Dieta Zdrowie

Dieta DASH nie zadziałała? Może zafunduj sobie krótką głodówkę!

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by Brooke Lark on Unsplash
 
Dieta DASH to element leczenia osób z zespołem metabolicznym, zwłaszcza otyłych; zalecana jest też w terapii nadciśnienia. Czasem jednak nie daje zadowalających rezultatów. Niewykluczone, że remedium na porażkę jest poprzedzenie jej krótką głodówką. Sprawdzili to w badaniu niemieccy naukowcy. Uwaga! Głodówka nie oznacza tu całkowitego postu.

W eksperymencie wzięło udział 71 osób, co nie jest wielką próbą badawczą, jednak był on bardzo dobrze opracowany metodologicznie. Jego rezultaty opublikował periodyk „Nature Communications”. Uczestnicy zostali losowo podzieleni na dwie grupy: tę, która przez trzy miesiące stosowała wyłącznie dietę DASH i tę, która jej stosowanie przez taki okres poprzedziła pięciodniową głodówką. Polegała ona na tym, że przez dwa dni uczestnicy przyjmowali jedynie wegańskie posiłki, których kaloryczność dobowa nie przekraczała 1200 kalorii, a przez kolejnych pięć dni pili jedynie soki i wywary warzywne, zaś ilość kalorii mieściła się w przedziale 300-350 dziennie. Potem przechodzili na dietę DASH.

 Zawiera ona mało soli, jest bogata w warzywa i pełnoziarniste produkty mączne, uboga w tłuszcze, które pochodzą w niej pochodzą głównie z olejów roślinnych, orzechów i ryb, i jada się mało mięsa, zwłaszcza czerwonego.

Dieta a układ odpornościowy

Badacze – niemieccy naukowcy z Centrum Medycyny Molekularnej Maksa Delbruecka (MDC) oraz Centrum Badań Eksperymentalnych i Klinicznych (prowadzą je wspólnie MDC i Uniwersytet Charite w Berlinie) – sprawdzali różne parametry zdrowotne uczestników badania: poziom limfocytów, masę  ciała, szczepy bakterii w kale badanych, wskaźniki takie, jak ciśnienie tętnicze czy poziom lipidów w surowicy krwi.

Jednym z celów badania było bowiem sprawdzenie, jak na zmianę diety reaguje układ odpornościowy. To dlatego, że u podłoża zespołu metabolicznego leży m.in. proces zapalny, który obejmuje cały organizm, zatem układ odpornościowy takich pacjentów działa w inny sposób niż u zdrowych; zauważono ponadto, że osoby otyłe mają zmienioną mikrobiotę jelitową w porównaniu z osobami z prawidłową masą ciała, zaś to, jakie organizmy zasiedlają nasze jelita, ma wpływ na działanie układu odpornościowego.

Okazało się, że dieta zmieniła poziomy różnych rodzajów limfocytów; m.in. pod jej wpływem zmniejszała się liczba tzw. limfocytów prozapalnych, co jest rezultatem korzystnym. Zmieniał się też skład mikrobioty – drastycznie podczas głodówki: m.in. te szczepy bakterii, które wpływają na zmniejszenie ciśnienia tętniczego, zaczynały się

– BMI, ciśnienie tętnicze i konieczność przyjmowania leków na nadciśnienie zmniejszyły się bardziej w grupie, która dietę DASH poprzedziła pięciodniową głodówką – podkreśla jeden z badaczy Dominik Mueller.

Wspólnie z naukowcami z Kanady badacze przeprowadzili analizę statystyczną uzyskanych pomiarów, przy czym, bazując na wcześniejszych doświadczeniach mierzących wpływ leków na nadciśnienie na mikrobiotę jelitową mogli sprawdzić, czy wpływ na zmiany w mikrobiocie uczestników miały przyjmowane przez nich leki, czy dieta, w tym konkretnie głodówka w grupie z tą interwencją.

