Macierzyństwo

To skandynawskie rozwiązanie uratowało życie milionom mam po rozwodach. Genialne w swej prostocie!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 września 2021
fot. gradyreese/iStock
 

Długo zastanawiałam się, jak to wszystko mam ułożyć. Zrobiłam to intuicyjnie, choć nie miałam pojęcia, że taki model rodziny od lat funkcjonuje już w krajach skandynawskich. W Polsce jest niezwykle rzadki, ponieważ wymaga dysponowania trzema mieszkaniami. Ale po kolei.

Moje dzieci zawsze były dla mnie na pierwszym miejscu

Absolutne numer jeden! Gdyby jakiś nowy facet powiedział mi, że cokolwiek w tej kwestii mu nie pasuje, natychmiast odkręciłabym się na pięcie i poszła w stronę Marianki i Jana. Długo szukałam człowieka, który zrozumie i zaakceptuje ten fakt i nie będzie chciał mnie mieć na co dzień tylko dla siebie. Słowo, spotykałam się z pięcioma, którzy odpadali po kilku tygodniach czy miesiącach. Bo dzieci miały katar, a on chciał iść na piwo. Bo musiałam z Marianką odrabiać matematykę, a on chciał wpaść wieczorem na seks. Albo nie mógł pojąć, dlaczego w weekend planuję się umówić z nim umówić, by pogadać… na placu zabaw.

W końcu trafiłam na portalu randkowym na Michała. O swoich dzieciach powiedziałam mu dopiero na trzeciej randce. On nie ma własnych, a informację o moich przyjął spokojnie. Dziś wiem, że jak między ludźmi pojawi się „coś prawdziwego”, to świat zaczyna im sprzyjać. Z tygodnia na tydzień czułam, że wszystko „toczy się” między mną a Michałem zadziwiająco spokojnie i gładko. Jak to się mówi… rzeczy same się układały.

Jak wyglądała codzienność mojej rodziny przez pierwszy rok spotykania się z Michałem?

Jeździliśmy razem na weekendy, bo oboje kochamy chodzić po górach. Ale traktowaliśmy to zawsze jako czas wyłącznie dla nas dwojga. Nigdy więc nie zabieraliśmy na te wypady dzieci, ani nawet wspólnych przyjaciół. Michał nigdy też u mnie nie nocował. Czasem wpadał z drobnymi prezentami dla córki i syna, pomagał im nawet odrabiać matematykę i fizykę. Zdarzało się, że oglądaliśmy jakiś film i on wychodził. Zazwyczaj tak właśnie wygląda wstęp do budowania rodziny patchworkowej, czyli do zamieszkania wszystkich razem. No właśnie, tylko że ja nie chcę, by Michał z nami kiedykolwiek zamieszkał!

Tu nie chodzi o to, że on jest w jakimś stopniu zagrażający dla moich dzieci, czy że nie nadawałby się na ojczyma. Michał naprawdę jest bardzo fajnym, zrównoważonym, ciepłym, spokojnym, cierpliwym facetem. Marianka i Jan polubili go, bo się nie mądrzy, nie próbuje im ojcować, nie narzuca się i… co tu dużo mówić, zawsze przynosi jakieś drobne prezenty. Tylko, że ja po prostu nie chcę, by moja córka czuła się skrępowana, kiedy on wychodziłby z łazienki. Nie chcę też, by mój syn w jakiś sposób zaczął z Michałem rywalizować. Nie chcę, by kłócili się w trójkę o coś na wakacjach i żebym czuła się odpowiedzialna za godzenie wszystkich z poczucia winy, bo przecież to ja zafundowałam im tę sytuację? Myślicie, że przesadzam?

Oczywiście, nie wszystko w tym naszym układzie przebiegało… idealnie. Pamiętam, że po roku takiego spotykania się, jak przyjechałam do Michała, on nagle powiedział, że już tak dalej nie może, że tęskni i że potrzebuje więcej rozmów ze mną! Więcej seksu! Więcej mnie! Chciał się rozstać, bo nie widział perspektyw, naszej przyszłości. Wystraszyłam się, płakałam i nie miałam pomysłu, jak to rozwiązać. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak miałabym przeprowadzić taką życiową rewolucję ze względu na moje dzieci. Nagle przed oczami stanął mi obraz konieczności pozałatwiania wszelkich formalności. Musiałabym dogadać się z byłym mężem, by sprzedać dom, w którym mieszkałam z synem i córką, a który formalnie należał do jego matki. By wprowadzić się z dziećmi do Michała, musiałabym zmienić im szkoły. Musielibyśmy wszyscy gnieździć się w dwóch pokojach. Nie wyobrażałam sobie, że znajdę na to wszystko siły. Marianka i Janek na sto procent nie chcieliby zrezygnować ze swoich przyjaciół i przeprowadzić się na drugi koniec miasta. Co to byłaby za walka z nimi! Ile łez! Ile krzyków!

