Psychologia

„Nie pytajmy, z kim chce zamieszkać i nie przedstawiajmy mu każdego swojego nowego partnera! Dziecko potrzebuje bezpieczeństwa”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
26 lipca 2021
fot. MagMos/iStock
 

Mam apel: „Nie wciągajmy dzieci w martyrologię rozwodową, nie opowiadajmy nadmiernie o swoich kłopotach. Syn czy córka to nie jest twój przyjaciel, któremu możesz się zwierzać. Nie pytajmy, z kim chce zamieszkać i nie przedstawiajmy mu każdego swojego nowego partnera! Po rozwodzie dziecko bardzo potrzebuje bezpiecznego przewidywanego świata. Stwórzmy taki dla niego”, mówi Magdalena Chorzewska, psycholog i psychoterapeutka.

Jak być dobrym rodzicem po rozwodzie?

– Myślę, że wystarczy, jeśli będziemy „wystarczająco dobrymi rodzicami” po rozwodzie. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, a rozwód jest tak stresującą sytuacją, że na pewno jakieś błędy popełnimy. Ważne, byśmy mieli wtedy świadomość swoich emocji i potrzeb i nie przelewajmy frustracji, wynikających z problemów między dorosłymi na dzieci.

Jakie najczęściej błędy popełniamy podczas rozwodu?

– Z mojego doświadczenia z gabinetu terapeuty wynika, że dorośli nie informują dzieci o rozwodzie. Rodzice targani swoimi emocjami często o swoich synach i córkach zapominają. Wydaje im się, że są za mali i że nie rozumieją, albo po prostu nie wiedzą, co i jak mówić. Wolą więc milczeć. A dzieci są wtedy takimi małymi niedoinformowanymi świadkami nowej bardzo stresującej sytuacji.

I tu mam apel: „Rozwód jest stresujący dla nas, ale dla dzieci jeszcze bardziej, bo one mają mniej narzędzi do tego, by radzić sobie z trudnymi emocjami. Pomóżmy im przez to przejść!”

Jak przeprowadzić rozmowę o rozwodzie?

– Zapewniajmy przede wszystkim i na wszystkie sposoby, że kochamy dzieci i że to, co wydarzyło się między rodzicami nie jest ich winą. Oczywiście każda rozmowa musi być dostosowana do wieku dziecka, które powinno dostać informacje logistyczne: co będzie się działo w najbliższym czasie w związku z planowanymi zmianami. Maluchy, a nawet nastolatki potrzebują rutyny i przewidywalności, wtedy czują się bezpieczniej.

Mamy mówić im prawdę? A jeśli ona jest trudna, bo przyczyną rozstania był alkohol lub zdrada?

– Nie miałam na myśli tego, żeby ze szczegółami opowiadać, dlaczego rodzice postanowili się rozstać. Dla małego dziecka słowo „rozwód” znaczy coś zupełnie innego niż dla dorosłego. Ono nie ma w głowie gotowej precyzyjnej definicji rozwodu. Nie chodzi o to, by mówić:

„Rozstajemy się, bo mama mnie zdradziła”. Powiedzmy: „Rozstajemy się, a dla ciebie oznacza, że nie będziemy teraz mieszkać razem. Od września tata wyprowadza się i będziesz spędzać co drugi weekend u niego, a resztę tygodnia u mamy”.

Czy można spytać dziecko, u którego rodzica woli mieszkać?

– W Polsce zgodnie z prawem dziecko w wieku 13 lat może zdecydować, z kim chce mieszkać. Natomiast moim zdaniem to jednak dorośli powinni przejąć ciężar decyzji i odpowiedzialność. To ich rola, by wszystko ustalić, kto weźmie na siebie dominującą część opieki.

Dlaczego?

– Bo nastolatki kierują się różną motywacją i często wolą wybrać mieszkanie u tego rodzica, z który będą mieć więcej luzu. Owszem, moim zdaniem trzeba o tym z młodym człowiekiem rozmawiać i brać pod uwagę jego sugestie, ale to jednak rodzice muszą podejmować kluczowe i ostateczne decyzje.

