Psychologia Związek

„Chodź, opowiem ci jak żyje żona tuż przed zdradą”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
24 stycznia 2016
Fot. Pixabay / Bykst / CC0 Public Domain
 

Na początku każdej zdrady jest samotność.

– Nie ma gorszej samotności niż samotność w związku – powiedziałam doktor M.

– Proszę mi o tym opowiedzieć – poprosiła.

Pierwszy raz ktoś zapytał co ze mną. Jak ja się z tym czuję. Dlaczego. Ludzie mają najczęściej do zdrady podejścia dwa. Pierwsze jest instrumentalne. Zdradzam, bo tak wygodniej, bo szukam emocji, bo takie życie. Drugie jest demonizujące. Zdradzają potwory, ludzie bez zasad. Szukałam jakiegoś środka. Doktor M. była dla mnie złotym środkiem. Pytała.

– Pewnie wszystko zależy od punktu siedzenia – odpowiedziałam. – Gdybym była ofiarą zdrady uważałabym to za podłość. Chyba.

Zanim Go spotkałam byłam najbardziej samotną żoną pod słońcem. A może wcale nie? Może jest nas takich setki. To rodzaj samotności, o której nikomu nie mówisz, bo ona nie mieści w żadnych kategoriach. Jakbyś nagle coś duszącego przyczepiło się do ciebie, łapało za gardło. Wstyd przyznać się do takiej samotności. Bo nie ma w niej dramatu. Ani żadnego skandalu. Jest tylko wciąż to nic. Że on idzie nieustannie spać oddzielnie? Że cię nie dotyka? Że już częściej ma na twarzy grymas nie zachwyt?

– Dlaczego taaaak układasz te rzeczy w lodówce? (czy to jest, kur*a, ważne jak je układam?)

– Dlaczego nie pamiętałaś? (bo zapomniałam?)

– Dlaczego nie zrobiłaś? (bo nie zdążyłam?)

– No….  (na jakieś pytanie)

– Aha… (na bardziej skomplikowane pytanie).

Przestajesz żyć z facetem, zaczynasz z bratem, ojcem, nauczycielem, współlokatorem, rozdrażnionym znajomym. On czasem przysuwa się do ciebie, przez chwilę jest w nim dawne pragnienie, są też słowa, które mają cię (was) uspokoić: wciąż cię kocham, jesteś jedyna, jesteś piękna. Ale już czujesz gdzieś sztuczność tych słów. I nawet nie że on ciebie nie kocha, bo może kocha, ale to już jest po swojemu. I już wiesz, że na niecierpliwość, rozdrażnienie i zmęczenie pozwalają sobie ludzie, dla których już nie jesteś aż tak ważna.

A przecież mieliście być wyjątkowi. Wam miało się udać. Ominąć znudzenie, zmęczenie, a co najważniejsze rezygnacje ominąć. Na początku tej samotności się starasz. Bo może on ma kryzys? Może jest zmęczony. A potem temu ulegasz. Obieracie wspólnie ziemniaki, robicie sałatę i zakupy. Częściej jednak czujesz rozdrażnienie, on też, choć oczywiście gdy go pytasz, mówi: „Ale o co ci chodzi?”.

To „ale o co chodzi” staje się najbardziej wyrafinowaną formą przemocy. Kto jest w końcu głupi i ślepy: ty czy on? Tak wyglądać ma związek? Dwie orbity krążące wokół siebie? Ludzie, którzy kłócą się w markecie o to, który jogurt jest lepszy. I to jego: wszystko jest ok, które odbiera ci wolę walki. Nie chce ci się nawet pytać: „Czy ty się mnie kiedyś czepiałeś o jogurt?!Gdzieś mieliśmy wszystkie jogurty świata, bo najważniejszy był kompromis, pamiętasz?!”.

Najlepsza jesteś jednak w wypieraniu. Tak jakby to, że macie wspólne dziecko, psa i dom sprawiało, że automatycznie jesteście sobie bliscy.

Wypierasz więc, że rzadko się śmiejesz. Że ze wzruszeniem oglądasz wasze zdjęcia z przeszłości, ale już nie pamiętasz tych emocji. Żadnych emocji nie pamiętasz. Emocją jest to, że jesteś matka, że przytulasz dziecko, czujesz jego ciepło, jesteś spokojna, że dziecko nie choruje. Bliskość syna jest najwyższą formą bliskości.

