Lifestyle Związek

„Człowiek nie jest stworzony do tego, by zamawiać samotnie taksówkę i wracać do pustego domu…”. Choć tak często próbuje się oszukać

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
23 października 2015
Fot. iStock
 

Napisz o mnie– mówi Julia. – Mam dość słuchania, że samotność jest fajna, my kobiety samotne;  niezależne, samowystarczalne. Mam 37 lat, od czterech jestem sama, każdy widok rodziny z dzieckiem doprowadza moje serce do drgań, tak zazdroszczę.

Julia na niby: Zarzeka się: „Nie szukam związku, faceci to dranie, myślą tylko o sobie, a ja bawię się życiem”. Ubrania nosi kolorowe i markowe, bardzo pewna siebie. Ciekawa praca, dużo wyjazdów. Od czasu do czasu nowy kochanek.

Julia prawdziwsza: Często pije wino – żeby spać. Nocami wtula się w sweter i sama do siebie mówi: „Moja kochana Juleczka”.

Częsta scena z życia Juli. Powroty. Na dworcu, na lotnisku, późnym wieczorem. Na innych pasażerów czeka rodzina, partner. Ona zamawia taksówkę, wraca do pustego mieszkania. Nawet nie zapala światła. Podchodzi do okna i obserwuje, co się dzieje w domach sąsiadów. Ktoś wspólnie z partnerem ogląda telewizję, ktoś się kłóci, inni szykują się do snu– razem. – To taki mój masochizm – mówi Julia.

ŻYCIE WEDŁUG JULII

„Ależ ja ci zazdroszczę seksualnych doświadczeń”, mówi przyjaciółka mężatka. Nie wiem, czego tu zazdrościć. Z każdym kolejnym mężczyzną masz coraz mniej wiary, że to może być coś na dłużej. A seks? Kochanków odróżniają od siebie detale, a nawet jeśli ktoś jest świetny– to nie macie więzi. Noc bywa upojna, ale potem się kończy. Kiedyś pomyślałam: „Biorę z życia co jest, nauczę się oddzielać seks od emocji”, nie potrafię. Spotykam się z kimś kilka tygodni, zaczyna być intymnie, angażuję się.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Pięć lat byłam mężatką, wcześniej pięć narzeczoną. Eks odszedł do innej. Znalazłam ich korespondencję, sms–y, próbowałam jeszcze coś ratować, ale on nie chciał. Przeszłam wszystko: odrętwienie, nienawiść, rozpacz. Dziś to już za mną.  Ale życie z nim to było dziesięć lat stałości. Tęsknię za poczuciem, że jesteś z kimś, że ktoś jest z tobą za coś współodpowiedzialny. Teraz odpowiedzialność mnie osacza, jest potrzebna w każdym momencie mojego życia. Gdy biorę kredyt – to jedno, ale nie chodzi tylko o rzeczy wielkie. Rachunki, ogarnianie samochodu, zakupy– dla ludzi w związkach drobiazgi, bo dzielą się tym, dla nas, kobiet samotnych– czasem góra do pokonania.

Kilka tygodni temu. Mój przyjaciel pyta: „Kiedy ostatnio wymieniałaś olej?”. Nie pamiętałam, prawie zatarłam silnik. Albo wczoraj. Zbiła mi się żarówka w kuchennym okapie. Przez godzinę próbowałam wykręcić gwint, w końcu cały okap się przepalił, połamałam paznokcie. Tak, wiem, są kobiety, które ogarniają takie sprawy– ja też ogarniam. Ale jest mi smutno, że nie mogę komuś powiedzieć: „Kur…, spierdolił nam się okap. Co robimy?”. I ten ktoś jakoś zareaguje. Powie: „Luz, coś wymyślimy”, albo się wścieknie: „Ale cholerny pech!”.

