Psychologia

Jak córki narcystycznych matek liżą rany?

Poli Ann
Poli Ann
7 maja 2021
Photo by Sydney Sims on Unsplash
 

Brak miłości, ciągła krytyka, ośmieszanie, wbijanie szpil, niedocenianie jakich doświadczały od najmłodszych lat, mają olbrzymi wpływ na ich psychikę. A to znów piętnuje te dziewczyny jako te, które na miłość matki nie zasłużyły, bo nie dorastały jej do pięt. Najtrudniej jest im chyba uświadomić sobie, że matka nigdy ich nie kochała i że jej działanie było celowe.

NARCYSTYCZNA MATKA – KIM JEST?

Mianem takiej matki określa się rodzicielkę, która nie jest zdolna do uczuć wobec drugiej osoby, nawet do własnych dzieci. Pozbawiona empatii i współczucia, wysoce egoistyczna traktuje innych ludzi jak narzędzia służące do osiągnięcia celu. A celem tym jest WUW – wizerunek, uwaga i władza. Jak to rozumieć? Narcystyczna matka mając szalenie niskie poczucie własnej wartości, do którego za nic na świecie się nie przyzna, desperacko walczy o utrzymanie idealnego wizerunku. Chce być postrzegana jako osoba tylko o pozytywnych cechach – sympatyczna, wesoła, zaradna, pracowita, bezkonfliktowa, świetnie zorganizowana, opanowana, atrakcyjniejsza fizycznie od swojego otoczenia. Uwielbia wywoływać efekt „wow” w oczach innych, chce być podziwiana, wzbudzać zachwyt i zazdrość, a co z tym się ściśle wiąże, żąda od najbliższych ciągłej uwagi, chce być w centrum wszechświata, skoro jest taka perfekcyjna.

Bardzo często wyolbrzymia swoje zalety, zasługi, dokonania. W jej mniemaniu jest znakomita we wszystkim, czego się dotknie. Ma zaburzony obraz swojej osoby, nie potrafi przyznać się do błędu, nie akceptuje faktu posiadania wad. Cechuje ją także niezdrowe wręcz poczucie własne wartości (wypiera własne kompleksy). Uważa, że tylko wybrane osoby mogą się z nią przyjaźnić, być z nią w relacji, jednak co ważne, nie mogą to być osoby lepsze od niej. Muszą być odpowiednio „słabsze” tak, by ona mogła przy nich błyszczeć.

A co ma do tego władza? Otóż narcystycznej osobie nie chodzi jedynie o przeglądanie się w czyichś oczach. Jej chodzi o manipulowanie innymi, dowartościowanie się ich kosztem,    bazowanie na ich zachwycie celem zdobycia korzyści dla siebie. W ten sposób ona utwierdza się w przekonaniu o swojej wyjątkowości.

DLACZEGO CÓRKA?

W przypadku narcystycznej kobiety idealną ofiarą jest jej własna córka, wpatrzona w perfekcyjną i wymagającą matkę, wciąż niemogąca jej dorównać ani zasłużyć na uznanie w jej oczach. Narcystycznej matce nie chodzi o zmotywowanie własnego dziecka do działania. To nawet nie jest nieświadome działanie. Ona robi to z zimną krwią, wykalkulowaną premedytacją tylko po to, by żywić się strachem ofiary. Córka narcystycznej matki kocha ją, ale i się jej boi. Podziwia i odczuwa lęk przed brakiem akceptacji z jej strony. Jest często jest krytykowana za bycie nie dość perfekcyjną. Zawsze czegoś jej brakuje, gdzieś popełni błąd, w swoim mniemaniu jest wybrakowana, a reakcje i postępowanie narcystycznej matki tylko utwierdza ją w tym przekonaniu. Dlaczego? Bo córkę traktuje jak potencjalną rywalkę. Taka matka z poczuciem własnej wartości na poziomie zero panicznie się boi, że to córka za chwilę odbierze jej uwagę otoczenia, stąd też usilnie stara się zepchnąć ją na drugi plan, by samej wciąż błyszczeć i dzierżyć berło.