– Byliśmy w stanie wyizolować wpływ leku i zauważyliśmy, że to, czy ktoś reaguje na zmianę diety czy nie, zależy od indywidualnej odpowiedzi układu odpornościowego i składu mikrobioty – mówi kierująca badaniami dr Forslund.

Naukowcy sugerują, że być może nieprawidłowy skład mikrobioty jelitowej jest odpowiedzialny za to, że wysokobłonnikowa i niskotłuszczowa dieta (taka jak dieta DASH) nie przynosi poprawy u niektórych pacjentów.

– Wiele osób, które doświadczają takiej porażki, często uznaje, że nie warto się męczyć i wraca do starych nawyków – dodaje naukowczyni.

Być może zatem rozwiązaniem dla nich jest poprzedzenie zmiany nawyków krótkotrwałą głodówką.

– Głodówka działa jak katalizator wzrostu ochronnych mikroorganizmów w jelicie. Zdrowie poprawia się odczuwalnie i pacjenci mogą ograniczyć, a nawet czasami odstawić leki – mówi Forslund.

Warto przy tym zauważyć, że w grupie wyłącznie na diecie DASH pacjenci także odczuli poprawę zdrowia, jednak trwalsze i lepsze efekty zaobserwowano wtedy, gdy włącznie jej poprzedzono głodówką. Ponadto wszyscy uczestnicy badania skorzystali z porad i konsultacji dietetycznych, warsztatów kulinarnych oraz nauki radzenia sobie ze stresem. Warto zatem pamiętać, że leczenie zespołu metabolicznego nie ogranicza się wyłącznie do zmiany diety i przyjmowania odpowiednich leków.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Dieta Zdrowie

To najrzadszy typ osobowości. Jeśli masz choć jedną z tych cech, jesteś wyjątkowa

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
Photo by BBH Singapore on Unsplash
 

„Osobowość rzecznika” (inaczej INFJ, z ang. Introverted Intuitive Feeling Judging) dotyczy zaledwie 2 proc. populacji (w większym stopniu kobiet niż mężczyzn). Jakie cechy wyróżniają takie osoby? Introwertyczność, duża intuicja, uczuciowość oraz… umiejętność trafnej oceny.  NFJ to kreatywni opiekunowie z silnym poczuciem osobistej integralności i chęcią pomagania innym w realizacji ich potencjału. Kreatywni i oddani, mają talent do pomagania innym. Masz którąś z tych cech?

INFJ jest jednym z szesnastu typów osobowości stworzonych przez Katharine Briggs i Isabel Myers, twórców wskaźnika Myers-Briggs Type Indicator (MBTI®). INFJ oznacza introwersję, intuicję, uczucia i osądzanie, które są czterema podstawowymi cechami osobowości opartymi na pracy psychologa C.G. Junga. Każda z czterech liter skrótu INFJ oznacza kluczową cechę tego typu osobowości. INFJ czerpią siłę z czasu spędzanego samotnie (introwertyczny), koncentrują się na pomysłach i koncepcjach, a nie na faktach i szczegółach (intuicyjny), podejmują decyzje oparte na uczuciach i wartościach (uczucie) i wolą być planowi i zorganizowani, a nie spontaniczni i elastyczni (ocenianie). 

ZOBACZ TEŻ: Jaki jest kolor twojej osobowości i co o tobie mówi

Nawiązywanie silnych więzi

Wywołujesz u innych skrajne emocje, ale jeśli są pozytywne, bardzo łatwo się do ciebie przywiązać. Za tobą się tęskni, ciebie się potrzebuje. INFJ chcą sensownego życia i głębokich więzi z innymi ludźmi. Nie masz skłonności do swobodnego dzielenia się sobą, ale cenisz emocjonalną intymność. Ponieważ INFJ to złożona osobowość, możesz niechętnie angażować się w relacje w obawie, że nie zostaniesz należycie zrozumiana czy doceniona. Chociaż chcesz się dogadać i wspierać innych w ich celach, jesteś też niezwykle lojalna wobec własnego systemu wartości i nie podążasz ścieżką, która nie jest dla ciebie, w teoim mniemaniu, odpowiednia. Kiedy czujesz, że twoje wartości nie są szanowane lub gdy intuicja podpowiada ci, że czyjeś intencje nie są czyste, prawdopodobnie się z tej relacji wycofasz.

