Psychologia

Po nogach ciekła jej strużka krwi. Wnętrze paliło. „Jak mogłeś” – wyszeptała. „Przecież tego chciałaś, sama się prosiłaś”

Poli Ann
Poli Ann
12 lipca 2021
fot. Gigi_my_girl/iStock
 

Wakacje to jest czas, na który czekają wszyscy. Szczególnie maturzyści, którzy po roku harówki mają więcej wolnego. Tak było też z Weroniką. Ostro zakuwała, starła się o dobre świadectwo i jak najlepsze wyniki na maturze, by dostać się na jakiś kierunek związany z medycyną. Wiadomo ten główny był najlepszy, niemniej jednak nawet pielęgniarstwo by ją zadowoliło. Leczyć, pomagać, ulżyc z bólu, widzieć nowe życie to było coś, czego chciała doświadczać.

Póki co wszystko szło po jej myśli. Oceny na cenzurce prezentowały się naprawdę nieźle. Z matury wychodziła zadowolona. Ciężko pracowała na sukces, o którym tak marzyła, stąd też tak cieszyła się na wakacje i ona, i jej paczka. Znali się całe liceum, uczyli razem i imprezowali. Na czas wakacji mieli jeden plan – korzystać z życia jak najwięcej. Weronika była bardzo lubiana, dusza towarzystwa, przebojowa, radosna, inicjatorka wielu szalonych akcji. Chłopakom się podobała. Wszystkim, bez wyjątku, ale nie każdy się przyznawał. Kilka miesięcy temu rozstała się z Miłoszem i postanowiła z nikim się nie wiązać. Chodziła na jakieś randki, całowała na imprezach, ale nigdy nie szła na całość i nie czekała z utęsknieniem aż jej amant zadzwoni. Po rozczarowaniu Miłoszem diametralnie zmieniła stosunek do płci przeciwnej. Niewinna zabawa, flirt owszem. Związek nie. Tak jest wygodnie.

Weronika jest teraz szczęśliwa, cieszy się wolnymi chwilami i imprezami do rana. Jest królową parkietu, tańczy do upadłego, wzbudza powszechny zachwyt. Jest taka śliczna i pewna siebie. Wysoka, smukła, proporcjonalna. Ma bardzo zgrabną sylwetkę, którą potrafi podkreślić. Nie ma imprezy, na której ktoś by jej nie podrywał. Ona jednak na dużo sobie nie pozwala. Na parkiecie szaleje, czasem da się pocałować, do domu jednak wraca zawsze z paczką bez moralniaka.

Tego dnia była z przyjaciółmi nad jeziorem. Dziewczyny się opalały, chłopaki skakali do wody. Pili piwo i wino. Byli w świetnych humorach. Weronika pękała ze śmiechu, bo Bartek czymś ją rozbawił, a potem wrzucił do wody. Nie obraziła jak się jak większość dziewczyn zapewne by zrobiło. Ganiała go potem po plaży chcąc rewanżu. Wskakiwała mu na plecy, chlapała wodą, przewracali się razem, on ją zarzucał na ramię jak worek kartofli, a ona się tylko śmiała. Krystian obserwował ją bacznie. Był w ich paczce, ale zawsze małomówny i skryty trzymał się z boku. Przyjaźnił się z Bartkiem. Im obu Weronika bardzo się podobała, Krystian jednak w przeciwieństwie do kumpla, o tym nie mówił. Marzył natomiast o spotkaniu z dziewczyną, szalonym tańcu, pocałunkach po jej dekolcie, dotyku jej pośladków. Bardzo go kręciła, nigdy jednak nie miał odwagi, by chociaż zaprosić ją do kina.  Obserwował ją uważnie, delektował jej śmiechem i widokiem ciała w bikini. Chętnie poczułby smak jej skóry, jej zapach i gładkość, bo przecież Weronika miała taką piękną skórę. W swoich snach całował ją centymetr po centymetrze.

Gdy całą paczką znów wylądowali w klubie nie przestawał jej obserwować. Wera miała na sobie kuse szorty i bluzkę na ramiączka. Nie miała stanika. Kilka razy, gdy się nachyliła widział jej drobną, nagą pierś. Czuł jak wzbiera się w nim podniecenie. Ta dziewczyna działa na niego niesamowicie.

