Dieta Zdrowie

„Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo”. Portrety: Wioletta – weganizm

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / kjekol
 

Decyzję podjęła spontanicznie. Miała lekką nadwagę. Przydałoby się zrzucić parę kilo. Wyniki by się poprawiły. Wbiłaby się w dżinsy. W te, co chodziła na studiach. Co aż trzeszczały w szwach, kiedy spóźniona jak zwykle biegła na zajęcia. Miała fajną figurę. Taką akurat. Kawałek pupy, uda i piersi. W sam raz.

Nawet nie wie, kiedy z rozmiaru 36 przeszła na 40-42. Może przez „biurwy”;) W pracy siedziały minimum 8 godzin. Kawka, ciasteczko, batonik. Jak robiły bilans to nawet nie wiedziały, kiedy słodycze znikały z talerzy i opakowań.

Tylko jedna koleżanka była weganką. Cudownie chudą. Malwina jako jedyna nie wcinała tych ciastek, nie piła kawki, nie zrzucała się na pizzę, gdy trzeba było zostać po godzinach. Miała swoje pudełeczka, a w nich vege cuda. Wyglądały nawet nawet.

Wiola przeczytała w internecie ze trzy artykuły. Co to za filozofia. Po prostu wszystko co odzwierzęce odstawia. I je surowe. Czasem gotowane dla urozmaicenia, ale krótko i w małej ilości wody, by witamin nie tracić.

Zaczęła. Od poniedziałku, bo w poniedziałek zawsze jakoś tak łatwiej. W biurze dużo pracy. Nie myślała za wiele o jedzeniu. Wzięła jakieś warzywa, pocięte w słupki. Piła herbatę ziołową na zmianę z wodą. Jakoś poszło. Podpytała Malwinę, ale gdy ta się rozkręcała w swoim wykładzie, wyłączyła się. Za dużo szczegółów. Mleko takie a takie. Tofu. Warzywa najlepiej ekologiczne. Dużo wody. Żadnej przetworzonej żywności itp.. Cholera, co to znaczy przetworzonej?! Dziś wszystko jakoś jest przetworzone. Ma sobie wyhodować sałatę w doniczce i popijać wodą? Pewnie filtrowaną jeszcze najlepiej?

Ale się uparła. Żołądek ściśnięty w supeł i na trzy kokardki jeszcze, oszukiwany przezroczystą H2O, maltretowany surowizną, której wcześniej nie znał, zaczął strajkować. Nie to nie. Z żołądkiem ma się kłócić?

Po tygodniu była słabsza nieco, ale jakaś taka lżejsza. Malwina ją podpytywała, chciała coś doradzić. Poczęstować zawartością pudełek. Ale Wiola ambitnie podeszła do sprawy. Da radę sama. Tym bardziej, że dziewczyny bacznie obserwowały jej zmagania. Złośliwy komentarz też się zdarzał. Nawet nie starały się jej wspierać. Nadal ucztowały w biurze. Bo przecież co może wkurzyć bardziej od tego, że się schudnąć nie może? Odpowiedź jest prosta. Świeżo odchudzona koleżanka. O tak. To bije po oczach. Wkurza niesamowicie. Tak, że najchętniej tę chudszą w słoninę by się owinęło, żeby sobie humor poprawić.

Tygodnie mijały. Wiola nieznacznie urozmaiciła menu. Coś tam poczytała w necie. Książkę nawet kupiła, ale wieczorem była tak zmęczona, że zasypiała zawsze czytając 7 stronę.

Malwiny ze trzy razy podpytała po cichu o przepis na coś nowego, bo już patrzeć nie mogła na swój codzienny jadłospis. Jednak nadal miłością do weganizmu nie zapałała. On zresztą do niej też nie. Jakaś taka szara się zrobiła. Niby mniejsza, ale mdła, bez wyrazu. I mniej radosna. Jakby w trybie stand by.

Badania zrobiła przypadkiem. Koleżanka była w ciąży, ale bardzo się bała kłucia. Więc poszła z nią. Solidarnie dając poszarpać sobie żyłę i zostawiając w probówce czerwoną cząstkę siebie.

Badania wyszły gorzej niż źle. Zaawansowana anemia to był mały pikuś. Organizm zwariował. Hormony robiły co chciały. Drakońska dieta, zastosowana bez rozsądnego przemyślenia, pozostawiła po sobie zgliszcza. Dobrze, że było co zbierać.

Mądry lekarz pierwszego kontaktu, z NFZ swoją drogą, zakazał wegańskiej samowoli i polecił dobrego dietetyka. Niedrogiego nawet.