Pamiętam, że tej naszej „ostatniej nocy” rozmawialiśmy do północy, a potem długo kochaliśmy się. Michał zasnął szybko, a ja z otwartymi oczami leżałam i patrzyłam w sufit do świtu. Rano wyszłam od niego przekonana, że to koniec i że w ten oto sposób straciłam wspaniałego faceta. Może stchórzyłam? Zmarnowałam jedyną szansę daną przez los? Oczywiście zrobiłam to dla swoich dzieci! Ale już czułam, że za rok czy dwa pewnie będę tego okropnie żałować. Bo takich facetów jak Michał… to ze świecą szukać.

Na szczęście porozmawiałam o tym z mamą i ona wpadła na genialny pomysł. Dziś wiem, że wtedy intuicyjnie wymyśliłyśmy coś, co się nazywa skandynawskim modelem opieki „gniazdowej”. Polega on na tym, że dziecko mieszka na stałe w jednym mieszkaniu, a rodzice są „dochodzący”. To było dla mnie jak olśnienie. Coś idealnego! Dzieci mieszkają w jednym domu, w tych samych pokojach, nie muszą stresować się, u kogo z rodziców zostawiły podręcznik od geografii, czy spodenki od wuefu. Mają poczucie stabilności. To przecież nie ich wina, że rodzice się rozwiedli. Dlaczego więc to one miałyby ponosić ciężar tej decyzji? Biegać pomiędzy domami, żonglować własnym czasem, przyjaciółmi itp.

Jak teraz funkcjonuje nasza rodzina?

Mieszkam z Michałem dwa dni w tygodniu. Po prostu we wtorki i czwartki jadę do niego prosto z pracy. W tym czasie dziećmi zajmuje się mój były mąż. Po pracy wprowadza się do domu i odrabia z Marianką i Jankiem lekcje, przygotowuje im kolacje, rano „wyprawia” do szkoły. A następnego dnia już ja jestem z nimi. Staramy się też z Michałem co jakiś czas spędzać weekendy razem, tylko we dwoje. Czy mu odpowiada taki związek? Mówi, że tak. A mnie się wydaje, że owszem… to jest dla niego kompromis, ale taki, który daje mu też korzyści. Michał jest osobą spokojną, nieśmiałą, raczej wycofaną. Opowiadał mi, że kiedy był w poprzednim związku, uciekał w góry, by mieć ciszę i spokój. Teraz ma takie dni tylko dla siebie, podczas których – jak czasem się śmiejemy – „żadna baba mu nie truje”.

Czy uda nam się tak funkcjonować długo?

Nie wiem. Nie mam pojęcia. Na razie cieszę się tym, co mamy. Co będzie później? Nie wykluczam, że coś zmienimy. Dzieci rosną, stają się bardziej samodzielne, z roku na rok mniej mnie potrzebują.

Po co napisałam ten list do redakcji Oh!me

Z jednej przyczyny. Chcę dać nadzieję wszystkim samotnym mamom, że szczęście się czasem do nas uśmiecha i że wszystkie nawet najtrudniejsze kłopoty i przeszkody można jakoś poukładać i pokonać. Jeden warunek, trzeba trafić na faceta, który naprawdę się zakocha. Ja szukałam długo. Przyrzekam! Znalezienie Michała zajęło mi pięć lat błędów i pomyłek. Były fatalne randki z Tindera, stracone nadzieje, nieprzespane noce i łzy. Ale udało się. Teraz odpukuję w niemalowane drewno i Tobie czytelniczko też życzę szczęścia. A Ty, nie dziękuj. Wierzymy razem, że się spełni.


