Psychologia

Czas się zatrzymać, zrozumieć, spełnić wielkie marzenia

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
6 stycznia 2016
 

Mijałam ją codziennie w drodze do pracy. Pogodna, uśmiechnięta. Lubiłam ją obserwować, jak szybko maszerując, patrzy na błękitne jezioro. Zawsze szła o tej samej porze i  tą samą drogą, zawsze jej szyję otulał szal w kolorach tęczy.


To był wiosenny poranek. Wyszłam z domu wczesniej, chciałam popatrzeć na słońce i drzewa, które były pełne maleńkich, zielonych listków. Usiadłam na jednej z ławek. Zamknęłam oczy i słuchałam ciszy, która mnie otaczała. Nagle usłyszałam radosne „Dzień dobry”. Otworzyłam oczy i ujrzałam, jak siada obok mnie. Klara w tęczowym szalu.

Tak zaczęła się nasza znajomość. Spotykałyśmy się zawsze w tym samym miejscu, siadałyśmy na tej samej ławce. Rozmawiałyśmy. Ja opowiadałam o swojej pracy, którą kochałam, a Klara mówiła o dzieciach.  Lubiłam słuchać, jak z zaangazowaniem opowiada o swojej rodzinie. Chwaliła się sukcesami dzieci, czasem też prosiła o radę. W końcu byłam pedagogiem, „specjalistą od dzieci”, jak mnie określała.

Pamiętam, że tamtego dnia widząc zmierzającą w moim kierunku Klarę, uświadomiłam sobie, że jest taka podobna do mojej córki. Ona też bacznie obserowała świat, często lubiła być sama. Uwielbiała książki, które były jej drugim światem.

Moja córka. Zawsze była taka samodzielna. Rzadko prosiła mnie o pomoc. Nigdy się nie skarżyła, nie buntowała. Ze zrozumieniem słuchała moich opowieści o podopiecznych. Niektórzy wychowywali się w rodzinach, gdzie była przemoc, nadużywanie alkoholu. Inni mieszkali z dziadkami, bo ich rodzice nie nadawali się do tego, by być „mamą czy tatą”. Starałam się im pomóc, a swoje zawodowe troski przynosiłam do domu. Mogłam przecież sobie na to pozwolić. Moja córka była grzeczna, ambitna i szczęśliwa. Tak  wtedy myślałam.

Pamiętam tamten dzień. Bardzo dokładnie. Wystarczy, że zamknę oczy, by wrócić do chwil sprzed kilkunastu lat i ujrzeć moją córkę, zbuntowaną nastolatkę, która stoi pod budynkiem szkoły z papierosem w ręku. Do tego te kolczyki w uszach, natapirowane włosy, ekstrawagancki makijaż, a nawet jakieś świecidełko w nosie. Zadzwoniła wychowawczyni. Poprosiła, żebym przyjechała.  Nic więcej nie chciała powiedzieć. Żadnych wyjasnień. Jednak po tonie jej głosu wiedziałam, że muszę. Muszę zostawić swoich podopiecznych, by spełnić swoje rodzicielskie obowiązki.

Po kilkunastu minutach stałam naprzeciw mojej córki, która ironicznie uśmiechała się do mnie. Pełna złości i żalu krzyknęła: – Widzisz, ja też potrzebuję twojej pomocy. Zobacz, zobacz. Zacznij wreszcie mnie dostrzegać. Tamtego dnia wszystko się skończyło. Zrozumiałam, że zbyt rzadko, a może wcale nie słuchałam, nie widziałam mojej córki. Byłam matką, ale taką obok. Byłam…ale nie uczestniczyłam w jej dorastaniu.

Przeprosiłam ją, chciałam naprawić swoje błędy, ale ona chyba nauczyła się żyć. Beze mnie. Bez swojej matki.

To dlatego po skończeniu szkoły średniej wyjechała do Florencji. Kilka lat temu, w środku nocy zadzwoniła. Słyszałam tylko jej ciche łkanie. Łamiącym się głosem wyszeptała: – Jesteś szczęśliwa? Beze mnie? Nie musisz się o mnie martwić, nie musisz o mnie myśleć. Pewnie jak zawsze pomagasz innym. Jak dobrze, że wyjechałam. Przynajmniej ty nie masz wyrzutów, bo przecież „zbawiasz świat”.

Po chwili rozmawiałam już z Klarą, która z podekscytowaniem opowiadała o czekającej ją podróży. Do Włoch. To było jej marzenie. Wielkie, największe spośród wielu innych.

– Powinnaś jechać z nami. Rzym, San Marino, Asyż, Florencja… – Klara wciąż mówiła podekscytowana.