Problemem stają się pieniądze. Rozstanie z mężem to obniżenie standardu życia, szczególnie jeśli on dobrze zarabiał– u mnie tak było. Kiedyś w ogóle nie patrzyłam w sklepie na ceny, dziś potrafię stać przed półką z chrupkim pieczywem i szukać najtańszego – nauczyłam się, że nawet 29 groszy  ma znaczenie. Bo jeśli na setce kupionych rzeczy oszczędzisz 29 groszy, to to jest już spora kwota.

TĘSKNOTA

Czujesz ją za często. „Nie mam dla kogo kupować ubrań, nie mam komu wybierać płyt”, myślałam. Zaraz po rozstaniu z mężem nie lubiłam słońca. „To jest piękny dzień, którego nie mam z kim dzielić”, myślałam.  Przypominałam sobie, jak świętowaliśmy takie dni– wyjazdy w góry, nad jezioro, kajaki. Każdy taki dzień kończył się kolacją, bo wspólnie gotować też lubiliśmy. Wszystko mnie bolało, że już tak nie mam. Nie, nie z nim. W ogóle.

Najważniejszy jest jednak dotyk. Człowiek dopóki dopóty nie zostanie sam, nie rozumie, jak ciężko żyje się bez dotyku i fizycznej bliskości partnera.

DOM

Po rozstaniu tonęłam w bałaganie: porozrzucane rzeczy, brudne naczynia. „Nie mam się dla kogo starać”, myślałam. Któregoś dnia wróciłam do domu, zobaczyłam syf i przysięgłam sobie: „Koniec tego”. Wywalałam stare książki, albumy, pomalowałam ściany. Czyste wnętrze przyniosło ulgę. Trochę na siłę zaczęłam więc dbać o dom. Robiłam weki, powidła, piekłam ciasta, na które zapraszałam znajomych, przyjaciółki– namiastka rodzinności w innej formie. Bardzo pomagało.

ROZCZAROWANIE

Po jakimś czasie samotności zaczynasz się rozglądać, szukać. Najpierw w swoim środowisku, wśród znajomych. Jeden romans z kolegą z biura, drugi z klientem, z którym współpracujesz. Mega zapowiadający się początek, a potem wszystko pęka jak bańka mydlana. Rozglądasz się i stwierdzasz: „Boże, czy są gdzieś odpowiedzialni faceci?”. Wtedy jeszcze bardzo dużo oczekujesz, wyobrażasz sobie, każdy do którego się zbliżasz, wydaje się potencjalnym partnerem.

Po jakimś czasie logujesz się na portalach randkowych– bo tak robią wszystkie wolne koleżanki. Zrobiłam to. Kilka fajnych wieczorów z winem, sporo komplementów, trochę dobrze zapowiadających się znajomości, a potem zawsze coś– albo okazywało  się, że on ma żonę, albo że jest lekkoduchem i flirtuje też z innymi. Albo nagle znikał. Albo ja znikałam po randce.

W końcu się wylogowałam z miłości online: „Wolę być sama, niż brać udział w tym targowisku” – stwierdziłam.

Ale poznawałam innych mężczyzn– w ciągu tych czterech lat samotności nie było ich tak wielu, ale każde rozstanie bolało. Nawet jeśli to ja decydowałam o rozstaniu. Z każdym z nich odchodziło marzenie o dziecku.

KOBIECOŚĆ

Na początku kobiecość umiera. Nie masz ciała, nienawidzisz go. Nie lubisz widoku, swoich piersi, nóg. Wszystko było odrzucone przez kogoś kogo kochałaś, więc i ty to odrzucasz. Ja przestałam mieć nawet okres. Siłę daje adoracja innych mężczyzn. Nawet jak są iluzją, są na chwilę to, przez tę właśnie chwilę czujesz motyle, drży ci trochę głos, czekasz, ubierasz się z myślą o kimś.

PRZYJACIÓŁKI

Nie wyobrażasz sobie bez nich życia. Nie oceniają cię, pocieszają, są. Myślę, że tak naprawdę to jest ogromna moc samotnej kobiety – inne kobiety.

