Lifestyle Zdrowie

Tętniak mózgu, czyli żyję na tykającej bombie. ‘Choroba otworzyła mi oczy, pozwoliła mi się przewartościować. Cieszmy się z małych rzeczy, bo wielkie mogą nie nadejść’

Magdalena Lis
Magdalena Lis
28 stycznia 2017
Tętniak mózgu, czyli żyję na tykającej bombie
Fot. iStock / sankai
 

Jest rok 2014. Paulina spełnia swoje największe marzenie. Wraz z narzeczonym rozpoczynają budowę domu. Wieś, fajna okolica. Wszystko układa się wówczas doskonale. Jedna rzecz zaczyna jednak niepokoić dziewczynę. Od pewnego czasu bardzo często boli ją głowa. W jej rodzinie było wiele przypadków nowotworowych, więc po namowie bliskich Paulina udaje się do neurologa. Od lekarza dostaje skierowanie na badanie rezonansem magnetycznym. Słyszy, że to tak czysto profilaktycznie, bo może mieć początki migreny. Badanie ma umówione na połowę lipca przyszłego roku.

– Czekałam spokojnie – mówi Paulina. Przecież nic się nie działo. W całości pochłaniała mnie praca i budowa domu. Nasza miłość mimo małych zgrzytów rozkwitała. Miałam kochającą rodzinę, przyjaciół, narzeczonego, wiedziałam, że wkrótce razem zamieszkamy. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Głowa wciąż mnie czasem pobolewała, ratowałam się jednak ogólnodostępnymi proszkami. Ten rok bardzo szybko mi minął. O tym, że coś może być nie tak zupełnie nie myślałam.

W umówionym terminie Paulina jedzie na zalecone badanie. Trochę się stresuje, głównie dlatego, że ma klaustrofobię, a wie, że wsuną ją w dużą, ciasną tubę. Tuż po badaniu z poczuciem ulgi jedzie na obiad z narzeczonym. Niedługo później z przyjaciółmi spędzają tydzień w Jarosławcu nad morzem. Po wyniki ma się stawić tuż po powrocie.

– Pojechałam sama. Nie miałam żadnych obaw. Przecież to badanie miało być czysto profilaktyczne, bo jak to mówią, lepiej zapobiegać niż leczyć. W rejestracji podałam swoje nazwisko i czekałam na kopertę z wynikiem. Pielęgniarka gdzieś zadzwoniła, a później poprosiła, żebym chwilę poczekała. Miała dziwną minę, zaczynałam się denerwować. Wynik odczytałam będąc jeszcze na szpitalnym korytarzu. Oblał mnie zimny pot, zrobiło się słabo. Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Tętniak w prawej środkowej półkuli mózgu. Pomyślałam, że to musi być jakaś pomyłka. Przecież to było zupełnie niemożliwe.

Przez głowę Pauliny przebiega najczarniejszy scenariusz. Przypomina sobie kolegę, który zmarł mając zaledwie osiemnaście lat. On też miał tętniaka, pękł mu, kiedy spał. Wie, że tętniak to niejako wyrok. Że to cichy zabójca. Do auta dociera na miękkich nogach, zaczyna rozpaczliwie płakać. Myśli, że życie jej się właśnie rozpada. Nie wie, jak ma wrócić do domu. Jak powiedzieć o tym rodzicom, narzeczonemu, przyjaciołom.

– Do domu miałam trzydzieści kilometrów, nie mogłam trafić, błądziłam, nie wiedziałam którędy jechać. Po drodze zadzwoniłam do narzeczonego, zaczęłam krzyczeć, że mam tętniaka mózgu, żeby włączył Google, żeby zaczął sprawdzać. Chciałam jakiegoś pocieszenia, jakiejś uzdrawiającej diagnozy, jakiegoś potwierdzenia, że to nic takiego ten cały tętniak mózgu, że może czasem po prostu mają go całkowicie zdrowe osoby.

– Mama płakała. Tata powiedział, że znajdzie mi najlepszego lekarza, bez względu na to, ile to będzie kosztowało. A później zabrał mnie na lody. Czułam się jak mała dziewczynka – Paulina jest wyraźnie wzruszona.