Poszła. Ze spuszczoną głową, jak dziecko które piłką wybiło szybę, odbijając tę piłkę bardzo mocno ze świadomością dokonania zniszczeń. Tą piłką była właśnie dieta. Zastosowana spontanicznie, bez przygotowania i porządnej wiedzy. Bez chęci zgłębiania tematu. Miało być szybko, efektywnie i efektownie. No szybko było. Kilka tygodni. Efektownie też, gdy u lekarza mało co nie zemdlała. Efektywnie natomiast już nie bardzo. Nie licząc efektów ubocznych. Jak najbardziej negatywnych.

Wykład u dietetyka zniosła. Nie lekceważyła. Ta Malwina miała dużo racji.

Wiola zmieniła dietę. Zdecydowała się na wegetarianizm. Mięsa jakoś nie lubiła nigdy za bardzo. Ale jaja, ryby owszem. Przeczytała dziesiątki artykułów. Zrobiła badania. Przygotowała się mentalnie i fizycznie.

Nadal pracuje w biurze. Rozmiar 36-38.

Wyniki? Lepsze niż u niejednej nastolatki. Humor? 10/10.

Apetyt? W granicach zdrowej normy.

Włosy i paznokcie? Lśniące.

Żołądek? Zadowolony. Dogadali się drogą pokojową. Ustalili, co lubi, a czego nie toleruje.

Ciało? Posłuchało i spełniło marzenie, gdy pewnego pięknego dnia wbiła się w stare dżinsy.

Uśmiech? Obecny!!!

Wydajność? Maksymalna.

Wiedza? 7 punktów na 10, wciąż w tendencji wzrostowej.

A koleżanki? Spuchły z zazdrości, odwrotnie proporcjonalnie do jej utraty wagi. Na pokładzie pozostała Malwina. Bardzo fajna babka. Razem chodzą po mieście i testują w knajpach potrawy wegetariańskie i vege. Razem coś przyrządzają. Zmieniły podejście do życia i odżywiania. Nie są na diecie. Mądre jedzenie stało się po prostu filozofią ich życia. Urozmaicone, zdrowe, idealnie dopasowane. Wszak jest się tym, co się je.


Dieta Zdrowie

Portrety: Chuda – życie z Hashimoto

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / yulkapopkova
 

A ja jestem chuda! Napisz to, podkreśl na czerwono albo i wytłuść czcionką. – mówi. Faktycznie jest szczuplutka. Taką figurę ma się w liceum, a nie po trzydziestce i ciąży. Jednej co prawda, ale jednak.

I napisz, że taka po prostu jestem. Mówi szybko, głośno z uśmiechem. Trochę wariatka, ale pozytywna.

Ważę tyle od 15 roku życia. W ciąży przytyłam 7 kg. Wyniki książkowe, synek mały, ale zdrowy. 10 punktów w skali Apgar.

Inaczej poczułam się trzy lata temu. W listopadzie. Pamiętam, bo myślałam, że to od pogody albo ze stresu. Byłam mobbingowana przez szefa, który oczekiwał wyników kosztem poświęcenia rodziny i zdrowia. Byłam ciągle zmęczona, senna i poddenerwowana. Libido na minusie. I te lodowate dłonie. Nawet po gorącej kąpieli było mi zimno. Dookoła bliscy mówili, że to z tej chudości. Tłuszczu brak to nie ma co grzać, powtarzała moja pulchna mama doprowadzając mnie do szału. Czemu? Bo do jasnej Anielki znam moje ciało i wiem, że coś było nie halo, ale weź wyjaśnij to tym niechudym, którzy każdą Twoją dolegliwość przypisują niskiej wadze. No para idzie uszami. I nosem!

A jak zauważyłam po ubraniach, że przytyłam i wyraziłam to na forum to już było używanie. Pewnie w uszach albo opuszkach palców, znów śmiali się najbliżsi, ponownie irytując mnie nieziemsko. Bo jak głodny ma się z sytym dogadać? Ja czułam natomiast, że jestem w innym ciele i ono mnie nie słucha. Robi co chce, zmienia formę. Kilka kilo do przodu, potem zjazd. Bez żadnej przyczyny. Potrafiłam się rano nie mieścić w spodnie, które jeszcze poprzedniego dnia zakładałam bez problemu.