Wysoko rozwinięta empatia

Empatia to umiejętność łatwego nawiązywania więzi z ludźmi, odczuwania ich emocji i rozumienia ich energii. Ty masz dużą empatię i jesteś osobą, do której wszyscy zwracają się ze swoimi problemami. Potrafisz zapewnić wsparcie emocjonalne wszystkim bliskim i znajomym. Dzięki empatii bardzo łatwo „odczytujesz” ludzi i wiesz, czy dana osoba kłamie, czy mówi prawdę.

Skłonność do skrajnych uczuć

Początkowo wydajesz się łagodna i powściągliwa, ale możesz zaskoczyć innych intensywnością swojego charakteru. Szczególnie, gdy któraś z twoich wartości jest kwestionowana. Twój spokojny wygląd zewnętrzny przeczy złożoności twoich wewnętrznych światów. Często sama sobie zaprzeczasz, a twój nastrój zmienia się bardzo szybko. Bywa, że to powoduje, że inni nie mogą za tobą nadążyć. Takie wahania nastroju są jedną z najbardziej charakterystycznych cech osobowości INFJ.

POLECAMY RÓWNIEŻ: 5 cech osobowości ludzi, którzy długo żyją (i szczęśliwie)

Ponadprzeciętna pracowitość

Wierzysz, że aby coś osiągnąć, musisz ciężko pracować. Nie boisz się wyzwań, jesteś ambitny, zawsze znajdziesz sposób, by „zadziałało”. Szukasz rozwiązań tam, gdzie inni ich nie szukają. Jesteś świadomy przyszłości i masz wizję tego, jak ona ma wyglądać.

Dążenie do prawdy

Wierzysz w prawdę obiektywną. Szukasz ukrytych znaczeń. Ciągle się czegoś uczysz. Nie znosisz, gdy jakieś pytanie pozostaje bez odpowiedzi. INFJ kierują się głęboko przemyślanym zbiorem osobistych wartości. Są głęboko idealistyczni i potrafią jasno wyobrazić sobie szczęśliwszą i doskonalszą przyszłość. Mogą się zniechęcić surową rzeczywistością teraźniejszości, ale zazwyczaj są zmotywowani i wytrwali w podejmowaniu pozytywnych działań. INFJ czuje wewnętrzną chęć zrobienia wszystkiego, co w ich mocy, aby uczynić świat lepszym miejscem.

W sieci dostępne są szczegółowe testy,  które pozwolą ustalić typ osobowości. Poszukajcie.

https://www.verywellmind.com/

 


Dieta Zdrowie

Jesteśmy silne, ale z pewnymi rzeczami nie poradzimy sobie same. Nie z przemocą

Redakcja
Redakcja
10 maja 2021
03.03.2021 KSIAZKI , AUTORKA JUSTYNA MORACZEWSKA , FOT. MARCIN KLABAN

Jeden dzień sprawił, że Justyna postanowiła zakończyć niszczącą ją relację i zacząć budować swoje życie od nowa. Jeden raz, jedno uderzenie. To było rok temu, na początku pandemii, dzięki której też mogła zorientować się, że czas na konkretną rewolucję w jej życiu. Swój przypadek oraz historie innych pięciu kobiet – ofiar przemocy opisała w książce. Z Justyną Moraczewską, dziennikarką, autorką książki „Moja siła“, rozmawiamy o tym, jak wygląda życie po wyjściu z toksycznego związku, o budowaniu własnej wartości, która jest podstawą do stawiania granic i o znalezneniu w sobie siły, dzięki której kobieta może zmierzyć się ze skutkami swojej decyzji.

Książkę „Moja siła” otwiera Twoja historia. Nie tak dramatyczna, jak sama przyznajesz, jak w przypadku Twoich bohaterek, ale jednak to zdarzenie sprzed roku całkowicie zmieniło Twoje życie. Jak na nie patrzysz z perspektywy tego czasu? 