I nie chodzi o ten pośpieszny seks, czy po winie znów trochę namiętny. Chodzi o to, że płaczesz po orgazmie. I w środku, gdzieś w środku jesteś pewna, że już nigdy nie poczujesz się szczęśliwa.

Nikomu o tym nie mówisz. Ludzie myślą, że jesteście fajną rodziną. I to jest właśnie najgorsze. Jak inne są twoje emocje od tego, co dzieje się na tym schludnym obrazku.

I wtedy pojawia się On. Nie jest zbyt inwazyjny, głośny, bo przecież od razu byś uciekła. Nie lubisz już hałasu w życiu. Emocjonalnego hałasu, oczywiście. Nie możesz sobie na niego pozwolić. Jesteś żoną, matką, jesteś….

Chryste, jakże doskonała jesteś w samooszukiwaniu siebie.

Czy ty jeszcze w ogóle wiesz jaka jesteś naprawdę?

W jego mieszkaniu odkrywasz siebie na nowo. Zobacz, tu masz stopy, o rany jakie są ładne. Masz łydki, brzuch i dłonie, które są powodem zachwytu. Nagle rozumiesz, że byłaś już kompletnie nieżywa, przeniosłaś się cała na planetę obowiązki, a planetę ciało najbardziej pamiętasz z porodu. On to zmienia. Nie przejmuj się, nie planujesz romansu. Mówisz sobie. To naprawdę tylko jedna kawa. No dobra, dwie. Może kolacja? Kiedy ostatnio byłam z kimś na kolacji? Potem wiesz, że nie powinnaś wchodzić do niego do domu, a jednak wchodzisz, bo który człowiek mając do wyboru śmierć i życie wybierze śmierć? No halo.

Nic nie zapowiada cierpienia, szeregu dramatów. Na tym można by po prostu skończyć tę opowieść, wrócić  tam gdzie jest miejsce żony, wrócić do dawnego życia.

Tylko, że są sytuację od których odwrotu nie ma. I nie chodzi o jakiś seks z jakimś facetem. Ty już to wiesz. Na razie tylko ty.   

No, chociaż tyle, że jednak nie jesteś martwa i nie wszystko się skończyło. I tyle z dobrych wiadomości.

Wiele tygodni później twój mąż spyta:

– Dlaczego mnie zdradziłaś?

Będziesz patrzyła na niego oniemiała, o co mu chodzi do diabła, czy nie prosiłaś o niego, nie walczyłaś, nie starałaś się? I kto tu pierwszy zdradził właściwie.

Będziesz miała jednak na tyle uczciwości w sobie, żeby powiedzieć wprost.

– Bo się zakochałam.

On dostanie histerii, będzie cię prosił, żebyś została. Albo powie: „spier….”. Albo będzie mówił i jedno i drugie. A tobie będzie wszystko jedno. Resztkami rozsądku pomyślisz o dziecku. Jeśli będziesz coś ratować, to tylko dla niego.

Jak kogoś przeprosić, że miłość minęła? Jak mu wtedy powiedzieć, że to też jest jego wina?

CDN.


Psychologia Związek

„Co się dzieje, gdy mężatka spotyka tego drugiego?”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
31 stycznia 2016
Fot. iStock/skynesher
 

Napisałam mu: „Przepraszam, wszytko mi się pomyliło. Nie mogę mieć romansu,  bo nie daję rady żyć w kłamstwie. Nie mogę zostać twoją dziewczyną, bo… ale chciałabym”. Kartkę zostawiłam przy łóżku. Chyba jeszcze spał. Albo może udawał, bo pięć minut przysłał wiadomość „Myślałem, że będzie inaczej. Przykro mi”.

Siedząc pod jego domem w samochodzie myślałam, że nie ma większego banału niż słowa. Jakiż trzeba mieć talent, żeby złożyć z nich coś sensownego o miłości czy seksie. Taka kartka, taki SMS. Przewidywalność mojego listu  i jego odpowiedzi. Rany. I inne wersje byłyby też teatralne. Napisałby: złamałaś mi serce (auć) albo idź do diabła (hmm). Mógł jeszcze wybiec za mną do samochodu (chciałabym). Czy wszyscy musimy cierpieć tak samo?

