Związek

Nic dwa razy się nie zdarza… podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 kwietnia 2016
Nic dwa razy się nie zdarza... podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Początek przebiegał dokładnie tak, jak w tej historii z całkiem niedrogiej gazetki, którą K. kupiła w pośpiechu i dla „zabiciu czasu”, tuż przed podróżą pociągiem relacji Warszawa – Kraków Główny. Zabawne, nawet imiona głównej pary bohaterów były takie jak ich dwojga. Ale ten zbieg okoliczności przyszedł jej do głowy dopiero kilka miesięcy po tym, jak wszystko się zaczęło. A zaczęło się banalnie. Tuż po  50- tych urodzinach mąż K. zaczął bardziej starannie niż zwykle dobierać koszule do spodni, przed wyjściem do pracy. Potem doszła do tego siłownia, trzy razy w tygodniu i bieganie, co wieczór. A na końcu całkiem nowy zapach perfum na tych jego starannie dobranych koszulach. Zapach kobiecych perfum, żeby było jasne. Nie zaniepokoiło to jednak K., która dobrze wiedziała, że praca jej męża polega również na spotykaniu się bardzo eleganckimi i pięknie pachnącymi (niekiedy zbyt intensywnie) kobietami. Zaniepokoiło ją za to, i to od razu całkiem poważnie, kilka dziwnych SMS-ów, które, traf chciał, przyszły dokładnie w tym momencie, w którym wyjmowała mężowski telefon z kieszeni jego eleganckich spodni, żeby podłączyć do niego ładowarkę.

SMS PIERWSZY (ostatni w kolejności)

P.S. Kocham Cię do szaleństwa. Cmok Cmok Cmok. Twoja Kocicka bez pazulków. Miał.

SMS DRUGI

Kup oliwki, zrobimy naszą sałatkę. Twoja Asiulka.Cmok.

SMS TRZECI (pierwszy w kolejności)

Tęsknię za Tobom, kiedy przyjedziesz?

Ostatni SMS zilustrowany był zdjęciem bardzo młodej, kobiecej twarzy, w której mocno przerysowane (kredką) usta układały się do owego „cmok”. Co ciekawe, K., ówczesną redaktor naczelną ambitnego magazynu dla pań, w pierwszym odruchu bardziej zaniepokoił poziom językowy niż treść owych nieszczęsnych wiadomości. Dopiero po kilku chwilach dotarł do niej fakt, że jej mąż ma wspólną sałatkę z jakąś Asiulką i że ta biedaczka wyznaje mu miłość.

– Wiesz­ – powiedziała spokojnie do męża, który odpoczywał na tarasie ich wspaniałego domu popijając popołudniową, sobotnią kawę z mlekiem – właśnie przyszły do ciebie SMS-y. Kociczka prosi żebyś jej przyniósł oliwki. Podobno wiesz o jaką sałatkę chodzi. My mamy w domu oliwki. Możesz wziąć.

Walizkę mąż K. spakował tak szybko, jakby już dawno zaplanował co do niej włoży. Zamykając za sobą wielkie, dwuskrzydłowe drzwi powiedział tylko: Mam nadzieję, że nie będziesz robiła scen. Facet o mojej pozycji potrzebuje kogoś, kto bardziej pasuje do jego trybu pracy, kogoś, kto ma ciało, wygląda, dba o siebie. Wiesz przecież, że zawsze byłaś przeintetelektualizowana. 15 lat temu to było jeszcze modne. Ja muszę być na bieżąco z życiem. Rozumiesz chyba.

Męża K. widywano od tej pory całkiem oficjalnie „na mieście” (niektórzy znajomi przypomnieli sobie, że właściwie to widzieli go już wcześniej, na przykład w klubie tenisowym „Stokrotka” z „taką wczesną dwudziestką”.) w towarzystwie całkowicie nieprzeintelektualizowanej Asiulki. „Kociczka” napisała jeszcze kilka SMS-ów. Tym razem do K. Było coś o wysłanym pozwie rozwodowym, podziale majątku i ogromnym, cudownym uczuciu, które połączyło ich, kiedy spotkali się na stacji benzynowej, a jej zablokowała się karta i nie mogła zapłacić za paliwo).