Podkreślam uprzejmie, że na wieczór nie zjadłam kilograma chipsów z miską lodów i słoikiem nutelli na deser. No szlag by to trafił. Menopauza? Za wcześnie. Ciąża? Wykluczona. Poszłam więc do lekarza, a ten mi wykład robi o cyklu menstruacyjnym, bo to na pewno od tego. I nie słucha, gdy mu tłumaczę, że ja w trakcie cyklu nie odczuwam żadnych zmian i, że wahania wagi mają miejsce kilka razy w miesiącu, w przeciwieństwie do miesiączki. Spojrzał na mnie pobłażliwie i pomyślał pewnie, że przyszła idiotka, i aferę o trzy kilogramy robi. Dla świętego spokoju dał skierowanie na tsh, a gdy ten wyszedł w normie na poważnie zaczęłam się zastanawiać, czy w jakąś paranoję nie popadam.

Zimno jednak było mi nadal, humor pod psem, obowiązki małżeńskie niewypełnione, włosy przerzedzone, a portki raz wiszą, raz ledwo na tyłek wciskam. Co jest, ja się pytam? W końcu trafiam do endokrynologa i z lekkim zawstydzeniem mówię mu, jak się czuję. I choć nadal jestem chuda to nie wyśmiewa mnie tylko poszerza diagnostykę o kolejne parametry. I jak byk, czarno na białym stoi, że mam przeciwciała antyTPO wystrzelone w kosmos, inne ft3 i ft4 też poza skalą.

Witamy na planecie Hashimoto!!!!

Tyle się o tym słyszy, co druga celebrytka to ma, aż mi się krzyczeć chce: „Mam i ja!”. Owszem nie mam nadwagi, drugiej ciąży nie planuję, ale usłyszeć, że się ma przewlekłe zapalenie tarczycy i, że bez leków się nie da, to uśmiech znika z twarzy.

Tak więc mam hashi. Jesteśmy razem od 3 lat, w bardzo bliskiej relacji. Nazywam tę chorobę czule, żeby się z nią zaprzyjaźnić. Wcinam tabletki co rano, humor nadal zmienny, bo być stabilnym z Hashimoto to jak oczekiwać, że nad polskim morzem zapanują tropikalne upały. Na stałe, podkreślam! Życie z Hashimoto to ciągły spacer na bardzo cienkiej linie, wahania wagi, problemy skórne, biegunki i zaparcia, uczucie zimna lub gorąca. Dwa miesiące stabilizacji, potem góry i doliny. Nudno nie jest. Gdzie tam!

Chuda jestem nadal. W porywach do szczupłej. Tyroksyna podkręca mi metabolizm, a potem nagle zwalnia. Uczę się swojego ciała i tańczę jak hashi mi zagra. Czasem to chocholi taniec.
Nauczyłam się mieć w nosie komentarze innych. Lubię moją wagę piórkową. Wyniki mam w porządku. A czy za dziesięć lat hashi nie podaruje mi w promocji kilkudziesięciu kilogramów, to tego nie wiem. Więc póki co jest nas dwie, chuda i hashi, i nie pozostaje mi nic innego jak żyć sobie w tym duecie, i próbować nie spaść z tej cienkiej liny na mój póki co chudy tyłek.


Dieta Zdrowie

„Warto było przetrwać chwilę dyskomfortu dla lepszego samopoczucia. Poczuła się piękna”. Portrety: Beata bulimia

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / OcusFocus

Pierwszy raz zwymiotowała w dniu swojej osiemnastki. Ze stresu. Marcin po prostu przysłał SMS-a, że zrywa. Tak o. Poinformował ją o tym, jak o zmianie pogody. Oschle, jednym zdaniem. Na odległość, bo szczerze w oczy nie starczyło mu odwagi.

Myślała, że to żart. Dzwoniła do niego z milion razy. Tylko poczta głosowa miała ochotę z nią rozmawiać. Wpadła do kuchni, przypadkiem stłukła szklankę. Zrobiło się jej deko lżej.

Na stole dumnie prężył się tort. Czekoladowy, ciężki, słodki i elegancki. W kształcie chanelki. Uwielbiała torebki. Ten był spełnieniem marzeń. Pięciokilowy, bo przecież tylu gości zaprosiła.