Jak to się stało, że w dwa miesiące z przeciętnej Matki Polki, której celem dnia było zrobienie rosołu, odebranie dziecka o odpowiedniej porze z przedszkola, zabawa w Star Wars i dopilnowanie mycia zębów wieczorem, stałam się bohaterką filmu „Niewierna”. Kobietą, która siedzi w samochodzie i patrzy w telefon. Napisał, nie napisał, co napisał. Analizującą, rozchwianą i gnaną instynktem.

Chcę siebie! Siebie dawnej. Wiedzieć, że mam umysł prosty i jasny jak moje przyjaciółki, albo mam umysł poprany jak inne koleżanki, ale chociaż jestem prawdziwa. Jakaś. A nie taka żadna, na tej obcej ulicy, wśród bloków i po nocy, która nie ma ze mną nic wspólnego. Podzielona.

Nie jestem. Od tego pierwszego momentu, gdy pozwoliłam Mu się dotknąć, gdy zapomniałam, że coś innego komuś obiecywałam, ale to przecież było tak dawno, że żadnego szczegółu z tych obietnic nie mam już w sobie.

Może jest taki moment, gdy już nie masz w sobie starego życia, choć wciąż w nim jesteś…

…bo tak wypada, bo boisz się zrobić krok. Lub po prostu trwasz, bo nowe nie nadchodzi. To wcale nie musi boleć, nie jest żadną frustracją. Jest po prostu dobijaniem do wieczora po absorbującym dniu.

Może właśnie to był mój czas przed N.? Ten męczący czas, gdy już wrzeszczysz wszystkim, że na pewno się nie rozwiedziesz, że u ciebie wszystko dobrze. Tak musisz przekonać siebie. „Mam takie dobre małżeństwo”.

– Nie jestem głucha– zauważyła K., moja przyjaciółka, gdy znów jej mówiłam, że u nas idealnie.

To okropne przyjaźnić się z mądrymi kobietami. Doprawdy.:)

Czy jest coś złego w oszukiwaniu siebie? Na miłość boską, nie. Inaczej musielibyśmy być nieustannie w depresji, w smutku, w poczuciu winy. Gdyby tak każdy z nas miał nazywać rzeczy po imieniu. Hahahaha, dobre. Taki dzień prawdy. Wow, moje małżeństwo nie jest wcale idealne, może w ogóle nie jest, wk**wia mnie bycie matką, wk**wia mnie moja matka, nie daję czasem rady, jestem zmęczona, za stara, za gruba, za młoda, nie zrealizowałam się w pracy, jestem samotna, słaba, zieje jadem wobec innych, bo mam w sobie tyle frustry, że gdybym wysłała ją całą w kosmos to i tak by jeszcze zostało. A jestem zbyt mądra, niestety, by innych obwiniać o tę złość.

Nie mam ochoty gotować, piec, wstać też mi się dziś nie chce. Ktoś może załatwić to za mnie? Już widzę tę prawdę, z którą mierzymy się co rano. Kto ma ochotę strzelać sobie w łeb? Więc owijamy nasze życie w bawełnę, zapełniamy je motywacją, sracją, upychamy mnóstwo zadań w ten biedny dzień, by go przetrwać  Przekonujemy się, że jesteśmy wobec innych w porządku, bo uświadomienie sobie tego nie w porządku rozwaliłoby nas na atomy, a kto chce być atomem. Sorry, nie.

Serio czasem lepiej nie wiedzieć prawdy o sobie.

No potem zawsze (prawie) pojawi się taki J.  (nowy facet, nowa kobieta), który tylko pyknie palcem i lecą nasze złudzenia, iluzje i wyobrażenia, które nazywaliśmy stabilizacją i pewnością.

Czy w naprawdę dobrym związku, w dobrym momencie życia jest miejsce na zdradę? No, bywają też związki dobre, a momenty złe.

Dwa dni później siedzę w gabinecie doktor A. Widzę siebie w lustrze i nie dowierzam. To ja? Matka? Żona? Jestem chuda, blada, drżą mi ręce.  Nikt mi nie umarł, nie choruje, jestem zdrowa, a jednak mogłabym kawałki siebie zbierać z ulicy. Moja pewność wylądowała w szafie, stabilizacja mieszka już tylko w pracy, lęki za to moszczą sobie miejsce w głowie. Nazywajmy rzeczy po imieniu:

– Jestem wariatką, mam męża i syna, zakochałam się w kimś innym i tęsknię. Aaaaaaa.

