Macierzyństwo

Potrafisz być wystarczająco dobrą matką, czy nie możesz się nadal z tym pogodzić?

Femme fatale
Femme fatale
20 marca 2016
Fot. iStock / Yuri_Arcurs
 

Miałam być matką idealną, dobrą, cierpliwą, wyczekującą. Nie tylko miałam być, chciałam. Przez chwile nawet taka byłam – tak mi się kiedyś wydawało. To zabawne jak macierzyństwo uczy nas pokory. Uczy, jak bardzo w życiu jest ponad nasze siły, jak wiele nie od nas zależy, jak bardzo trzeba się liczyć z drugim człowiekiem – jeśli nie chce się go skrzywdzić. Uczy, że możemy czasem skomleć na kolanach o chociaż odrobinę perfekcji i nic. Zamiast bycia idealnym i najlepszym, trzeba  się nauczyć być wystarczającym, dość dobrym, nie krzywdzącym.

Kilka lekcji, które dostałam od moich dzieci – to najcenniejsze, co mogłam dostać. I najtrudniejsze. Bo trzeba w macierzyństwie nauczyć się, że nie jest się w nim solo. Nie ma matki bez dzieci i dzieci bez matki – taki układ, który wywraca do górny nogami całą hierarchię wyższych wartości.

Idealna matka ma zawsze czas dla swoich dzieci

A ja? Nie. I choćby nie wiem jak mnie to bolało, nie zawsze mam na to wpływ. Nie mogę być idealną. Nie mogę zatrzymać świata, żeby wystarczyło czasu na każdą partię chińczyka, spacer i wspólne układanie puzzli. A może nie umiem?

A skoro nie mogę być idealną – gdzieś pomiędzy pracą, nastawionym na piecu rosołem, a pleceniem lalkom warkoczy, z całych sił próbuję być wystarczająco dobra. I chyba całkiem nieźle mi to wychodzi. Z każdym dniem moja granica wystarczająco dobrej goni panią idealną. A ja jestem szczęśliwa coraz bardziej, moje dzieci też. I choć nigdy idealnej nie dogonię – nie szkodzi. Nie jest mi już potrzebna, dużo czasu potrzebowałam, żeby to zrozumieć.

Doskonała matka nie ma wątpliwości

Nie. Ona zawsze wie i potrafi. Bez wyjątków. Nie zastanawia się, nic nie zjada jej wewnętrznie. Każda decyzja jest uwarunkowana tylko ogromną miłością do dzieci. Nie jestem doskonała. Moja miłość do nich jest bliska doskonałości, ale siedzi mocno w parszywym świecie, który za nic tego  nie chce uszanować. Tego świata nie obchodzi czego ja chcę, o czym marzę dla nich. Nie. On jest. A ja nauczyłam się żyć z tym milionem wątpliwości. Być dość dobrą – na tyle na ile się da. Na tyle, na ile mogę w tym wszystkim. Czasem ryzykować swoje szczęście, innym razem balansować na krawędzi szczęścia moich dzieci. Jeszcze nie spadliśmy w przepaść. Więc chyba nie jest źle, nawet bez tej doskonałości.

Prawdziwa matka kocha miłością ogromną jak wszechświat

Bezwarunkowo. Zawsze.

Jestem prawdziwa. Choć wcale ta miłość nie jest łatwym doświadczeniem, jak piszą na różowo polukrowane pisemka. Bo kochać bezwarunkowo zdaje się być trudne. Zwłaszcza, gdy akceptujesz u swojego dziecka cechy, które zawsze cię drażniły i wkurzały, których u innych i u siebie nienawidzisz, unikasz. Walczysz ze sobą. Bo tak łatwo podciąć komuś skrzydła. I dopiero dziecko pokazuje ci jak bardzo dotychczas nie liczyłaś się z innymi, uciekałaś, i uciekałaś. Teraz już nie możesz – musisz się z tym wszystkim mierzyć. Wychowywać pozwalając jednocześnie na odrębność. Bo taka jest ta prawdziwość. Taka zwykła i magiczna zarazem.

Zanim wypłaczesz morze łez na swoją nieudolnością, niemocą i tym wszystkim, czego chciałaś kiedyś – a co (wiesz to już) ci się jednak nie uda, zatrzymaj się i pomyśl, czy to naprawdę źle? Może lepiej pogodzić się z tym, że nasze życie nie będzie takie, jak „miało być”.