Macierzyństwo

Sok z owoców czarnego bzu. Prosty i smaczny specyfik, który ceniły nasze babcie. Dlaczego warto mieć go pod ręką?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
27 września 2021
Sok z czarnego bzu
Fot. iStock
 

Sok z czarnego bzu to jeden z ludowych specyfików, który od stuleci uznawany jest za znakomity domowy sposób wspierający zdrowie.  Niezastąpiony w domowej apteczce podczas zimowych miesięcy, znów wraca do łask. Sok z czarnego bzu bez kłopotu można przygotować samodzielnie, według prostej i sprawdzonej receptury. Natomiast z resztek pozostałych po soku można usmażyć smaczny dżem.

Czarny bez — niepozorny krzew o wielkiej mocy

Czarny bez (Sambucus nigra), znany również jako dziki bez lub bez lekarski, to pospolity krzew spotykany praktycznie wszędzie, nawet na nieużytkach. Można go również uprawiać w ogrodzie, co gwarantuje dostęp do leczniczych części tej rośliny. Roślinę łatwo jest odróżnić od innych, szczególnie gdy kwitnie lub owocuje. Może ona osiągać różne rozmiary — od kilku, do nawet 10 metrów wysokości. W maju/czerwcu pojawiają się białawe, niewielkie kwiatki zebrane w baldachy, wydzielające silny i słodki zapach. Na przełomie sierpnia i września pojawiają się ciemnogranatowe, silnie brudzące owoce, z których można przygotować leczniczy sok, dżem, galaretkę i nalewkę. Zazwyczaj do początku października można jeszcze korzystać z obfitości mocno dojrzałych owoców.

Sok z czarnego bzu

Fot. iStock

W medycynie ludowej wykorzystuje się każdą część krzewu — od korzeni po owoce. Najczęściej jednak sięgamy po pudrowo pachnące kwiaty oraz ciemne owoce, będące skarbnicą wartościowych dla zdrowia składników.

Sok z czarnego bzu — dlaczego jest tak wartościowy?

Owoce czarnego bzu zawierają wiele substancji, które posiadają właściwości wzmacniające organizm oraz lecznicze. W niewielkich owocach znajdują się glikozydy antocyjanowe, które nie tylko odpowiadają za ich ciemny kolor, ale także wykazują właściwości antyoksydacyjne. Nie brakuje w nich także kwasów organicznych oraz garbników, które hamują wzrost bakterii. W owocach czarnego bzu obecna jest witamina C, witaminy z grupy B, cukry i pektyny, które m.in.: ograniczają wchłanianie glukozy w jelicie cienkim oraz obniżają poziom cholesterolu we krwi. W ich składzie owoców są obecne również składniki mineralne, takie jak: żelazo, potas, wapń, glin, czy sód. Ze względu na to bogactwo  owoce czarnego bzu są wykorzystywane jako składnik mieszanek ziołowych na dobrą pracę układu trawiennego, nerek, oraz dla wzmocnienia odporności.

Sok z czarnego bzu w tradycji udowej stosowany jest jako pomoc w leczeniu przeziębienia i grypy. Stosuje się go podczas gorączki, jako środek napotny i przeciwbólowy. Flawonoidy obecne w owocach czarnego bzu działają przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie. Aby sok z czarnego bzu był najbardziej skuteczny, należy przyjmować go, gdy tylko pojawi się uczucie rozbicia, katar, dreszcze, gorączka. Co więcej, sok z owoców czarnego bzu przyspiesza również usuwanie toksyn z organizmu.

Sok z czarnego bzu

Fot. iStock 

Sok z czarnego bzu — prosty przepis

Owoce czarnego bzu dojrzewają na przełomie sierpnia i września, można je pozyskiwać także na początku października. Sięgając po nie wcześniej ważne jest, by nie zbierać owoców zielonych i czerwonych. Do spożycia nadają się jedynie owoce w pełni ciemne, o granatowo-czarnej barwie. Warto poszukać krzewu oddalonego od dróg, ponieważ czarny bez ma tendencję do pochłaniania zanieczyszczeń, które trafiają także do owoców.

Należy pamiętać, że nie wolno spożywać owoców dzikiego bzu w postaci surowej. Nieprzetworzone owoce, szczególnie niedojrzałe (zielone, czerwone), zawierają duże ilości sambunigryny oraz prunazynę. Te substancje po spożyciu wywołują uczucie osłabienia, mdłości i wymioty. Konieczne jest więc poddanie owoców obróbce termicznej, w wyniku której substancje te się ulatniają. Z tego powodu dojrzałe owoce czarnego bzu są znakomitym surowcem na wzmacniający sok. Jego przygotowanie jest szybkie i proste.

