Macierzyństwo

Nie zmarnujmy tego, co robimy dziś dla naszych dzieci i już teraz pomyślmy o „jutrze”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
20 kwietnia 2016
Nie zmarnujmy tego, co robimy dziś dla naszych dzieci i już teraz pomyślmy o "jutrze"
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY
 

Co robisz dziś dla swojego dziecka? – głupie pytanie, prawda? Przecież każdy z nas rodziców odpowie „Wszystko!”. Dodamy zgodnie, że robimy to po to, by miało dobry start w życie, żeby jego przyszłość była „sukcesem”, „szczęściem”, w końcu, żeby „miało lżej” niż my…

Dziś wozimy na angielski, judo, konie. Kupujemy książki i  opłacamy zagraniczne obozy językowe. I trochę tak biegniemy przez życie z wywieszonym ze zmęczenia językiem. Tylko czy jest sens biec dzisiaj, jeżeli jutro planujemy robić nic?

Może to i kontrowersyjnie zabrzmi, ale najnowsze badania Prudential Family Index*, które dotyczyły zabezpieczania przyszłości finansowej dziecka skłaniają do refleksji, bo bardzo chcemy robić dla swoich dzieci „wszystko” i „coś”, ale rzadko kiedy ten plan wykonujemy.

Przeglądałam ich wyniki i pomyślałam, że dzisiaj kładziemy nacisk przede wszystkim na świadome rodzicielstwo, zwłaszcza, że psychologia dziecięca i pedagogika przeżywają swój rozkwit, ale jednocześnie jakbyśmy zapomnieli o wartościach bardziej przyziemnych. Jako rodzice chcemy wiedzieć, jak zadbać o to, by nasze dziecko w dorosłym życiu było szczęśliwe. Czytamy masę podręczników, poradników. Poznajmy metody wychowawcze, uczymy się, jak budować w dziecku pewność siebie, jak sprawić, by miało wysokie poczucie własnej wartości. Ale nie mamy czasu na pomyślenie o tym, że dajemy dziecku narzędzia – bardzo często niekompletne.

Trochę bolesnej prawdy…

Pieniądze, auć. Pieniądze po polsku, czyli nasze narodowe tabu. Niechętnie o nich rozmawiamy, nie chcemy by ktoś zaglądał nam do portfela. Zawsze jest ich za mało. Jednak zawsze można robić „coś”. Bo cóż po tych wszystkich wysiłkach, jeśli nie będzie funduszy na zbiory ich owoców?

Tylko 1/4 Polaków odkłada pieniądze na przyszłość swoich dzieci. To oznacza, że pomimo tego, że my rodzice, wszyscy chcemy dla naszych dzieci jak najlepiej, chcemy zapewnić im łatwiejszy start w dorosłe życie i wyposażyć je w wachlarz umiejętność, aż 75 procent z nas, realnie i i całkiem przyziemnie nie robi nic, by stało się to choć odrobinę bardziej realne. I zupełnie nie chodzi o to, by jeszcze więcej harować, żeby latorośl na 18-te urodziny mogła otrzymać klucze do gustownej kawalerki.

Przecież każda dzisiaj odkładana (nawet ta drobna) suma, to:
– obóz językowy w przyszłym roku
– trochę kapitału na wyjazd na studia (chociażby ta kaucja i wyposażenie do wynajmowanego w innym mieście mieszkania)
– bilety do Londynu czy Medialonu, bez których nie da się pojechać na stypendium czy wymianę zagraniczną
– kurs prawa jazdy albo samochód
– pomoc, gdy z dyplomem w ręku ciężko będzie znaleźć pracę
– mieszkanie lub chociaż pomoc w opłaceniu formalności podczas zakupu nieruchomości (nie każdy może pozwolić sobie na sfinansowanie tak poważnych zakupów, ale gdy młodzi będą brali na barki kredyt, nawet mniejsza pomoc finansowa bardzo im pomoże – bo przecież wydatków nie będzie brakowało).

