Macierzyństwo

Nie mam czasu, włącz YouTube

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
20 czerwca 2016
 

Jest godzina 20:00 i do domu wpadają cztery dziewczynki. Poza ogromnym hałasem, zamieszaniem, wyciąganiem dziesiątków niepotrzebnych zabawek, ponieważ będą tańczyły przed telewizorem, te wizyty są momentami niezwykle interesujące. Dla mnie. Dowiaduję się, co interesującego dzieje się na podwórku i co jest teraz na topie. Z ostatniej takiej wizyty dowiedziałem się o uzależnieniu koleżanki od mediów społecznościowych.

Nie pamiętam, jak na imię ma na imię dziewczynka, o której rozmawiały, ale przyjmijmy, że jest Anią. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

– Ta Ania to już w ogóle nie wychodzi na dwór.

– Ona chyba ciągle siedzi w tym YouTubie.

– Bez sensu. W ogóle nie wie, co się dzieje na podwórku.

Z tonu ich głosu trudno określić, czy to było rzeczywiste oburzenie / zdziwienie, że można spędzać słoneczne dni w domu przed ekranem komputera lub telefonu komórkowego, czy było w tym nieco zazdrości. Chciałbym, żeby chodziło o to pierwsze, ale obawiam się, że każda z nich chciałaby być Anią.

Nawet ich za to nie winię, bo pęd do poznawania tego, co nowe, czy tego, co mają koleżanki, jest naturalny. Zresztą my mieliśmy podobnie, ale nasze zainteresowanie wzbudzały zupełnie inne rzeczy. Oburzanie się na fakt, że dzieci wyciągają ręce po nowe rzeczy, czy zadają pytanie o możliwość skorzystania z komputera 146 razy w ciągu dnia jest niepoważne. Dla jasności. Sam tak robię, ale to jest głupie, bo – jak wspomniałem – zachowywałem się dokładnie tak samo. Kiedy mój kolega dostawał nową piłkę, a moja traciła ostatnie łaty, nie dawałem moim rodzicom żyć. Też musiałem mieć taką! Takie narzekanie przypomina mi legendarne mówienie o „dzisiejszej młodzieży”, która z każdym pokoleniem jest „gorsza”. Jak to mierzyć? No i czy za wychowanie tej „gorszej” młodzież odpowiedzialności nie ponoszą poprzednie pokolenia?

Wróćmy jednak do dzieci. Tak. Są roszczeniowe i bywają męczące usilnie prosząc o kolejne rzeczy, pozwolenia, zezwolenia, etc. Dzieci nie zawsze są słodkimi brzdącami słodko bawiącymi się lalkami lub samochodzikami w swoim pokoju J Ciągle zgłaszają wszelakiej treści prośby. Największą sztuką jest im nie ulec, albo ulegać tak, żeby… nie ulec totalnie. Kiedy to się stanie – zaczynamy najzwyczajniej szkodzić dziecku. Tak – wiem, że każdy to wie. I tak – wiem, że ludzie i tak się tym nie przejmują. Swego czasu na ekranach kin królował film pt. „Super Size Me”, który był zapisem życia jednego z Amerykanów z dokładniejszym przyjrzeniem siędiecie, jaką stosował. A ta opierała się tylko na żywieniu się w sieci McDonald’s. Efekty były oczywiście słabe i po kilku tygodniach jego ciało z zewnątrz i od wewnątrz nadawało się do naprawy. Z drugiej strony, czy żywiąc się np. tylko jabłkami lub tylko kalafiorem, nie zaszkodziłoby mu to podobnie?

Przesada jest słowem kluczem. I to dotyczy absolutnie wszystkiego. Słodyczy, telewizji, grania na konsoli, czytania w ciemności, jedzenia TYLKO warzyw (czekam na atak radykałów), itp. itd. I pewnie masz swój sposób na racjonalizowanie dawek każdej z tych przyjemności. Jedna bajka obejrzana wieczorem (u nas rządzi Miraculum) i Scooby-Doo w weekend? Słodycze tylko w weekend? Gra na konsoli raz na jakiś czas, po odrobieniu lekcji? Ile rodziców, tyle sposobów. Ale pewnie żaden lub baaaardzo niewielu z nich w ogóle zabrania dziecku korzystania z takich dobrodziejstw. To zahaczałoby o sadyzm. Tylko, że akurat w przypadku mediów społecznościowych, nie wyobrażam sobie, co musiałby się stać, żebym się na coś takie NIE zdecydował.