Moim zdaniem nawet nastolatek nie powinien mieć decydującego głosu. Oczywiście rozmawiamy o sytuacjach, gdy nic mu nie zagraża, gdy oboje rodzice są „wystarczająco dobrzy”.

Czy wolno prosić dzieci o radę i pytać: „Słuchaj, czy ja powinnam rozwodzić się?”

– Zacznijmy od tego, że ludzie, którzy postanawiają się rozwieść, najczęściej przez lata cierpią i po prostu są nieszczęśliwi. Natomiast dzieciaki rodziców, którzy mają problemy w związkach, zazwyczaj szybciej dojrzewają i sprawiają wrażenie „prawie dorosłych”, takich „dobrych partnerów do rozmowy”. To tylko pozory! Bo tak naprawdę to nadal są DZIECI, które potrzebują poczucia bezpieczeństwa. Dlatego jeśli mama mówi: „Słuchaj, czy ja mam się z ojcem rozwieść?”, to przerzuca ogromny ciężar odpowiedzialności na swojego syna lub córkę.

Taki młody człowiek z jednej strony widzi ogromne cierpienie matki, a z drugiej strony nadal przecież kocha ojca. Jeśli w tej rodzinie jest problem alkoholowy czy przemocowy, to on nadal darzy ojca miłością. Taka jest natura dzieci wobec rodziców. Zadając więc takie pytanie, obsadzamy synów i córki w bardzo trudnej roli, której nie są w stanie sprostać.

Jak już się rozwiedziemy, jakich zasad powinniśmy się trzymać?

– Trzeba ustalić ze sobą jasne zasady, by dziecko miało przewidywalny rytm życia. Oczywiście z czasem rodzice będą modyfikować te ustalenia, ale warto, by przynajmniej na samym początku sztywno trzymali się ustaleń, godzin i terminów. Jeśli tata lub mama umawia się, że odbiera córkę ze szkoły we wtorki i piątki, niech robi wszystko, by nie żaglować tymi terminami.

Czasem dzieci są wciągane jako rozjemcy do konfliktów pomiędzy rodzicami, bo ci nie mogą się sami dogadać?

– To niestety jest dla nich bardzo krzywdzące. Oczywiście idealnie by było, aby ludzie rozstawali się z klasą, by nie było kłótni i walki. Natomiast doświadczenie pokazuje, że wiele osób wikła swoje dzieci do tej bardzo nierównej walki. Dlaczego? Część rodziców bardzo długo przeżywa kryzys spowodowany rozstaniem. Ja się temu nie dziwię, bo pamiętajmy, że to jest druga z najbardziej stresujących sytuacji w życiu dorosłego człowieka, zaraz po śmierci bliskiej osoby, a przed utratą pracy. Dlatego trzeba dbać o swoje zdrowie psychiczne i dobrostan przy pomocy przyjaciół, rodziny, terapeutów, ale nie przy pomocy dziecka.

Nie wciągajmy ich w martyrologię rozwodową, nie opowiadajmy nadmiernie o swoich kłopotach. Syn czy córka to nie jest twój przyjaciel, któremu możesz się zwierzać.

Jak wprowadzać nowych partnerów do naszej rodziny?

– Przede wszystkim pamiętajmy, że nie każdy partner musi być od razu przedstawiany dziecku. Nie każdego trzeba wprowadzać w jego życie, bo to zazwyczaj łączy się z dużym przeżyciem i zachwianiem poczucia bezpieczeństwa. Niestety osoby rozwiedzione często boją się być same i mają tendencję do tego, by tuż po rozstaniu łapczywie poszukiwać „kolejnej drugiej połowy”.

A kiedy już znajdziemy partnera, czy powinniśmy powiedzieć o tym byłemu mężowi?

Znam takie rodziny patchworkowe, które po rozwodzie chodzą na wspólne obiady, a nawet wyjeżdżają razem na wakacje. Oczywiście pewnie takie „zjawiska” występują w przyrodzie w mniejszości, ale są możliwe. Natomiast jeśli w systemie rodzinnym pojawia się nowa osoba, która będzie pełnić funkcję ojczyma czy macochy, to moim zdaniem ten drugi rodzic powinien zostać o takiej sytuacji poinformowany.