– No Krystian! – usłyszał nagle jej głos. – Co tak siedzisz, dawaj na parkiet. Leci taki świetny kawałek! – i pociągnęła go radośnie za rękę. Nie opierał się jej. Nie spodziewał, że ona go zauważy. Rzadko rozmawiali, co najwyżej śmiała się z jego ciętych ripost. Teraz w końcu miał okazję być bliżej niej. Był nieco stremowany, a Weronika wręcz przeciwnie. Wypiła już kilka szotów, zresztą i bez alkoholu była taka pełna energii. Uwielbiał na nią patrzeć. Ona tańczyła, on pochłaniał ją wzrokiem. Po kilku piosenkach wrócili do stolika, wypili po szocie. Weronika usiadła obok niego, a że kanapa była ciasna, a ich było na niej z dziesięć osób, to niemal ocierała się o niego. Krystian siedział sztywno, nie wiedząc jak reagować. Weronika zaś coś żywo opowiadała, klepała go po udzie, śmiała się głośno.

Gdy wstała, by wypić kolejnego szota, stanęła idealnie tyłem do niego. Na wysokości jego wzroku była jej pupa, a spod króciutkich szortów wystawały jej pośladki. Były tak blisko, niemal mógł je poczuć. Ledwo się opanował, by ich nie dotknąć. Zamknął oczy i marzył, że ona stoi tak tylko dla niego. Impreza trwała w najlepsze, nawet on tańczył i pił. Często na parkiecie w tany porywała go Weronika. Był niemal wniebowzięty. Około trzeciej paczka zaczęła się wykruszać. Dziewczyny chciały już wracać, a Wera uznała, że bawi się aż do zamknięcia. Wypiła sporo, Krystian cały czas był obok. Oczywiste było to, że ją odprowadzi. Chłopaki zawsze tak robili, dbali o swoje koleżanki. Byli niemal jak bracia. Weronika niczego więc się nie obawiała. Wyszli z klubu po czwartej, prowadził ją pod rękę, nie zataczała się, ale trzeźwa to ona nie była. Oparła mu głowę na ramieniu.

– Jak dobrze, że jesteś – wyszeptała. Krystian zatrzymał się i spojrzał na nią. Była tak śliczna, choć makijaż się jej rozmazał i miała mętny wzrok. Szotów trochę w siebie wlała. Nie wytrzymał, pocałował ją. Najpierw delikatnie. Potem namiętnie. Nie opierała się, chyba się jej podobało. Szli akurat parkiem. Lekko już widniało, dokoła nie było żywej duszy. Przyciągnął ją do siebie lekko. Nie stawiała oporu. Oparł ją o duże drzewo i zaczął całować mocniej. Początkowo całowała go tak samo łapczywie, ale gdy złapał ją za pośladki, a usta skierował w dekolt, zareagowała.

– Krystian, nie… – powiedziała cicho. Ale on zamknął jej usta soczystym pocałunkiem i przycisnął do drzewa. Poczuła jego nabrzmiałą męskość. Jeszcze się nie wyrywała. Była pewna, że on zaraz przestanie. Nie przestawał. Dotykał ją wszędzie, lizał. Pijana nie miała siły, by go odeprzeć. Nie potrafiła też krzyczeć, chyba ją zamroziło. Zawsze do tej pory chłopcy reagowali na jej „nie”. Krystian zdawał się tego nie słyszeć. Rozpiął swój rozporek, był gotowy. Tak długo marzył o tej chwili. Nie pytając się jej o zdanie, rozpiął jej szorty, zerknął na bieliznę. Koronkowe majtki, chyba stringi, tylko go podkręciły. Nawet ich jej nie ścignął, materiału było tak niewiele, że tylko je przesunął odkrywając jej intymność. Zupełnie jakby specjalnie założyła taką bieliznę. Wdarł się w nią brutalnie, chyba coś krzyczała, ale był tak podniecony, że nie zwracał na to uwagi. Chciał ją wziąć tu i teraz. To co dla niego trwało ułamek sekundy, dla Weroniki trwało całą wieczność. Momentalnie oprzytomniała, obezwładniona jego siłą nie była stanie się bronić. Do końca chyba myślała, że Krystian jej posłucha i się opamięta. On jednak, pogrążony w spełnieniu swoich marzeń, bo przecież była taka okazja, kompletnie się wyłączył. Był jak robot, bezduszny wzrok wlepiony gdzieś w dal i ten skowyt gdy skończył.