W moim przypadku znamienny był jednorazowy incydent. Nie byłam ofiarą długoletniego przemocowego związku, lub związków, jak bohaterki mojej książki. W każdym razie na pewno nie byłam w związku, w którym regularnie dochodziłoby do znęcania się fizycznego, czy tendencyjnego maltretowania psychicznego. Niewątpliwie jednak tkwiłam przez wiele lat w toksycznej relacji, którą już kilka lat wcześniej należało radykalnie zakończyć. Każdy ma swój próg bólu, każdy ma swoją „ścianę”. Ja mam rzeczywiście niski próg bólu. I jeden raz to za dużo, aż jeden raz, zwłaszcza że to, co się wydarzyło miało miejsce na oczach mojej córki, a nad tym nigdy nie przejdę do porządku dziennego. Co ciekawe spotkałam się z opinią i z pytaniem, czy nie przesadzam mówiąc o przemocy w mojej relacji. Przecież ten raz można jakoś wytłumaczyć. I rzeczywiście złapałam się na tym, że sama zaczęłam się nad tym zastanawiać. Rany, czy ja nie przesadzam? Ale zawahałam się tylko przez chwile. Czas leczy rany i wygasza emocje, ale w moim przypadku nie zmienia postawy. Przemoc to przemoc. Niezależnie od tego czy jest jednorazowym aktem, czy też wielokrotnie powtarzającym się działaniem. We mnie nie ma na nią zgody.

Jakie miałaś refleksje na temat przemocy w rodzinie oraz w jaki sposób myślałaś o ofiarach przemocy, zanim sama jej doświadczyłaś?

Nie będę ukrywać, że to nie było zagadnienie, które spędzało mi sen z powiek. Bo mnie nie dotyczyło bezpośrednio. W mojej najbliższej rodzinie przemocy nie było. W każdym razie ja jej nie doświadczyłam, ani nie byłam świadkiem. Oczywiście moje przekonania należały do obiegowych: przemoc to zjawisko kojarzone z patologicznym środowiskiem, w którym, w
pewien sposób istnieje na nią przyzwolenie. Alkoholizm, bieda, brak wykształcenia to czynniki wpływająca na to, że to, co daleko odbiega od normy, normą się staje. Ofiara przemocy? Jakże słaby trzeba mieć kręgosłup, żeby się nią stać. Jak bardzo trzeba być niezdolnym do stawiania granic. Tak jakoś myślałam. Dzisiaj mam w sobie dużo więcej pokory, a jednocześnie dużo więcej empatii i zrozumienia dla ofiar. Do przemocy dochodzi wszędzie, w każdym środowisku. Niezależnie od statusu materialnego, mechanizmy łączące oprawcę z ofiarą są wszędzie analogiczne, różni się tylko scenografia. Co więcej, tak wszechobecna przemoc psychiczna i emocjonalna, jest najczęściej związana z wysoką inteligencją, bo to dzięki niej oprawca tak zręcznie manipuluje swoją ofiarą. Status społeczny, zajmowane stanowisko i pozycja nie mają znaczenia. Każdy może stać się oprawcą, lub ofiarą.

Jak teraz wygląda Twoje życie?

