Zdrowie

Co stanie się z twoim ciałem, jeśli odstawisz kofeinę?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
19 września 2016
Fot. iStock / ArthurHidden
 

Kawa, kawusia. Jakkolwiek jej nie odmieniać, nazywać czy parzyć, dla większości z nas, jest i będzie ona motorem napędowym po zbyt krótkiej nocy. Poranek bez esencjonalnego naparu? Popołudniowe ciastko czy spotkania na mieście z przyjaciółką bez świeżo parzonej kawy? Być może brzmi ekstremalnie a nawet zbrodniczo, ale są powody, dla których warto zapomnieć, czym jest kawa i kofeina. 

Tak, kochamy kawę i pijemy ją bardzo chętnie dla jej walorów smakowych oraz szybkiego pobudzenia, bez którego nie wyobrażamy sobie zacząć pracy. Nie zastanawiamy się nad negatywnymi skutkami picia kawy w nadmiarze, które prowadzi do uzależnienia.

Fot. iStock / Plateresca

Fot. iStock / Plateresca

Dzień bez kawy dniem straconym?

Jeśli czytając to, nerwowo rozglądasz się za swoim ulubionym kubkiem, koniecznie przeczytaj, co zyskasz po odstawieniu, a nawet ograniczeniu ilości spożywanej kofeiny.

1. Poczujesz się bardziej zrelaksowana i spokojniejsza

Najczęściej wypijasz więcej niż filiżankę kawy dziennie, co staje się silnym nawykiem, wręcz uzależnieniem. A nadużywanie kofeiny zamiast poprawiać humor, negatywnie na niego wpływa. Zdecyduj się na zmniejszenie dużych ilości kawy w ciągu dnia, na rzecz np. wody mineralnej, a zyskasz wiele wymiernych korzyści — będziesz rzadziej biegać do toalety, pozbędziesz się lekkiego drżenia rąk, zapomnisz o niepokoju, który czasem może ci towarzyszyć. W zależności od ilości wypijanej kofeiny, możesz również pożegnać się z problemami typu: bezsenność, napięcie, nadmierne pobudzenie, skoki ciśnienia, zawroty głowy.

P.S. Woda też pomaga w koncentracji, bez jej wystarczającej ilości, mózg nie radzi sobie dobrze ze swoimi zadaniami.

2. Przybędzie ci energii

Nawet, jeśli szczycisz się tym, że kubek kawy przed snem nie utrudnia ci zaśnięcia, nie oznacza to, że śpisz dobrze. Wręcz przeciwnie, kawa pita nawet kilka godzin przed snem, negatywnie wpływa na jakość nocnego wypoczynku. Wiadomo, że ci, którzy kawy nie piją i nie przesadzają z ilością herbaty (tu też jest kofeina) śpią głębiej i lepiej od zadeklarowanych kawoszy. Dzięki temu wysypiają się bardziej, a miłośnicy kawy, nie do końca wyspani pierwsze kroki kierują do kuchni, właśnie po… kawę.

3. Uzdrowisz swój organizm

Kawa, poza niewątpliwymi zaletami, ma też niepożądany wpływ na funkcjonowanie organizmu. Po ograniczeniu jej ilości w ciągu dnia, dasz sobie szansę na uspokojenie ciśnienia i obniżenia temperatury ciała, zapomnisz o przyspieszonym i niemiarowym biciu serca, ominie cię wzrost częstotliwości oddechów, nudności a czasem i problemy z wypróżnianiem.

4. Pozbędziesz się nałogu

Tak, kawa uzależnia i sprawia, ze nie wyobrażamy sobie bez niej życia. Często sięgamy po nią ot tak, bezwiednie i bez konkretnej potrzeby. Kawa jest substancją psychoaktywną, w dodatku notorycznie nadużywaną. Nie wierzysz? Odstaw ją choć na dwa dni, a sama się przekonasz jak wyglądają objawy odstawienia kofeiny – stany depresyjne, ogólne zmęczenie organizmu, bóle głowy i problemy z koncentracją. Tak, jesteś uzależniona!

A gdy przetrwasz te dwa dni, nawet jeśli nie jest specjalnie miło, nie poddawaj się i przynajmniej ogranicz kofeinę (uważaj na herbatę i czekoladę), a twoje ciało i psychika ci za to podziękują.