Weronika płakała cicho, poprawiła koszulkę i naprędce zapinała szorty. Po nogach ciekła jej strużka krwi. Wnętrze paliło.

– Jak mogłeś? – wyszeptała.

– Przecież tego chciałaś, sama się prosiłaś – zripostował ze śmiechem. – Brak stanika, te spodenki i niemal brak majtek. Cała noc się o mnie ocierałaś. Zrobiłem to, czego chciałaś – spojrzał na nią chłodno. W jego oczach dostrzegła resztki żądzy i dziką satysfakcję. Zapiął spodnie, uśmiechnął się dumnie i po prostu poszedł. Zostawił ją. Ten spokojny Krystian. Nieśmiały, który nigdy nie miał dziewczyny i lubił gry komputerowe. Którego podejrzewali o bycie gejem, który kiedyś był ministrantem i na obozie tak płakał za mamą.

Weronika wróciła do domu sama. Od razu poszła do łazienki, by zmyć z siebie jego zapach. Tata był w delegacji, a mama nie wróciła jeszcze z nocnego dyżuru w szpitalu. Dziewczyna więc długo brała kąpiel i płakała. Wszystkie ubrania, jakie miała na sobie, wyrzuciła. Wyłączyła telefon. W pokoju tępo przez kilka godzin patrzyła się w sufit, a w głowie kołatały się jego słowa „sama się prosiłaś”. Zdecydowała, że weźmie ten wolontariat, o którym wspominała mama. Przynajmniej nie będzie musiała o tym wszystkim myśleć. Od paczki się odizolowała. Na pytania Kasi, z którą była najbliżej, odpowiadała niechętnie i ostro, aż przyjaciółka przestała dopytywać o to, co się stało. Może coś podejrzewała. Ale w gruncie rzeczy, byli na imprezie, Wera świetnie się bawiła, piła, tańczyła, była kuso ubrana, szalała na parkiecie. Faktycznie była kusząca, sama się prosiła. Kto by jej uwierzył, że jej własny kolega ją po prostu zgwałcił w parku? Była pijana, pewnie tego chciała, a teraz się wypiera. Weronika już słyszała komentarze znajomych.

Bała się iść na komisariat. Te przesłuchania i dopytywanie, czy może jednak miała ochotę na szybki numerek. Szybko policzyła, czy mogłaby zajść w ciążę, na szczęście szansa była niska. Dnie spędzała w swoim pokoju, płacząc lub po prostu gapiąc się w ściany. Gdy zaczęła wolontariat, zatraciła się w pracy w szpitalu, kontakty ze znajomymi ograniczyła do minimum. Dostała się na psychologię w innym mieście i uznała, że wyjedzie, by o tym wszystkim zapomnieć. Jednak nie zapomniała. Tak naprawdę jeszcze kilka ładnych lat będzie nosić w sobie poczucie winy i dopiero jako dojrzała kobieta, na kozetce u znajomej psycholożki, zacznie o tym rozmawiać. Przepracuje problem, zrozumie, czemu nie była w stanie z mężem stworzyć zdrowej relacji, pojmie swój strach, przestanie obwiniać i zacznie współpracować z pobliskim komisariatem, gdzie będzie pro bono rozmawiać z dziewczynami po gwałtach lub próbie gwałtu. Gdy sama odzyska już wewnętrzny spokój będzie chciała pomóc każdej skrzywdzonej tak by słowa „sama się prosiłaś” nigdy nie miały racji bytu i nie niszczyły im życia.

 

 

 

 

 


Psychologia

To, co my im pokażemy, one wezmą ze sobą. Tu tkwi nasza siła. A „cnoty niewieście” będą dla nich jedynie memem

Poli Ann
Poli Ann
16 lipca 2021
fot. MStudioImages/iStock
 

Kiedy miałam naście lat, kompletnie siebie nie rozumiałam. Ciało robiło, co chciało, emocje tańczyły codziennie do innej muzyki, a ja patrzyłam w lustro z obrzydzeniem.