Miała ochotę go rozwalić. Wiedziała jednak, ile mama za niego zapłaciła. Zrobiło się jej niedobrze. W gardle poczuła pizzę, którą zjadła w pośpiechu. Pobiegła do łazienki. Zwymiotowała. Miała wrażenie, że wypluje wnętrzności. Oczy czerwone od łez, gardło paliło. Ale było lżej. O wiele. Było jej też przykro, że Marcin zgotował jej taką niespodziankę. Nie odbierał telefonu. Na fejsie ją zablokował. I praktycznie od razu zmienił status. Na wolny. Potem dowiedziała się, że usunął wszystkie wspólne zdjęcia i posty. Jednym kliknięciem wykasował ją ze swojego życia. Nie wiedziała czemu. Nie wiedziała też, dlaczego rzucił ją w jej urodziny. Czy zrobiła coś źle? A może inna dziewczyna? Jeśli tak, to kto? Gubiła się w domysłach. Wzięła szybki prysznic, spięła niedbale włosy, założyła czarne świecące legginsy, obcisły top i szpilki. Spojrzała na brzuch. Był pusty i jakby bardziej płaski. Spodobało jej się to. Torsje nie należą do przyjemności, ale warto było przetrwać chwilę dyskomfortu dla lepszego samopoczucia. Poczuła się piękna.

Na imprezie starała się trzymać, choć i tak wszyscy pytali mniej lub bardziej złośliwie, gdzie zgubiła Marcina, czemu zmienił status i co jej kupił. Sporo wypiła, by zagłuszyć ból. Tortu też sobie nie żałowała. W końcu to jej dzień. Trochę tańczyła. Docinki co życzliwszych i spojrzenia pełne dezaprobaty jednak ją dobiły. Zjadła ze 3 porcje tortu. Znów zrobiło się jej niedobrze. Czuła się pełna, ciężka i tak beznadziejnie beznadziejna. Nawet nie wie, kiedy uklękła przed sedesem. Dwa palce podrażniły gardło. Chwilę to trwało. Ze łzami w oczach wyrzucała z siebie i tort, i ból, jaki zadał jej Marcin. Tak przynajmniej się jej zdawało. Znów poczuła się lżejsza. Problemów jakby też ubyło.

Rzuciła się w wir nauki. Marzyła o prawie. Trzeba było kuć. Nie miała czasu na myślenie o Marcinie. Te kilka miesięcy żyła jak robot. Szkoła i dom. Na studniówkę nie poszła. Nie chciała spotkania z Marcinem i jego nową dziewczyną. Już studentką. Poza tym miała zapalenie oskrzeli. Dwa tygodnie w domu, antybiotyk. Była słaba. Schudła.

Stres przed maturą zaczął się w marcu. Test za testem. Wystawienie ocen. Wyścig szczurów. Zakuwanie do nocy. Mało jadła. Znów trochę schudła. Poczuła się lżejsza i jakby przez to weselsza. Ze stresu żołądek się kurczył do wielkości orzecha włoskiego. W ogóle nie miała apetytu. Raz jak matka wmusiła w nią śniadanie, zwymiotowała zaraz po jej wyjściu do pracy. Praktycznie bez wysiłku. Przez chwilę była syta, wystarczyło. Potem organizm szybko pozbył się balastu.

Maturę zdała śpiewająco. Była szczęśliwa. Fejs czerwony do granic możliwości informował wszystkich, że została dumną studentką prawa. Stres odpuścił. Apetyt wrócił.

Piwko na plaży, lody o północy, chipsy do filmu. Zaokrągliła się delikatnie. Źle się z tym czuła. Co rano postanawiała, że będzie jeść mniej. Rezygnowała ze śniadania, wytrzymywała pół dnia, potem głód był tak silny, że pochłaniała wszystko. Najpierw się kontrolowała. W miarę, ale i tak jadła o wiele więcej niż powinna. Wieczorem przejedzona nie mogła na siebie patrzeć. Czuła wstręt. Dwa palce w gardle wszystko załatwiały. Najpierw sprawiało jej to ból. Łzy leciały ciurkiem. I musiała odgłosy zagłuszać lecącą wodą.

Gdy poszła na studia, nabrała wprawy. Wymioty stały się zwyczajem. Musiała robić to ciszej i szybciej. Na uczelni przerwy trwały 15 minut, a trakcie zajęć nie chciała być usłyszana, gdy oddawała się swojemu rytuałowi. To było takie proste. Jeść ile się chce. Nie ograniczać. I trzymać linię. Dziewczyny zazdrościły, że tyle w sobie mieści, a jest szczupła. Nie przeraźliwie chuda jak anorektyczki. Oczywiście, że nie. One były przecież ciężko chore. Psychicznie. Ona to kontrolowała. Wymiotowała, by nie mieć wyrzutów po obżarstwie. Po prostu. Duża pizza popita colą plus lody. Chyba nikt nie czułby się po tym lekko. W sumie to dziwiła się innym, że nie wymiotują, tylko czasem narzekają, że zjedli za dużo.