Aż 75 procent nas, woli o tym nie myśleć. Zapominamy o tym, że te wszystkie zasoby, które dzieciom dajemy, nie zrealizują się bez wsparcia finansowego. A umówmy się – możemy mieć w domu fantastyczne, utalentowane dziecko, które może nigdy nie mieć możliwości pokazania światu swoich zdolności, bo nie będzie miał na to środków. Nie będzie mogło wyjechać i powiedzieć: „Zobaczcie, rodzice dali mi wsparcie, wykształcili, chcę wam pokazać, co potrafię, czego się nauczyłem”.

Finansiści obliczyli, że odkładając 500 zł miesięcznie w odpowiednim funduszu, po 18-tu latach dziecko na start będzie miało uzbierany kapitał w wysokości około 130 tysięcy złotych. To robi wrażenie. I nawet pięć razy mniej, to bardzo wiele dla młodego człowieka.

Nie wiemy, czy nie chcemy widzieć?

Prudential Family Index* pokazuje, że z tą wiedzą i świadomością aż tak źle u Polaków nie jest, bo prawie 60 procent rodziców, wie i uważa, że z czasem koszty wychowania dziecka rosną. Tylko gdzieś nam strasznie nie po drodze do realizacji. A może jesteśmy marzycielami?

Zobaczcie, o czym myślimy najczęściej:

Pytanie: Co chciałbyś zapewnić swoim dzieciom w przyszłości?

Fot. Materiały prasowe / Fragment infografiki ilustrującej wyniki badania

Fot. Materiały prasowe Prudential / Fragment infografiki ilustrującej wyniki badania

Prawie 80% rodziców chce opłacić studia dzieciom. Pytanie tylko, co gdy dziecko będzie chciało studiować w innym mieście, albo za granicą. Koszty wzrastają diametralnie. A przecież już teraz inwestujemy finansowo w przyszłość naszego dziecka płacąc za zajęcia dodatkowe. Gdyby wybiec w przyszłość, jeśli dziecko nie dostanie od swoich rodziców pieniędzy na bilet do Krakowa czy Poznania – miasta, w którym będzie studiować, czy na bilet miesięczny, by móc dojechać na uczelnię, na książki, narzędzia, które będą mu niezbędne w dalszej nauce, to całe obecne starania będą na nic.

Trzy lata (36 miesięcy) do uzyskania tytułu licencjata i jeszcze dwa (24 miesiące), żeby uzyskać piękny dyplom z „mgr”. Sporo, prawda? Nawet jeśli bardzo chcemy wierzyć, że jakoś to będzie. Lepiej jednak pomyśleć już dziś. Bo to naprawdę nie są oderwane od rzeczywistości plany, podróż dookoła świata czy marzenie o luksusowym domu z basenem, to są płatne studia albo konieczność wyjazdu i utrzymania się – wyższe wykształcenie, które dziś (a co dopiero jutro) staje się statusem praktycznie obowiązkowym.

Aż 91% rodziców planuje w przyszłości sfinansowanie jakiegoś przedsięwzięcia dla swojego dziecka, ale tylko 1/4 robi coś w tym kierunku już dzisiaj.

Bezpieczeństwo ekonomiczne zależy od nas

Bezpieczeństwo ekonomiczne – to nie tylko wielka potrzeba człowieka, każdy z nas potrzebuje stabilizacji, pewności. W przypadku naszych dzieci zabezpieczamy oczywiście ich podstawowe potrzeby – te na poziomie fizjologicznym, jednak kolejne, o które z taką skrupulatnością dbamy, czyli umiejętność samorealizacji, potrzeba szacunku i uznania są najwyżej położone na piramidzie potrzeb. Wyniki badań Prudential Family Index* pokazują, że 1/3 rodziców nie myśli w ogóle o odkładaniu środków na przyszłość dziecka, przy jednoczesnej deklaracji zdecydowanej większości badanych, iż będą chcieli finansowo wspierać swoje dzieci. Zapominamy trochę o tym, że finansowe zabezpieczenie jest równoznaczne zapewnieniem naszym dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Bezpieczeństwo ekonomiczne to jedna z najważniejszych potrzeb człowieka, o której zapominamy lub o którą rzadko kiedy dbamy.