NARCYZ = BRAK EMPATII

Choć taka kobieta jest matką i powinna z definicji kochać swoją córkę ponad wszystko, wspierać ją, pomagać jej, motywować, chwalić i być z niej dumna, to nie potrafi okazać swojej latorośli empatii. Nie jest w stanie się dostroić emocjonalnie do świata jej uczuć. One jej po prostu nie obchodzą, gdyż liczy się tylko i wyłącznie jej dobre samopoczucie, które osiąga dzięki kontroli, jaką ma nad córką. Manipuluje nią z łatwością, gdyż ta ją po prostu kocha, a potrzeba akceptacji w nią (córkę) po prostu wdrukowana. Narcystyczna matka ma jednak swój cel. Sfocusowana jest tylko na sobie. Panicznie boi się utraty latami wypracowanego wizerunku, stąd też z zajadłością krytykuje i osądza swoją córkę, zamiast się nią opiekować i wspierać. Nie odczuwa wobec dziecka bezwarunkowej miłości. Ją czuje tylko do siebie.

JAK CÓRKI NARCYSTYCZNYCH MATEK FUNKCJONUJĄ JAKO MŁODE KOBIETY?

Psychologowie podkreślają, że córki narcystycznych matek zazwyczaj obierają dwie diametralnie różne ścieżki w swoim życiu. Pierwszą z nich jest droga ku zostaniu „superbohaterką”. Takie dziewczyny szalenie ciężko pracują i za wszelką cenę chcą osiągnąć sukces, by udowodnić swoją wartość, którego poczucia były pozbawione przez całe dzieciństwo. Jest im ciągle mało i choć wzbudzają zachwyt w otoczeniu same nie czują się takie wspaniałe. One nigdy nie zasłużyły na pochwałę z ust matki, stąd też tak trudno im uwierzyć w dobre słowo, kierowane do nich od innych osób. Są pełne kompleksów, nie wierzą we własne możliwości, rezygnują przy pierwszej porażce nauczone wzorem z dzieciństwa, że matce i tak nie są w stanie ani dorównać ani matki zadowolić.

Niektóre z tych dziewczyn funkcjonują tak latami, spalając się i nigdy nie czując satysfakcji bez względu na to, czego by nie zrobiły i jakich sukcesów by nie osiągnęły. Popadają w depresję, stany lękowe i dopiero na kozetce u psychoterapeuty dowiadują się prawdy o swoim życiu. Inne kobiety same odkrywają toksyczny wpływ matki na ich życie. I tylko poprzez całkowite odcięcie się od narcystycznej rodzicielki, są w stanie funkcjonować normalnie i cieszyć się życiem.

Zdarza się także, że kobiety te powielają system wychowania, w jakim dorastały. Same są chłodne wobec własnych dzieci, nie liczą się z ich uczuciami, gdyż nie zostały tego nauczone. Schemat jest prosty – narcystyczna matka kreuje swoja następczynię. Kolejną ze wspomnianych diametralnych dróg, wybieranych przez córki narcystycznych matek jest sabotaż swoich osiągnięć i poddanie się. Te dziewczyny twierdzą, że mama miała rację co do ich wybrakowana, szukają więc pociechy w narkotykach, alkoholu, seksie, zakupach. Zapadają na anoreksję, bulimię lub przedstawiają inne destrukcyjne zachowania, które niejako są potwierdzeniem matczynych słów: „nie jesteś wystarczająco dobra”.