– Jest pani wariatką? – powtarza doktor A.

Nie wierzę, k….I ja jej za to płacę?

– Skończyłam z nim – mówię (twardo)

– Z mężem czy z tym drugim? – znów uśmiecha się doktor A.

Naprawdę ją zabiję.

– Pani żartuje?!

– Nie, ja tylko pytam.

Patrzę na nią, wiem, że wrogo, ale jej twarz nie wyraża niczego złego. Nie ma na niej złości, pogardy, drwiny.

– Była pani kiedyś z kimś i nie czuła się kobietą?– pytam

– To dla pani ważne, żeby znalazła pani inną kobietą, która czuje to samo co pani?

Wiedźma.

– Ważne chyba – dodaję spokojnie.

Nie chcę być w tym wariackim świecie emocji sama. RATUNKU.

Nie wiem, kiedy to się dzieje, ale mówię. Rzadko mówię. Ludzie w ogóle rzadko mówią o czymś sensownym. Gadamy o innych, polityce, gotowaniu, kredytach, pensjach, pracy, zadaniach. Zadania – to takie modne słowo. Nigdy o samotności. Rzadko. I najczęściej wtedy, gdy jesteśmy pijani. Alkohol to taka nasza przepustka do szczerości. Nie gadam prawdy o sobie po alkoholu. No może, z J. podczas pierwszego seksu. Bez żadnych kłamstw i teatrów, bo szkoda mi czasu na granie. Powiedziałam mu, że nie pamiętam, żeby ktoś mnie tak uważnie dotykał. I dawno nie miałam orgazmu. Smutne wyznanie mężatki.

Powiedziałam mu znacznie więcej

– że nie pamiętam, kiedy się ostatnio tyle śmiałam

– że nie pamiętam, kiedy tak bardzo chciałam kogoś dotykać

– że nie pamiętam co to znaczy czuć się piękną

– i nie pamiętam co to znaczy porzucić ironię

Przywaliłam mu, wiem.

– Dużo mówisz, co? – spytał. I dużo myślisz?

– Dużo.

Zaśmiał się. Z  czułością do której nie byłam przyzwyczajona. Jeśli miałam kiedyś seks, który mnie rozebrał to był właśnie ten. W tym milczeniu, i nie do końca w myślach własnych, w tym wpuszczaniu obcej zupełnie osoby wszędzie. Z poczuciem, że ona zaraz obca być przestanie i że nie chodzi o żadne ruchy kopulacyjne czy tanią namiętność. Tylko, niestety, o samotność. On i ja, na zupełnie innych etapach życia, ale i tak w tym samym punkcie. SAMOTNOŚĆ.

– Jak pani go poznała– pyta doktor A.

– Kogo?

– A o którym chciałaby pani ze mną rozmawiać? Co jest dziś ważniejsze?

– Poznałam go, gdy byłam smutna.

– Kogo?

– Każdego – uśmiecham się. – Mężczyzn swojego życia zawsze poznawałam, gdy byłam smutna.  Często jestem smutna – dodaję usprawiedliwiająco. Choć bardzo dużo się śmieję. Tylko, że pierwszy (mąż) uratował mnie rozmową, a potem pojawił się seks. Drugi ratuje mnie seksem, w którym jest rozmowa.

– Czego się pani najbardziej boi?

– Tego co pomyśli o mnie kiedyś mój syn. Jeśli odejdę, oczywiście.

Wyrzuty sumienia z powodu dziecka rozbijają mnie na atomy. Nikt mi nie powiedział, że macierzyństwo to jest nieustanne poczucie winy, że robisz coś nie tak. Za mało, za dużo, nie w tę stronę.  No i teraz to, że być może nie mogę być już żoną jego taty.

Ale wiem, nigdy nie zaakceptowałam, że stałam się już tylko rosołem i praniem. Nie zaakceptowałam tego co moja mama nazywa normalnością – przebywanie ze sobą, ale nie widzeniem siebie. Nie zaakceptowałam tego, że jestem dla kogoś tylko: „Zrób herbatę, kiedy obiad, gdzie jedziemy na wakacje, nie muszę cię przytulać, miłość to przecież jak umyjesz komuś samochód”.