Nie rozmawiamy z naszymi dziećmi o pieniądzach, o oszczędzaniu, nie mówimy o wartości pieniędzy. Finanse nadal są tematem tabu, a to powinniśmy zmienić. Powinniśmy tłumaczyć naszym dzieciom, że pieniądze nie biorą się „ze ściany”, powinniśmy uczyć je oszczędzania, ale pamiętajmy – dzieci uczą się przez naśladownictwo. Nie wystarczy powiedzieć: „Naucz się oszczędzać”, to jak oszczędzać – trzeba dziecku pokazać.

Myślę, że w perspektywie dyskusji wokół rządowego projektu 500+, bez względu na polityczne przekonania, warto pomyśleć o oszczędzeniu na przyszłość naszych dzieci. Większość rodziców deklaruje, że te dodatkowe w budżecie domowym środki przeznaczy właśnie na rozwój dzieci. Może to odpowiedni czas, by pomyśleć o odkładaniu pieniędzy na finansową przyszłość dzieci. Zacznijmy działać.


*Badanie Prudential Family Index, przeprowadzone na zlecenie towarzystwa ubezpieczeń na życie Prudential na reprezentatywnej grupie Polaków w wieku 25‒45 lat posiadających przynajmniej jedno dziecko  – „Badanie postaw Polaków wobec przyszłości finansowej ich dzieci”.


Macierzyństwo

Ja zawsze będę wolna – ty już nigdy nie. Kiedy fatalne zauroczenie, to już nie filmowa fikcja

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 kwietnia 2016
Fot. iStock / SeanShot
 

Rozstali się w zgodzie. Jeśli było jej smutno, nie pokazała tego po sobie. Tak, to ON zdecydował, że to koniec. Bał się co powie, jak to zniesie.  – Jest taka delikatna – myślał.  Od dłuższego czasu miał z tym związkiem problem. Kochał, kochał na początku bardzo.  W życiu by nie pomyślał, że to się skończy w taki sposób. A właściwie, że to się nigdy nie skończy.

Maciek, wysoki blondyn o twarzy amerykańskiego amanta z lat 50-tych, zapala nerwowo papierosa. Te nerwy widać też w wielu innych gestach. Jest blady, ma podkrążone oczy. Moja przyjaciółka, z którą Maciek pracuje w jednym biurze projektowym twierdzi, że w ciągu trzech miesięcy ubyło mu ze 20 kilo. Ale pracy Maciek nie zawala. Jedną już stracił, tutaj ze zdwojoną siłą stara się zapracować na swoje dobre imię. Wszyscy wiedzą, że to dobry fachowiec, świetny architekt. Ale on się boi, że nie uwierzą, że jest też dobrym facetem.

Jest taka delikatna i krucha

Z Kasią poznali się przez znajomych, którzy dziś, w większości stoją po jego stronie. Kasia, tłumaczka, zamknięta w sobie i delikatna była dla niego zagadką. Zobaczył ją na jakiejś imprezie organizowanej przez jego przyjaciółkę ze studiów. Była cicha, niedostępna i bardzo interesująca z oczami w kształcie migdała, pełnymi, czerwonymi ustami i długimi, brązowymi włosami. To on zagadał pierwszy. To on zdobył jej numer telefonu. To on pierwszy powiedział „kocham”, kilka miesięcy później. Dziś mówi, że za bardzo się pospieszył. Że ignorował sygnały. Ale na początku było im przecież dobrze. Kasia wpływała na Maćka, radosnego, pełnego energii uspokajająco. On prowokował ją do śmiechu. Uspokoił się, ustatkował – mówili ci wspólni znajomi. Maciek był szczęśliwy. Kasia? Chyba też. Przyzwyczaił się już do myśli, że jest zamknięta w sobie, że rzadko mówi o uczuciach. Wieczory spędzali zawsze tak samo: ona z jakąś nowością z literatury skandynawskiej, albo z nowym tłumaczeniem, on przed telewizorem albo pracując nad projektem.  Zamieszkali u niej, bo twierdziła, że tak czuje się pewniej, że w ten sposób związek jej nie ogranicza.