Lizanie ran zatem przez córki narcystycznych matek wygląda różnie i każde z nich jest działaniem szalenie wyczerpującym fizycznie i psychicznie, a nawet aktywnością autodestrukcyjną. Brak miłości, ciągła krytyka, ośmieszanie, wbijanie szpil, niedocenianie, jakich doświadczały od najmłodszych lat mają olbrzymi wpływ na ich psychikę. A to znów piętnuje te dziewczyny jako te, które na miłość matki nie zasłużyły, bo nie dorastały jej do pięt. Najtrudniej jest chyba tym kobietom uświadomić sobie, że matka nigdy ich nie kochała i że jej działanie było celowe. Przecież rola rodzicielki winna być zupełnie różna od tej, jaka prezentowała narcystyczna matka.

Wyjściem na prostą zatem w przypadku córek nigdy nie jest proste. Niektórym kobietom nigdy się to nie udaje. Całe życie przeżywają w przeświadczeniu, że nie są wystarczająco doskonałe. Przez myśl im nawet nie przejdzie, że winę za takie samobiczowanie się ponosi ich własna matka. Innym zaś odzyskanie wewnętrznego zajmuje lata. To też efekt psychoterapii, wychodzenia z depresji czy uzależnień i jest możliwe tylko i wyłącznie poprzez zerwanie kontaktu z osobą, która dała im życie, powinna kochać bezwarunkowo, a tak naprawdę wykorzystywała dla osiągnięcia własnych korzyści doprowadzając do na emocjonalne dno. Ważne jest jednak, że odbicie od niego jest długotrwałe, ale możliwe.

Źródło: cplwowska.pl/narcystyczna-matka/


Psychologia

„A, bo to jedynaczka… Egoistyczna, samolubna, skupiona na sobie, rozpieszczona, niesamodzielna. Szkoda słów!”

Poli Ann
Poli Ann
11 maja 2021
7 rzeczy, których NIE musisz robić, żeby być szczęśliwą
Fot. iStock
 

Ludzie kochani, jak rodzeństwa się nie ma to serio trzeba być rozpuszczonym jak dziadowski bicz egoistą? O losie! No krew mnie zalewa. Co wiadomo do cholery, ja się pytam uprzejmie??? Bo jak siostry się nie ma albo brata to co, od razu samolub ma być? Nieogarnięty? Zapatrzony w siebie i swoje potrzeby, nie nieorganizowany? Arogancki, z nosem zadartym tak, że się chmury przestawia?


Jest się wtedy pasożytem, wykorzystującym innych ludzi? Na litość boską! Obojętnie, czy jedynak czy tez jedynaczka, to już z założenia ma być złym człowiekiem? Ja też jestem jedynaczką. Iiiii? W nosie mam co mówią, w końcu. Nie będę się tego wstydzić! Choć i tak na pamięć znam te wymowne spojrzenia. No tak, rozpuszczona jak dziadowski bicz, pyskata, leniwa i dumna. Księżniczka na ziarnku grochu z nosem na kwintę i służbą u boku. Egoistka widząca tylko swoje potrzeby. Ot co!

No do jasnej Anielki! Aż mnie strzela, nie powiem już co! Owszem rodzeństwa los mi poskąpił. Nie wchodzę w szczegóły czemuż to moi rodziciele się o nie nie postarali. Nie mam to nie mam. Mea culpa? Życie, co począć, skoro oni nie poczęli?

I tak, miałam swój pokój. Doceniam. Nawet bardzo. Pamiętam koleżanki, które dzieliły swoją przestrzeń z bratem i każdego dnia staczały bójki o swoje centymetry kwadratowe. Ale żebym w luksusach opływała? Bez przesady. Zwykła dziewczyna z blokowiska. Uczennica wielkiej szkoły. Stała bywalczyni trzepaka i podwórka. Z kluczem na szyi. Rodzice chuchali na mnie tylko jak leżałam w inkubatorze i jak źle przechodziłam ospę. Nie chwalili za dużo, żeby mi się w głowie nie poprzewracało (a jednak!). Nie pamiętam, żeby mnie wyręczali.