Tym bardziej że w przypadku ojców, którzy po rozwodzie najczęściej spędzają ze swoimi dziećmi mniej czasu, to może być trudna informacja. W końcu dowiadują się, że inny mężczyzna będzie teraz widywał ich dzieci codziennie i miał realny wpływ na kształtowanie ich osobowości. Ale to też nie jest tak, że matka ma pytać byłego męża, czy może się z kimś związać. Nie popadajmy w skrajności.

Jak taki nowy partner powinien traktować dzieci?

– To zależy na co się umówimy i na co on jest gotowy. Zazwyczaj pary umawiają się, że partner nie będzie wychowywał ich dzieci, jedynie towarzyszył im po przyjacielsku w dorastaniu, nie podejmując ważnych decyzji i nie biorąc odpowiedzialności. Do mojego gabinetu często trafiają młode kobiety, które mówią: „jestem zazdrosna o dziecko partnera”. Tłumaczę wtedy, że jeśli weszła w związek z rozwodnikiem, to jako dorosła kobieta powinna pogodzić się z tym, że dziecko będzie dla niego najważniejsze.

Jedna z moich pacjentek opowiadała, że tak bardzo bała się odrzucenia przez dziecko i zazdrości ze strony jego mamy, że w ogóle nie angażowała się w pomoc w opiece nad trzyletnim synem partnera. Jednak ponieważ jej zależało na tym związku, zaczęłyśmy pracować nad relacją i asymilacją „ona – dziecko”.

Co robić, kiedy dzieci stają się niegrzeczne po rozwodzie?

– Po rozwodzie dziecko bardzo potrzebuje bezpiecznego przewidywanego świata. Ono się przyzwyczai do nowej sytuacji, ale zajmie mu to trochę czasu. Kiedy staje się niegrzeczne, to zawsze coś znaczy. Agresja czy przeciwnie wycofanie się to zazwyczaj reakcje zwrotna na to, co wydarza się wokół rozwodu. Może przeprowadzka jest bardzo stresująca? Może nastolatek stracił kontakt ze swoimi przyjaciółmi? Może jest świadkiem agresji między rodzicami albo wobec niego jest stosowana bierna agresja?

Jak taka bierna agresja może wyglądać?

– Kiedy matka wypytuje dziecko: „A co było u taty na obiad? W co on cię ubrał na przyjęcie u koleżanki? Co sobie kupił do salonu? Oooo, wróciłeś przez niego chory! Nie dba jak należy!” W takiej sytuacji młody człowiek czuje się fatalnie! Nie wolno wytwarzać poczucia lojalności u dziecka w stosunku do jednego z rodziców.

Przecież kontakt i z mamą i z tatą jest kluczowy do tego, by potem potrafiło zbudować własną szczęśliwą rodzinę. Niestety dorośli o tym zapominają.

Dlaczego córce i synowi tak bardzo potrzebny jest kontakt z ojcem?

– Stereotypowo rzecz ujmując, to matki częściej przejmują większą część opieki po rozwodzie. Chcę być sprawiedliwa, bo dziś wielu ojców potrafi znakomicie dbać o potrzeby dzieci. Ale wracając do pytania: ojcowie zazwyczaj uczą dzieci spontaniczności, odwagi, pewności siebie, nieprzejmowania się wszystkim.

Ojciec dla dziecka jest takim pierwowzorem mężczyzny. Jeśli wierzy w dziecko i daje mu pozytywne informacje zwrotne oraz „wypycha i ośmiela do świata” jest jak dobra szczepionka na lęk, kompleksy i niskie poczucie wartości.

Wiele kobiet ma kłopoty z puszczeniem kontroli. Po rozwodzie trudno zaakceptować, że nie mamy już wpływu, jak będzie ustawione łóżko naszego dziecka w domu u byłego męża. Jak sobie z tym radzić?