– Sama sobie umyję samochód, ale nie przytulę się sama– wyrzucam doktor A. – Potrzebuję bliskości, chcę, żeby ktoś dotykał mnie rano i napisał czasem w ciągu dnia SMS: Hej, co słychać? Czy to tak dużo?

– Nie – mówi ona. Patrzy na mnie tak uważnie, że łzy mi lecą i nawet nie mogę wściec się na nią, bo jest tak delikatna, jak nikt kogo znam.

I Boże, jaką ulgę czuję. Takie kobiety jak ja nazywa się dziwkami. Nazywają nas tak mężczyźni, którzy boją się, że ich też zdradzą kobiety, i kobiety, które zostały skrzywdzone, albo boją się, że to się kiedyś stanie. Reszta milczy. Milczą szczęśliwe mężatki, ludzie szczęśliwie zakochani. Mogą tylko pomyśleć: „Kurczę, pat, smutne. Nie chcę, żeby ze mną tak było”. Nikt w dobrym momencie życia nie zagląda innym do łóżka, a już tym bardziej do serca. Serio, nic go to nie obchodzi.

Boli mnie, że wrzuca się moją historię do przypadkowego seksu czy bezmyślności. Że się mówi, że on (kochanek) w końcu ją kopnie w dupę, bo przecież wcale nie kręci go kobieta tylko to, że ona jest czyjaś.

A mąż zrozumie (czyt. jak kiepsko wybrał). No i ona zostanie sama.

Tylko, że to niekoniecznie prawda. Bo choć wszyscy używamy tych samych słów, końce bywają różne.

W mojej historii dzisiaj jest listopad. Napisałam Mu, że to koniec. I on nie dzwoni (na razie). Byłam u doktor A. I gdy wracałam do samochodu, tak żenująco rozwalona, nagle zaświeciło słońce. Dość wyjątkowe to słońce w listopadzie. Nie mam prawa czuć, wszystko da się ogarnąć rozumem, zdradzają ludzie słabi, jestem żoną, matką, mam dużo pracy.  Zrobię obiad, kolację, posprzątam w szafie, napiję się wina. Spróbuję kochać się z W. (Mąż, czyli Właściwy – jak go nazywam). Wrócę do siebie dawnej.

Przeczytałam dziś: „Terapeuci uważają, że ciało zaczyna cierpieć, gdy nie otrzymuje wystarczającej dawki dotyku”. Tak jest. Wiem o tym za dużo. Nie powinna tyle o tym wiedzieć trzydziestolatka. Mężatka.

Kochani,

jestem żoną

umiałam wspierać męża, gdy tracił pracę, przytulałam go, gdy umierała mu mama. Nie krzyczałam, nie wymagałam. Czasem prosiłam.

– Mógłbyś napisać SMS, no wiesz, że wszystko u ciebie dobrze?

– Spróbowałbyś być bardziej uważny?

– Przytulisz mnie?

– Czy coś z nami nie tak? Powiedz?

Prosiłam za długo. Tak, są ludzie, którzy całe życie proszą. Godzą się na środek, udają, że nie chcą więcej. I ok. Jeśli się na to godzą.

Więc był listopad. I przeżyłam najgorszy seks w życiu. Z W. (Właściwym). Upijałam się winem i próbowałam znów się z nim (go) kochać. Ludzie nie powinni się tak gwałcić. Nie powinni mówić słów, gdy ich nie czują, czy dla spokoju robić rzeczy, które są zarezerwowane dla namiętności.

On po takim seksie ma po prostu wytrysk i może jest mu dobrze – ale nic poza tym. Ona kończy sama w wannie. Albo płacze. Ten dramat jest tylko tu i teraz. Bo w tym właśnie momencie oni mogą też zrozumieć, ze da się żyć inaczej.  I to jest właśnie szczęście. Że można popchnąć to w którąś stronę. Do rozwodu albo do nowej bliskości. Pod warunkiem, że nie zasną dla świętego spokoju. Bo przecież jutro trzeba pracować. Zrobić kawę, kanapki dla dzieci.