Wiesz co najbardziej chciałabym powiedzieć? Że mimo, iż jestem silna, niezależna, mądra i pewnie piękna, szukam bliskości i miłości, choć czasem samą siebie oszukuję,  że nie. Ale człowiek nie jest stworzony do tego, by zamawiać samotnie taksówkę i wracać do pustego domu, patrzeć na życie rodzinne sąsiadów i zazdrościć rodzinom z dziećmi. Do niedziel samotnych, kaw i do samotnego chorowania, gdzie ma tylko serial i kaszel… nic więcej.


Lifestyle Związek

Nigdy nie jest za późno by zacząć żyć. Ale jak zostawić kogoś, kto tak kocha i potrzebuje?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 października 2015
Fot. iStock / milicad
 

– Nie wiedziałam, że czas tak szybko mija – mówi cicho Kasia obracając w palcach kolorowy, jesienny liść. Niewysoka, szczupła blondynka z zadartym noskiem jest tuż przed czterdziestką, ale wygląda poważniej. Tylko buty, kolorowe trampki wołają głośno: Ona jest jeszcze młoda! I jeszcze, te nieudolnie pomalowane krzykliwym lakierem paznokcie. Nastolatki tak je malują, pędząc na łeb, na szyję ku kobiecości.

A Kasia dopiero zaczyna być młoda i kobieca. Poznaje też wszystko to, co kobiety w jej wieku już dawno poznały: kawa z przyjaciółkami, pierwsze randki, spacery w deszczu… i samodzielne decyzje. Blisko czterdzieści lat swojego życia „trwała” jak gąsienica w kokonie, przyczepiona do jakiegoś zielonego drzewa. – Więc dlaczego Kasiu? – pytam wprost i banalnie – Dlaczego dopiero teraz?

– Wcześniej nie mogłam – mówi cicho kuląc się w sobie. Nie mogła. No bo jak tu zostawić mamę, wiecznie upominającą swoją dorosłą córkę i wypominającą jej obowiązek opiekowania się rodzicami? Jak tu się jej sprzeciwić, jak wytłumaczyć, że żyć trzeba samemu, „własnoręcznie”?

Kasia urodziła się kiedy jej rodzice byli już po 40-tce. Ma starszego brata i siostrę, z którymi utrzymuje sporadyczny kontakt. W dzieciństwie nie byli blisko, dzieliła ich spora (17 i 19 lat) różnica wieku. Na studiach rodzeństwo Kasi wyprowadziło się z domu, a potem oboje wyjechali do Niemiec, urządzając sobie życie z dala od czujnego oka mamy. Właściwie prawie się nie znają, niewiele o sobie wiedzą. Kasia przekonuje się o tym najlepiej dzięki przysyłanym co roku prezentom gwiazdkowym – takim, jakie można podarować zupełnie obcej osobie: zestawowi pachnących mydełek, paterze na owoce, czy ozdobnej poduszce, która w ogóle nie pasuje do jej mieszkania…

Jakim była dzieckiem? Bardzo nieśmiałym, spokojnym. Nie umiała inicjować kontaktów z rówieśnikami, z resztą mama mówiła jej, że te znajomości są niepotrzebne. Koleżanki przydają się, kiedy po chorobie trzeba uzupełnić lekcje, ale nie można im ufać, co to, to nie. Prędzej czy później zranią cię, oszukają i wykorzystają.

Więc Kasia nie ufała. Rosła w poczuciu, że świat jest zły, a jedyną osobą, która jej na pewno nie zawiedzie jest jej mama. Tata od zawsze stał z boku, nie wtrącając się w wychowanie Kasi. Kochał ją, chciał dla niej jak najlepiej, ale to „jak najlepiej” z pewnością rozumiała dobrze jedynie jego żona. Tak właśnie myślał.