Na kolonie i obozy jeździłam od siódmego roku życia. Radziłam sobie świetnie. I o dziwo wcale nie tęskniłam ani nie płakałam za mamą, jak to wiele moich mających rodzeństwo koleżanek. O tak, te to wyły całe dnie, podczas gdy ja brudna latałam po drzewach, bawiłam się w berka i w chowanego, skakałam przez ognisko i wygrywałam kolonijne konkursy. Mój pokój zawsze miał pierwsze miejsce w konkursie czystości. Raz nawet wszystkie ubrania wyprałam, ręcznie nadmienię, żeby już mamie kłopotu po powrocie z kolonii nie robić. I prawie by było idealnie, gdyby nie fakt, że nie do końca mi ręczniki poschły i torba, a raczej jej zawartość, po paru godzinach podróży autokarem nie była najświeższa:) Miałam 8 lat.

Do szkoły chodziłam na pieszo jak inne dzieciaki. Nikt mi tyłka nie podwoził, choć tata po jakimś dorobił się auta. Nie kupowano mi wszystkiego, co bym tylko chciała. W domu biednie nie było, ale też się nie przelewało. Trzeba było zasłużyć, poczekać, czasem uzbierać oszczędności i dołożyć do wymarzonej zabawki, kasety czy butów.

Miałam dobre stopnie. W nauce mama pomagała mi chyba w pierwszej i drugiej klasie. Potem już nie wiedziała, co to znaczy uczenie się z dzieckiem. Ogarniałam wszystko sama. Co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. W wieku 10 lat wynegocjowałam kieszonkowe i uczyłam się gospodarowania pieniędzmi. Pamiętam jak mama mówiła, że na kolonie pieniędzy mi nie da. Mam sama odłożyć. Więc ja cały rok ciułałam, by potem było na lody i pamiątki. Zawsze starczyło.

W domu miałam swoje obowiązki. A jakże. Sobota to był mój dzień. Gdy jeszcze nie nikt nie marzył o supermarketach, ja rano ganiałam po osiedlu z listą zakupów. Wiedziałam doskonale, co, gdzie i za ile kupić. I nigdy nie zabrałam mamie reszty. Oddawałam co do grosza.  Ścierałam kurze, myłam naczynia, zdejmowałam pranie, obierałam ziemniaki na
obiad, czyściłam łazienkę, zamiatałam korytarz, wynosiłam śmieci. Jak wszystkie inne dzieciaki. Nikt mnie na rękach nie nosił.

Dostałam się do świetnego liceum. Nigdy nie miałam uwagi. Znów co roku pasek. Jak chciałam, żeby mama mi kupiła super bluzę to często dokładałam ze swoich oszczędności. Nie chciałam od rodziców ciągnąć pieniędzy. Byłam dumna. I tak mam do dziś.

Na studia dostałam się bez problemu. Rodzice przelewali mi jakąś kwotę na przeżycie. Raz starczyło, raz nie. Trzeba było sobie radzić. Na drugim roku zaczęłam pracować. Byłam spokojna, że w razie kłopotów, do rodziców po kasę nie zadzwonię. W akademiku i na stancji odnalazłam się praktycznie od razu. Dostosowałam się do panujących zasad i wsiąkłam w życie studenta. I wiele razy słyszałam: Ty jedynaczką? Nie wyglądasz.

A co to w ogóle znaczy?! Ja się pytam. Jak wygląda jedynaczka? Ma być gruba czy chuda? Włosy proste czy kręcone? Jasne, a może ciemne? A charakter? Jedynak nie może być samodzielny i pracowity? Musi ciągle mieć mamę przy sobie, nawet jak pani w dziekanacie jest niepomocna? Ma dostawać dodatkową kasę, gdy tylko zapragnie? I sam cv też nie napisze? Jeszcze pewnie do toalety z kimś powinien chodzić, żeby mu się nic nie stało.