źródło: www.ofeminin.plwww.psychiatria.pl


Zdrowie

Dlaczego jesteśmy samotni? Świat, w którym żyjemy tworzymy mocniej, niż byśmy tego chcieli

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
19 września 2016
Dlaczego jesteśmy samotni?
Fot. iStock
 

Dlaczego bywamy samotni? Czasami to nasz świadomy wybór, bywa, że samotność jest tym, czego na danym etapie naszego życia chcemy, czego potrzebujemy. Warto jednak zatrzymać się i przyjrzeć samotności, gdy ta staje się dla nas przeszkodą, pustką, gdy doskwiera nam swoją ciszą, gdy blokuje nas przed zmianą… Wbrew pozorom sławetna samotność często staje się wytworem naszych własnych działań.

Dlaczego jesteśmy samotni?

1. Chronimy się

Jeżeli zostaliśmy zranieni i przeżyliśmy bolesne rozstanie czy stratę partnera – naturalnym mechanizmem obronnym jest podświadomy wybór samotnośći. W ten sposób historia się nie powtórzy. Prawda, że bezpieczniej i bardziej przewidywalnie?

2. Jesteśmy magnesem na toksyczne relacje

A to wszystko za sprawą budowania wokół siebie ochronnej tarczy. Tak bardzo się izolujemy, że nieświadomie wciąż wchodzimy w te same scenariusze i role, bo tylko na takie pozwalają nam własne bariery. Nieświadomi budowania wokół siebie muru – winimy za niepowodzenie innych. Trudno zerwać nam ze starymi nawykami, których nie jesteśmy (lub nie chcemy być) świadomi.

3. Boimy się intymności

Boimy się stanąć przed drugim człowiek z nagą duszą. Często szukamy swojej drugiej połówki, ale gdy już znajdujemy wzajemność – lub gdy robi się zbyt poważnie – uciekajamy, gdzie pieprz rośnie.

4. Mamy niską samoocenę

Tkwimy w przekonaniu, że nigdy nie jesteśmy wystarczająco dobrzy na jakąś relację. Nie zasługujemy na nią, nie uniesiemy jej. W konsekwencji tylko stracimy. Bo kiedy ta druga osoba odkryje naszą mizerność – odejdzie. Tak, niska samoocena sprawia, że jeszcze bardziej boimy się straty, czyniąc ją wręcz „pewniakiem”.

5. Wybrzydzamy i przebieramy (a może szukamy wymówek?)

Jednym słowem szukamy dziury w całym tak długo, aż sami ją wywiercimy. Wiadomo co dalej, a gdyby tej dziury nie było – kto da nam gwarancję, że kiedyś się jednak nie zrobi?

6. Wpadamy w rutynę

Dajemy ponieść się naszej samotości. Naszym zwyczajom, rytuałom, spacerom i opiece nad kotem. Krok po kroku, dzień po dniu. Aż czas na herbatę i serial staje się ważniejszy od drugiego człowieka.

7. Boimy się ryzyka i nowości

Z czasem coraz trudniej nam wyjść ze swojej strefy komfortu, zaryzykować. Wszystko co nowe, może być niebezpieczne, inne, może zmusić nas do zmian… a tak, jest jak jest – czasem dobrze, czasem (zazwyczaj) źle, ale przynajmniej wiemy, co wydarzy się jutro.

8. Próbujemy za wszelką cenę mieć kontrolę

Nad wszystkim. Dopóki gramy solo – łatwiej ją utrzymać. We dwoje, no cóż… tu musi znaleźć się miejsce na partnerstwo i kompromisy. I mimo całej tej szczerej tęsknoty za kimś bliskim, trudno nam zrezygnować z władzy absolutnej nad swoim życiem.


Na postawie tekstów dr Lisy Firestonepsychalive.org oraz charaktery.eu


Zdrowie

Nigdy nie jest za późno na zmiany. Rozwodząc się miałam 50 lat, nigdy tej decyzji nie żałowałam

Anika Zadylak
Anika Zadylak
19 września 2016
Fot. iStock / Dinic

Bylejakość to nie życie. To powroty do domu i powielanie czynności wyuczonych i zakodowanych przez lata. Przez lata, gdy wychowywało się dzieci, pracowało i prowadziło dom. Nie każdy chce się na nią godzić, bo przychodzi taki czas, kiedy pragniemy w końcu żyć z sensem. Zwłaszcza, gdy nasze dorosłe dzieci same już zakładają swoje rodziny. A my nagle dochodzimy do wniosku, że lubienie kogoś i zwykłe przyzwyczajenie to trochę za mało, żeby nadal ze sobą być. A raczej obok siebie. Bo mamy coraz mniej czasu na to, żeby coś jeszcze przeżyć, zwłaszcza, gdy skończyło się 50 lat i już dłużej nie chce się stać w miejscu. 