Koleżanki Kasi dorastały, miały swoje tajemnice, pierwsze miłości, swoje małe grupki i spotkania po szkole. Ona stała z boku. Po lekcjach – prosto do domu, inaczej czekało na nią to pełne zawodu, surowe spojrzenie mamy. Kiedy dziewczyny z klasy buntowały się, kłóciły z rodzicami, opuszczały zajęcia, ona jeszcze bardziej zamykała się w sobie. Dla nich była dziwadłem. – Wiesz, że nie poszłam na żadną szkolną dyskotekę? – przypomina sobie teraz, zdziwiona nowym „odkryciem” – Ja nawet do sklepu bałam się wejść, poprosić o coś, pamiętam te nerwy i pot spływający po plecach.

W liceum poznała podobną dziewczynę, zaprzyjaźniły się. Koleżanka jednak nie przypadła do gustu mamie, a Kasia nie potrafiła się jej sprzeciwić. Odtrąciła tę przyjaźń. Znów była sama. To znaczy z mamą. W tym czasie mocno przeżyła śmierć taty, który zginął w wypadku samochodowym. To nią wstrząsnęło, ale nie na tyle by podjęła jakąś próbę zmian. Na pewno gdzieś, w środku zaczęła zadawać sobie pytanie, czy może jednak życie nie jest takie czarno-białe, jak to przedstawiała jej mama. Jeszcze więcej wątpliwości pojawiło się w jej głowie, gdy poszła na studia. Spotkała ludzi ciekawych świata, radosnych, otwartych. I ona też próbowała się otworzyć. Nie wyszło, coś ją blokowało. Właściwie nie coś. Rozmawiając o kserówkach z wykładu, egzaminie końcowym, czy planach na weekend zawsze miała wrażenie, że mama WIDZI. Że stoi gdzieś obok. Że zaraz powie coś, co sprawi, że Kasia będzie chciała zapaść się pod ziemię. Jak wtedy, gdy na wspólnym spacerze po Starówce spotkały kolegę z jej grupy. Powiedział „cześć”, podał rękę jej mamie i usłyszał : – No, mam nadzieję, że nie narzuca się pan mojej córce. Ona nie jest łatwa, jak wszystkie wasze koleżanki.

Miłość? Tak, przeżyła. To znaczy nie jest pewna, czy to miłość, bo podobno miłość zmienia wszystko. U niej nie zmieniła nic. Ona nawet nie trzymała się z nim za rękę. Ale ta rozmowa i spacer po plaży to najbardziej romantyczne chwile w jej dotychczasowym życiu. Siarczystego policzka i słowa „dziwka”  w ustach mamy nie zapomni nigdy. Mama obserwowała ten spacer z okna domu wczasowego.

Kasia poddała się natychmiast, nie walczyła, chociaż chłopak próbował umówić się z nią na kolejne spotkanie. Trudno, by było inaczej. Mama Kasi powtarzała jej od dziecka, że mężczyzni są niebezpieczni, fałszywi, zdradliwi . Że chodzi im tylko o jedno. Z tego właśnie powodu Kasi nie wolno było założyć obcisłych jeansów, czy bluzki z dekoltem. Nosiła tylko luzne, męskie koszule i obszerne spodnie, maskujące kobiece kształty. – Mamy tylko siebie – powtarzała nieustannie mama – Pamiętaj o tym. To ci nie wystarcza?

Po studiach Kasia została na uczelni, jako pracownik naukowy. O 17-tej wracała do domu i była do dyspozycji mamy. Jadły obiad, robiły zakupy. Wieczorem wspólnie oglądały telewizję. Mama głośno komentowała serialowe życie bohaterów ulubionych filmów. Teatr? Raz na jakiś czas, owszem. Zawsze razem. Kasia zakładała wtedy na siebie swój najlepszy kostium i malowała usta balsamem. Wyobrażała sobie, że to makijaż.