Sama wychowuję córkę, co nie jest łatwe. To jedna z najtrudniejszych konsekwencji mojej decyzji. Ważne jest to, co podkreślam zresztą w książce: po podjęciu decyzji o zmianie, bardzo konkretnej zmianie w życiu, wcale nie jest lżej. Jest inaczej. Trzeba mieć naprawdę twardy tyłek, żeby momentami nie klęknąć. Bo mitem są opowieści o „świetnie radzących” sobie samotnych matkach. Chyba że mają to szczęście, że mogą liczyć na wsparcie rodziny, na przykład własnych matek, które włączają się czynnie w codzienną pomoc. Nie każda z nas ma to szczęście. Niemniej i tak zrobienie pierwszego kroku daje siłę i wiarę w to, że wszystko jest możliwe. Wykonałam w życiu konkretną rewolucję i nie tylko o zakończenie związku mi chodzi. Tak naprawdę to pociągnęło za sobą cały szereg decyzji dotyczących przewartościowania swojego życia. Bardzo konkretnie zamknęłam jego obszerny rozdział. Sprzedałam mieszkanie, pozbyłam się obciążającego mnie kredytu, całe swoje dotychczasowe życie zapakowałam do 12 kartonów. W sumie niewiele mam, ale jestem wolna. Momentami czuję się jakbym zaczynała wszystko od nowa. I chyba poniekąd tak jest. Kolejnym krokiem jest przeprowadzka latem z Warszawy nad morze, do której się właśnie szykuję.

Czy były momenty, że żałowałaś swojej decyzji?

Jak dotąd nigdy. Ale warte podkreślenia jest to, że ja przez kilka lat funkcjonowałam w wypalonym związku. Kilka prób jego reanimacji zakończyło się fiaskiem. Być może dlatego, że
jedynym argumentem, którego się trzymałam było przekonanie, że moja córka musi mieć pełną rodzinę i obydwoje rodziców, bo inaczej ją unieszczęśliwię. Zapomniałam, że jednocześnie unieszczęśliwiam samą siebie, tym dotkliwiej, im dłużej się oszukuję. Jeżeli czegoś żałuję to tylko tego, że radykalnie nie zakończyłam swojego związku wcześniej. Ale wtedy przypominam sobie, że wszystko ma swój czas, że wszystko, co dzieje się w naszym życiu jest po coś, że ma cel. Pomimo tego, że najczęściej nie od razu go widać na horyzoncie. Zatem jestem spokojna. Gdyby nie to, co się wydarzyło wtedy, kiedy się wydarzyło, nie powstałaby „Moja siła”.

Na jakim etapie radzenia sobie ze swoją sytuacją, postanowiłaś, że podzielisz się swoją historią i dasz kobietom siłę, aby one też mogły dokonać zmiany w swoim życiu?

Na początku pochłonęły mnie wszystkich czynności, które stały się naturalną konsekwencją mojej decyzji. Byłam zaabsorbowana sprzedażą mieszkania, przeprowadzką i całą masą spraw, które się z tym wszystkim wiązały (niestety w większości nie były przyjemne). Byłam tym wszystkim tak zmęczona, że nawet nie miałam czasu na to, żeby swoją kondycję psychiczną specjalnie analizować. Ale pamietam dokładnie ten poranek (zajrzałam teraz do skrzynki mailowej i to było dokładnie 4 maja zeszłego roku!), kiedy obudziłam się z przekonaniem że muszę napisać książkę o przemocy wobec kobiet. Usiadłam przy komputerze i napisałam maila do wydawnictwa, które wydało moją poprzednią książkę „Kobiety Rakiety. My z pokolenia X“. Napisałam o tym, jaki mam pomysł na kolejną książkę. Wyznałam, jakie wydarzenie w moim życiu jest tego bezpośrednią przyczyną. Od kiedy ja zaczęłam mówić, o tym co się stało, inne kobiety zaczęły się przede mną otwierać i nagle okazało się, że otworzyłam przysłowiową Puszkę Pandory i że temat domowej przemocy zwłaszcza w czasie pandemii i lockdownu, jest przerażająco wszechobecny, a hasztagi #stayhome #staysafe nabrały dla mnie kompletnie innego znaczenia.

„Moja siła”, Wydawnictwo Słowne (dawniej Burda Książki

W Twojej książce poznajemy historię pięciu kobiet. Znałaś swoje bohaterki wcześniej? Czy trudno było znaleźć osoby, które chciały opowiedzieć o swoich doświadczeniach?