Wymiotowała coraz częściej. Najwięcej w nocy, bo wtedy niby się ucząc pochłaniała czekolady, kisiele, stosy kanapek, skrzydełka z KFC z frytkami i majonezem. Przez moment czuła się błogo. Potem biegła pędem do łazienki, by szybko i sprawnie zagłuszyć wyrzuty, i pozbyć się problemu. Nawet chłopak jej na początku nie wiedział, co się z nią dzieje. Widział, że jest blada, chudnie i tyje. Chciał pomóc. To on pierwszy wypowiedział to wstrętne słowo na b. Jego siostra chorowała. Doskonale znał problem. Wyśmiała go więc i zerwała. Nie będzie jej wmawiał, że jest chora. Zerwanie uczciła w McDonald’s w galerii handlowej. Znała już tamtejsze toalety. Wiedziała, która spłuczka jest głośniejsza, która kabina rzadziej wybierana. Miała wszystko dokładnie zaplanowane. Dwie minuty. Tyle zajmowało jej pozbycie się balastu. Nawet mama się nie orientowała. Jej bladość przypisywała ogromnej ilości nauki.

Bywały miesiące, że wymiotowała mniej. Szczególnie w wakacje. Był sport, piękna pogoda. Czuła się lepiej. Na zimę demon wracał i przykuwał na zmianę do lodówki i sedesu. Nawet nie wiedziała, że dziąsła krwią, bo szkliwo na tylnej ściance zębów jest podziurawione do tego stopnia, że praktycznie go tam nie ma. Kwasy żołądkowe go rozpuściły. Włosy wypadają, skóra się łuszczy, pojawia się trądzik, bo organizm nie dostaje żadnych witamin. 80 procent tego, co zjadła, wymiotowała. Była nerwowa, podrażniona, słaba. Wszystko kręciło się wokół jedzenia. Miała obliczone, co kiedy może zjeść i kiedy się oczyścić. Tak to nazywała. Oczyszczenie. Fizyczne i psychiczne.

Andrzeja poznała już w trakcie aplikacji. Był pewny siebie, zarozumiały nawet. Imponował jej. Po imprezie firmowej wylądowali w łóżku. Sporo wypiła. Cynicznie skomentował jej ciało. Niby jesteś szczupła, ale taka galaretowata. Jedno zdanie, a podjęła decyzję o treningach. Katowała się ćwiczeniami. Była po nich cholernie głodna, rzucała się na jedzenie. Jadła po kolei dżem z kiełbasą, nutellę do jajek na twadro, naleśniki ze schabowym, a do tego kakao lub sok owocowy. Potem jeszcze pączek. Albo dwa. Pięć minut, a w głowie włączała się znów ta znajoma panika. I biegła do toalety. Z przekrwionymi oczami patrzyła na siebie ze wstrętem. Karała się niejedzeniem i opychaniem. Treningami i gapieniem w sufit. Waga skakała o kilka kilogramów w ciągu miesiąca. Andrzej chwalił, gdy miała ten szczupły moment. Złośliwie żartował, że zamknie lodówkę, gdy okresy obżarstwa były częstsze. Usłyszała jak podrywał asystentkę i komentował jej (a nie asystentki) tyłek. Tłusta galareta jak u świni. To zapamięta na zawsze. I ten śmiech szyderczy. Zabolało tak, że znów pobiegła do łazienki. Nie jeden raz. Bo niedobrze jej się robiło, gdy tylko słyszała jego głos.

Dziś Beata, niezła pani notariusz, wymiotuje nadal. Nie przyjmuje do wiadomości, że jest chora. Nie ma partnera. Zbyt ryzykowne mieszkać razem, no chyba, że mieliby oddzielne łazienki. Nie czuje instynktu macierzyńskiego. Musiałaby przestać wymiotować, żeby nie szkodzić dziecku, a tego nie  chce. Ma wrażenie, że kontroluje swoje rytuały. Nie jest towarzyska. Z koleżankami na plotki nie chodzi. Woli samotny film, butelkę wina, pudełko lodów i chipsy. Święta spędza sama. Zawsze kryje się nawałem pracy. Gdy się przeje, wystarczy półtorej minuty, by pozbyć się tego ciężaru.

Bulimii nie widać na pierwszy rzut oka. Czyha, atakuje po cichu. Wyniszcza organizm powoli zostawiając też szramy na duszy. Jedzenie staje się obsesją, a Beata więźniarką własnego ciała i łaknienia. Jeszcze nie jest gotowa do walki. Najpierw musi przełknąć to słowo na b. I to w dosłownym tego słowa znaczeniu.