– Znajomi pukali się w czoło, syn jakiś czas do mnie w ogóle nie odzywał. Nikt nie mógł pojąć, że rozwód to nie tylko przemoc, zdrada, kłopoty finansowe czy brak uczuć. Bo ja nie mogę powiedzieć, że męża nie kochałam i nie kocham, że coś mi odbiło, czy jak stwierdziła, wścibska sąsiadka, że mi menopauza na łeb siadła. Przez tyle lat byliśmy razem, urodziłam dwoje naszych dzieci, spłaciliśmy kredyt za dom. Ranki, popołudnia, wieczory. Jak schemat, powielany tak długo, że robisz już później wszystko, jak robot, automat. Szarpiesz się z poranną niechęcią dzieciaków, które nie chcą wstawać do szkoły. Słuchasz głosu męża pełnego pretensji o za gorącą kawę. I przyglądasz się coraz bardziej obcej kobiecie patrzącej na ciebie z lustra. Miliony takich samych dni, nocy i w końcu rezygnacji. Uświadamiałam sobie z przerażeniem, że ja mam coraz mniej czasu, bo lata lecą, a ja wciąż czuję niewypełnioną pustkę, tęsknotę za czymś nieznanym.

Oczywiście, że próbowałam coś z tym zrobić. Pierwszy raz, gdy dzieci porozjeżdżały się na studia. Poprosiłam, żebyśmy coś zmienili, zrobili mały remont, wyjechali gdzieś, może zapisali na kurs tańca czy chociaż basen. Mąż patrzył na mnie pobłażliwie i stwierdził, że jestem dziwna i że wymyślam zamiast w końcu odpocząć. Pomyślałam ok, może ma rację, tyle lat ciężkiej harówy, wychowywanie dzieci, budowa domu, ciągła gonitwa. I rutyna. I ciągłe obiecywanie, że jak tylko dzieci się usamodzielnią, to zrobię coś dla siebie. Ale mąż nawet nie chciał słuchać, mówił, że teraz nareszcie jest trochę spokoju, którego tyle lat nie mieliśmy. I siedział przed telewizorem, albo spał. W porywach choć bardzo rzadko, jechaliśmy na działkę. Plewiłam te cholerne kwiatki i inne warzywa, i klęłam w ziemie, bo chciałam żyć, a nie siedzieć na dupie i zaglądać przez okno, czy już nadeszła starość. Zrobiłam nam kawy, usiadłam, złapałam go za rękę. Spokojnie opowiadałam o swoich planach, o tym, że chcę wrócić do pracy, którą kochałam, chociaż na jedną trzecią etatu, bo praca ze studentami dawała mi mnóstwo satysfakcji. Proponowałam wyjazd, podróż o której marzyłam, chociażby na Węgry, do Wiednia czy do Lwowa. Gdziekolwiek, byleby coś przeżyć, coś jeszcze zobaczyć, poznać coś nowego, bo kiedy jak nie teraz? Usłyszałam, że jak na starość chce mi się wariacji to proszę bardzo, on w tym nie będzie brał udziału. I wtedy zrozumiałam, że ta codzienność nas rozdzieliła, zgasiła wszystko. A ja przecież nadal byłam kobietą, chciałam być kochana i pożądana! A nawet nie pamiętam, kiedy mąż ostatnio mnie dotknął, spaliśmy przecież w jednym łóżku, a jak obcy ludzie.

Zapisałam się na aerobik i flamenco. Zaczęłam też wypytywać o powrót do pracy. Odświeżyłam garderobę, zakryłam pierwsze siwe włosy u fryzjera, wyszłam na wino z koleżanką. On siedział, „odpoczywał” i krytykował każdy mój krok, każdy pomysł. Pękłam, gdy w nowej naprawdę sukience, usiadłam naprzeciw mojego mężczyzny, z którym przeżyłam ponad 20 lat i zapytałam, czy nie miałby ochoty zabrać mnie do kina. A potem, do łóżka. I poczułam się jak ostatnia idiotka, gdy burknął, że w telewizji też lecą dobre filmy i żebym przestała odmładzać się na siłę, bo uciekającego czasu nie oszukam.  Że trzeba umieć się zestarzeć, z godnością. Schowałam się w łazience i patrzyłam w lustro, na podstarzałą 50-tkę ze sporą nadwagą. I zrozumiałam, że przecież go nie zmuszę, ale ja albo zrobię coś teraz, albo już nigdy. Przy śniadaniu spokojnie oznajmiłam, że odchodzę, że chcę rozwodu. Że zrobiłam już wszystko, co mogłam. I, że szanuję jego decyzję o przesiedzeniu przed telewizorem reszty życia, ale ja się na to zwyczajnie, nie godzę. Chcę czegoś więcej, zanim umrę z poczuciem niespełnienia. Patrzył na mnie z wyrzutem, z żalem, jakbym zmarnowała mu życie.