Mama Kasi odeszła pół roku temu. Pierwsze kilka tygodni po jej śmierci Kasia przeżyła w szoku. Nie był to szok po stracie ukochanej osoby. Po prostu dotarło do niej nagle, że nie umie żyć. Mama zadbała o to, by każda minuta jej dnia była zaplanowana i skontrolowana. Do domu Kasia wracała najpóźniej przed dwudziestą, nawet dziesięciominutowe spóźnienie groziło awanturą. Wakacje? Zawsze razem, tam, gdzie chciała mama. Teraz nagle oto wszystko zależy od niej. Jest wolna. Ale od czego zacząć? Gdy pierwszy raz pomalowała sobie rzęsy,  długo śmiała się do swojego odbicia w lustrze. Potem poszła do kina. W ciemności obserwowała twarze widzów, ich emocje. Ukradkiem spoglądała na całujące się pary. I oddychała, głęboko, tak jak to się robi w lesie, czy w parku.

Czego boi się Kasia? Chyba tego, że straconego czasu nie da się odzyskać, że nie zdąży dowiedzieć się tego wszystkiego, co wiedzieć powinna.

Dziś stawia pierwsze, chwiejne kroki  w swojej samodzielności. Przełamuje  nieśmiałość. Szuka terapeuty. Założyła nawet konto na Facebooku i ma coraz więcej znajomych. Przynajmniej tam, w internecie.

– To co teraz? – pytam mając na myśli najbliższy weekend. – Teraz trzeba natychmiast zacząć żyć – odpowiada mi swoim ulubionym cytatem – Okazuje się, że jest później niż myślałam…
Kasiu, trzymam kciuki. Nigdy nie jest zbyt późno, by zacząć żyć.


Lifestyle Związek

Cycki możesz zatrzymać. Resztę ODDAWAJ!

Redakcja
Redakcja
23 października 2015
Fot. Pixabay / JESHOOTS / CC0 Public Domain

Aniu,

Chcę, abyś zwróciła mi jak najszybciej: iPhone’a którego Ci kupiłem w zeszłym roku, 5 tysięcy za wyjazd do Hiszpanii z tych wakacji, kolczyki i bransoletkę Kruka, które dałem ci dwa lata temu, lampki na choinkę z Duki, które zwieźliśmy Twojej mamie na święta, 3 sezony House’a (czwartego sezonu na szczęście nie zdążyłem Ci przekazać), kamelowy płaszcz z kaszmiru, który kupiłem Ci w Mediolanie, (…), srebrny czajnik elektryczny Bosch’a i pierwsze wydanie „Psychologii miłości” z dedykacją Wojciszke oraz zestaw kubków z reniferami, które przywieźliśmy z Aspen. Resztę Ci daruje. Powyższe rzeczy wyślij na adres mojego biura.

K.
PS. Cycki masz w gratisie.

Zredagowany, urozmaicony ale prawdziwy – list podobny do tego wskoczył do skrzynki naszej koleżanki kilka miesięcy temu. Po odejściu od Pana K., z którym była dobre 7 lat, dostała listę rzeczy do zwrócenia. W opowiadaniach innych naszych przyjaciółek krąży jeszcze jedna historia, w której dziewczyna została podliczona w określonej kwocie do zwrócenia za wszystkie przyjemności, które były jej udziałem (wyjazdy, zabiegi spa, nauka języka). Rozmawiamy o tym, gdzie jest granica, za którą zwrot symbolicznego pierścionka nie jest wyrazem sentymentu do biżuterii rodzinnej, ale zwykłym brakiem klasy. I czym jest „prezent” od ukochanego/ukochanej? Depozytem za miłość i trwanie w związku? Pożyczką? Czy może niektórzy inaczej rozumieją słowo „dawać”?

A co z remontami? – pyta znajomy, który urządzał z ukochaną jej mieszkanie, w którym mieli żyć razem. Gdy ktoś był przekonany, że inwestuje w „swoje gniazdko”? Czy ona powinna mu zwrócić koszty, które poniósł, mimo iż wiązałoby się to ze sprzedażą mieszkania? Miłość była autentyczna, wiara w bycie razem też, ale związek nie przetrwał. – Ale weźcie pod uwagę, że to ona mnie zostawiła. – tłumaczy – Teraz nie mam ani związku, ani pieniędzy.