Jeśli jesteś mężczyzną w stałym związku, odpowiedz sobie na pytanie, czy nie masz czasem grymasu na twarzy. Tak powiedzmy po trzech, pięciu latach. No przecież wiem, że nie na początku.

Że dojdę z J. do tego samego punktu? A może on jest mądrzejszy? Lepszy? Dlaczego kochanek ma być tym, który zrani?

Życie nie zawsze jednak pisze te same scenariusze…

CDN.


Psychologia Związek

„Przepraszam, mam romans. Czy może mi Pani pomóc?”. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
21 stycznia 2016
Fot. iStock / BeyzaSultanDURNA

Zmięta kartka leżała na dnie torby już długo. Na niej zapisany numer Doktor M.,  znanej psychoterapeutki. Numer dostałam od Anki. – Musisz coś z tym zrobić! Tak się nie da. Siedziałyśmy na kawie, patrzyła na mnie potępiająco. Romans to nic dobrego! Jesteś nieuczciwa, a nie masz charakteru kłamcy, w zasadzie to w ogóle nie potrafisz kłamać – dodała uśmiechając się łagodniej. Grzebałam widelcem w ciastku, mała, zawstydzona dziewczynka. To dlatego do niej zadzwoniłam, do tej cholernej doktor M., specjalistki od leczenia dusz. Choć nie wierzę w terapię i uważam, że to strata pieniędzy i czasu.

Winda wydała przerażający dźwięk. „Relikt przeszłości” pomyślałam patrząc na nią. Widna z horrorów i kryminałów, wejdziesz do niej i zaraz ktoś cię udusi, zasztyletuje czy co tam jeszcze. Sunęłam nią w górę i myślałam, że to absurd. Ta cała doktor M. i  jej stara kamienica, i ta wizyta tutaj  w środku tygodnia, w środku dnia. Zakłócenie stałego rytmu pracy. Franek dłużej w przedszkolu, robota niezrobiona. Ech.

Wystrój pokoju doktor M. mnie rozbawił. Żadnej oryginalności, dwa fotele, paczka chusteczek. – Nie będę płakać – rzuciłam.

– A dlaczego ma pani płakać? – uśmiechnęła się.

Bo mam ochotę? – pomyślałam – Chciałabym wreszcie porządnie popłakać. Inaczej uduszę się ze sobą.

– Właściwie to nie wiem – mrugnęłam do niej.

Była drobna, niewysoka i lekko kulała. Spódnica w kratę, włosy spięte w kucyk. Milczała.

– Dlaczego pani milczy? – zapytałam.

– Bo czekam – powiedziała życzliwie.

Parsknęłam śmiechem. Niewiarygodne, teraz będziemy toczyć gierki słowne. To jakaś wariatka. Spojrzałam na nią znów. Była poważna.  Może uważna.

– Mam romans – wykrztusiłam i poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Nie, nie wezmę tych cholernych chusteczek.

– To jest, rozumiem dla pani trudne, tak? – spytała

Zdenerwowałam się.

– A nie powinno być?

– Nie wiem, co powinno. Może spróbuje mi pani wytłumaczyć, dlaczego to dla pani trudne.

– Bo mam kochającego męża, syna, wybrałam małżeństwo, a teraz zakochałam się w kimś innym. To cholerny pat. Jestem zła, zła i zła.

– Mieć romans to być złym człowiekiem.

– A nie?

– Obchodzi panią, co ja myślę? Ważne, co pani myśli. Uważa, że nie ma pani wyboru? Rzeczy się zdarzają same i są?

– Uważam, że każdy wybór jest dla mnie zły i dlatego nie robię nic. Jestem nigdzie, męczę się, kłamię, lawiruję, czuję się podłym człowiekiem.

– Czego pani by chciała?

– Chciałabym wiedzieć. Chciałabym podjąć decyzję – spojrzałam na nią wyczekująco.

– Chciałaby pani, żebym pani pomogła?

– Musi pani się o wszystko pytać?

– Denerwuje to panią?

Niewiarygodne, ta wizyta to absurd. Tłumaczę się przed wszystkimi, jeszcze teraz przed tą głupią babą. Chcę wyjść, jechać do Franka, pobawić się dinozaurami, w jego kolorowym świecie zapomnieć o moim brudnym.