Może to wynika z tego, że na co dzień pracuję w oparciu o nie i widzę, jakim śmietnikiem potrafią być i jak absolutnie straszne, szkodliwe i w żaden sposób niecenzurowane treści można tam spotkać. Tylko w ostatnim czasie można było przeczytać o tym, że nastolatka prowadziła relację na żywo… z gwałtu swojej znajomej. Namierzenie filmu z egzekucji wykonywanej przez terrorystów nie jest trudne. To skrajne przykłady, ale w sieci znalezienie treści pornograficznych, wulgarnych, agresywnych jest jeszcze prostsze. Nie znajdą tego na Disney Channel, bajkowym paśmie Polsatu, czy na podwórku (pomijając jakieś skrajnie patologiczne miejsca). I teraz pytam się: jak można świadomie pozwalać dziecku spędzać godziny przed komputerem bez jakiejkolwiek kontroli? Bo nie wierzę, że rodzice są w stanie dbać o to, żeby do dziecka trafiały jedynie właściwe treści. Pytanie co dwie godziny „co oglądasz?” nie jest najbardziej skutecznym z filtrów.

Mimo tego tak się dzieje. Być może jest to efekt mody na bezstresowe wychowanie, która jest dla mnie przykładem kolejnej szkodliwej skrajności. A może sprawa bierze się z tego, że w dzieciństwie rodzice zabraniali ojcu / matce na zbyt wiele i teraz Ci próbują na zasadach kompensacji wyrównać te różnice. Może być też odwrotnie i powielają wychowanie przez samowolkę. Z jakimkolwiek nie mamy do czynienia powodem, nic nie uprawnia bycie leniwym i/lub nieświadomym. Może to zbyt zdecydowana opinia, ale nie znajduję innych powodów bycia tak nieodpowiedzialnym rodzicem czy opiekunem. A powiedzenie dziecku „nie”, nie czyni z Ciebie złego rodzica. Zwłaszcza w takiej sytuacji. Odmawiasz dziecku jedzenia codziennie słodyczy, a wpuszczasz je bez kontroli do sieci? Gratuluję i polecam film „Sala Samobójców”. O efektach bycia „nowoczesnym”.


Macierzyństwo

Dwa razy w życiu byłam w sytuacji, kiedy musiałam podjąć bardzo trudne decyzje, postawić wszystko na jedną kartę

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
29 czerwca 2016
Arch. prywatne
 
Umówić się z Anią, autorką bloga What Anna Wears, jest dość trudnym zadaniem, ponieważ podróżuje między Polską, Bali, Marokiem i kolejnymi kilkunastoma krajami. W chwili, kiedy to czytasz jest zdaje się w Kuala Lumpur, a na pewno była tam wczoraj. Spotkaliśmy się w samym centrum Warszawy niedaleko miejsca, w którym mieszka. Wszystko dlatego, że niedługo potem biegnie na kolejne spotkanie, potem na sesję, nagranie, itd. Kiedy jest w Polsce nadrabia zaległości i Jej dzień jest wypełniony zajęciami po brzegi. Zawsze znajdzie jednak czas, żeby pobiegać.

Kamil Wiśniewski: Pojawiłaś się na okładce JOY’a. Ile czasu zajmuje droga od założenia bloga do okładki popularnego magazynu?
Ania Skura: U mnie było to pięć lat. Bloga założyłam w 2011 roku, ale nie liczę tych pierwszych sześciu miesięcy…

Nie miałaś kryzysu właśnie po tych sześciu miesiącach? Nie ukrywam, że ja się z takim zmagałem. Niby miałem przekonanie, że przygotowuję niezłe treści, ale liczba czytelników rosła dość wolno.