Rzeczywiście, kiedy zaczęłam przygotowania do książki zaczęłam się zastanawiać nad sposobem zdobycie do niej bohaterek. Zanim sprecyzowałam pomysł, jak będę ich szukać, one właściwie znalazły się same. Przez przypadek, podczas rozmowy albo spotkania w zupełnie innej sprawie… Kiedy zaczynałam mówić o mojej intencji napisania książki, okazywało się, że mam przed sobą prawdziwą historię. Historię, o którą tych właśnie kobiet nigdy bym nie podejrzewała. Tak, część z \ nich znałam wcześniej. Ale nie wszystkie. A o dramatach tych z nich, które znałam nie miałam bladego pojęcia. Bo to są historie z gatunku: „W życiu bym nie pomyślała! Ona i przemoc?”. Łatwość z jaką znalazłam bohaterki do książki obrazuje też skalę problemu. Wcale nie musiałam szukać, wybrałam zaledwie 5 historii, a w ciągu miesiąca miałam ich kilkanaście. I to w swoim najbliższym otoczeniu znalazłam większość. A właściwie to historie znalazły mnie. Najważniejsze było to, że wszystkie kobiety chciały się nimi podzielić, żeby pomóc innym przez pokazanie własnej drogi. Rozumiały doskonale intencję i powód, dla którego musi powstać książka. Wiedziały, że nie szukam sensacji, tylko że razem mamy misję. Niezwykle to doceniam, bo to nie było łatwe. Wszystkie poniosły emocjonalne konsekwencje tej decyzji. Otwieranie zabliźnionych ran było bolesne.

Każda historia jest inna. Każda pokazuje inne oblicze przemocy i inny typ oprawcy. Jednak gdybyś mogła podać najczęstsze sygnały występujące w związkach, które powinny zaniepokoić kobiety.

W książce wyróżnione są znaki ostrzegawcze, które nazwałam „alertami“. To są te czerwone latarnie, które zapala nasza kobieca intuicja. Bo niezależnie od rodzaju związku i relacji, my już na samym początku wyczuwamy te momenty, kiedy poważnie powinnyśmy się zaniepokoić i zastanowić nad tym, czy powinnyśmy dalej brnąć w tę relację. Problem polega na tym, że tej swojej intuicji nie zawsze ufamy i często zakupujemy pod dywan to, co i tak eskaluje, narasta i wychodzi często dopiero po wielu latach. Nie ma sygnałów uniwersalnych, ale niektóre są dosyć powszechne i te na pewno powinnyśmy potraktować zawsze poważnie. Po pierwsze: skłonność partnera do agresywnych zachowań pod wpływem alkoholu. W ogóle skłonność do częstych libacji alkoholowych bez limitów, kiedy puszczają lejce. Po drugie: tendencja do kontrolowania, którą na początku związku partner nazywa zdrową zazdrością wynikającą wyłącznie z miłości i troski, a która po jakimś czasie przekształca się w obsesję kontroli manifestującą się na każdym kroku oraz w permanentną inwigilację. Kolejnym „alertem” powinna być tendencja do krytykowania naszych zachowań, kompetencji, wykształcenia czy wyglądu. Ta z czasem przekształca się w upokarzanie i stopniowe obniżanie naszej samooceny. A to w bezpośredni sposób prowadzi do uzależnienia od partnera i nabrania przeświadczenia, że bez niego nie jesteśmy nic warte. A już na pewno na nikogo lepszego i nic lepszego w życiu nie zasługujemy.

Twoje bohaterki mają wiele cech wspólnych. Jakie są najczęstsze przyczyny tego, że ktoś wchodzi w rolę ofiary? Jakie mechanizmy sprawiają, że tak łatwo pozwalamy na przekraczanie swoich granic?