Tyle lat… A on nie zatrzymywał, nie dyskutował, nie pytał i nie prosił. Spakowałam kilka rzeczy, na szybko wynajęłam mieszkanie. Pierwszą samotną noc przepłakałam, bo ogarnęło mnie zwątpienie i strach. Córka mnie nie rozumiała, syn, kiedy się dowiedział, stanął murem za ojcem, którego jego zdaniem zostawiłam przez swoje fanaberie. A ja całemu światu chciałam wykrzyczeć, że nie jestem zimną, obojętną kobietą, której się w dupie poprzewracało.  Bo zamiast z kimś, ale już tylko obok, wolałam byś sama i się jeszcze realizować. Brat powiedział mi tylko jedno: – Skoro już taką decyzję podjęłaś, to przestań się zadręczać i zacznij robić to, dlaczego wywróciłaś swoje życie do góry nogami. Dzieci cię kochają, więc z czasem zrozumieją. On też. Więc spakowałam się po raz kolejny i… wyjechałam 500 kilometrów stąd, do innego miasta i innego życia.

Dziś, po czterech latach od tamtej decyzji mogę śmiało powiedzieć, że żyję. Realizuję się zawodowo, wydałam książkę, zjechałam pół świata, poznaję nowych ludzi, odkrywam nowe pasje. Z byłym mężem mamy dobre stosunki, dogadaliśmy się i choć on chyba do dziś nie rozumie tego jak żyję, nie wypomina mi niczego, nie krytykuje. Śmieje się nawet czasem, że faktycznie z nim przyrosłabym do fotela, bo nadal w nim głównie odpoczywa, bo tak mu dobrze. Mi natomiast dobrze w biegu i wtedy, gdy zasypiam zmęczona z głową pełną pomysłów na kolejne dni. I wszystkim kobietom powtarzam, żeby nie dały sobie wmówić, że to normalne, że po tylu latach małżeństwa, stajecie się tylko przyjaciółmi, że wszystkie tak mamy. Żebyśmy nie pozwoliły sobie myśleć, że w tym wieku, to już niczego od życia nie możemy żądać czy zwyczajnie chcieć. Że zostało nam już tylko chowanie wnuków, przesadzanie kwiatów i lepienie pierogów na wigilie.  Że już nie potrzebujemy czułości, bliskości i tego, żeby czuć się kobietą.

Wiesz, że miewam romanse? Tak, spotykam się z kimś, chodzę na randki, spędzamy ze sobą upojne noce. Nie szukam nikogo na stałe. Przecież w końcu, jeszcze jestem taka młoda.  Ale gdy usłyszałam od moich dzieci: – Przepraszam mamo. Miałaś rację, nie poznajemy cię, tak bardzo odżyłaś, zakwitłaś. Ten rozwód, to najlepsza rzecz jaką mogłaś zrobić. Dla siebie, dla nas. Bo patrzenie na to, jaka jesteś szczęśliwa i pełna życia, jest lekcją. Lekcją, że zmian można dokonać w każdym momencie. I, że trzeba pamiętać o sobie, bo nikt inny tego za nas nie zrobi. Jesteśmy z ciebie dumni – to poczułam, że obrałam dobry kierunek. I,  że płynę przez swoje życie dobrym kursem. I już nie zawrócę, bo zbyt piękne jest to, co przede mną.


Zobacz także

Olej palmowy – tanie zło. O jego zgubnych skutkach dla ekosystemu i zdrowia

Dieta Kwaśniewskiego - zasady, efekty, zalety, wady

Dieta Kwaśniewskiego – na czym polega ten sposób na szybkie odchudzanie? Zalety i wady diety optymalnej

6 błędów powodujących, że warzywa, które jesz, są mniej wartościowe