– No dobrze, ale teraz to już jest inny dom, inny ekosystem i były partner ma prawo sam podejmować pewne decyzje bez konsultacji z drugim rodzicem. Gdy dziecko ma rok, nie dziwię się, że kobieta martwi się, czy ono jest nakarmione, czy dobrze przewinięte. Z czasem jest już łatwiej, bo nastolatek sam potrafi postawić granice. Jeśli wydarzy się coś, co mu nie podoba się, opowie o tym drugiemu rodzicowi. Natomiast na wścibskie pytanie usłyszymy odpowiedź: „Nie wydzwaniaj do mnie. Jak wrócę, to ci opowiem”. Pacjentkom, które w weekendy dzwonią do swoich dzieci i wypytują je o szczegóły, psując ten czas: sobie, ojcu i dziecku, mówię: „Słuchaj, ty się już rozwiodłaś. Masz teraz bonus – dostałaś wolne, możesz z tym czasem zrobić, co tylko ci się podoba. To jest benefit tego rozwodu, korzystaj z niego. Matki pełnoetatowe tego nie mają.

Jeśli posiadamy przekonanie, że ojciec kocha dziecko i jak najlepiej dla niego chce, warto kierować się zasadą: „co z oczu, to z serca”. Mój apel jest taki: „To jest ojciec, dorosły człowiek, daj mu się zaopiekować i przejąć kontrolę”. I vice versa. Bo odwrotne sytuacje też się zdarzają.

***

Magdalena Chorzewska, psycholog, psychoterapeutka, coach, trenerka. Pracuję z pacjentem indywidualnym, grupowym, a także prowadzi szkolenia dla firm i instytucji. Jej pacjentami są zarówno dzieci, jak i nastolatki, ludzie dorośli, pary. Od 8 lat udziela się w mediach, współprowadzi program „Ślub od pierwszego wejrzenia” i była konsultantem psychologiem przy produkcji „Love Island” (TVN).

Magdalena Chorzewska


Psychologia

Czy on mnie kocha? Są sytuacje, kiedy wiadomo, że nie kocha! Dlaczego tak uwielbiamy się łudzić?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
26 lipca 2021
fot. martin-dm/iStock
 

Po co się łudzić, to pytanie retoryczne, wiem. Każda z nas, nieszczęśliwie i źle zakochanych racjonalnie wiedziała, że coś nie gra. Czuła. Gdyby jej przyjaciółka była w podobnej sytuacji, walnęłaby ją albo chociaż spytała cichutko: „Jak mogę pomóc Ci oprzytomnieć?”. Jeśli sprawa dotyczy nas, chwytamy się drobiazgów, tycich rzeczy, które on robi dobrze, bo może…

Ale przecież wiemy. Gdy byłam młodsza, leciałam do wróżki spytać. „Czy on mnie kocha?”. Albo zadręczałam przyjaciółki. Chociaż wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nie.

Prawda jest taka, że kobieta kochana czuje, że jest kochana. Nie musi o to nikogo pytać. To jest proste. A jeśli nie czuje, to widzi po drugiej stronie skruchę, chęć poprawy, zmianę zachowania. I naprawdę są sytuacje, kiedy jasno wiadomo, że on nie kocha i nie należy mu poświęcaj więcej czasu i myśli.

Po pierwsze: zostawił nas

Nie wiem, ale jesteśmy mistrzyniami w iluzji. Facet może nas zostawić, wziąć walizkę, zamknąć za sobą drzwi. Dopóki nie walnie nam między oczy: „Nie kocham cię, mam inną”, łudzimy się, że to tylko chwila. On kocha, ale zapomniał, że kocha. Ma kryzys męskości, wróci, oprzytomnieje. I nawet jak już wiemy, że mieszka z piękną (nie-piękną) blondynką/brunetką i tak się łudzimy, że to właśnie my jesteśmy miłością jego życia. Mnożymy przeszkody, przez które nie może z nami być. I często nienawidzimy naszych przyjaciółek, które mówią nam prawdę, a ufamy tym, które towarzyszą nam w tej iluzji.

Nie – jeśli nas zostawił, to nas nie kocha.

Po drugie: ma żonę

Kocham cię, ale nie mogę z tobą być, bo mam rodzinę. Kocham cię, ale jej nie zostawię, bo… Każdy zdradzający (kobiety zdradzające też) chce jednocześnie mieć ciastko i zjeść ciastko. Mieć stabilizację, rodzinę, a jednocześnie mieć odskocznię.