To ja Wam powiem, że wyjechawszy na studia, zaczęłam dorosłe, niemal samodzielne życie. Rodziców nie interesowało nic. Ja płaciłam rachunki, za bilety, książki i jedzenie. O dziwo przeżyłam! Serio. Cała i zdrowa. Skończyłam studia. Dostałam pracę. Dziś mam mieszkanie na kredyt jak większość równolatków.

Założyłam rodzinę. Dałam radę. Niesamowite! Przecież jestem jedynaczką. Nie powinnam była, nie? Teraz staram się by to role się odwróciły. Żebym to ja była dla rodziców
wsparciem, a nie wciąż czekała z wyciągniętą dłonią na prezenty. Co roku mam problem z pytaniem, co chcę na urodziny. Bo w sumie dali mi tyle, że ja nic nie potrzebuję. A ciuchy, kosmetyki czy książki mogę kupić sobie sama.

Tak jestem jedynaczką. Będę zdana na siebie, gdy rodzice nie będą domagać i gdy ich zabraknie. I dam radę, bo na szczęście nie trzymali mnie pod kloszem, dali mi po prostu wędkę i co złowiłam, to moje.  Jestem jedynaczką. Mam grono przyjaciół. Umiem pomagać. Odnoszę i porażki, i sukcesy. Jestem ambitna. Stawiam sobie cele i do nich dążę.  Dziś od rodziców chcę tylko, żeby byli. Czasem przytulili czy otarli łzę. Ja z całą resztą sobie poradzę. Nie ma innej opcji. W końcu jestem jedynaczką:)


Psychologia

„Zapomniałem Ci powiedzieć, kotku, mam żonę.” Czemu tak fajna i ciepła dziewczyna tak źle trafia?

Poli Ann
Poli Ann
1 maja 2021

Zośka to taka fajna dziewczyna. Jest naprawdę ładna. Długie kasztanowe włosy, piwne oczy, smukła sylwetka, piękne dłonie i szalenie przyjemny głos. Jest serdeczna i pomocna. Razem studiowałyśmy. Więc wiem, że jest ambitna (w granicach zdrowej normy) i zdolna. I normalna. Podkreślam to na czerwono!!!

Zosia jest rozwódką. Uciekła od męża chorego psychicznie, który przez lata zgotował jej piekło. Znęcał się nad nią emocjonalnie. Szydził, wyśmiewał, poniżał. Krytykował w niej wszystko. Kolor włosów i ich długość, figurę, styl ubierania. Nawet paznokcie miała nie w tym kształcie, a rzęsy jej były ponoć za krótkie. Gdy, mając małe dziecko, skończyła drugie studia, też znalazł powód, by ją wyśmiać. Co to za studia, prywatne, zaoczne. Polibuda to jest to, a ona tylko szkoła wyższa i psychologia na dodatek. Kierunek dla nieudaczników życiowych. Zresztą kim ona jest? Pracuje w przedszkolu. Każdy przecież może, tylko nie każdy taki głupi, by z czyimś dzieciakami się użerać.

Gdy ich córka miała 4 lata i zaczęła rozumieć, że teksty typu „Ty tłusta krowo” (a Zośka ważyła już 50 kg przy 172 cm) są obraźliwe, dziewczyna spakowała dumę do kieszeni i wróciła do rodzinnego miasteczka do rodziców. Wychudzona, znerwicowana, podskakująca na zgrzyt klucza w zamku. Każdy pocieszał, dawał dobre rady, jak umiał.

Ładna jesteś, młoda, jeszcze się ułoży.

Dobrze, że dziecko małe, to jak znajdzie drugiego męża to szoku nie będzie.

Jakby mąż był gwarantem szczęścia i receptą ma nie. Co za idiota tak myśli.