Paulina rozpoczyna walkę o zdrowie. Wizyty u lekarzy stają się jej codziennością. Jedni chcą przeprowadzać z dnia na dzień trepanację czaszki bez dodatkowych badań, inni karzą czekać, kolejni rozkładają ręce mówiąc, że czas pokaże. Jeden z nich zaprasza Paulinę pod swoje skrzydła do Krakowa. To jemu właśnie dziewczyna zaufała. Ma się u niego stawić w listopadzie.

– Przy rodzicach i siostrze nie płakałam w ogóle. Nie pokazywałam im tego, jak bardzo się boję. To był najgorszy czas w moim życiu i w życiu moich bliskich. Nic mnie nie cieszyło. Na budowę nie jeździłam, nie chciałam widzieć jak buduje się dom w którym mogę nie zamieszkać. Bolało mnie to. Cały czas czepiałam się narzeczonego, kłóciłam się z nim, chciałam go do siebie zrazić. Chciałam żeby ode mnie odszedł. Ale on był uparty. Mówił że mnie kocha, że przejdziemy przez to razem.

W kolejnym umówionym terminie Paulina stawia się w szpitalu. Na sali ląduje z osobami po trepanacjach czaszek. Patrzy na poszyte głowy kobiet, totalny brak włosów, jest przerażona. Nie wytrzymuje tego widoku, wychodzi na pusty korytarz i zaczyna płakać. Mija ją pełniąca nocny dyżur salowa, ale udaje, że jej nie widzi. Pozwala jej zostać samej ze sobą, przeżyć to po swojemu.

– Musiałam zebrać siły. Nie mogłam przecież umierać. Musiałam przetrwać tę pierwszą noc, poczekać na kolejny dzień, na badanie, które miało zadecydować, czy trafię na stół operacyjny, czy wrócę do domu. Nie mogłam zasnąć, czuwałam jak zając. Bliskim wysłałam SMS-y. Kocham cię mamo, kocham cię tato, kocham cię Bartek. Chciałam, żeby wiedzieli. Tak na zapas, gdyby nie było mi dane tego im już tego powiedzieć.

Nad ranem Paulina zostaje przewieziona do innego szpitala. Przed badaniem mdleje cztery razy. Pielęgniarki boją się podać jej kontrast, jest bardzo słaba. Udaje się, badanie się rozpoczyna. Paulina zaczyna się modlić, odmawia ‘pod twoją obronę’. Po badaniu po raz kolejny mdleje, to już szósty raz odkąd tam pojechała. Wyniki mają być nazajutrz.

– Mama i Bartek byli ze mną przez cały pobyt w szpitalu. Tata czekał na telefon. Gdybym miała mieć trepanację, niezwłocznie przyjechał by do Krakowa. Nigdy nie zapomnę słów mojego prowadzącego lekarza. ‘Dziewczyno jedziesz do domu, widzimy się za dwa lata.

Paulina mówi, że dobrze, że wtedy leżała, bo nogi zrobiły jej się jak z waty. Przypomniał jej się lekarz z rodzinnego miasta, który chciał ją kroić bez zastanowienia. Bała się nawet myśleć, że taka operacja mogłaby z niej zrobić kalekę. Albo nawet ją zabić.

– Po powrocie tata powiedział że to jego najszczęśliwszy dzień w życiu. Tak bardzo się cieszył, że zmiana owszem jest, ale że nie będę operowana. Za rok jadę na badanie kontrolne. Tętniak może się potwierdzić bądź też nie. Wiesz, to jest taka franca która może się obudzić w każdej chwili. Nadal bardzo się boję. Mam problemy z zajściem w ciąże, może to tak podświadomie? Może moja głowa daje mi tę blokadę. Może gdzieś podświadomie boję się, że nie będzie mi dane ich wychować. Mój tata umarł, od jego śmierci minęło nieco ponad pół roku. Czasami myślę, że zabrał ze mnie chorobę a sam zachorował, choć wiem, że to może wydawać się głupie czy absurdalne.

Na koniec życzę Paulinie kołyski i rosnącego brzuszka, wiem, że to by było kolejne spełnienie jej marzeń.