Nie bez powodu każdą z historii moich bohaterek rozpoczynam w ich wczesnym dzieciństwie. To tam tkwi źródło tych powodów. Z jednej strony to nasze wychowywanie na grzeczne
dziewczynki. Nikt nas nie uczył w dzieciństwie wyznaczania granic, mówienia NIE. I to, co najważniejsze, co najbardziej wpływała na nasze późniejsze wybory, to fakt czy wychodzimy z domu zbudowane w poczuciu własnej wartości, czy też niepewne siebie, z ogromnymi deficytami miłości i z przekonaniem, że na miłość musimy sobie zasłużyć. W dorosłym życiu
bierzemy wtedy najdrobniejszy gest za dobrą monetę. Usprawiedliwiamy wszystko i przymykamy oczy na to, co nas rani, bojąc się, że i tak nie zasługujemy na nic lepszego. Dokładnie tak, jak powiedziała to jedna z moich bohaterek: „Pewna siebie i świadoma własnej wartości kobieta nigdy nie pozwoliłaby sobie na związek z takim mężczyzną, a gdyby nawet taki
związek rozpoczęła, to bardzo szybko by go zakończyła.” I tu pojawia się kluczowa refleksja: żeby zbudować zdrowy związek trzeba zacząć od pracy nad samą sobą, często niemożliwej bez efektywnej terapii. A miłości, której tak pożądamy, musimy najpierw poszukać w sobie, zanim będziemy jej szukać w drugim człowieku. Bez miłości do samej siebie, nie ma mowy o zbudowaniu zdrowej relacji z partnerem.

Nie tylko kobiety są ofiarami przemocy. Tymi ofiarami stają się również dzieci. A wiele kobiet trwa w toksycznych relacjach tylko ze względu na dzieci, nie zdając sobie do końca sprawy, jaki wpływ może mieć na nie sytuacja w domu.

To przeświadczenie, że naszym obowiązkiem, podstawowym obowiązkiem kobiety, jest utrzymanie pełnej rodziny, to najpopularniejsza pętla. Trwamy w związku który wyniszcza. A dla dzieci jest negatywnym wzorcem na przyszłość, bo jak później mają stworzyć dobre relacje w dorosłym życiu, jeżeli widzą w jaki sposób rodzice traktują siebie nawzajem, jeżeli widzą w domu brak szacunku, słyszą wulgarne, obraźliwe słowa, są świadkami wybuchów agresji, a w najgorszym przypadku aktów fizycznej przemocy? Dopóki nie zaczęłam pisać książki i słuchać historii kobiet byłam niezwykle radykalna i uważałam, że nie ma absolutnie żadnego wytłumaczenia dla kobiety, która przyzwala na to, żeby z rąk ojca krzywda spotykała jej dziecko, żeby dziecko było bite, poniżane, zastraszane. Dzisiaj wiem, jak wiele mechanizmów rządzi relacją pomiędzy ofiarą i oprawcą wiem, czym jest współuzależnienie i nie feruję tak jednoznacznych wyroków. Niemniej mam nadzieję, że jeżeli matki, które w mojej książce zobaczą lustro, najzwyczajniej się przerażą i znajdą w sobie siłę, żeby przerwać ten krąg przemocy i ratować nie tylko siebie, ale własne dzieci.

Czego nauczyły Cię Twoje rozmówczynie? Która historia poruszyła Cię najbardziej?

Przede wszystkim ich historie są momentami tak niewiarygodne, że gdybym sama ich nie usłyszała, pewnie nie uwierzyłabym, jak wiele może wydarzyć się jednej osobie i z jakich opresji potrafi wyjść. To mi pokazało raz jeszcze, że trzeba być wdzięcznym. Chociażby za dobre dzieciństwo, w którym nie doznaliśmy krzywdy. Każda z historii wywołała we mnie ogromne emocje. Każda dotyka innych obszarów emocji. Każda jest inna. Kiedy myślę, że mam pod górkę i zaczynam czuć żal do losu, odtwarzam sobie to, co przeszły dziewczyny. Bynajmniej nie dla poprawy własnego nastroju, tylko po to, żeby dać sobie samej kopniaka w tyłek: „Naprawdę uważasz, że masz p r o b l e m?!”

Chciałabyś, aby Twoja książkai zmieniła czyjeś życie? 