Rozwód to była gehenna. Mąż nie stawiał się w sądzie. Opłacał fałszywych świadków. Kłamał, oczerniał ją, walczył o dziecko, potem odpuszczał. Zafundował Zosi niezły rollercoaster. Dopiero po dwóch latach zdobyła wymarzony papierek. Była wolna. Jeszcze niespokojna. Płochliwa i nieufna. Za ładna, by koleżanki mężatki ją do siebie zapraszały, bo jak wolna to może, nie daj Bóg, męża odbije albo choć na romans namówi. Cholera wie. Lepiej dmuchać na zimne, a nie żeby czyjś mąż, nie daj Boże, ją…

Zośka znalazła więc nowe grono. Rzuciła się w wir pracy i wolontariat. Żyły sobie z Zuzią coraz spokojniej, bez lęku, że eks się zjawi i zacznie krzyczeć bez powodu albo ciągnąć ją po podłodze za włosy, bo brudno jest, to z bliska może zauważy.

Po 9 latach Zośka jest nadal piękna. W kwiecie wieku. Pewna siebie, silniejsza. Miała dwa poważniejsze związki. Trzeci właśnie się kończy. I, do jasnej ciasnej, nie wiem czemu taka fajna i ciepła dziewczyna tak źle trafia.

Pan nr 1 „Zapomniałem Ci powiedzieć kotku, mam żonę”

Poznała go przypadkiem. Kilka razy na siebie wpadli. W piekarni. W supermarkecie i na stacji benzynowej. Więc zaproponował kawę. Podobał się jej. Starszy, szpakowaty, przystojny, z klasą. Spokojny, bystry. Dobrze wykształcony. Adorował ją. Kawy stawały się coraz częstsze. Rozmowy na messengerze też. Pojawił się dotyk. Pierwsze pocałunki. W łóżku on był taki delikatny i opiekuńczy. Spędzała u niego sporo czasu. Ładny surowy loft w nowym bloku. Bardzo męskie, ale gustowne mieszkanie. Czarne fronty w kuchni. Betonowe ściany. Cegła jako ozdobnik. Granatowa sypialnia. Ciemna pościel. Brakowało tam kwiatów, miękkich poduch, zasłon i delikatnych firan.

Romans kwitł. Aż pewnego dnia usłyszała: „Zapomniałem Ci powiedzieć, kotku, mam żonę. Mieszka zagranicą, robi tam doktorat i przyjeżdża tu na urlop. Spakuj więc proszę swoje rzeczy na dwa tygodnie.”

Zośkę wbiło w podłogę. Zatkało. Zmroziło. Zalała ją fala gorąca. Zrobiło się słabo i jednocześnie miała ochotę wrzeszczeć.

Wzięła spokojnie swoje rzeczy. Zostawiła klucz i zamknęła ten rozdział. Łzy płynęły po polikach tygodniami. Zaangażowała się, zaufała. Nie nosił obrączki, w mieszkaniu żadnych zdjęć, damskich ubrań i kosmetyków. Nie ukrywał się, gdy szli do kina czy restauracji. Fejsa nie uznawał, konta więc nie miał. Skąd mogła wiedzieć?
Próbował dzwonić, wyjaśnić. Nie chciała z nim rozmawiać. Bo o czym? Kiedy może z powrotem przynieść swoje rzeczy? Ma udawać, że żony nie ma, a nawet jeśli nie ma, to ona gdzieś jest. I jest żoną do cholery.

Nie tak dawno pocieszała przyjaciółkę, którą zdradził mąż. Z jakąś suką. Zośka się tak teraz czuła. Jak suka. Nieświadomie całowała czyjegoś męża. Budziła się obok niego. Dzieliła poniekąd życie. Może i po cichu marzyła o poważniejszej relacji.

Śladu innej kobiety nie było wokół niego. Mimo to bolało. Własna naiwność, głupota.
Zaczęła ćwiczyć, by nie myśleć. Kiler Chodakowskiej był najlepszy na niemyślenie. Poprawiła sylwetkę. Po jakimś czasie ułożyła emocje. Wykasowała jego numer i jego obraz ze swojej głowy. Był spokój. Do czasu…

Pan nr 2 „Co będzie na kolację?”