– Życz mi zdrowia – mówi Paulina. Jak los da, to dziecko mogę zaadoptować, a zdrowia nie. Wiesz, ja tak trochę żyję na tykającej bombie. Choroba otworzyła mi oczy, pozwoliła się przewartościować. Cieszmy się z małych rzeczy- tyle ci powiem. Cieszmy się, bo wielkie mogą nie nadejść.


Lifestyle Zdrowie

Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
28 stycznia 2017
Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów
Fot. iStock / den-belitsky
 

W człowieku siedzi opór. Przyczajony, niezbyt krzykliwy czy rzucający się w oczy, ale za to solidny opór. Siedzi tam i wszystkie górnolotne nasze plany spycha na boczny tor. Bardzo przy tym wszystkim jest podstępny, prawie niewykrywalny, najczęściej ze swoistą gracją robi z człowieka idiotę. Takiego zblazowanego, nieskutecznego i skazanego na porażkę nieszczęśnika z wyleżanej nadmiernie kanapy. Aż żal patrzeć na byt ludzki tak niepotrzebnie zmarnowany.

Każdy przecież bowiem rodzi się po jakieś coś. Każdy ma ten swój mały talent, ten cel, do którego dążyć powinien i na realizacji którego powinien się skupić. Cel, na samą myśl, o którym robi się nam raźniej i jakoś tak na duszy cieplej. To cel, który sprawia, że dostajemy skrzydeł, rozkwitamy jak pierwiosnki, zatracamy się w czasie. Taki cel daje nam poczucie sensu istnienia, daje odczuć spełnienie. Nie ma nic lepszego niż życie, które dookoła takiego celu zostało zaplanowane, zakręcone, które celem istnienia zostało omotane. I choć takie życie nie ma sobie równych, większość z nas żyje doraźnie, chciałoby się nawet rzec że przypadkowo, bez wyraźniejszego sensu czy kierunku, poza tym jednym, który nastawiony jest na natychmiastowe zaspokojenie.

Instant gratification -tak nazywa się ten stan po angielsku, stan, w którym dostarczamy sobie chwilowego poczucia zadowolenia, kiedy to wychylamy kolejnego kielicha, oglądamy kolejny serial w telewizji, zamawiamy trzecią w tym tygodniu pizzę, po której dopychamy się chipsami, po czym spędzamy pół wieczoru pisząc i wymądrzając się w najlepsze na fejsbukowej ścianie. No i pewnie, że mamy fun. Bawimy się doskonale, na tym wszak polega efekt natychmiastowej gratyfikacji. Wyciągamy po coś łapę i jak na różdżki skinienie czujemy pełne zadowolenie. To że następnego dnia zadręczy nas kac czy maszyna na siłowni, względnie poczucie winy za zmarnowany czas, to już zupełnie inna jest sprawa. W tamtym momencie, w tej krótkiej wieczorowej upojnej chwili, byliśmy królami życia.

Czy aby jednak na pewno? Zważywszy, że proceder ten najczęściej jest cykliczny, co by nie rzec rutynowy i jakoś tak poza chwilowym uniesieniem, nic ale to nic, z niego nie wynika. Tyle czasu oddanego, poświęconego, tyle energii włożonej, ale jednego kroku naprzód człowiek nie postąpił. Z punktu widzenia rozwoju, z punktu widzenia postępu, taki niby radosny czas nie wnosi w ludzkie życie niczego. Kompletnie niczego. Poza oczywiście ową krótką chwilą zadowolenia.

Powie mi pewnie za chwilę ktoś, że życie jest, jakie jest, więc nawet i krótka chwila to  zawsze jest coś. Fair enough. Zawsze to jakaś tam racja.  Lecz ja na taki głos, który na mój gust to głosem jest oporu, odpowiem tylko tyle, że życie ma potencjał znacznie większy niż chwilowy „haj”.

Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów

Fot. iStock

Cóż, kiedy tutaj właśnie wszelkie szyki psuje nam wspomniany opór. Ta wewnętrzna siła, która perfekcyjnie nas obezwładnia za każdym razem jak myśl nam zaświta, że oto nadszedł czas i wypadałoby poniekąd zabrać się za coś co wreszcie ma wymierny i uskrzydlający sens. Rzeczy czy sprawy bez sensu załatwiamy bowiem od ręki, na sprawy z sensem, siły nam brak. Pozornie. Bo nie o brak siły tak po prawdzie tu chodzi, lecz raczej o samo-sabotaż. O to obrzydliwe ociąganie się i wzbranianie przed zabraniem się za coś po co na świat matka nas wydała. Gdzie tu sens? Jak to możliwe, że z taką łatwością rezygnujemy z czegoś, co gwarantuje spełnienie, szczęście, chęć do życia. I jaki sens ma życie bez sensu, na chwilowym pseudo-dopalaczu? Czy rzeczywiście tak trudno się zabrać za to co w duszy nam gra?

Załóżmy zatem, że pokonamy wewnętrzny opór. Ilu z nas  zna ten stan, w którym traci się poczucie upływającego czasu, w którym każdy ruch, czyn, działanie przyprawiają nas o ekscytujący dreszcz? W którym sprawy nabierają znaczenia, stają się wielkie, piękne i ważne. Z pewnością każdy z nas kiedyś moment taki miał, kiedy nie tyle czuł się życia królem co nim prawdziwie był. Dojść tam jest wbrew pozorom niezwykle prosto. Wystarczy jedynie przełamać opór i stanąć twarzą w twarz z tym, co w nas gra. Reszta zadzieje się sama. Bo zawsze się dzieje. Tak bardzo istota nas samych pragnie puszczona być w ruch, że na byle skinienie rzuci się w wir spełnienia. To dlatego czujemy się tak cudownie, gdy realizujemy się w działaniu. Wtedy bowiem sami sobie sprzyjamy, nie ma w nas konfliktu, poczucia nieporozumienia. Jest za to jedność, jest spójność, wszystko ma sens, a puzzle naszej duszy tworzą pełny obraz.

Trzeba jednak opór przełamać i zrobić pierwszy krok. I trzeba przyjąć do wiadomości, że sięganie po marzenia, jednak wymaga czegoś więcej niż naciśnięcie pilota czy nalanie wina do szkła. Że uczucie zadowolenia wypływające z faktu osiągnięcia celu nie pojawi się od razu. Ten cel bowiem nie siedzi w paczce chipsów o smaku paprykowym, nie jest więc szybko i łatwo osiągalny. Ma jednak jedną cudowną właściwość… droga do niego, choć nie raz zlana potem, jest jednak pasmem pełnym ekscytującego napięcia, oczekiwania i radości. Nic nas bowiem  tak nie uskrzydla jak dochodzenie do życiowego celu, jak jego powolna, acz konsekwentna realizacja.

Nagroda na końcu jest jak wybuch supernowej. Ma moc tworzenia nowych światów.


Lifestyle Zdrowie

Jedynaczka, najstarsza czy najmłodsza? Od tego zależy… jak kochasz!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
28 stycznia 2017
Jedynaczka, najstarsza czy najmłodsza? Od tego zależy... jak kochasz!
fot. iStock/ DzoPhotography

Nie od dziś wiadomo, że rodzina ma na nas ogromny wpływ i od naszych bliskich zależy między innymi to, jakimi staniemy się ludźmi i jak będziemy odnosić się do innych, także i w życiu miłosnym. Ale czy wiecie, że nie tylko od panujących w rodzinie relacji zależy jak kochamy, ale także od kolejności w jakiej przyszłyśmy na świat? Jesteś jedynaczką, najstarszą czy najmłodszą z rodzeństwa? Zobacz, co na temat twojego życia miłosnego mają do powiedzenia eksperci.

Najstarsze dziecko

Starsze dzieci często są inteligentne, odpowiedzialne i mogą pochwalić się dużymi osiągnięciami. Te cechy mają swoje odbicie także i w ich życiu uczuciowym, gdy zakochują się i wchodzą w związek, są opiekuńczy, potrafią okazać partnerowi troskę i wsparcie, można na nich polegać jak na Zawiszy. Jak każdy, mają też i swoje niedoskonałości – są wobec siebie bardzo krytyczni, mają skłonność do perfekcji i zamiłowanie do dążenia do ideału, a przy tym nie lubią podejmować ryzyka, o wiele lepiej czują się mając nad wszystkim kontrolę. Ta cecha może doprowadzać do szału osoby urodzone jako środkowe lub najmłodsze i utrudniać miłosne relacje między nimi.