Sok z czarnego bzu

Fot. iStock/Sok z czarnego bzu

Sok z czarnego bzu – składniki:

  • 1 kg owoców czarnego bzu bez szypułek;
  • 0,5 kg – 1 kg cukru — w zależności od pożądanej słodyczy soku;
  • maksymalnie litr wody na kilogram owoców;
  • ew. sok wyciśnięty z jednej cytryny.

Sok z czarnego bzu – przygotowanie:

1. Owoce czarnego bzu oddziel od zielonych części, pozbądź się niedojrzałych. Następnie umyj je, przełóż do garnka, zalej wodą (powinna jedynie przykryć owoce), wsyp cukier do smaku i podgrzewaj na niewielkim ogniu tak długo, aż owoce puszczą sok. Możesz dodać sok z wyciśniętej cytryny.
2. Sok zlej do ciemnych wyparzonych butelek lub słoików (owoce zostaw na dżem). Aby sok z czarnego bzu mógł dłużej postać w piwnicy, możesz butelki krótko zapasteryzować.

Sok z czarnego bzu

Fot. iStock/Sok z czarnego bzu

Dżem z czarnego bzu, czyli pomysł na wykorzystanie pozostałych owoców  

Przygotowanie dżemu z owoców dzikiego bzu jest równie proste, co soku. Owoce, które zostały po przygotowaniu soku, przełóż do garnka (możesz wcześniej przetrzeć owoce przez przecierak lub sitko, by pozbyć się pestek), zasyp na początku niewielką ilością cukru — do smaku, by nie przesadzić ze słodyczą — i smaż na niewielkim ogniu, często mieszając. Gdy dżem stanie się odpowiednio gęsty, przełóż go do wyparzonych słoiczków, dokładnie zakręć i odstaw na góry dnem do czasu, aż słoiczki z dżemem wystygną. Możesz, zamiast tego, słoiczki poddać krótkiej pasteryzacji.


FB/ohmepl

 


Macierzyństwo

Sześć sytuacji, w których nie powinnaś mieć wyrzutów sumienia. Absolutnie i nigdy!

Redakcja
Redakcja
27 września 2021
fot. Kayoko Hayashi/iStock

Życie w zgodzie ze sobą wymaga odwagi. Boimy się być postrzegani jako egoiści, dlatego wolimy poświęcać siebie, własne marzenia, życiowe plany. Nadużywamy sił witalnych, naszego zdrowia psychicznego. Dlatego warto uwolnić się od niepotrzebnych wyrzutów sumienia. Inaczej stale będziemy sfrustrowani, będziemy żałować albo wiecznie gdybać o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy zawalczyły o siebie…

1. Jeśli zmieniłaś zdanie

Zdarzyło ci się obiecać komuś, że coś zrobisz, a potem gdy głębiej i na spokojnie zastanowiłaś się… No właśnie! Doszłaś do wniosku, że nie masz na to najmniejszej ochoty i że zgodziłaś się pod wpływem emocji lub impulsu. Bez zastanowienia! Nawet jeśli kogoś zawiedziesz, a nie jest to sprawa życia i śmierci, masz prawo zmienić zdanie. Również w ostatniej chwili. Po prostu powiedz, że przemyślałaś sprawę i teraz uważasz inaczej i niestety nie będziesz mogła spełnić obietnicy. Zmiana zdania to przecież nie jest grzech! 🙂

2. Jeśli nie poszłaś na ważne spotkanie towarzyskie

Zmuszałaś się kiedyś do tego, bo iść na przyjęcie do najlepszej przyjaciółki, bo przecież jej obiecałaś i ona jest najważniejsza ze wszystkich kobiet dla ciebie pod słońcem i liczy, że będziesz ją wspierać? Zmuszałaś się, by nie sprawić jej przykrości? A tego wieczora akurat padałaś na twarz, ale nie potrafiłaś jej zawieść, więc szłaś. Pamiętaj, zawsze jest cena, którą trzeba zapłacić za działanie wbrew sobie i ponad własne siły. Może nią być tylko to, że będziesz musiała zmuszać się do uśmiechu przez cały wieczór, co oczywiście jest męczące. Ale może też być tak, że nie zważając na własne zasoby sił, przeholujesz, osłabisz swoją odporność i za trzy dni wylądujesz z grypą w łóżku. Jeśli organizm mówi ci: „Stop, nie mam siły” warto mu po prostu zaufać.