Ja zawsze będę wolna – ty już nigdy nie

Znajomi uważali, że to jemu „zależy bardziej” w tym związku. Maciek chciał stabilizacji, myślał o rodzinie. W okresie, w którym planował oświadczyny, w jej zachowaniu zaczął zauważać to „coś dziwnego”: na zmianę przyciągała go do siebie i odpychała. „ Wiesz, bo ja zawsze będę wolna – mówiła – ale ty już nie.”  Raz wybiegła z restauracji  z płaczem, jakby zrobił jej straszną krzywdę. – Przysięgam ci, że nie miałem pojęcia o co chodzi – mówi Maciek. – Nagle zalała się łzami i krzyczała jak bardzo ją skrzywdziłem. Ludzie wokół patrzyli na mnie z takim wyrzutem… To był lincz spojrzeniem. W domu zamknęła przede mną drzwi na klucz, spałem w swoim mieszkaniu, pierwszy raz od dłuższego czasu. Rano zadzwoniła do mnie z pretensją. Zarzucała mi, że ją zdradzam, że mi na rękę nocowanie poza domem. Postanowiłem kupno pierścionka przełożyć.

Maciek wiedział, że Kasia leczyła wcześniej stany depresyjne, namówił ją na wizytę u specjalisty. Do gabinetu weszła jednak sama, nie ma więc pewności jak wyglądała rozmowa z lekarzem. Dostała leki takie jakie standardowo przepisuje się by złagodzić objawy depresji. Przez następne pól roku walczył o to by je przyjmowała i … o spokój w domu. Podejrzewała go o to, że spotyka się z koleżanką z pracy, wyrzucała z domu i przyjmowała z powrotem jak gdyby nic się nie stało. Na koniec stała się zupełnie obojętna, zimna. Odrzuciła go. –  „Sp…aj! Gówno mnie to obchodzi, czy jesteś czy cię nie ma” to były komunikaty, jakie dostawałem od niej codziennie – opowiada Maciek. – Nie dała się namówić na kolejne wizyty u lekarza. Pewnego wieczoru po prostu powiedziałam jej, że musimy się rozstać, że może potrzebna jest nam przerwa, że jestem nieszczęśliwy, bo nie potrafię jej i nam pomóc. Że nie współpracuje. Zastrzegłem, że będę cały czas blisko, że zawsze może na mnie liczyć. Że jeśli mnie już nie kocha, będę jej przyjacielem. W duchu myślałem, że Kasia podejmie dalsze leczenie. Zadzwoniłem do jej rodziców, mówiłem co się dzieje. Wydawało mi się, że zrozumieli. Z tego, co mówili, Kasia miała już podobny „epizod”.

– A jak jej powiedziałeś o tym rozstaniu, to jak zareagowała? – pytam Maćka. Spodziewam się, że opowie mi jakąś wstrząsającą scenę pełną emocji, płaczu.

– Zaskoczę cię – odpowiada Maciek. – Nie widziałem wielu emocji na jej twarzy. Spłynęła po niej może jedna łza. Powiedziała: „ok”.

Przez kolejne trzy tygodnie to on dzwonił, pytał jak się czuje, zapewniał, że jest gotów pomóc. Wydawało mu się, że bez niego wyszła na prostą. Może to on działał na nią tak destrukcyjnie? Grzecznie odmawiała, przestał dzwonić. Po miesiącu spotkali się na imprezie u znajomych. Podeszła, pocałowała go w usta jak gdyby nigdy nic, wzięła go pod rękę.

Nic się nie stało, kochany, tylko nie myśl, że odejdziesz

– Zgłupiałem – opowiada Maciek. – Zachowywała się tak, jakby nic złego się miedzy nami nie wydarzyło, co więcej była czuła, ciepła i otwarta.  Ucieszyłem się, szczerze. Czekałem tylko, żeby wyjść z nią z tego mieszkania, zabrać do siebie, porozmawiać. Ale ledwo wyszliśmy znowu stała się zimna i wydarzyło się jeszcze coś. Zaczęła krzyczeć. Krzyczała, darła się właściwie na całe osiedle, że ją zniszczyłem, że rzuciłem jak szmatę, że zdradziłem. Odegrała scenę naszego rozstania. Ze swoim scenariuszem. Znajomi byli przekonani, że ją właśnie zostawiłem, a przecież chwilę przedtem tak czule mnie obejmowała.