Oczywiście, że miałam! Musisz sobie zdać sprawę, że każdy musi sobie wydeptać tę ściężkę. Nic nie spada z nieba samo 🙂 Mój blog na full zaczął „żyć” po trzech latach. I nie ma tu, ani żadnego mechanizmu, ani żadnej prawidłowości.

Arch prywatne

Arch prywatne

To się wiązało z jakimś wydarzeniem, konkretną kampanią, czy przyszło nie wiadomo skąd?

Tak, ale było to związane paradoksalnie z moimi personalnymi projektami, które stworzyłam. Najpierw przy okazji mojego udziału w maratonie w Gambii i African Road Trip, który organizowaliśmy z HollyCow, przejeżdżając busami Afrykę Zachodnią od Maroko do Gambii. A następnie po zdobyciu Kilimandżaro. Przy okazji wszystkich tych projektów towarzyszyli mi partnerzy, ale w przeciwieństwie do standardowych sytuacji, to nie oni generowali pomysły na akcje.

To potwierdzasz zdanie Michała Szafrańskiego z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze, który postuluje głównie tego typu współpracę.

Jak jesteś kreatywny, to nie widzę powodu, żebyś czekał. Zwykle nawet najlepsze propozycje nie są tak dobre jak te, które sam sobie wymyślisz i wygenerujesz. Raczej mało kto wpadnie na pomysł wysłania blogerki na Kilimandżaro na pierwszą dla niej tego typu wyprawę.

Jaki jest następny krok Twojej medialnej obecności? Co pojawi się po JOYu? W telewizji już występowałaś. Własny program?

Własny program? Chyba nie, choć nigdy nie mówię nigdy… Kiedyś myślałam, że to jest absolutny szczyt marzeń, niesamowity wzrost popularności, większa rozpoznawalność… Teraz to się zmienia. My „narodziliśmy” się w Internecie i tu najlepiej się czujemy, zresztą to tu chcą nas widzieć nasi czytelnicy.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Słuchasz opinii swoich czytelników? Znasz ich?

Dostaję od nich niesamowitą ilość wiadomości na Facebooku i Snapchacie. Do tego dochodzą komentarze. To na pewno nie są dziewczyny w wieku 13-15 lat, co wcale nie jest takie oczywiste, bo blogi przyciągają wiele takich czytelniczek. U mnie są to raczej kobiety od 18 do ok. 30 roku życia. To, co je wszystkie łączy, to silniejsza lub słabsza chęć zrobienia czegoś dużego w swoim życiu. A ja… im tego nie utrudniam. Wręcz przeciwnie. Staram się je lekko do tej decyzji zbliżyć. Motywować je. Pokazuję im, że stagnacja w życiu nie jest jedynym wyborem. A droga do ich szczęścia nie jest zawsze taka sama. Nie ma schematu, do którego każda z nich ma się dostosować. Powiem więcej, ta droga jest nawet znacznie ważniejsza, niż sam jej cel, bo kroczenie nią pokazuje im, że wszystko jest w ich rękach. One są kapitanami swojego okrętu. Sama dwa razy w życiu byłam w sytuacji, kiedy musiałam podjąć bardzo trudne decyzje, postawić wszystko na jedną kartę. I wiem, że to są bardzo trudne wybory. Przecież, gdybym wtedy wiedziała, że dzięki tamtym decyzjom, po kilku latach, będę w tym miejscu, gdzie jestem teraz, to byłaby łatwizna.

Masz dowody na to, że Twój wpływ na kobiety, które inspirujesz, zmienił ich życie?

Tak! I to całkiem sporo. Nie ograniczają się jednak tylko do relacji „po”, ale często radzą się przed podjęciem jakiejś decyzji. Kiedyś dość długo rozmawiałam z jedną dziewczyną, która miała okazję na roczny wyjazd do Australii, ale miała też wiele obaw. Związanych chociażby z rozłąką z bliskimi. Ostatecznie zdecydowała się na niego, jest w Australii i jednego dnia napisała, że jest mi wdzięczna za to, że tak ją przekonywałam. Inna historia dotyczy dziewczyny, która organizowała bieg charytatywny, na którym pojawiłam się tuż po przylocie z Gambii.