3. Jeśli powiedziałaś „nie”!

Do pracodawcy: „Nie, nie jestem w stanie pracować po godzinach”. Do syna: „Nie nie mogę dać ci wyższego kieszonkowego w tym miesiącu”. Do męża: „Nie, nie zgadzam się, byś nie pomagał mi w sprzątaniu, bo tego nie lubisz”. Do matki: „Nie nie jestem w stanie akurat dziś przyjechać i zrobić ci zakupy”. Pisząc te zdania już czuje się mało komfortowo. 😉 Bo wiadomo, od razu w tyle głowy kołaczą się myśli, że szef się wścieknie, że synowi należy się podwyżka, a mąż na serio nie znosi odkurzania, zaś matka naprawdę może mieć pustą lodówkę. Tylko wyobraź sobie, co stanie się z tobą, jeśli każdego będziesz próbowała zadowolić i każdemu powiesz „tak”. Nie dasz rady! Musisz swoim wyraźnym „nie” dbać o siebie. By mieć siły, by mieć dobry humor. By nie stracić swojego potencjału na mówienie ochoczego „tak” – pracodawcy, synowi, mężowi, matce. Ale pod warunkiem, że już będziesz miała na to energię i ochotę.

4. Jeśli nie podpowiedziałaś na wiadomość natychmiast

Dziś komórki brzęczą nam bez przerwy. Różni ludzie co chwilę czegoś od nas chcą. Dobijają się mailem, messengerem, SMS-em, WhatsAppem. Masakra! Nie ma takiego obowiązku, by odpisywać w sytuacjach towarzyskich na każdą wiadomość. Teraz! Natychmiast! Nie odebrałeś? Widocznie nie mogłaś! Trudno, miałaś ważniejsze sprawy. Oddzwonisz, gdy znajdziesz chwilę. A ci, którzy ze swoimi smartfonami się nie rozstają na sekundę, powinni pamiętać, że choć może myślą inaczej, nie mają prawa wywierać presji na znajomych, by czytali wszystkie wyskakujące na ekranach powiadomienia. Dajmy sobie trochę luzu.

5. Jeśli nie dzwonisz do rodziców codziennie

O ile twój rodzic nie jest obłożnie chory, naprawdę nie musisz codziennie dzwonić do niego. Wiele moich znajomych czuje się jednak zobligowanych do takich telefonów, choć kompletnie nie mają na to ochoty. Lepiej spotkać się raz na tydzień lub zadzwonić w momencie, gdy mamy coś ciekawego sobie do opowiedzenia. A jeśli czujesz się szantażowania słowami: ”Obiecałaś! A ja mogę tak czekać do śmierci!”, postaraj się nie złościć, tylko spokojnie wytłumaczyć, że potrzebujesz przestrzeni dla siebie i chcesz mieć poczucie, że twoja mama czy ojciec mają własne życie, a nie wyczekują od ciebie telefonu, jakby był on najważniejszym punktem w ich rozkładzie dnia. To jest nie fair wobec ciebie.

6. Jeśli nie masz ochoty czegoś słuchać

Mistrzami w robieniu takich wyrzutów są… niestety rodzice. Mówią: „Powinnaś studiować medycynę, a nie iść na ASP. Co ty będziesz mieć za zawód po tych studiach? ” Pamiętaj, masz prawo kierować swoim życiem tak, by być szczęśliwym. Niestety często innym wydaje się, że wiedzą, co jest dla ciebie najlepsze. Jeśli jednak masz głębokie wewnętrzne przekonanie, że wybierasz dobrze, żyj konsekwentnie, realizując swój plan i uwolnij się od poczucia winy. Najbliższym jesteś winna szacunek. Nie swoje życie.


Zobacz także

Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko

Czy szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko?

„Każdego dnia słyszysz, że nie jest dobrze, że nie wiesz, czy twoje dziecko przeżyje. Nie ma miejsca na zachwyt, na radość. Jest strach.” Rzeczywistość rodziców wcześniaków

Dekalog rodzica zmęczonego. Nie narzekaj, pozwól sobie pomóc w 10 krokach