W nocy zaczęła dzwonić. Dzwoniła 87 razy, aż wyłączyłem telefon. Dzwoniła i mówiła, że teraz, to ona mi pokaże, że mnie zniszczy, że wszyscy się ode mnie odwrócą. Rano próbowałem się z nią skontaktować, zablokowała mój numer. Przez tydzień nie odzywała się wcale. Potem zacząłem dostawać od niej maile. W jednym napisała: „ Oszukałeś mnie, karmiłeś złudzeniem miłości, wykorzystałeś moje uczucia”. Uczucia, rozumiesz, kiedy ja walczyłem w tym związku o każdy czuły gest z jej strony. To był ten moment, w którym zrozumiałem, że przestała to kontrolować.  Zadzwoniłem jeszcze raz do jej rodziców, do brata, powiedziałem co się wydarzyło. Przyjechali. Kasia przyszła na spotkanie, które zorganizowałem w moi mieszkaniu. Oczywiście swoją rolę zranionej i porzuconej, ale ciągle zakochanej i gotowej wybaczyć. I, wyobraź sobie, przekonała ich, uśpiła czujność. Pomyśleli, że znalazłem sobie sposób, żeby się jej pozbyć, ze może kogoś mam.

Maciek postanowił całkowicie zerwać kontakt z Kasią. Zmienił adres mailowy, zablokował ją na Facebooku. Chciał przeczekać. Wtedy zaczęły dochodzić do niego różne sygnały od ich wspólnych znajomych.

–  Kasia sugerowała, że ją krzywdziłeś? – pytam Maćka, kiedy nalewa sobie drugą kawę.

– Tak. Zaczepiała moje koleżanki z pracy na Facebooku, wysyłała im wiadomości, ostrzegała przede mną. Mówiła na przykład, że mam do kobiet podejście „użytkowe”, że „brałem, kiedy chciałem”, że bywałem agresywny, ale to na pewno moje trudne dzieciństwo. A ona nadal kocha i wierzy, że się zmienię. Pisze do nich tylko z troski o mnie. Pytała, czy jem lunche, bo się o mnie ciągle martwi. Budowała swoją postać. Zacząłem mieć nieprzyjemności. Przedstawiała naszym znajomym różne sytuacje, które miały miejsce, zupełnie inaczej. Okazywałem się potworem ukrytym za maską miłego chłopca.

– Podasz przykład ? – proponuję.

– Kiedy mieszkaliśmy razem, Kasia piekła ciasta. Kiedyś upiekła ciasto, które w środku okazało się surowe. Tak ją to zdołowało, że zamknęła się w łazience. Przyniosłem jej wtedy świeże ciasto z cukierni pod domem, postawiłem obok tego jej  i powiedziałem, ze dla mniej jej lepsze. Przyjaciółka opowiedziała mi potem tę historię zupełnie inaczej: podobno Kasia przywitała mnie ciastem, ale ja wróciłem z pracy wściekły. Zobaczyłem, że nie wyszło i zacząłem rzucać w nią wszystkim co miałem pod ręką, aż zamknęła się przede mną w łazience. Ludzie w to wierzyli.

– Jak długo odkręcałeś te wszystkie historie?

– Nie pamiętam jak długo, ale chyba za każdym razem, kiedy ktoś mi jakąś opowiadał. Miałem wrażenie ze to walka z wiatrakami. Czego bym nie powiedział, to ona była ta delikatna, eteryczną Kasią, a ja tym wielkim, energicznym Maćkiem. Przestałem bywać tam, gdzie mogła się pojawić. Potem w ogóle odciąłem się od znajomych. A ona znikała na miesiąc, dwa, a potem pojawiała się nagle.  Przychodziła na przykład pod mój blok i opowiadała ochroniarzowi, że musi się dostać do środka, na osiedle, bo jest w ciąży ze mną.  Ja jej podobno tę ciążę kazałem usunąć ciążę, a potem oczywiście ją rzuciłem. Jeden ochroniarz, połapał się, że coś jest nie tak. Zaczął ją wypytywać, przestraszyła się.