Zośka nie jest tak zdesperowana, by szukać na portalach randkowych czy Tinderze. Nie szuka w ogóle. Powoli wylizuje się z ran. Mężczyźni najczęściej chcą seksu. Jest bardzo atrakcyjna. Uwielbia tańczyć. Na dyskotekach ustawia się do niej kolejka. Ale scenariusz zawsze ten sam.
Pójdziemy do mnie/Ciebie?

Wynajmę nam pokój, chcesz?

Nie żeby czekała, że na zwykłej dyskotece pozna rycerza na białym koniu. Szokuje ją to, jak bezpośrednie są to propozycje. I zastanawia, czy kobiety faktycznie na to się łapią. Czy mają nadzieję, że po seksie lepszym lub gorszym, nie wiadomo czy bezpiecznym, coś będzie?
Czy po prostu dla sportu idą do łóżka z nieznajomym. Nie żeby kogoś rozliczała czy grała sumieniem. Dziwiła się.

Więc nie szukała nikogo. Sam się znalazł. Kolega z wolontariatu. Nie mogli się nagadać, ale fizycznie jej nie pociągął. Ona jego i owszem. Nie ma się co dziwić z jej seksapilem. W łóżku wylądowali po roku. Lubiła go. Łączyła ich więź. Silna. I przyjaźń. Chyba.

W łóżku szału nie było. Szczerze mówiąc to tragedia. Ale może się chłopina zestresował, jak zobaczył, jaka jest piękna. Dostał więc więcej szans na rozkręcenie. Rozkręcił się, ale nie w alkowie niestety. Przychodził do niej, jadł, ze dwa razy spał. Róż rozsypanych po podłodze ani świec zapalonych w mieszkaniu nie oczekiwała. Bez przesady, życie to nie komedia romantyczna. Ale mógłby coś kupić do jedzenia albo, gdy robiła mały remont, jakoś pomóc. Tak po ludzku, jak przyjaciel. A on, gdy Zośka tachała na 2 piętro raz po raz jakieś pudła, to nie dość, że z kanapy szanownych czterech liter nie ruszył, to jeszcze zawołał: „Co będzie na kolację?”. No kura przez W! Niemal go zdzieliła pudłem przez łeb. W gadce nawet mocny, w wolontariacie się udzielać potrafi, ale żeby pomóc, nie wyręczyć, to już za wygodny. Nie mówiąc o tym, że Zośki porządnie przelecieć nie umie.

„Jeść się chce? To se zrób.” Tak mu wypaliła.

Ruszył swoje szanowne ciało z kanapy, oświadczył, że wychodzi. Klucze kazała mu zostawić. Nawet się nie obejrzał, taki był pan wzburzony jej wybuchem. Wysłał jedynie sms, że go rozczarowała. Jak się uspokoi, to wróci. Jeszcze czego.

Jej się nawet odpisywać nie chciało. Na wolontariat nie poszła przez dwa tygodnie. On ponoć zrezygnował. I całe szczęście, że zniknął jej z życia. Nie przeżywała zbytnio. Zła była tylko, że intuicji nie słuchała. Z kumplem do łóżka się nie idzie i nie próbuje stworzyć związku na siłę. Tym bardziej, że on dopiero po czasie pokazał, jak postrzega kobiety. Zatem powodzenia w szukaniu kelnerki + kucharki = idiotki.

Pan nr 3 „Nic nie mogę ci obiecać „

O pseudo-przyjacielu szybko zapomniała. Żyła swoim życiem, w normalnym rytmie. Praca, dom, dziecko, wolontariat, czasem kawa/wino z koleżankami. Tylko wieczorem, zasypiając sama czuła smutek. Bezkresny, który siadał jej na piersi i miażdżył swoim ciężarem. Pomagał płacz. Zasypiała ze zmęczenia. I tak powtarzało się co jakiś czas. Przyjaciółki narzekały na mężów. A ona siedziała cicho. Chętnie by sobie na kogoś ponarzekała. Czasem chciałaby mieć z kim się pokłócić, by potem się godzić i iść na spacer, obejrzeć film, zjeść kolację, ale wszystko to robiła sama. Czasem z Zuzią, którą kochała najmocniej na świecie, ale miłość do dziecka nie była w stanie zapełnić tej pustki w jej sercu, którą mógłby zapełnić mężczyzna.