Słowa są po to, żeby zatrzymać tę trzecią, tego trzeciego. Mieć go w zanadrzu. Może zdradzający robią to nieświadomie, ale jednak robią. Najczęściej kłamią albo im się wydaje, że kochają. Tyle, że raczej jeśli się kogoś naprawdę kocha, chce się z nim dzielić codzienność. Nawet jeśli to się będzie wiązało z rewolucją w życiu.

Po trzecie: nie zależy mu na czasie z nami

On pracuje, jest zajęty. Ma dla nas godzinę wieczorem, co trzy dni. Na wakacje woli jechać z kimś innym, a w weekend spotkać się ze znajomymi, niż z tobą. Czy on mnie kocha? – zastanawiasz się. Nie, raczej nie kocha. Albo ma poważne problemy z bliskością. W obu przypadkach to nie jest chyba człowiek, któremu warto poświęcać czas.

Czasem warto odwrócić sytuację. Dla kogo my nie mamy czasu w swoim życiu? Najczęściej dla kogoś, kto nie jest naszym priorytetem. Wtedy zapominamy, odraczamy, mówimy, że później, że takie jesteśmy zajęte.

Ale dla chcącego nic trudnego. Nawet najbardziej zapracowany człowiek jest w stanie odpisać na sms, czy spędzić z kimś noc. Musi mu jednak na tym zależeć.

Po czwarte: nie dba o nasze potrzeby

Idealny partner, a na wakacje jeździcie tylko tam, gdzie on chce, spędzacie, jak on chce i generalnie to jego sprawy, potrzeby są w życiu najważniejsze?

Prosisz, żeby cię przytulił, wzrusza ramionami, nie ma na to ochoty. Oczywiście, nikt nie musi spełniać naszych życzeń i realizować zawsze naszych potrzeb, tak się nie da. Ale, kiedy ludzie są naprawdę blisko, starają się. I nawet jeśli w danym momencie odmawiają czegoś, robią to z empatią i wyrozumiałością.

Ktoś, kto nie dba o nasze potrzeby, lekceważy je, raczej naprawdę ma nas gdzieś…

Po piąte: nie uwzględnia nas w swoich planach

Mieszkaniowych, życiowych. I nie chodzi o to, że ktoś ma się nam oświadczać po miesiącu znajomości, chodzi o to, żebyśmy czuły się ważnym elementem czyjegoś życia, jeśli się nie czujemy, to znak, że komuś nie zależy. Po prostu.

***

Dlaczego napisałam o tym tekst? Bo bliska mi kobieta, mądra, racjonalna wpadła w emocjonalną pułapkę. A nie jest już nastolatką. Kiedy powiedziała dziś: „On mnie kocha, ale…”, pomyślałam: jak to jest. Mamy doktoraty, robimy kariery, kupujemy samodzielnie mieszkania, utrzymujemy siebie, dzieci, jesteśmy sprawcze. Jak to jest, że jeśli chodzi o „zakochanie”, tak niewiele z nas potrafi zachować zimną krew i racjonalny ogląd sytuacji. Tak łatwo nas zwieść, oszukać, omotać. I robimy wszystko, żeby nie stanąć twarzą w twarz z prawdą.

Dlaczego?

 

 


Psychologia

O czym tym mówisz? „O wszystkim, co jest wystarczająco ostre, by podciąć sobie żyły. Wystarczająco wytrzymałe, by się na tym powiesić. Wystarczająco rozpędzone, by pod to skoczyć”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
24 lipca 2021
fot. martin-dm/iStock

To anonimowy wywiad z maturzystką, która od blisko trzech lat choruje na depresję. Powinien przeczytać go każdy rodzic! Nastolatka prosi: „Proszę, słuchajcie tego, co do was mówimy. Im wcześniej zareagujecie, tym lepiej.”. Posłuchajmy więc…

Od jak dawna chorujesz?

– Mam dziewiętnaście lat, choruję na depresje od dwóch i pół roku.

Kiedy pierwszy raz poczułaś, że coś jest nie tak z twoim zdrowiem psychicznym?