Wspólni znajomi K. i jej męża zgodnie orzekli: głowa siwieje, tylnia część ciała szaleje. Mąż K.  chełpił się swoją młodą zdobyczą i prawie zapomniał o starej żonie.

A ona? Czekała spokojnie. Była oazą spokoju po prostu. Przyjaciółka powtarzała: „Ja bym tak nie mogła! Weź się na niego wścieknij jakoś, zezłość, rzuć czymś o ścianę, zadzwoń do niego i zwymyślaj, potłucz te jego zdjęcia w takich ładnych ramkach. On nie zasługuje nawet na te ramki! A małą znajdź i wytargaj za te farbowane kudły.”

Nic z tych rzeczy nie nastąpiło. Pozew rozwodowy nigdy nie doszedł na adres zamieszkania K., a może wcale nigdy go nie wysłano? Za to powrót niewiernego męża nastąpił w pierwszą rocznicę owych oliwkowych SMS-ów i  był szalenie spektakularny: z rzucaniem się na piękny trawnik przed domem (tak, żeby sąsiedzi widzieli), kwiatami i drogą (baaaaardzo drogą) biżuterią na przeprosiny, które zostały… przyjęte. „ Bo ona była taka głupia –  wyznał podobno w błagalnej mowie – a ty jesteś taka mądra.” Przez kilka tygodni żyli razem jak wcześniej.

Aż do tego dnia, kiedy siedząc przy biurku w pracy dostał od żony mail. W nim zdjęcie przedstawiające K. w skąpym stroju kąpielowym (nawiasem mówiąc, wcześniej nie zauważył, że jak na te 40-tkę z plusem to ciało ma naprawdę niezłe) obejmującą czule umięśnionego dwudziestolatka. W pierwszym odruchu nie zrozumiał. Pomyślał, że to chyba jakiś jej były uczeń, z czasów kiedy pracowała w podstawówce. Tylko, na miłość boską, dlaczego jest nagi do pasa?! A poza tym, czy ona, K., nie miała być na szkoleniu ze swoją redakcją? Przecież sam odwoził ją na pociąg, dwa dni wcześniej. Potem przyszedł SMS.

Kochany mężu!

Miałeś rację. Nie pasujesz do mojego stylu życia. Jak to dobrze, że można mieć obok siebie kogoś kto ma i niezłe ciało i wspaniały intelekt. Dziękuję ci bardzo, że mi to uświadomiłeś. Nie rób scen.

Dziś mąż K. mieszka sam w tym ich wspaniałym domu. Po cichu ma nadzieję, że odzyska żonę, a raczej jej przychylne uczucia.  Póki co żyje grzecznie i skromnie ze skruchą znosząc ten wielce niewygodny fakt, że jego „przeintelektualizowana” K. wyprowadziła się do młodszego kochanka, który okazał się bardzo wziętym i świetnie opłacanym blogerem. Mąż K. na rozwód się nie zgodzi, zbyt wiele by go to kosztowało. Chyba nawet więcej niż zraniona duma i te niby-skrywane śmieszki kolegów z branży.


Związek

Małżeńskie sekrety… Znasz je wszystkie?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 kwietnia 2016
Małżeńskie sekrety... Znasz je wszystkie?
Fot. iStock / knape
 

Moja babcia mawiała, że w małżeństwie sekrety to konieczność. Rzecz jasna sekrety przed mężem, bo nie przed przyjaciółkami. Z resztą, babcia mawiała też, że prawdziwą, najlepszą przyjaciółkę można mieć tylko jedną. I powiedzieć jej, że twojemu mężowi zdarzyło się jakieś nieszczęśliwe sypialniane „faux-pas” to jak nie powiedzieć wcale. Nie liczy się i już.