Florencja. Moja córka. Wielkie marzenia. Może czas się zatrzymać, zostawić codzienne smutki, radości, obowiązki i stawić czoła uczuciom, których tak bardzo się bałam.


Psychologia

Krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała patrzeć mu prosto w oczy

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
16 stycznia 2016
Fot. iStock/sturti
 

Nie pamięta, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Chociaż…Tak, to było wtedy. Miała cztery lata, bawiła się, biegała po mieszkaniu, gdy nagle, niespodziewanie strąciła ozdobny talerz wiszący na ścianie. Chwycił za drewnianą listewkę, bo przecież niedawno robił remont. Uderzył ją kilka razy. Jej czerwone rajstopki zrobiły się mokre,  tak samo jak twarz, po której spływały maleńkie łzy.

Potem już tak mocno nie bił…

…A może przyzwyczaiła się do bólu uderzeń pasa czy kabla. Częściej krzyczał. Robił się czerwony na twarzy i rzucał stek wyzwisk. Na nią, na jej matkę. Zawsze krzyczał: „Jesteś jak ona. Zachowujesz się jak matka”. Zawsze musiała wtedy patrzeć na niego, na jego wściekłą twarz. Patrzył na nią i mówił: „Patrz, patrz mi prosto w oczy. Nie odwracaj głowy, nie spuszczaj jej. Patrz mi w oczy”.

Patrzyła. Z czasem nauczyła się patrzeć na jego wściekłą twarz, a myślami błądziła. Gdzieś daleko. W tych swoich zaczarowanych, wymaigowanych krainach. Szczęśliwych, spokojnych.
Lubiła, gdy nie było go w domu. Wtedy najczęściej spędzał czas u swoich kochanek. Kilka dni przed każdym spotkaniem szykował się. Przygotowywał eleganckie ubranie, szedł do fryzjera. Jego włosy były zawsze perfekcyjnie przystrzyżone i ułożone.  Zawsze nosił ze sobą grzebień i lusterko. To właśnie ta fryzura stała się pretekstem, by go pominąć podczas rysowania swojej rodziny w przedszkolu. Na rysunku była tylko ona i mama. Pani Joli z przedszkola powiedziała, że tata ma takie włosy, które ciężko namalować. Tak naprawdę nie chciała go na tej kartce, pełnej kwiatów, kolorowej tęczy i czerwonych serc.

Rzadko ją chwalił…

…Nieustannie wypominał jej wady. Nieładna fryzura, która podkreslała okragłą twarz, pulchna sylwetka. Cały czas jej powtarzał, że jest za gruba. Przyzwyczaiła się go jego uwag. Wolała nie patrzeć na swoje odbicie w lustrze. Przecież nic ładnego w nim nie zobaczy. Nie zabierał jej na wycieczki, bo przecież nie miał pieniędzy. On musiał mieć nowy samochód, kolejną parę spodni, by dobrze się prezentować. By móc zdobywać kolejne kobiety.

Uwielbiał im się podobać. Zawsze czarujący, miły, szarmancki. Poza domem. Czasem wychodził z nią na miasto, by spotkać się z kolegami. To właśnie w domu jednego z przyjaciół poznał kolejną panią. W pewien zimowy wieczór zaprowadziła tam mamę. Gdy ulice otulał miękki, biały puch, ona w tureckich kozaczkach stała pod drzwiami mieszkania, gdzie on był. Słyszała zalotny śmiech, jego charakterystyczny kaszel. Dźwięk rozmów, w tle jakaś muzyka. I ona z mamą pod drzwiami. Było ciemno. Bała się. Chciała zapalić światło. Zamiast dostrzec jasność, usłyszała dźwięk dzwonka. Zbiegała szybko po schodach. Mamę trzymała za rękę i modliła się, by za duże kozaczki nie spadły jej z nóg.

Wiedziała, że on nie kocha jej mamy. ..

…Chociaż czasem okazywał jej czułość, ona pamiętała o tych kochankach. O tych uśmiechach, komplementach, którymi obdarowywał wszystkie znane sobie kobiety. I o jego słowach: „Nic nie mów mamie. Tata tylko tak sobie żartuje”. Tata nie żartował. Tata taki był.

Gdy zaczęła dojrzewać, bił ją rzadziej. Może dlatego, że postępowała według zasad, jakie on jej od kilkunastu lat wpajał. Podczas rozmowy słuchała go uważnie, dbała o porządek, nigdy o nic nie prosiła, a swoje problemy rozwiązywała sama. Nie zaprzątała mu głowy trudną klasówką czy kłótnią z przyjaciółką.  Była też punktualna. Tego też ją nauczył, gdy pewnego dnia spóźniła się piętnaście minut. Zagadała się z koleżankami, nie wzięła zegarka. W domu czekał on. Z purpurową od złości twarzą i z grubym pasem w ręce. Wielkie siniaki na nogach i plecach zniknęły po kilkunastu dniach, ale ona już nigdy się nie spóźniła. Nigdy!