Rozczarowana znów poznała kogoś, gdy przestała wierzyć, że jacyś wolni faceci chodzą po tej planecie.

Czekała na autobus, który nie przyjeżdżał. Lało jak z cebra, a ona bez parasolki cała mokra, choć z pracy na przystanek miała kawałeczek. Strużki wody rozmazały makijaż. Drżała z chłodu i marzyła o gorącej kąpieli i kubku herbaty, gdy usłyszała za sobą ciepły, niski głos. Mówił do niej coś o ulewie, że chyba nigdy nie był taki mokry i w sumie to dobrze, bo będzie miał co opowiadać wnukom. Uśmiechnęła się mimowolnie. Racja. Zawsze trzeba widzieć pozytywy nawet w beznadziejnej sytuacji. Gadali całą drogę w autobusie. Przegapił przez nią swój przystanek. Odprowadził więc pod blok i choć miał ochotę na herbatę to zaproszenia nie otrzymał. Zośka głupia nie jest. Owszem przystojny, w jej typie i ten głos… Ale bez przesady. Gdy następnego dnia wracała do domu, on stał pod jej blokiem. Czekał dwie godziny, by poprosić o numer.

Dostał.
Napisał wieczorem, życząc spokojnej nocy.

Potem rano, życząc miłego dnia.

Zaczęli pisać. Spotkali się po tygodniu. Kolacja ze śniadaniem. Bez seksu. Przegadali całą noc, by nad ranem rozstać się, bo obowiązki wzywały. Nie czuła zmęczenia. Zakochała się. Przepadła. Mężczyzna idealny? Niestety nie. Z dzieckiem i przeszłością, którą właśnie zamykał. W trakcie rozwodu. Powiedział o tym od razu. Chciał być fair.

Spotykali się niemal codziennie. Pisali godzinami. Miała wrażenie, że zna go od zawsze. Seks mieli nieziemski. Jakby czytał w jej myślach. Wszystko pasowało jak elementy układanki. Czuła się bezpiecznie i spokojnie. A on się wystraszył. Zaangażował się, a jeszcze nie ułożył wszystkich swoich spraw. Potrafił znikać na kilka dni, by wracać stęskniony i szukać ciepła obok niej. I ciągle powtarzał, że nie może jej nic obiecać.

Aż w końcu trach. Bomba wybuchła.

Nie wracał do żony. Nie. Dostał pracę. Wymarzoną. W Niemczech. Za dwa miesiące zaczyna. Starał się o nią, zanim poznał Zośkę. Nie chciał odpuścić takiej szansy.

Zośka płakała całą noc. No tak, przecież nic jej nie obiecywał. Rozumieli się świetnie. W łóżku moc. Widocznie to było za mało, by został. Z drugiej strony miał prawo spełniać marzenia. Nie mogła mu zabronić. Czuła, że wymyka się jej z rąk. Formalności, weekendy z dzieckiem, bo potem nie zobaczy go przez kilka miesięcy. Seks ognisty i milczenie, bo nie wiadomo, co powiedzieć.

Zośka czuje jak uchodzi z niej powietrze. Jakby ktoś po kawałku wycinał jej płuca. Coraz słabiej oddycha. Dusi się płaczem. To tak cholernie boli. Ta bezsilność. Próbują łapać chwile, zanim on wyjedzie. Nie rozmawiają o tym, co potem. Czy to będzie trwać, czy będzie do niej wracał, dzwonił, pisał. Żyją chwilą, bo przecież nie może jej nic obiecać.