Dziadek jakieś swoje tajemnice mieć próbował, ale próby te z reguły kończyły się fiaskiem, bo wprawny w konspiracji nos babci wszelkie chachmęcenie wyczuwał bezbłędnie. A poza tym, taka ta jego męska natura była: szczera i otwarta, skłamać, pokolorować nie umiał. Raz próbował ukryć przed babcią, zakupione na rocznicę ślubu śliczne klipsy z łezką bursztynu, ale zakończyło się to katastrofą. Babcia pudełeczko znalazła, a dziadek nie chcąc wyjawić ukochanej dla kogo ten angażujący prezent palnął bezmyślnie „dla koleżanki z pracy”, czym prawie doprowadził do natychmiastowej separacji i przymusowej wyprowadzki (swojej) do rodziców na całe trzy dni. Od tej pory niespodzianek na rocznice już nie było, bywał za to święty spokój.

Wszystko to opowiedziała mi pewnego popołudnia babcia, kiedy dziadka już nie było, ale zostało po nim piękne, uśmiechnięte zdjęcie, na którym wyglądał, jak amerykański aktor filmowy, Robert Redford. A co jeszcze z tej rozmowy wynikło, możecie przeczytać poniżej.

MSŻS, czyli Małżeńskie Sekrety Żony Staromodnej

Toaleta

Jest rzeczą absolutnie nie do przyjęcia by mąż widział żonę przy codziennych czynnościach natury higienicznej – powiedziałaby babcia, gdyby chciała być elegancka. Zamiast tego rzuciła po prostu:  – Ja nawet krem nakładałam w osobnym pokoju, nie musi przecież wiedzieć, że się upiększam. Rzęsy? Brwi? Choć babcia malowała je całe życie, dziadek był święcie przekonany, że ta intensywna czerń to kolor naturalny. Z biegiem lat zorientował się jedynie, kiedy babcia zaczęła farbować włosy, a nawet potrafił ocenić w którym odcieniu bardziej jej do twarzy.

Dziś panowie kupują nam tusze do rzęs i depilatory, a scenka, w której żona siedząc w wannie goli nogi, a mąż siusia do sedesu obok chyba już nikogo nie szokuje. Bo przecież, w gruncie rzeczy to taka wspaniała oszczędność czasu, zwłaszcza jeśli można jeszcze ustalić kilka spraw organizacyjnych jak zakupy i odbiór dzieci z przedszkola.

Utrzymanie (Żony)

Czyli, jak mawiała babcia, miesięczne lub roczne, koszty niezbędne. Zanim podjęła pracę zawodową dziadek „dawał jej” pewną sumę  pieniędzy raz na jakiś czas, mówiąc „to na twoje sprawy”. Oficjalnie była to ulubiona buteleczka perfum „pani Walewska”, buty – czółenka, fryzjer i manikiurzystka (wcale wtedy niedrogie), a także – rzadko z powodu napięć w domowym budżecie –  nowy kostium czy zgrabny kożuszek. Nieoficjalnie zdarzyła się jakaś błyskotka, kawa i ciastko z przyjaciółką, upragniony album z malarstwem kubistycznym… Mniejsze i większe tajemnice, które zazwyczaj udało się zataić.

Czy była taka potrzeba? Nie, to bardziej w głowie babci funkcjonowała bardzo długo, patriarchalna wizja rodziny, w której szczytem troski męża o żonę jest miesięczne kilka złotych na bawełniane majtki. W czasach, gdy urodziła się moja babcia, kobiety dopiero zaczynały pracę zawodową i nie było powszechnym, by żony robiły coś jeszcze poza prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Ich pensje były często symboliczne, ale dawały poczucie pewnej wolności.

– Dziś jest o wiele trudniej, o wiele moja Kochana – powiedziała mi Babcia, mając zapewne na myśli przejrzystość wspólnego konta i comiesięcznych wyciągów z rachunku.