Biżuteria? Meble? Sprzęty? Wreszcie operacje plastyczne (bywa, że panowie partycypują w kosztach), czy wspieranie finansowe biznesu partnerki? Co z tego powinnyśmy oddać, gdy związek się rozpada? I czy fakt w jakich okolicznościach to się dzieje, powinien mieć na to wpływ? Gdy odchodzimy? Czy  fakt, że jest się porzuconym przez partnera daje nam usprawiedliwienie dla potrzeby odzyskania wszystkiego, co zainwestowaliśmy w związek?

Nie lubię słowa „inwestycja”, gdy mówimy o relacjach. Znacznie lepiej mówić o zaangażowaniu, które zawiera w sobie rodzaj inwestowania różnych zasobów, które mamy, w relację. Im dłużej związek trwa, tym więcej tych zasobów zostawiamy. Każdych. Tych materialnych i tych niematerialnych. Miłość wiąże się z ryzykiem. Zawsze. Ryzykiem, że nam nie wyjdzie. Ryzykiem też takim, że to komuś nie wyjdzie i nas zostawi w żalu i smutku. Ryzykiem nawet takim, że ktoś nas zdradzi, oszuka, zawiedzie. Takich ludzi też kochamy. To ryzyko jest znacznie mniej kontrolowalne niż aspekty materialne.

Ludzie w miłości chcą jednak przenosić góry. Wyłączają rozum i ładują wszystko, co mają w związek. Z jednej strony to przecież magia uczucia, które jak żadne inne pozbawia nas racjonalnego myślenia, z drugiej dziecięca wiara, że to, co dobre, trwa wiecznie (czasami tak bywa, ale nie zawsze niestety).

Oczywiście bywa i na odwrót. Kobiety żądają zwrotów. Ale zważywszy na przewagę finansową panów nadal jest to wyjątek od reguły. Kobiety mogą żądać raczej: zainwestowanego czasu, uczuć, opieki, uwagi i stopnia poświęcenie swoich potrzeb dla niego, związku czy rodziny. Czy to jest zatem przeliczalne? Jak zrobić taką listę oczekiwanych zwrotów?

Ania mogłaby odpisać Panu K. tak:

Drogi K.,

Dziękuję za listę, postaram się jak najszybciej przygotować paczkę. Ze swojej strony prosiłabym o zwrot: 2555 godzin, które poświęciłam na wysłuchiwanie Twoich żalów na Twoją matkę i wszystkie Ex (przeliczam 1 godzinę dziennie), 756 godzin terapii (2 godziny tygodniowo) zbierania Cię z podłogi po Twoich wizytach u szefa na dywaniku, kolejne 1277 godzin pompowania Twojego ego (pół godziny każdego ranka zanim wyjdziesz z domu), 15333 minut podawania Ci a) kawy, b) obiadu, c) piwka, 5110 minut zbierania brudnych skarpet z podłogi, 567 godzin udawania idealnej partnerki przy Twoich kontrahentach z zagranicy, 189 godzin na telefonie z Twoją mamusią (do której nie chciało Ci się zadzwonić), pranie prasowanie, gotowanie to kolejne 6387 godzin. Nie wiem, jaka jest średnia krajowa stawka za godzinę, ale zapewne uda Ci się to ustalić ze swoimi doradcami biznesowymi. Numer konta znasz.

Ania
PS. Seks masz w gratisie.

Ciekawi jesteśmy, jakie macie zdanie na ten temat? Znacie podobne historie? Inne? Piszcie.


Zobacz także

Czy potrafimy jeszcze mówić językiem miłości, skoro nawet podczas Świąt nie szanujemy drugiego człowieka?

Pomysłowy prezent na dzień mężczyzny

Chcemy uczucia – wystarczająco, ale nie za dużo. Jesteśmy pokoleniem, które nie chce związku, choć bardzo pragnie miłości