Umiała też przepraszać…

…Tego nauczyła się od mamy. Przepraszała za wszystko. Za to, że dostała złą ocenę, za to że ziemniaki były niedogotowane, a w lodówce nie było jego ulubionego napoju.
Każdy  jej dzień był podporządkowany jemu. Obiad na czas ugotowany, mieszkanie lśniło. Jego garderoba była zawsze wyprasowana, lodówka pełna. Wszystko po to, by on okazał cień zadowolenia. Pochwalił, czasem okazał podziw. Wciąż żyła w przekonaniu, że na jego miłość czy chwilę uwagi musi zasłużyć, zapracować. Starała się więc najlpiej, jak potrafiła. Nigdy jednak nie była doskonała. Doskonała na tyle, by go zadowolić. By był z niej dumny.

Po latach, gdy zaczęła uczyć się żyć, dostrzegać swoje pragnienia, potrzeby, marzenia. Gdy już nie miała ani siły, ani chęci, by starać się i walczyć o jego miłość i akceptację, zapytała: „Dlaczego? Dlaczego mnie biłeś, krzyczałeś? Dlaczego wciąż wypominałeś mi moje wady? Nie potrafił nic powiedzieć. Milczał.  Jednak  jak zawsze patrzył jej prosto w oczy.


Psychologia

„Powinnam ją chronić, ale nie byłam wystarczająco silna. Zawiodłam ją. Może kiedyś mi wybaczy”

Na szlaku codziennosci
Na szlaku codziennosci
3 stycznia 2016
iStock/ Juanmonino

Klara energicznie zamknęła drzwi samochodu. Raz jeszcze sprawdziła, czy zaparkowała w dozwolonym miejscu, wyciszyła telefon i szybko skierowała kroki w stronę białego budynku. Powoli przeszła przez długi korytarz, a potem truchtem pokonała kilkanaście schodów.

Oni są chorzy, poważnie chorzy

Stała przed drewnianymi drzwiami. Jeszcze kilka minut, pomyślała. Po chwili ujrzała twarz wysokiego, barczystego pielęgniarza, który wpuścił ją na oddział. Usiadła przy jednym z czterech stolików, torbę z owocami i wodą mineralną postawiła na podłodze. Czekała. Nagle zza rogu wyłoniła się niska, korpulentna kobieta. Była ubrana w dresowe spodnie i czerwoną, polarową bluzę, która doskonale podkreślała jej czarne włosy i ciemną oprawę oczu. Powoli podeszła do stolika, uśmiechnęła się niepewnie.

– Pielęgniarz mówił, że czeka na mnie jakaś młoda kobieta. To chyba pani. Przepraszam, ale nie wiem, co pani tu robi i kim pani jest. Ja teraz czekam na męża, ale jak pani chce, mogę z panią posiedzieć – powiedziała powoli, spoglądając prosto w zielone oczy Klary. – Tak, czekam tu na ciebie. Przywiozłam owoce i wodę. Mam też twoje ulubione ptasie mleczko – szepnęła niepewnie Klara.

-Niech pani da mi ptasie mleczko i posłucha tego, co mam do powiedzenia.Tu nikt nie chce mnie słuchać. Widzi pani tych ludzi, co siedzą tam, przed telewizorem. Oni są chorzy, poważnie chorzy. Niektórzy mają przewlekłą depresję, inni schizofrenię lub demencję starczą.Tak jak ja – powiedziała nachylając się do swojej rozmówczyni bardzo blisko.

Pamiętam, że czasem mnie bił, a potem płakał

-Dobrze, posłucham. Mów… – odparła spokojnie Klara. – Mam na imię Teresa. W tym szpitalu jestem już może trzy, a może cztery miesiące, a może jeszcze dłużej. Lekarze mówią, że jestem chora na schizofrenię i mam początki demencji, ale ja im odpowiadam, że jestem po prostu zmęczona życiem. Bardzo zmęczona i znużona tą swoją codziennością. Wiesz, wychowywałam się na wsi. Moi rodzice zajmowali się hodowlą zwierząt i uprawą zboża, buraków cukrowych. Mieliśmy wielką, drewnianą stodołę, za którą rozciągała się łąka. Tam pasł się nasz koń, Siwek.