– Kiedy miałam trzynaście lat, dostałam ataku paniki w szkole. To była jedna z pierwszych lekcji, w nowej klasie w gimnazjum. Nie wiedziałam, co się dzieje, nie miałam tez pojęcia, że to atak paniki. Nic nie słyszałam, dzwoniło mi w uszach, nie byłam w stanie się ruszyć. Coś jakbym była w tunelu, widziałam jedynie ograniczony fragment przestrzeni przed sobą. Paraliż poza rzeczywistością. Oddychałam tylko tyle, na ile można, powstrzymując płacz.

Czy ktoś ci wtedy pomógł? Czy nauczyciel zaprowadził cię do pielęgniarki, wezwał rodziców?

– Nauczycielka chyba się zorientowała, ale nic nie zrobiła. Pytała tylko, czy wszystko w porządku. Powiedziałam: „Nie mogę się skupić” i usłyszałam od niej: „Spróbuj się skupić, na ile możesz”. Lepiej zareagowali uczniowie, pytali, co mi jest. Ktoś mnie przytulił i tyle pamiętam.

Czy powiedziałaś o tym rodzicom?

– Nie! Nie uważałam wtedy, żeby to było istotne. Szkoła zawsze mnie stresowała, więc wydawało mi się, że to, co mi się wtedy przydarzyło, mieści się w granicach normalności.

Kiedy pierwszy raz powiedziałaś rodzicom, że chcesz iść na terapię?

– To był grudzień trzy lata później. Mam wrażenie, że wtedy moja mama nie uwierzyła jednak, że tego naprawdę potrzebuję. Poszłam więc do psychologa szkolnego, który mi powiedział, cytuję: „Wszystko jest normalne w tej nienormalności” i jakoś nie doszło do kontynuacji tych spotkań. Mam wrażenie, że to jest dość typowe – dopóki coś strasznego się nie wydarzy, rodzice jakby nas nie słyszą.

Rodzice moich niektórych znajomych są psychoterapeutami lub lekarzami i oni też nie zawsze reagują. Myślę, że trudno im uwierzyć i przyjąć do wiadomości, że ich dzieci mają problemy psychiczne. Pewnie musieliby wtedy część winy wziąć na siebie. Ale przecież taka choroba zazwyczaj nie jest z winy rodziców!

To czyja to wina?

– Niczyja! Przypisywanie komukolwiek winy w tym kontekście wydaje mi się bardzo niesprawiedliwe.

Jak myślisz, dlaczego masz depresję?

– Nie szukam winnych. To mi nie pomaga.

Nie jesteś zła na rodziców?

– Nie jestem zła za to, co robili. Jeśli jestem zła za to, czego nie zrobili. Mój ojciec właściwie zniknął z mojego życia, jak miałam dwa lata. Natomiast mama bardzo dużo pracowała i nie miała siły się mną zajmować. Wiem, że było jej trudno, ale ja potrzebowałam więcej opieki i czułości. Bardziej niż złość czuję żal do mamy, która nigdy nie wzięła na mnie L4, kiedy chorowałam, więc od małego uczyłam się, że nawet w chorobie muszę sobie radzić sama.

Jak ostatecznie trafiłaś na terapię?

– Zacznijmy od tego, że w połowie drugiej klasy gimnazjum zaczęłam się bardzo intensywnie uczyć do konkursu kuratoryjnego z języka angielskiego. Potrafiłam uczyć się do północy, a potem jeszcze od godz. 5.00 rano albo w ogóle nie kładłam się spać.

Pamiętam, że kiedyś uczyłam się w kawiarni, to był 22 grudnia. Podszedł do mnie mężczyzna w garniturze i spytał: “Dlaczego się uczysz? Przecież jutro nie ma szkoły.” Odpowiedziałam, że za dwa tygodnie już jest, a za rok mam ważny konkurs. Usłyszałam wtedy od niego: „Ty to daleko zajdziesz w życiu”. Nie czułam w tych słowach zagrożenia, tylko dumę. Nauka pomagała mi nie myśleć o problemach rodzinnych i ciągłej samotności. Dziś wiem, że w ten sposób odcinałam się od wszystkich negatywnych emocji. Nie rozumiałam, że to mnie może doprowadzić do wypalania.

Czy rodzice zmuszali cię do tej nauki?