Jakie są moje grzechy?

Miałam być najlepsza – a udaje mi się tylko być najlepszą dla nich.
Miałam mieć dla nich zawsze czas – a nie mam. Mam go o wile za mało.
Miałam im dać wszystko – a mogę dać tylko tyle, ile mam.
Miałam nie krzyczeć, nigdy – a robię to, nie jestem skałą, którą chciałam być.
Miałam stworzyć im piękne dzieciństwo, idealną, ciepłą rodzinę – ale nie tylko ja ją tworzę. Inni są czasem tak dalecy od moich wyobrażeń
Miałam być zawsze szczęśliwa – a nie jestem, złoszczę się i płaczę.
Miałam być na zawsze – a kiedyś już nie będę. Najpierw przez lata będę patrzeć jak odchodzą do swojego życia, a potem i moje życie kiedyś się skończy. Nie będę ich mogła wiecznie chronić.

Ja oswajam swoje grzechy, zmazuję jej po kawałeczku. A czasem uczę się z nimi żyć.

A ty mamo, czego sobie nie potrafisz wybaczyć na drodze do bycia wystarczająco dobrą?

 


Macierzyństwo

Skarbie, nawet nie wiesz, gdzie dziś jestem. Nie chcesz tego wiedzieć, tak jest przecież prościej

Femme fatale
Femme fatale
3 kwietnia 2016
Fot. Unsplash / María Victoria Heredia Reyes / CC0 Public Domain
 

Kochany,

Jest noc, dzieci już śpią. Patrzę na pokój. Jest teraz cichy, pusty. A jednak coś w nim jest. Jakby wspomnienia miękko sączyły się po ścianach. Pamiętam jak je razem malowaliśmy.  To zabawne, zabrakło nam farby, wszystkie sklepy były pozamykane, a my się śmialiśmy z siebie. Znaleźliśmy stare kasety z liceum i ledwo żyjącego walkmana. Wtedy wszystko było inne, takie proste. Dokładnie takie, jak powinno być.

Kłótnie i seks na zgodę, rozmowy, wieczory. Niezliczone godziny razem, jakby wtedy czas był naszym przyjacielem nie wrogiem. Wszystko było takie oczywiste. Kiedy to przepadło?

Razem trwamy w naszym „nigdzie”. Sparaliżowani sobą nawzajem. Przyklejeni przez te 9 lat tak mocno, że trudno wziąć głębszy oddech. Razem w tym utoniemy lub popłyniemy – razem lub każdy w  swoją stronę. To ostatni mój list do ciebie. Choć już nie raz tak mówiłam, tym razem dopływam do momentu „nie mam siły”.

Skarbie, nawet nie wiesz, gdzie dziś jestem. Nie chcesz tego wiedzieć, tak jest przecież prościej. Przynajmniej dla ciebie. Zaciśnijmy mocno oczy i uszy, a jeśli dość długo będziemy udawać, że nic się nie stało – w końcu każdy (my też) w to uwierzy. Przecież są iluzje, którym nie da się oprzeć. Nikt nie może wiecznie się bić.

Ale zaczekaj, ja już nie umiem ani się bić, ani się poddać. Przeczytaj jak się tu znaleźliśmy. Gdzie zgubiliśmy drogę do domu, który kiedyś nam się śnił? A ty kochana nieznajoma – przeczytaj, zanim spotkamy się w tym naszym innym lecz podobnym „nigdzie”, może chociaż tobie pomogę patrzeć i widzieć, naprawdę.

Wszystko, czego tak bardzo próbujemy nie widzieć:

Że są rzeczy i cechy, których nigdy nie zaakceptujemy

Wolimy wierzyć, zaciskać powieki i ściskać kciuki, że miłość pokona wszystko. Nie pokona, nie zawsze, nie wszędzie i nie na zawsze. Jest taki moment, w którym te rzeczy łatwiej jest nie widzieć, nie myśleć o nich, odpędzać jak najdalej, póki tak bardzo nas nie dotyczą. Przecież jest jeszcze tyle innego – dobrego, pięknego, tego co tak bardzo kochamy. Ale co, gdy nagle obudzimy się w takim miejscu w życiu, gdzie nic innego już nie zostało? Jeżeli ich nigdy nie zaakceptujesz i nie będziesz tolerować, w końcu coś pęknie.