Ania1

Arch. prywatne

Nie miałyśmy kontaktu przez kilka miesięcy, aż któregoś dnia napisała, że po rozmowie ze mną namówiła swojego męża i wyjechali na rok do Wietnamu. Takich historii jest, jak mówiłam, sporo i dają mi one rzeczywiste spełnienie oraz satysfakcję. Kiedy zakładałam bloga, wydawało mi się, że inspiracja jest wtedy, jak założę jakąś bluzkę i jakaś dziewczyna ubierze taką samą. Teraz wolę, kiedy wyjdzie na dwór pobiegać. Nie chcę, żeby to zabrzmiało zbyt górnolotnie, ale zmiana życia moich czytelnicze na lepsze, dzięki mojemu blogowi, daje mi największą satysfakcję.

Jakie masz plany na przyszłość?

Nie wiem dokładnie, co to będzie. Na pewno ciągłe podwyższanie poprzeczki. Szeroko pojęty sukces, ale nie wiem, czy to będzie kolejna okładka, czy może bardziej rozumiany jako zdobycie kolejnego szczytu, czy przebiegnięcie 100 km w ultramaratonie.

Chciałaś też przebiec siedem maratonów na siedmiu różnych kontynentach…

Tak. Na razie mam cztery. Zostały mi Australia, Ameryka Południowa i Antarktyda.

Maraton na Antarktydzie mnie bardzo interesuje…

A to jest najtrudniejszy cel do osiągnięcia z tych siedmiu. Miejsc w biegu jest ok. 70 i możesz na nie czekać nawet 5 lat. A jak już Ci się uda zdobyć upragnione miejsce, warto mieć wolne 50 tys. złotych na opłacenie całego tego pomysłu.

Ile?!

50 tys. Sama logistka związana z tym biegiem jest bardzo droga. Może się przecież okazać, że staniesz na starcie, a pogoda nie pozwoli Wam ruszyć z miejsca przez dwa tygodnie.

Kiedy zakładałaś bloga, miałaś taki plan „na wypadek jakby…”. Pracowałaś.

To prawda. Pracowałam na etacie i tworzyłam bloga, ale na dłuższą metę tak się nie dało. Przy tylu godzinach w pracy nie byłabym w stanie tworzyć wysokiej jakości treści – tekstowej i zdjęciowej. Generalnie bez poświęcenia się czemuś w 100% szansa na sukces nie jest duża. Zwłaszcza w projekcie, który jest długoterminowy.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

To jak to sobie wszystko zorganizowałaś?

Odeszłam z pracy i zostałam freelancerką. Udało mi się zdobyć kilka zleceń i zajęłam się nimi. Taka organizacji pracy miała jedną podstawową przewagę – pozwalała mi na elastyczne układanie swojego dnia. Dzięki temu zauważyłam, że przełożenie na bloga jest niesamowite. Zaczął rozwijać się bardzo szybko i zauważyłam to już w pierwszym miesiącu. Z czasem zaczęłam rezygnować z poszczególnych zleceń.

Ty już w zasadzie nie masz bloga tylko modowego. On opowiada o tym, jak dobrze żyć. Nie znajduję w polskim języku lepszego określenia, niż angielskie „well being”.

Trochę tak jest, ale moda nadal jest jego częścią, i podstawą, z jakiej wyrósł, dlatego tego typu publikacje nadal się na nim pojawiają. Mają jednak inny charakter. Są skierowane do ludzi aktywnych, podróżujących, którzy nie chcą w czasie wędrówek mieć na sobie ciężkich traperów i wojskowych spodni. To moda ludzi aktywnych.

Masz hejterki?

Nie, raczej nie. Przez chwilę, może mało skromnie, myślałam, że to jest wszystko zależy od tego, jaką się jest osobą. Jeżeli jest się szczerą, miłą, otwartą, to nie ma powodów, żeby kogoś to drażniło, ale potem zobaczyłam z czym styka się Ewa Chodakowska i nie mogłam tego totalnie zrozumieć.