Produkty Higieny Intymnej

– Żeby mu się zrobiło niedobrze?! – zawołała za to na wieść o tym, że mój małżonek jest przeze mnie regularnie obarczany kupnem podpasek. Ba, słowo „podpaska” ledwo przeszło jej przez usta. Mój dziadek zapewne długo nie miał pojęcia jak ów tajemniczy przedmiot wygląda, choć trzeba przyznać, że na kobiece dolegliwości reagował z empatią i czule opiekował się niedysponowaną żoną.

Powodzenie (u innych mężczyzn) i seks

–  Spojrzenie to czasem o wiele więcej niż dotyk – mówi babcia, puszczając do mnie porozumiewawczo oko. Tak, z pewnością można już ze mną „ o tych” sprawach porozmawiać – mam męża, dzieci, trzydzieści kilka lat… Możemy pogadać „jak kobieta z kobietą”. Z dziadkiem to co innego. I wcale nie chodzi o to, że on kobietą nie jest:) . Z mężem na „te tematy” się nie rozmawia, a w sypialni rządzi intuicyjność. Czy była i satysfakcja? O to nie zapytam.

– Wiesz, jak jeździłam z twoją mamą nad morze, to zabiegał o mnie jeden młodszy mężczyzna  – opowiada babcia (nutka nostalgii) – Widziałam w jego oczach, jak mu się podobam.

Babcia o wakacyjnym adoratorze dziadkowi nie powiedziała, z resztą nie wydarzyło się między nimi nic niewłaściwego. Nic prócz może letniego, ledwo wyczuwalnego i eleganckiego flirtu, którym dziś (wycisnąwszy z niego uprzednio co się da), podsycałybyśmy zazdrość naszych partnerów… Taka różnica  w delikatności uczuć.

Jakże wiele się zmieniło! Jak bardzo jesteśmy różne od naszych babć i prababek. W związkach nie mamy tajemnic, bywamy  ze sobą tak blisko i szczerze, że czasem aż potykamy o siebie i o tę naszą intymność. I wiecie, co jest w tym najdziwniejsze? Ta bliskość ciał, to „wiedzenie o sobie wszystkiego” wcale nie sprawia, że jesteśmy trwalsi. Małżeństwa naszych dziadków to zazwyczaj kilkadziesiąt wspólnych lat, akceptowania, kompromisów, miłości i jeszcze  tego czegoś. Ciągłego uwodzenia się, pielęgnowania wzajemnego zainteresowania. Niewinnych sekretów. O naszych związkach mówi się, że są długie, kiedy trwają kilka lat. I mimo, że to trwanie obfituje w największe emocje, tajemnicy brak. A może ona już do nas po prostu  nie pasuje?


Związek

„Przy tobie byłam tylko kolejnym kawałkiem stłuczonej filiżanki. Odeszłam, dla siebie. Po to, żeby znów poczuć, że jestem”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 kwietnia 2016
Fot. iStock / Nazina_Maryna

W małżeństwie państwa A. jest źle. Tego już po prostu ukryć się nie da, zwłaszcza przed ochroniarzem na osiedlu, który przestał już puszczając oczko pytać żartobliwie: „Coś pan panie Piotrusiu żonę na dłuższy urlop wyprawił?”. I mama pana A. też już tych bajek o szkoleniu we Frankfurcie nie łyknie. Za to zadzwoni bardzo niespokojna jak to robi co dzień od dwóch miesięcy i spyta: „Jak ci jest synku, w tym pustym mieszkaniu? Jak ona mogła, tak bez uprzedzenia? Przecież tak ją kochałeś, nieba byś jej przychylił…”

– Kocham ciągle –  mówi pan A. do pustych ścian, bo słuchawkę odłożył już dawno. A potem bułkę, tę z wczoraj, kupioną na stacji benzynowej popija zimną kawą i wsiada do auta. Przedtem, na klatce, minie jeszcze dwie sąsiadki. Spojrzą na niego tak, jak zawsze: współczująco. Tym wzrokiem, który ma mu powiedzieć: „Proszę pana, szkoda życia dla takiej kobiety, co nawet kota zabrała i kolekcję kubków z porcelany.” Nie usłyszy gdy szepczą do siebie: „Mógłby się facet pozbierać, tyle jest dobrych kobiet na tym świecie…”.