Z tego co wiem już zmieniła i to niejedno. A zatem w sumie cel został osiągnięty, bo kiedy zaczynałam pracę nad książką powiedziałam sobie: niech dzięki niej uda się zmienić życie
przynajmniej kilku kobiet, a niech jednej, nawet tylko jednej ta książka uratuje życie i już będzie warto. Z taką misją ją pisałam. To się już dzieje. Piszą mi o tym kobiety, które przeczytały „Moją siłę“. Opowiadają mi o swoim życiu i o tym, jak ta książka dodaje im mocy i wiary, że im też się uda, skoro moim bohaterkom się udało. Nie spodziewałam się skali, tym bardziej jestem szczęśliwa i tym bardziej wierzę, że moja praca i poświęcenie były potrzebne. Bo napisanie tej książki, nie będę oszukiwać, bardzo wiele mnie kosztowało.

Tobie bardzo pomogła rodzina. Co poradziłabyś kobietom, które nie mają wsparcia w  najbliższych osobach?

Zawsze w naszym otoczeniu znajdzie się ktoś, komu możemy zaufać, kto jest nam przychylny i kto pomoże. To może być koleżanka, to może być przyjaciółka, to może być lekarz, a nawet szefowa, tak jak w przypadku jednej z bohaterek. Przełożona, która odkryła, że pod długimi rękawami bluzki w upalne dni noszonej do pracy, jej pracownica ukrywa siniaki. Warto znaleźć przynajmniej jedną taką osobę. Na końcu książki podaję też całą listę miejsc, instytucji i fundacji, w których bezpłatnie można zwrócić się o pomoc, również psychologa. Jest też cała masa grup wsparcia działających chociażby na Facebooku. Najgorsze, co można zrobić, to nie mówić nikomu. Jesteśmy silne, ale z pewnymi rzeczami nie poradzimy sobie same. Nie z przemocą.

Jak oceniasz działanie polskiego systemu prawnego w obliczu przemocy domowej?

Nie czuję się kompetentna w tej kwestii. I daleka jestem od jakiekolwiek oceny. W książce bezocenowo przestawiam fakty, na podstawie których każdy zbuduje własną opinię. Mogę tylko wyciągnąć wnioski po tym, co usłyszałam od innych kobiet, wiedząc z czym one się zmierzyły, z czym się zderzyły, jeśli chodzi o działanie systemu. Tyle absurdów, niesprawiedliwości i bezsilności! Najbardziej martwi mnie, że tak wiele nie zależy od samych przepisów, ale od poszczególnych osób, czy to funkcjonariuszy policji, czy prawników i sędziów. Tak wiele zależy od człowieka, który pełni daną funkcję – od jego uprzedzeń, zapatrywań, poglądów i doświadczeń osobistych. Na koniec również od jego płci. A tak być nie powinno.

Justyna Moraczewska – dziennikarka i stylistka od ponad 20 lat związana z mediami dla kobiet. Karierę zaczynała jako stylistka w magazynie „Elle”, a przez kolejne 13 lat pełniła funkcję szefowej działu mody w miesięczniku „Cosmopolitan”. Następnie objęła stanowisko szefowej działu urody w magazynach „In Style” i „Gala”. Zajmowała się również wizerunkiem gwiazd i osób publicznych, kreacją kampanii wizerunkowych marek odzieżowych i stylizacją prezenterów programów telewizyjnych, reklam i pokazów mody. Autorka książki „Kobiety Rakiety. My z pokolenia X” oraz bloga justpassion.pl, na którym pisze o urodzie, modzie, zdrowym, a przede wszystkim świadomym stylu życia. Fanka sportu, biegaczka. Autorka projektu wspierającego drogę kobiet do samorozwoju i samoakceptacji #piekniejszabedzieszsilniejsza. Zapraszamy na IG: @justpassionblog.

fot. M. Klaban


Zobacz także

Światowy Dzień Walki z Rakiem – pamiętaj o oncofertility!

Ciągle zmieniasz diety, a efektów brak? Jest jedna prosta rzecz, którą powinnaś wykonać

Zaburzenia psychiczne - leczenie, test, rodzaje

Zaburzenia psychiczne. Na czym polegają i jak je leczyć?