Fakt. Ludzie potrafią ją atakować w sposób tak ordynarny…

Niestety. A to jest przecudowna, pełna pasji kobieta, która daje innym tak wiele.

Może to jest po prostu kwestia zazdrości?

Być może. Z czasem pomyślałam nawet, że jak się nie ma hejterów, to źle o Tobie świadczy, ponieważ jest się dla odbiorców jałowym, bez wyrazu. A teraz? To cudowne uczucie, kiedy mam pewność, że jeśli u moich czytelników i obserwatorów nawet pojawia się zazdrość, to raczej w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powiedzmy, że to zazdrość inspirująca. Cieszą się czyimś szczęściem, inspirują się nim, biorą z niego coś dla siebie. To jest niezwykle budujące.

Co byś robiła, jakbyś nie mogła prowadzić bloga?

Szczerze mówiąc w ogóle o tym nie myślę. Trudno mi jest sobie wyobrazić teraz taką sytuację. Jeśli już musiałabym wskazać, co jest moim planem B, to firmę, którą prowadzę z mężem – Holly Cow, która organizuje wyjazdy do wielu bardziej lub mniej egzotycznych miejsc na całym świecie. Prosperuje bardzo dobrze. Mamy też w związku z nią bardzo wiele planów na przyszłość. Poza tym nie wierzę w wieszczony „koniec blogów”. Nie wyobrażam sobie, że kreatywni blogerzy będą zmuszeni zamykać nagle swoje serwisy. Potrafią szybko dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Zawsze mogą przeobrazić bloga w portal, ale innych pomysłów jest przecież mnóstwo. Inna rzecz jest taka, że mam niewiele znajomych w blogosferze. Nie śledzę namiętnie tego, co się tam dzieje. To mi zresztą pomogło w sytuacji, kiedy miałam kryzys, czy to co robię, ma sens. Przestałam oglądać się wokół i skupiłam na sobie. To był klucz do sukcesu.

Wiem, że kochasz podróżować i nie możesz wysiedzieć na jednym miejscu dłużej. Jesteś częściej w Polsce, czy poza nią?

Statystycznie, mniej więcej, jestem tak samo długo tutaj, jak i poza granicami kraju. Zwykle spędzam miesiąc w Polsce i wyjeżdżam na taki sam okres. Szczęśliwie nie jest też tak, że nie widzimy się z mężem przez ten czas, kiedy jestem w Polsce. Czasem przyjeżdżamy tutaj razem. Poza tym mam wrażenie, że czas dla siebie samego, jest zdrowy dla związku.

Jest jakaś podróż, której nie chciałabyś odbyć kolejny raz? Jakaś destynacja, którą wolisz omijać szerokim łukiem?

Nie. Chyba nie. Nie przepadam za Chinami. Nie jest to najbardziej przyjazny kraj dla turystów, a jego mieszkańcy są zamknięci i niezbyt przyjaźni. Nie mówię, że nigdy tam już nie pojadę, ale nie jest to miejsce, do którego wracałabym ochoczo. Drugim jest Brazylia, która jest po prostu niebezpieczna. Problemem są owady, których ukąszenie jest wyjątkowo kłopotliwe. No i panuje tam dość medialny teraz wirus Zica. Poza wszystkim Brazylia jest bardzo droga. Zawsze można pojechać do Azji, która jest co najmniej równie piękna, a przy tym bezpieczniejsza i bardziej przyjazna.

Jak Polacy są odbierani za granicą? W miejscach, gdzie Ty jeździsz?

Nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią na temat Polaków.  W Azji standardem jest mylenie Polski z Holandią., a kiedy udaje nam się wytłumaczyć, że to nie to samo, widzimy lekki zawód J Drugim krajem, jaki się nam przypisuje, jest oczywiście Rosja. Ale to jest typowe na całym świecie.

Arch prywatne

Arch prywatne

Załóżmy, że musisz się przeprowadzić do innego niż Polska kraju? Na który byście się zdecydowali?

