej).

Po drugie: koleżanki nie mogą być ważniejsze niż my

Znajoma opowiadała, jak jej facet jeździ malować mieszkanie przyjaciółce singielce. „Bo ona jest biedna i sama” tłumaczył. Tymczasem znajoma nie mogła namówić partnera na remont od nie wiadomo kiedy. Innym razem okazało się, że to z przyjaciółką konsultuje decyzję o zmianie pracy, czy zwierza jej się z problemów z matką. Gdy znajoma zrobiła awanturę, mąż bronił przyjaciółki.

Nie, tak nie może być

Facet złamał jedną z najważniejszych zasad przyjaźni damsko-męskiej w związku. To partnerka i jej uczucia zawsze powinny być na pierwszym miejscu. Zasada ta obejmuje wszystkie sfery życia. To partnerka, nie przyjaciółka powinna być tą, z którą spędza większość czasu. To partnerka, a nie przyjaciółka powinna znać go najlepiej. To do partnerki, a nie do przyjaciółki idzie się po pomoc lub poradę w pierwszej kolejności. To za partnerką, a nie przyjaciółką najpierw staje się murem. Trudno bowiem uwierzyć, że ona nie jest zagrożeniem, skoro to w jej obronie staje, jej się zwierza, z nią konsultuje decyzje. To byłoby bolesne nawet wtedy, jeśli byłby to przyjaciel-mężczyzna. Kiedy chodzi o kobietę, przewinienie jest dużo poważniejsze i są powody do obaw.

Po trzecie: on nie powinien opowiadać za dużo o nas

Lojalność w związku jest bardzo ważna. Słabo jeśli on rozmawia z kimś o nas. Zwierza się z problemów z nami, dyskutuje na temat naszych słabości, obgaduje nas. Potrzebuje wsparcia i chce się z kimś tym podzielić? Niech gada z kumplem albo idzie do terapeuty.

Po czwarte: ukrywanie naszego istnienia też nie jest w porządku

W sumie słabo, gdy o nas nie mówi w ogóle. Bo to tak jakbyśmy nie istniały. Słyszałam historię o facecie, który siedział ze swoją partnerką w domku nad jeziorem i co chwila wysyłał zdjęcia swojej koleżance. Tu jezioro, tu zachód słońca, tu zdjęcie zastawionego stołu. Ani razu jednak nie napisał z kim jest na tym wyjeździe….
Trudno wtedy nie myśleć, że pasuje mu udawanie singla.