Środkowe dziecko

Środkowe dzieci to urodzeni rozjemcy i mediatorzy. Ponieważ od najmłodszych lat muszą się dostosowywać zarówno do starszego, jak i młodszego rodzeństwa, naturalnie i z łatwością zdobywają zdolności dyplomatyczne i negocjacyjne. Bardzo ważna jest dla nich uczciwość i jasność sytuacji, dlatego w związku ze środkowym dzieckiem dobrze jest grać w otwarte karty i głośno mówić o tym, co w relacji zgrzyta i nam przeszkadza. Środkowi charakteryzują się też bardzo realistycznym podejściem do swoich zdolności i możliwości, ale niekiedy nie do końca wiedzą, czego konkretnie chcą od życia, mogą mieć trudności z podjęciem decyzji. Bywa też, że są bardzo wrażliwi na opinie innych osób i mogą im łatwo ulegać.

Jedynaczka, najstarsza czy najmłodsza? Od tego zależy... jak kochasz!

fot. iStock/ SanneBerg

Najmłodsze dziecko

Najmłodsi w rodzinie to często poszukiwacze atencji i uwagi, skłonni do ryzyka i charyzmatyczni. W związkach wydają się być zabawni, spontaniczni, przyciągający do siebie innych. Zazwyczaj posiadają wysokie umiejętności interpersonalne – wszak od urodzenia uczyli się odczytywać sygnały ze strony starszego rodzeństwa i rodziców.  Ich wadą bywa kapryśność i oczekiwanie, że partner podejmie niektóre decyzje za nich i dla nich, zaopiekuje się nimi i zatroszczy o ich potrzeby. W relacji z poważnym i odpowiedzialnym najstarszym dzieckiem, charyzmatyczny najmłodszy może  być na dłuższą metę nieco irytujący, choć z drugiej strony to właśnie przy tym czarusiu pierworodny najlepiej się rozluźni i porzuci swój pancerz perfekcji.

Jedynak

Jedynacy nigdy nie musieli zabiegać o uwagę swoich rodziców, konkurować o nich z rodzeństwem, dlatego w związku potrafią być czasami wymagający i potrzebujący dużej atencji ze strony partnera. Z drugiej strony, jedynacy to osoby, ma których można polegać, odpowiedzialni i konwencjonalni – te cechy sprawiają, że świetnie sprawdzą się jako towarzysze życia dla najstarszego dziecka.  Jeśli jedynak zechce związać się jednak z najmłodszym dzieckiem, musi uzbroić się w cierpliwość i przygotować na czekające go trudności – zabawny, spontaniczny i charyzmatyczny junior będzie bowiem dla niego sporym wyzwaniem, a dopasowywanie się może rodzić frustrację i wymaga czasu.

Pamiętajmy jednak, by na powyższą charakterystykę patrzeć z dystansem i nie przenosić na własne życie w stu procentach. Nie wszystko zależy od kolejności urodzenia – ważne jest też to, jakimi partnerami byli nas rodzice, czy tworzyli silny, zdrowy związek, czy może się rozstali, jak wyglądały relacje w rodzinie. W psychologii człowieka nie ma stałych, uniwersalnych zasad i pasujących do każdego cech – nasz charakter i sposób bycia, tego, jak dajemy i co otrzymujemy w miłości, zależy od bardzo wielu indywidualnych czynników.


Na podstawie: www.huffingtonpost.com

Zapisz

Zapisz


Zobacz także

5 faktów na temat ślubu, o których mogliście nie wiedzieć

„Niegrzeczny chłopiec” tylko na jedną noc. Dlaczego tak na nas działa seksowny Piotruś Pan?

Piramida ochrony zdrowia intymnego. Czyli program pełnej ochrony i leczenia zdrowia intymnego kobiet