Tak mnie krzywdzisz, a ja cię tak kocham…

– A potem zdarzyła się ta historia w twojej pracy?

– Tak. Dwa tygodnie później Kasia przyszła do biura, rano w dniu kiedy wziąłem wolne. Przyszła w jakiś brudnych ciuchach, powiedziała, że właśnie wyrzuciłem ją z domu, a przedtem pobiłem kablem od żelazka. Że nikt nie wie, jaki jestem naprawdę. Płakała, że nadal mnie kocha. Dziewczyny litowały się nad nią. Następnego dnia szef biura wezwał mnie do siebie.  Opowiedziałem mu całą historię. Uwierzył mi. Bardzo mi pomógł, dal mi namiar na swoją prawniczkę. No i załatwił przeniesienie do tego biura, w którym pracuje obecnie. Kasia nie wie, gdzie pracuję.

– Masz kogoś?

– Poznałem Magdę. Spotkaliśmy się w samolocie do Amsterdamu. Minął miesiąc zanim odważyłem się zaproponować jej spotkanie. Byłem szczery, powiedziałem jej o sytuacji z Kasią. Magda stwierdziła, że chce spróbować. Starałem się chronić ją i nasz związek, jak umiałem najlepiej. Jadaliśmy w bardzo niszowych miejscach, na spacery wyjeżdżaliśmy za miasto. Kasia dowiedziała się o tym, że kogoś mam po jakiś dwóch miesiącach. Musiała nas gdzieś zobaczyć. Nie wiem w jaki sposób zdobyła nazwisko Magdy, telefon. Konto na Facebooku to dziś banał. Zadzwoniła i zaczęła płakać. Mówiła, że rozpowiadam o niej dziwne historie, ale ona chce Magdę przestrzec przede mną.  Mówiła, że prawie zgwałciłem jej siostrę, że ją zniszczę psychicznie…

– I co?

– Magda wycofała się, gdy zaczęła dostawać maile od Kasi. Zdjęcia, historie…. Powiedziała, ze dopóki nie rozwiążę tego „problemu” mam do niej nie dzwonić. Przestraszyła się. Rozumiem ją.

– Dlaczego nic z tym nie zrobiłeś, wcześniej? Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się o wystąpienie o zakaz zbliżania się dla Kasi?

– Na początku wydawało mi się, że to karma. Wiesz, zostawiłem ją, ona miała poważne problemy ze sobą. Wierzyłem, że cierpi przeze mnie, że ją skrzywdziłem. Nie tak, jak to opisywała, ale, że może spotęgowałem to szaleństwo. Myślałem, że to przetrwam, przeczekam. Dostanę „za swoje” A potem złapałem się na tym, że mam w stosunku do niej coraz bardziej agresywnych myśli. Wiesz, stanęła mi przed oczami scena z „Fatalnego zauroczenia”. Ta, w której Michael Douglas strzela do Glen Close.  Poczułem, że Kasia odbiera mi „normalność”, że sfiksuję. Zacząłem szukać pomocy. Na jakiś czas przeprowadziłem się do siostry. I stał się cud. Część znajomych pisze do mnie, że nie wierzy już Kasi, że wspierają, mogą złożyć zeznania.

W zeszłym tygodniu Maciek spotkał się z prawniczką. Zamierza ubiegać się o sądowy zakaz zbliżania się dla Kasi. W poniedziałek Kasię widziano w rodzinnym miasteczku, na Pomorzu. Podobno zdecydowała się wyjechać na kilka miesięcy do rodziców. Ale czy na pewno, nie wie tego nikt.


Macierzyństwo

„Pokonałam kryzys. Ty też możesz”. Nasza nowa akcja! Weź w niej udział

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
20 kwietnia 2016
Fot. Pexels / stock.tookapic.com / CC0 Public Domain

Zapytałam koleżanki psycholog co to jest kryzys. „To rozwój” odpowiedziała. I wymieniła ileś tam plusów tego trudnego momentu w życiu: konieczność skonfrontowania się ze sobą, zmierzenia z dotychczasowym życiem, podsumowanie, smutek, żegnanie się, ale też walka i poznawanie swojej siły.