Tylko, że pan A. rozpadł się na tak maleńkie kawałki, że pozbierać mu się bardzo trudno. Myślał już nawet, że prościej byłoby się zamieść na jakąś szufelkę i wyrzucić do kosza. Ale przypomniał sobie w porę, że pani A. mówiła zawsze gdy stłukł coś w złości, że przecież po co wyrzucać, że można posklejać. To co, że nie będzie już tak ładnie, tak idealnie jak kiedyś. I jeszcze pomyślał, że  ONA, pani A. takiego go kochała. Posklejanego z tych niedoskonałych kawałków.

Terapię zaczynał dwa razy. Za pierwszym razem tylko po to, by pani A. powiedziała mu, gdzie zostawiła drugi list, który do niego napisała nim odeszła. Następnym razem poszedł już po to, by znaleźć w nim pewność, że ONA wróci.

Kochanie,

To świetne, co powiedziałeś kiedyś: zrobiłbym dla ciebie wszystko. Dopiero teraz wiemy oboje co oznaczają te słowa, rzucane zbyt często na wiatr przez przypadkowych kochanków. Co oni mogą o tym wiedzieć? Jakie to szczęście, że nasza miłość nie wydarzyła się przypadkiem. Kochany, ty robisz właśnie dla mnie WSZYSTKO.

Nie rozumiałeś, gdy mówiłam, że można kochać kogoś i krzywdzić jednocześnie, nie widziałeś, że niszczysz nie tylko te nieszczęsne filiżanki, które dostaliśmy w ślubnym prezencie albo mój fotel bujany, w którym tak lubiłam czytać książki w chwilach naszego spokoju. Niszczyłeś mnie, moje marzenia o miłości szczęśliwej.  

Odeszłam. Dla siebie, po to, żeby znów poczuć, że jestem. Bo przy Tobie nie BYŁAM, przy Tobie jedynie zdarzało mi się bywać: szczęśliwą, radosną, kochaną. Albo bezgranicznie nieszczęśliwą, nierozumiejącą nic z tego, co dzieje się z Tobą, gdy nagle, z powodu, który inni uznają za błahy wykrzykujesz mi w twarz słowa nienawiści, a twoje ręce spadają na mnie ciosem nie do zniesienia. Bo jak znieść cios spod ręki tego, kogo kochasz?

Odeszłam też dla nas. Zrozumiesz to z czasem.

Chcę Ci tylko dziś powiedzieć, żebyś poszukał w sobie, gdzieś głębiej, źródła tego twojego gniewu. Nie umiem uwierzyć, proszę wybacz mi, że jestem jego jedyną przyczyną. Czy miłość bezwarunkowa może wzbudzać w kimś tyle zła?

Wybacz mi, nie mogłam dłużej cię chronić, bo zrozumiałam jak bardzo to złudne. Nie chroniłam ciebie… Ja tylko kryłam przed światem prawdę o tym, jak żyjemy ze sobą według tego dziwnego grafiku: trzy dni szczęścia, noc łez i twój krzyk.

Kot perski tęskni za Tobą, na znak przywiązania przestał jeść swój ulubiony przysmak, ten w różowej puszce. Nie piję herbaty w porcelanowych kubkach. Czekam, aż zaparzysz mi w nich poranną kawę.

Twoja Ż. (ONA)

P.S. Proszę, nie rezygnuj z terapii.

Czy pan A.  odnajdzie swoją upragnioną pewność? Nie wiem. Nie wiem nawet, czy pani A. napisze do niego kolejny list.  Ludzie  nie zmieniają się tak szybko, w dwa miesiące, 8 samotnych tygodni. Tyle jedynie, że w tej samotności można się sobie lepiej przyjrzeć. Więcej zobaczyć niż wtedy, kiedy czyjaś bezwarunkowa miłość utwierdza cię w przekonaniu, że życie w iluzji jest lepsze. Że ty jesteś lepszy niż byś chciał.