Mama była obok, ale nie tłumaczyła, że to ciało, którego nie akceptuję, będzie się zmieniać. Może myślała, że to wiem? Albo nie była świadoma tego, co dzieje się w mojej głowie? Na pewno mnie kochała, zadbała z tatą o moje wykształcenie, wypuściła z gniazda osiemnastoletnie dziecko, któremu się wydawało, że wszystko wie, a tak naprawdę nie wiedziało nic.

Z kobiecością powoli było mi po drodze, ale gdy ktoś mówił mi komplement, płonęłam rumieńcem. Jeśli mnie chwalił, grzecznie dygałam mówiąc, że to nic wielkiego. Przez myśl mi nie przeszło, bym uznała, że takie słowa mi się należą. Wyszłam za mąż za pierwszą miłość, z głową pełną ideałów. A potem do mych drzwi zapukało życie.

Wtedy byłam chyba przykładem wszelkich cnót, może nawet tych „niewieścich”  Skromna, pracowita, polegająca na mężu, wzorowa matka i małżonka. A gdzie w tym wszystkim, w tej chęci zadowolenia świata byłam ja do cholery jasnej??? Ja! Chwilę musiałam siebie jeszcze poszukać.

Kilka lat boksowałam się sama z sobą. Dopiero, gdy skończyłam trzydzieści lat, poczułam się świetnie w swoim ciele, a i głowa moja już wiedziała, o co chodzi. Matka, żona, kobieta pracująca, chcąca wciąż się rozwijać. Byłam konsekwentna. Kursy, szkolenia, w końcu kolejne, trzecie studia. W pracy nie byłam już żółtodziobem, nabrałam pewności siebie, a w lustrze zobaczyłam po prostu fajną babkę. Polubiłam ją. I uznałam, że się z nią dogadam. Miałyśmy w końcu o czym pogadać. Życie zadbało o bagaż doświadczeń i ran, z którymi trzeba się uporać. Niejeden raz wyłam po nocach, bo los dawał mi w kość.  To mnie wzmocniło. Skoro przetrwałam znaczyło, że dam radę.

Dziś nie zamieniłabym się z osiemnastolatką. Ileż ona musi jeszcze przejść, ile razy upaść, ile zrobić i nauczyć, by być tam gdzie ja? Jestem chyba w najlepszym momencie swojego życia, choć koleżanki mówią, że ono zaczyna się dopiero po czterdziestce. Cudownie, na to czekam! I prę do przodu.

Postanowiłam też, że nie pozwolę by moja córka była taką bokserką, jaką byłam ja. Rozmawiam z nią dużo, tłumaczę, chwalę ją, motywuję, wyjaśniam, co dzieje się z jej ciałem i zapewniam, że jest wyjątkowa, że da radę, bo jest mądra, a w pakiecie dostała jeszcze urodę. Nie wiem, czy odniosę tu sukces, jednak wierzę, że patrząc na mnie – kobietę aktywną zawodowo, uczącą, piszącą, uprawiającą sport, kochającą swój zawód, mającą pasje, biorącą się z życiem za bary, radzącą sobie z przeciwnościami losu, wstającą po upadku, stwierdzi, że daję jej dobry przykład kobiecości.

Bowiem dziś dziewczyny muszą być wykształcone, świadome swojej wartości i siły. Tyle przecież mogą, tyle osiągnęły. Mogą być szczęśliwymi partnerkami albo żyć zupełnie niezależnie. Mogą spełniać się w tak wielu rolach. Mogą, bo są silne i jeśli chcą to, osiągną cel. Mają prawo mówić „nie”, „chcę”, „oczekuję”, „umiem”, „jestem świetna”, „nie rozumiem”, „potrzebuję”, „marzę”.

Umówmy się, babki zawsze mają trudniej, często muszą być lepsze od mężczyzn by piastować to samo stanowisko, muszą walczyć ze stereotypami, czasem nawet z szowinizmem. Niefajnie być kawałkiem mięsa, laleczką, która ma wyglądać, ale się nie odzywać, służącą, która zaspokaja potrzeby innych, ale notorycznie zapomina o swoich. To są „cnoty”, jakich współczesne dziewczyny posiadać nie powinny. Niech żyją inaczej niż nasze babki, słuchają siebie i żyją w zgodzie że swoim sumieniem, a nie według nakazanych „niewieścich cnót”.