– Nie, nigdy! Raczej nie byli zaangażowani i nie widzieli, ile się uczę. Pamiętam, że mama nawet krzyczała na mnie, żebym sobie trochę odpuściła, ale wydawało mi się, że ona nie wie, o czym mówi, że dorastała w innym świecie. Teraz wymaga się od nas w szkole coraz więcej. Jak obserwuję, ile moja 13-letnia przyrodnia siostra ma zadawane, widzę, że wymagania nieustannie rosną. Serio, to jest jeszcze więcej niż ja miałam na swoich barkach, gdy byłam w jej wieku.

Wrócimy do pytania, kiedy poszłaś na terapię?

– Po pierwszym semestrze w liceum poczułam się już tak wyczerpana, że wiedziałam, że bez pomocy nie pójdę dalej. To była czysta rozpacz i bezsilność. Pamiętam, że w gimnazjum jeszcze byłam bardzo zmotywowana. Codziennie wstawałam o godzinie 5.00, robiłam owsiankę z owocami, piłam wodę z cytryną, powtarzałam materiał do sprawdzianu i szłam do szkoły. A po pierwszym semestrze w liceum, byłam w stanie już tylko umyć zęby i użyć dezodorantu przed wyjściem z domu.

Kiedy rodzice zorientowali się, że coś jest nie tak?

– Mój ojciec nie wie o tym do dzisiaj. Nie rozmawiamy do kilku lat. Natomiast mama zorientowała się, jak pojechałyśmy na ferie zimowe. Wtedy się przeraziła. Zauważyła, że spałam bez przerwy i nic mnie nie cieszyło. Na początku myślała, że jestem przemęczona i że to normalne, ale kiedy nic się nie zmieniło po tygodniu, powiedziała, że po powrocie do Polski idziemy natychmiast do lekarza.

Szybko dostałaś pomoc?

– Nie. Miałam wtedy 16 lat, więc trzeba było znaleźć terapeutę i psychiatrę dziecięcego. To było trudne, bo kolejki do prywatnych specjalistów są bardzo długie nawet w Warszawie. Na NFZ to już w ogóle nie można liczyć. Pamiętam, że jak dostałam się do psychiatry, to już nie byłam w stanie wstawać z łóżka i chodzić do szkoły. Czekałam na swoją wizytę dwa miesiące. Byłam wrakiem.

Od razu ci pomógł?

– Nie, absolutnie. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy do leczenia depresji u dzieci zarejestrowane były tylko dwa leki w Polsce. Ten, który mi najpierw przepisano, nie pomógł. Dopiero po trzech miesiącach moja mama mogła podpisać zgodę na zastosowanie u mnie leku przeznaczonego dla dorosłych. Po pół roku poczułam się trochę lepiej. Znów mogłam chodzić do szkoły.

Jak długo chorowałaś w łóżku?

– Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie przez trzy lata liceum chodziłam do szkoły w kratkę. Moja frekwencja nigdy nie spełniała wymagań szkolnego statutu. Były takie momenty, że trzy miesiące leżałam w łóżku i całą swoją energię pożytkowałam na utrzymanie się na powierzchni, by w ogóle zdać.

To bardzo specyficzne liceum w Warszawie, z wysokimi wymaganiami. Z niektórych przedmiotów wymagano od nas co najmniej czwórki na koniec roku, by kontynuować naukę tego przedmiotu w następnym roku. Nie radziłam sobie z taką ilością stresu.

Jak się czułaś w tych najtrudniejszych momentach depresji?

– Najchętniej to bym cały czas spała, moje ciało było jakby obłożone kamieniami. Zamiast przedmiotów widziałam potencjalne narzędzia do popełniania samobójstwa.

Jak to? O czym tym mówisz?

– O wszystkim, co jest wystarczająco ostre, by podciąć sobie żyły. Wystarczająco wytrzymałe, by się na tym powiesić. Wystarczająco rozpędzone, by pod to skoczyć.

Co cię powstrzymało?

– Próbowałam myśleć, że to nie są tak naprawdę moje myśli, że są to myśli spowodowane chorobą. (długa pauza) Poza tym wierzyłam w swoją siłę, że jakoś to przetrwam i że terapia kiedyś zacznie działać, mimo że na tamtą chwilę mi nie pomagała.

Czy możesz opowiedzieć o swojej terapii?