Gdy miałam dwa lata, bawiłam się sama na tej łące. Tata był w stodole, mama w ogrodzie zbierała ogórki. To właśnie wtedy ten koń mnie kopnął. W głowę. Chyba za blisko do niego podeszłam. Tata szybko poprosił sąsiada, by zawiózł nas do lekarza, który urzędował w sąsiedniej wsi gminnej. Jakimś cudem uratowali mi głowę i życie, które jednak od tamtej chwili nie było łatwe. Bardzo długo nie mogłam nauczyć się czytać i pisać. Mimo długich godzin spędzonych nad elementarzem, który odziedziczyłam po starszej siostrze, nie potrafiłam zapamiętać ani liter, ani cyfr. Mój tata bardzo się wtedy denerwował. Pamiętam, że czasem mnie bił, a potem płakał. On się chyba o mnie martwił. Ale przecież to nie była moja wina, prawda?

W wieku dziewięciu lat wreszcie nauczyłam się czytać. Bardzo polubiłam książki i wszystkie te historie w nich zapisane. Mój dziadek Marcel, wielki pasjonat śpiewu i tańca, z każdej wizyty w mieście przywoził mi książkę. Potem razem siadaliśmy pod starą jabłonią i czytaliśmy. Dziadek bardzo mnie kochał i to on pierwszy powiedział, że jest ze mnie dumny. Mój dziadziuś kochany. Tata tez zaczął patrzeć na mnie przychylniej. Już mniej krzyczał, chętnie zabierał mnie też na pole. Mówił na mnie „Cygan”, bo miałam czarne jak węgiel włosy i ciemną cerę. Lubiłam to jego określenie.

Tak upływało mi dzieciństwo. Na czytaniu, pracy w polu i pomaganiu mamie przy młodszym rodzeństwie. Skończyłam szkołę podstawową, poszłam do zawodówki, a potem technikum. Moja nauczycielka języka polskiego mówiła, że mam talent. Pięknie pisałam. Chciała, żebym poszła na studia. Ja jednak wolałam szukać męża. Znalazłam pracę, poznałam Jerzego. Przystojny szatyn o niebieskich jak woda oczach.

Nikogo tak bardzo nie kochałam jak jej

Kilka miesięcy po naszym pierwszym spotkaniu, było nasze wesele. Byłam szczęśliwa, dumna, spełniona. Mojego szczęścia nie zaburzyły nawet informacje, że Jerzy mnie zdradza, ma wiele kochanek, lubi pić. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że będziemy mieli dziecko. Jerzy zmienił się, a narodziny naszej córki były najcudowniejszym wydarzeniem w moim życiu. Nikogo tak bardzo nie kochałam jak jej.

Gdy moja córka miała dwa lata, postanowiłam skończyć studium nauczycielskie. To nic, że Jerzy sprzeciwiał się mojej decyzji, groził, że jeśli zrealizuję swoje plany, odejdzie. Zaczął więcej pić, a gdy był pijany, bił mnie. Nie potrafiłam odejść od niego. Znosiłam swoje cierpienie w ciszy. Nikomu nie skarżyłam się. Miałam przecież córkę i pracę, którą kochałam. Czasem, gdy Jerzy bardzo mnie pobił, myślałam o samobójstwie.

Mówiłam o tym swojej córce, ale ona przecież nie mogła mi pomóc. Miała wtedy zaledwie kilka lat. Często broniła mnie przed Jerzym. To razem z moją córką szukałam go, gdy kilka dni nie zjawiał się w domu. Wiedziałyśmy, że ma kochankę. Wiesz, jestem bardzo zmęczona. Życiem, swoją chorobą. Bardzo tęsknię za Jerzym. Może dziś mnie odwiedzi. Rano dzwonił do mnie i pytał, czy go pamiętam. Oczywiście, że go pamiętam. Pamiętam, że czasem czule mnie przytulał, a potem robił awanturę, bo kotlety były niedosmażone. Krzyczał też na naszą córkę. Ja też bił. Chyba czasem mocniej niż mnie. Miał taki pas. Gruby, skórzany.To właśnie nim bił moje dziecko. Powinnam ją chronić, ale nie byłam wystarczająco silna. Zawiodłam ją. Może kiedyś mi wybaczy i zrozumie, że naprawdę ją kochałam…

Teresa urwała swoją opowieść, gdy ujrzała łzy spływające po policzkach Klary. Dotknęła jej małej, delikatnej dłoni. Nagle do stolika, przy którym siedziały Klara i Teresa, podszedł lekarz.

– Pani Klaro, proszę pójść ze mną. Musimy porozmawiać o stanie zdrowia pani matki

Mała A.