Moja wina, że chciałam widzieć cię pięknego, bez wad. Że nie chciałam widzieć twoich win i ułomności, że tak mocno potrafiłam sobie wiele wytłumaczyć. To było łatwiejsze. Dziś wszystko „TO” wraca, i nie jest już wcale takie „nieważne”.

Milcząc bierzemy odpowiedzialność za każdy zamieciony pod dywan problem

Choć nie ja go tam zamiotłam, to ja uległam, nie miałam siły i ochoty walczyć. A teraz, jest ich tam tak wiele, że się o nie potykam. Nienawidzę ich, jestem zła na siebie, że na to pozwoliłam, że zbyt bałam się, nie chciałam wciąż być na froncie tej walki, chciałam od niej odpocząć. I na ciebie za każde odwlekanie kłótni, której nie da się uniknąć, za każdy nierozwiązany problem – za każdą pułapkę, którą zastawiłeś na nas udając, że przecież nic się nie stało. To taka klątwa świętego spokoju. Bardzo kusząca, skuteczna – ale tylko na chwilę.

Miłość to nie wszystko

Miłość nie bierze się znikąd, to zakochanie – niech trwa jak najdłużej, niech trwa zawsze. Ale miłość to praca nad sobą – nie nad nim czy nad nią. Nie zmienisz świata i drugiego człowieka, możesz zmienić siebie. I uwierz mi, że nasza miłość jest dziś tak słaba, że wiele  nie uniesie. Każdy z nas kocha taaak mocno – tak chcemy myśleć, ale nie dość mocno by spotkać się na tym dywanie, który zakrywa większą część naszego życia. Trudno się do tego przyznać. Ale bez tego nigdy stąd nie ruszymy, ciągle będziemy się potykać. Zbyt często o siebie.

Miłość może minąć, uciec, zmienić się nie do poznania

I tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Ale nie udawajmy, że tak nie jest. Nie zasłaniajmy się złym czasem, pracą, kryzysem, depresją, dziećmi, teściami. Stańmy przed sobą nadzy i przyznajmy, że dziś mamy coś zupełnie innego – czy się to nam podoba czy nie. Co możemy z tym zrobić? Co chcemy z tym zrobić? Nadal mamy tak wiele możliwości, ale błagam cię nie udawaj już, że jest inaczej. Od dawna to już teatr jednego aktora.

Więc, jeśli naprawdę chcesz trwać – pozwól mi odejść.

Możesz pójść ze mną. Tylko chodźmy już stąd, z tego „nigdzie” do domu, który kiedyś wyśniliśmy.

Jest noc, dzieci już śpią. Patrzę na pokój. Patrzę na te ściany, na książki, które dostaliśmy w prezencie ślubnym, paskudny wazon od twojej babci i tę plamę po winie… Nie wiem jeszcze na jaki kolor, ale po tych dziewięciu latach, a szczególnie tych sześciu trudnych, złych latach – musimy tu koniecznie odmalować.

PS: Droga M., N. i A. – wy też siedzicie teraz razem z nimi w kuchni, pijecie herbatę lub wino, patrzycie na swoje ściany i zastanawiacie się, dlaczego u licha już nie jest jak kiedyś. Nie myślcie nad tym zbyt długo, uderzcie pięścią w stół i pytajcie dlaczego, pytajcie dzisiaj – nie, gdy już obudzicie się w swoim „nigdzie”. Jest tam już zbyt wiele – nas, szczęśliwych mężatek.


Macierzyństwo

Bajka o wędrujących jajach… Drogi mężczyzno, nie oddawaj tak łatwo swojej męskości

Femme fatale
Femme fatale
16 marca 2016
Fot. Unsplash / Imani Clovis / CC0 Public Domain

Męskie jądra – sztuk dwie, mocno używane, tanio oddam. Albo dopłacę. Nie widzę żadnego problemu. Wszystko do negocjacji. Jestem drugim właścicielem z kolei, wszystko zalegalizowane. Prawe odpowiada za logiczne myślenie, lewe za terminowość, organizację i prace techniczne. Albo odwrotnie, pewna nie jestem.

Nie jestem nawet pewna, kiedy przewędrowały do mojej nogawki, ale są teraz w moim posiadaniu. To fakt.