Nie jest łatwo być kobietą, ale jakże pięknie móc samo stanowić o sobie, dokonywać niezależnych wyborów, wyciągać wnioski z porażek, rozwijać się.

Jakże dumna jestem z córki, która ładuje się nam do łóżka, bo czuje potrzebę przytulenia i mówi stanowcze „nie”, kiedy jej mówimy, że ma wracać do własnego pokoju. Mała ma odwagę się postawić, bo najwidoczniej naszej bliskości po prostu potrzebuje. Nie wyganiamy jej już. Nie chcę, by zaciskała zęby i z pochyloną głową robiła to, co jej każemy. Czy to zbrodnia, jeśli dziecko ma ochotę spać blisko rodziców? Czy to zbrodnia, że na coś się nie zgadza i nie odpuszcza. Nie! Dlatego dziewczynom powinno się wpajać inne CNOTY.

Uczmy je samodzielności, pewności siebie, głodu wiedzy. Niech robią to czego pragną, a nie to, czego oczekuje od nich społeczeństwo, a w ostatnim czasie i politycy płci męskiej. Kobieta nie jest wrogiem, jest partnerem, wsparciem, możliwością, potencjałem. Zwana słabą płcią tak naprawdę ma w sobie siłę wulkanu, choć często o tym nie wie, jednak obudzona z głębokiego snu, potrafi pokazać, do czego jest zdolna. Rzecz w tym, by nie musiała nikomu nic udowadniać, co najwyżej sobie, jeśli tylko sama tego potrzebuje.

Pokazujmy dziewczynkom, jak być sobą, jak gonić marzenia i je spełniać, jak porażki przekuwać w sukcesy, jak walczyć ze słabościami i stawać się lepszą wersją samą siebie, jak współżyć z innymi ludźmi, nie raniąc przy tym nikogo, jak być asertywnym i dążyć do upragnionego celu. Nie róbmy jednak tego teoretycznie. To na nas, współczesnych kobietach, na mnie i na Tobie, ciąży to zadanie, bo nasze córki, uczennice, wnuczki, bratanice i siostrzenice patrzą na nas właśnie teraz. To, co my im pokażemy, one wezmą ze sobą. Tu tkwi nasza siła. Z takim „wyposażeniem” dziewczyny nie dadzą się wsadzić w ramy, ograniczać, sprowadzać do ról, których nie chcą pełnić.

Cnoty niewieście zaś, o których tak teraz jest głośno, staną się dla nich jedynie memem, który czyta się na szybko i zaraz po o nim zapomina, będą synonimem suchego żartu, a dziś są po prostu przykładem nieudolnych działań tych, którzy kobiet i ich siły się najzwyczajniej boją.

 


Psychologia

„A gdzie byłeś Ty, kiedy ja nie wiedziałam w co włożyć ręce? Kiedy padałam na pysk?

Poli Ann
Poli Ann
14 czerwca 2021
Photo by Huyen Pham on Unsplash

Kochaliśmy się jak wariaci. W kieszeni matura, studiowaliśmy zaocznie i pracowaliśmy, by nie musieć być na utrzymaniu rodziców. Chcieliśmy być razem ponad wszelką wątpliwość. I byliśmy. Rety, tacy dorośli i samodzielni! To było takie proste.

Imponowało mi wszystko, co robiłeś. Ja byłam Twoją jedyną. To mi wysyłałeś bukiety do pracy pocztą kwiatową i za połowę pensji kupiłeś oryginalne dżinsy, których wcześniej nigdy nie miałam. Ja wstawałam o piątej, by zrobić Ci kanapki na pierwszą zmianę, a swoją pierwszą premię przeznaczyłam na rower, o jakim marzyłeś. To było takie proste.

Potem był ślub i huczne wesele na dwieście osób. Miłość przysięgana aż po grób. I kredyt jak wszyscy nasi znajomi i upragnione ciąże. Dwie, które dały nam trójkę wspaniałych dziewczynek. I nadal wszystko było proste, choć padaliśmy na twarz ze zmęczenia, rezygnowaliśmy z przyjemności i szaleństw na rzecz obowiązków. Zdawało mi się, że nic nas nie pokona. Ani choroba Twojej mamy, utrata mojej pierwszej posady, Twój konflikt z szefem ani podrywający mnie w pracy kolega.  Przecież wystarczyło się tylko kochać, a my się kochaliśmy. To było takie proste.