– Czuje się winna, nieustannie winna – mówię szczerze

– W jakich sytuacjach?

– W każdej sytuacji. Teraz, bo zadręczam panią głupotami, a słyszałam, że miała pani poważną operację. Przecież to głupie, ja jestem niemoralna, pani ma poważne problemy ze zdrowiem, ludzie chyba mają poważniejsze problemy.

– Pani romans to błahostka? Przecież to dowód, że coś się wali. Najważniejsze rzeczy. Szuka pani pomocy, bo czuje się pani zagubiona, dlaczego uważa pani, że to nie jest nic ważnego. Często pani myśli, że pani sprawy nie są ważne?

Często. Boję się prosić o to, czego potrzebuje. Tak, jak miesiącami bałam się poprosić Marcina, żeby zauważył, że mamy kryzys. Nie przytulasz mnie już, wiesz? A ty zawsze musisz mieć problem? Setki podobnych dialogów. Bagatelizowanie, bagatelizowanie. Czy to facet może się odsunąć po urodzeniu dziecka? Dziękuję, zrobiłaś swoje, możesz odejść. No, nie aż tak bardzo daleko, bo przecież mamy rodzinę, no wiesz, najważniejsza jednostka społeczna.

„Jesteś wobec niego niesprawiedliwa” – słyszę strofujący głos mamy. „To ideał. Za moich czasów….”. Coraz szybciej kroję marchewkę. Walę nożem o deskę, nie chcę tego słuchać. Tak, przyzwyczaiłam się, nie mogę czuć, rodzina to świętość”

Od doktor M. wracam piechotą. Brnę w zaspach śniegu, duże płaty spadają mi za kołnierz. Nie czuję zimna. Czuję, że ona będzie dla mnie ratunkiem, pomoże mi przedostać się przez własne zapętlenie. Gdzieś na końcu tej drogi będę wiedziała co robić. I podejmę decyzję, coś czego się tak boję.

To ja, kobieta podzielona. Lubię tak o sobie myśleć: podzielona.

Żona i matka. Piekę ciasta, tłukę kotlety, sprzątam, wychodzę z psem. Nie zostawiam porozrzucanych ubrań, książek, moja wanna lśni.  Mąż pracuje od rana do wieczora, ja też pracuje. W biegu zapomniałam nasz ostatni, dobry seks, nie mam już siły prosić o rozmowę. Zresztą one nie wnoszą niczego. Godziny o tym samym, a potem znajdujemy się w punkcie wyjścia. On obiecuje zmianę, ja cierpliwość. Nie mam już sił.

Kochanka. A może tak naprawdę kobieta tamtego. Impuls, siła, której jeszcze nie mogę opanować. Uczucie. Przecież długo z tym walczyłam. Ale czy kobieta samotna nie jest łatwa do uwiedzenia? Pierwszy seks, u niego w domu. Wcale nie tak świetny, ale jednak prawdziwy. Zapowiedź dłuższej historii. Myślałam, że romanse wyglądają inaczej. Ona po seksie ucieka, przestraszona, pełna wyrzutów sumienia. Wtedy jeszcze nie miałam wyrzutów. Wracałam do domu pierwszy raz, po latach, szczęśliwa. Nie, nie jako matka, bo tak bywam szczęśliwa wciąż. Ale jako kobieta. Śmiałam się do ludzi w markecie, pomogłam starszej pani przejść przez ulicę, nie patrzyłam z zazdrością na pary. Był tylko zachwyt. Nie czułam, że zdradziłam. Bo czy można zdradzić przyjaciela i brata?

Wyrzuty przyszły później. Jeszcze silniejsze. Wiedziałam, że iluzje były mi potrzebne, żeby nie skonfrontować się z rzeczywistością. Prowadzę podwójne życie. W każdym zostawiam część siebie. A to podobno faceci są potworami.

– Chcę z tobą być – powtarza on.

– Ale ja mam dziecko – odpowiadam.  – Mój syn kocha ojca, nie mogę mu rozbijać domu.

– Już to robisz.

Nie lubię tego jego tonu. I tej prawdy. Smutne, nie tak wyobrażała sobie siebie dorosłą. I nie tak wyobrażałam sobie rodzinę.

C.D.N