Drogi mężczyzno,

Lamentujesz, że świat się zmienia, że kobiety odbierają ci przestrzeń do bycia męskim. Że wyrywamy zachłannie każdy męski skraweczek twojego terytorium. Chcemy dominować, udowadniać, być równe. Tylko, że to zupełnie inaczej. Być równe – tak, ale równi we wszystkim nie będziemy. Prosimy tylko o twoją uczciwość w tej równości. Akceptację tego, że każdy z nas ma swoje – nie zawsze odpowiadające ze stereotypami – mocne strony, pasje i marzenia.

I mocniej niż kiedykolwiek wcześniej apelujemy – nie bądź zbyt leniwy na swoją męskość!

Mężczyzno,

Nie kradniemy ci podstępnie męskości w miłości. Kochamy ją. A jeśli ty kochasz nas – a przynajmniej tak mówisz, dlaczego za nic na świecie nie chcesz brać na siebie niczego na 100%. Nie chcesz odpowiedzialności. W miłości, w codzienności, w uniesieniu. Uciekasz, gdzie pieprz rośnie. Lubisz mówić, że to my – wyzwolone, silne baby siłą odbieramy ci męskość. A przecież tak chętnie ją oddajesz. Co mamy zrobić, zostawić ją bezpańską na ulicy?

Tak łakomie czerpiesz z tego, że w sumie to już nie musisz tak, jak „kiedyś”:
– zabiegać o nas
– uwodzić
– dbać
takie jesteśmy przecież samodzielne. Równość? Proszę bardzo, ale dlaczego chcesz równości tak dosłownej? Jakby te stereotypy tobie bardziej były ciężarem.

Lubisz coraz częściej mówić jesteśmy partnerami  – i czym prędzej biegniesz pakować w walizkę siłę, poczucie bezpieczeństwa i pewność, które tak bardzo lubiłyśmy. Jakbyś za kobiecą wolność i nasze partnerstwo kazał zapłacić nam najwyższą cenę, naszą kobiecość. Partnerstwo to dialog, ustalmy najpierw na czym będzie polegać nasze.

Nie odzieramy cię z testosteronu. Nie zamierzamy zapędzić cię do kuchni i w pieluchy, chcemy się tam z tobą spotkać. I nadal chcemy spotkać się tam z mężczyzną.

Mężczyzno, prosimy:

–  nie wsadzaj nam na barki całej odpowiedzialności za nasze, wspólne życie – to, że chcemy ją dzielić nie znaczy przejąć i odwalić całą robotę (choć często tak bywa łatwiej, szybciej, prościej).
– nie korzystaj tak chętnie z dosłowności, że jesteśmy równi, wcale nie chcemy wciąż dopraszać się twoje uwagi
– nie myśl, że przykręcając śruby w szafce, chcemy cię wykastrować. Zwyczajnie nie mamy już siły czekać aż się wreszcie za to zabierzesz.
– nie wciskaj nam dłonie wszystkich decyzji, krzycząc żałośnie „no nie wiem” albo „taka jesteś mądra”. To niczym nie różni się od odbiera nam prawa głosu. Nie ma nic wspólnego ze słowem RAZEM.
– pozwól u licha nam być kobietami.
– nie zasłaniaj się naszą siłą, ta siła czy niezależność nie zwalnia ciebie z wysiłku
– nie bądź tak leniwy byśmy musiały zostać mężczyznami z przymusu i w zastępstwie. Pewnie może tak jest łatwiej, może tak jest wygodniej – ale każda bajka kiedyś się kończy. „Seksmisję” wolimy oglądać na szklanym ekranie.
– nie pozwalaj nigdy na to, żebyśmy przestały widzieć w tobie mężczyznę, potem już trudno jest zawrócić.

Przecież ty też kochasz kobietę kobiecą – czasem silną, czasem kruchą – ale zawsze kobietę.

Mężczyzno, zanim na dobre twoje jądra zagoszczą w naszych damskich rajstopach zastanów się, czy warto. Bo my tak naprawdę wcale ich nie chcemy.

PS: Nie uważaj, że nowoczesny facet nie musi dbać o swoją męskość, o swoją odrębność od kobiety, swoje atuty. Kiedyś obciachem było usłyszeć na WF-ie „biegasz jak baba”… Obawiam się, że niedługo obciachem będzie usłyszeć „biegasz, jak facet”. I nie wiadomo, kiedy z jednego ze stereotypu przeskoczymy w drugi…