– Tak naprawdę, dopóki nie miałam dobrze dobranych leków, to psychoterapia niewiele mi dawała. Na samym początku płakałam przynajmniej przez 80% czasu przeznaczonego na spotkanie. Bywało, że przychodziłam na terapię już zapłakana. Nawet nie mam pretensji do tamtej terapeutki, bo sama nie wiem, jak można było pomóc osobie w takim stanie, w jakim wtedy byłam. Potem trafiłam na terapię grupową dla nastolatków. Ona mi dała najwięcej wsparcia.

Czy twoje pokolenie wstydzi się mówić o zaburzeniach psychicznych?

– Dla mnie mówienie o depresji wydaje się normalne. Kiedy zachorowałam, zupełnie nie byłam świadoma, że w tej kwestii także istnieją normy społeczne, że to może być temat tabu i dlatego nie wstydziłam się swojej choroby, nie wstydziłam się też nigdy płakać w miejscach publicznych.

Był taki czas, że dzień w dzień płakałam całą drogę w autobusie do szkoły. To było zadziwiające, że nikt nie spytał, czy mi pomóc. Wyobraź sobie, że jedzie obok ciebie dziewczyna i płacze 40 minut. Też byś jej o nic nie spytała?

Chyba nigdy nie przyszło mi to do głowy. Obiecuję, że to zmienię.

– Myślę, że w takich chwilach to może dla kogoś dużo znaczyć.

Czy na koniec mogę cię spytać, kiedy zobaczyłaś światełko w tunelu?

– Dopiero po zdaniu matury. Wtedy nabrałam do płuc pierwszy pełny oddech od dawna. Nie mogę powiedzieć, że już poradziłam sobie z chorobą. Chcesz usłyszeć, że już czuję się dobrze? Nie mam dla ciebie puenty, która wszystkich na koniec pocieszy.

Czy wielu z twoich znajomych i przyjaciół ma podobne kłopoty?

– Nigdy przed nikim nie ukrywałam, że choruję na depresję. Zdrowie psychiczne było zawsze w moim gronie znajomych jednym z ważniejszych tematów rozmów. Przynajmniej dziesięć osób z mojego otoczenia również leczy lub leczyło się u psychiatry. Ale muszę powiedzieć, że depresja u chłopców traktowana jest mniej poważnie.

Nauczyciele często uważali ich za leniwych, a dziewczyny z depresją widzieli jako te potrzebujące pomocy. A może to kwestia tego, że chłopcy nie mówili o swoich trudnościach tak bezpośrednio, sama nie wiem.

Czy depresja jest modna wśród nastolatków?

– Nie spotkałam się z tym osobiście. Jeśli ktoś w ten sposób chce na siebie ściągnąć uwagę albo zaskarbić sobie sympatię, postępuje okropnie i jest to krzywdzące dla osób, które latami zmagają się z depresją. Ale warto też się zastanowić, co może się za tym kryć.

Wyobrażam sobie, że skoro takie osoby chcą być chore i przynależeć do grupy, której nie są częścią, też mogą cierpieć i mieć ku temu swoje skomplikowane powody. Uważam, że o wiele bardziej szkodliwe jest kwestionowanie czy bagatelizowanie czyichś zaburzeń psychicznych.

Ktoś ci nie wierzył, że chorujesz? Ktoś to poddawał pod wątpliwość?

– Tak, pewnie. Dziś rodzice myślą, że młodzi dramatyzują, że wymyślają nieistniejące problemy. Mówią swoim dzieciom, że dorastanie jest trudne, że sami przechodzili przez różne zawirowania jako nastolatkowie. Myślę, że może boją się, że wychowali dzieci leniwe albo nieporadne. Proszę, słuchajcie tego, co do was mówimy. Im wcześniej zareagujecie, tym lepiej. Błagam, nie czekajcie, aż będzie za późno.


Zobacz także

„I tak cię nie kochałem”, czyli co możesz od niego usłyszeć, gdy podejmiesz decyzję o rozwodzie

My, kobiety, cierpiętnice. Kiedy poświęcasz się za bardzo, nigdy nie będziesz szczęśliwa

Wybaczyć czy odpuścić?