Zapytałam potem przyjaciółki (niedawno straciła pracę) czy się z tym zgadza: „Żaden rozwój tylko czarna d….” odrzekła.

Bardzo wielu moich znajomych przeżywa trudne momenty. Zauważyłam, jak różnie sobie z nimi radzimy: jedni zakopują się pod kołdrą (i nie potrafią się z niej wygrzebać), inni dają się nieść sytuacji (trochę bezwolnie) i czekają tylko do wieczora, by zasnąć. Jeszcze inni mają w sobie wtedy taką moc, że mogą obdzielić nią setki innych ludzi.

Jedna z moich przyjaciółek codziennie rano o piątej wstawała biegać. Mówiła: „Muszę się zmusić do aktywności, inaczej się zapadnę”. Inna uciekła w seriale. Podobna sytuacja życiowa, a zupełnie dwa różne sposoby działania.

Wiadomo, pewnie wszyscy chcemy jak ta pierwsza. Dlaczego nie zawsze się udaje? Gdy jest źle, walczymy z realnym zagrożeniem (albo wytworami w głowie) nie pomaga żadne: będzie dobrze. Gówno, a nie dobrze. Jest straaaasznie.

Nam, dziewczynom z naszej redakcji,  pomagają różne pozytywne historie innych kobiet. Uwielbiamy czytać (czasem rozmawiać) o kobietach, które wyszły na prostą, spełniły marzenia, zaryzykowały. Nic nie daje takiego kopa. Ona mogła? To przecież ja też mogę. Nie zazdrościmy, tylko podziwiamy.

Podobno właśnie w trudnych życiowych momentach najlepiej jest patrzeć na innych. Tych, którzy mogą stać się motywacją.

Dlatego właśnie wymyśliłyśmy akcję. „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”. Piszcie do nas o tym, jak wy poradziłyście sobie w złych momentach, bądźcie inspiracją dla nas i innych kobiet. Nieważne jaki to był kryzys – ktoś odszedł, ty odeszłaś, straciłaś pracę, firmę, dom. Szukamy kobiet, które poradziły sobie i wyszły z najgorszych rzeczy.

Zmotywujcie inne osoby do walki o siebie. Same wiecie jakie to ważne:)))

Piszcie do nas do końca kwietnia 2016. Najciekawsze historie opublikujemy i nagrodzimy.

Jeśli nie Wy to może jakaś Wasza przyjaciółka? Koleżanka? Czekamy!

Wybierzemy – naszym zdaniem – siedem najlepszych historii i nagrodzimy je.  Wśród nagród sześć książek o mocnych, silnych kobietach, które przechodziły lub przechodzą zawirowania (baaardzo motywujące) plus dwa bony zakupowe do sklepu Limango.

Piszcie na [email protected] w temacie wiadomości wpisując „Pokonałam kryzys”, prosimy o dołączenie do wiadomości poniższego oświadczenia oraz informacji jak chcecie być podpisani:

Oświadczam, że jestem autorem nadesłanej pracy konkursowej oraz wyrażam zgodę na jej publikację przez portal Oh!me. Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

2 x bon zakupowe do sklepu Limango o wartości 250 zł 

Półsłówka, Blanca Busquets, wydawnictwo WAB

Dom ciszy, Blanca Busquets, wydawnictwo WAB

Skrawki, Singrid Combuchen, Wydawnictwo WAB

Święto trąbek, Marta Masada, wydawnictwo WAB

„Mój intymny świat” wywiad Magdaleny Adaszewskiej z aktorką Igą Cembrzyńską o życiu i miłości

Regulamin akcji dostępny jest tutaj


Zobacz także

Czym jest macierzyństwo… ale tak naprawdę…

„Wyglądam strasznie” i „Wszystko ok”. Kilka zdań, których nigdy nie wolno powiedzieć do dziecka

„Nigdy ci nie wybaczę, że zostawiłeś mnie i mamę”. Tylko, że to przez nią nie mam kontaktu z synem