Aż w końcu nadeszły dni, kiedy nasza miłość się skończyła. Niemal z dnia na dzień, gdy pojawiła się ona – pandemia. Wpakowała się bezczelnie w nasze życie, rozwaliła się w salonie i zaczęła swoje rządy. Nie było już prosto.

Ty straciłeś pracę, więc ja mojej trzymałam się kurczowo, by móc utrzymać rodzinę. Choć już nie wstawałam o piątej, by wyjść na spacer z psem, to nadal rano trzeba było przygotować całą ferajnę na zdalną szkołę, doglądać ich zajęć, potem godzinami pomagać w lekcjach, w międzyczasie samej pracować, ugotować obiad, zrobić pranie, odbierać telefony, godzić co chwila wybuchające konflikty, a po nocach pisać wcześniej niedokończone, na rzecz pracy z plastyki czy muzyki, maile. A gdzie byłeś w tym wszystkim Ty, kiedy ja nie wiedziałam w co włożyć ręce? Kiedy padałam na pysk?

Na kanapie, obrażony na cały świat, znudzony, marudny, taki biedny, bo bez pracy. Gdzie podział się ten pomysłowy chłopak, który skradł moje serce? Który wyciągał mnie z tarapatów i miał milion pomysłów na minutę? Mężczyzna, któremu zaufałam i z którym chciałam iść przez życie? Z którym miałam wspólnie ciągnąć ten wózek? Nie pomogła ani groźba ani prośba, ani lekarz ani moje pomysły na spędzanie wolnego czasu. Pracy też nie zamierzałeś szukać. Po co, skoro wszystko ogarniałam ja? A seks?

Byłam dla Ciebie niewidzialna, choć po 2 ciążach zachowałam świetną figurę i dbałam o siebie. Byłam wołem roboczym, kucharką, sprzątaczką, opiekunką. Twoje odburknięcia, leżenie na sofie do popołudnia, brak jakiegokolwiek wsparcia w domu i pomocy przy córkach, i bierność pokazały mi nowego Ciebie. Pandemia bezlitośnie uświadomiła mi, że już nie jest prosto, że jest cholernie trudno i że Ty nic sobie z tego nie robisz. Leżysz na tej pieprzonej kanapie, wybredzasz w ofertach pracy, choć wiesz, że ledwo starcza do pierwszego, że fizycznie i psychicznie jestem szalenie zmęczona, bo kładę się późną nocą, a wstaję skoro świt. Nie chcesz rozmawiać, nie chcesz pomocy ani pomagać, nawet z dziewczynami się już nie bawisz. Zaczynasz być współlokatorem, z którym niemal nie rozmawiam, choć pandemia zamknęła nas na cztery spusty. Staliśmy się więźniami w swoim własnym
domu. Życie już nie było proste.

To starsza córka zapytała, czemu się z Tobą nie rozwiodę. Uświadomiłam sobie wtedy, że ja tego chcę. To było takie oczywiste i proste. I teraz, gdy powoli wszystko wraca do życia, pragnę tego jeszcze bardziej. Umiem żyć bez Ciebie, a obecnej Twojej wersji po prostu nie kocham. Złożyłam wniosek, a Ty mi się śmiałeś w nos krzycząc potem, że chcesz mi zabrać dzieci, strasząc alimentami na Ciebie i tym, że się nie wyprowadzisz. Dziś każdego dnia wyzywasz mnie przy  dziewczynkach od idiotek, debilek i psychicznie chorych. Straszysz, grozisz,  wyśmiewasz. Pokazujesz dotąd Twoje mi nieznane oblicze. I nie chcę Cię już w życiu jako mojego mężczyzny.

Zarzekasz, że nie dasz mi rozwodu, że zamienisz moje życie w piekło. W sumie to już Ci się udało. Gorzej już być nie może i wiem, że przez jakiś czas jeszcze tak będzie. Po rozwodzie jednak, który bez problemu dostanę, będzie już tylko lepiej, pandemia kiedyś się skończy, nasze ścieżki się rozejdą i moje życie stanie się prostsze.