O tym akurat często rozmawiamy. Były okresy, kiedy mieszkaliśmy dłużej w Maroku i na Bali, ale moje dotychczasowe życie pokazało, że najlepszą sytuacją jest taka, która pozwala zachować balans. Mam to szczęście, że mogę być w kilku miejscach i czuć się tam dobrze. Jednego dnia jest to Bali, a innego centrum Warszawy i spotkanie z Tobą na kawie. Mój mąż przebywa dłużej poza Polską niż ja i trochę mi tego zazdrości, kiedy mogę tu przyjechać, jeść polskie posiłki, mieć kontakt z inną cywilizacją. Balans jest bardzo ważny. Nawet raj może się znudzić. Będąc tam, mogę nabrać niesamowitego dystansu do tego, co się dzieje w Polsce. I odwrotnie. Przebywając w Polsce mogę się spotkać ze rodziną i znajomymi. Mogę też pracować. W końcu moi czytelnicy są stąd.

Poza tym dzięki podróżom możesz realizować jedną ze swoich pasji w tylu różnych miejscach… Chodzi oczywiście o bieganie. Kiedy przebiegłaś swój pierwszy maraton?

Trzy lata temu, w Warszawie.

Przygotowywałaś się z kimś? Ktoś Ci pomagał?

Nie. Nawet nikomu nie powiedziałam, że zamierzam wystartować. Miałam za sobą półmaraton i byłam ciągle w treningu, dlatego stwierdziłam: dlaczego nie? Przebiegnięcie maratonu było dla mnie symbolicznym przesunięciem swoich granic.

Który z nich był najtrudniejszy? Ten w Azji?

Chyba tak. Tam powietrze jest niesamowicie zanieczyszczone. Dodatkowo maraton odbywał się nocą, co było dla mnie nowym doświadczeniem. No i organizatorzy się lekko pomylili wydłużając trasę o 7 km.

Jak to o 7 km?

Nie wiem J Po prostu się pomylili. Przez to zamiast kończyć bieg o 6 rano, skończyłam przed 7 rano. Gambia też była trudna, bo temperatura tam panująca jest niewyobrażalna. Każdy bieg rodzi inny rodzaj trudności.

Co potem? Trzy maratony na kolejnych trzech kontynentach?

Na pewno. A poza tym? Może 260 km biegu po pustyniach? To jest moje wielkie marzenie, ale nie wiem, czy osiągalne.

A czy kiedyś Twoim tempem będzie kiedyś zwolnienie tempa?

Pewnie tak, ale nie wiem kiedy J Pamiętaj też, że ja pracuję bardzo intensywnie głównie, kiedy jestem w Polsce, dlatego umówiliśmy się tak wcześnie. Kiedy jestem na Bali częściej wypoczywam. Wiem, jak regeneracja jest ważna. W końcu muszę odpocząć przed kolejnym biegiem. Tym z metą i tym zawodowym.


 

Ania7Anna Skura – ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku. Karierę zawodową związała z modą i marketingiem. Była m.in. PR managerem DeeZee. Kilka lat temu założyła bloga modowego – What Anna Wears, który z czasem stał się stroną, na której czytelnicy mogą odnaleźć mnóstwo inspiracji podróżniczych i żywieniowych. Czas dzieli między Polską, Bali i innymi egzotycznymi zakątkami świata. Teraz jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich blogerek. Wraz z mężem prowadzi firmę Holly Cow, która organizuje wycieczki do miejsc, które sama odwiedza, m.in. na Bali, do Kambodży i Tajlandii, czy do Stanów Zjednoczonych. A od niedawna, wraz z firmą Marka Kondrata, do Włoch i Hiszpanii, gdzie uczestnicy podążają winnym szlakie


Macierzyństwo

Patchwork ma same plusy

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
13 czerwca 2016

Zdaję sobie sprawę, że ten tytuł może wyglądać na taki, którego zadaniem jest jedynie generowanie dużej liczby wejść, ale na swoją obronę napiszę tylko tyle, że… naprawdę tak uważam. Jasne. Mogę wymienić zjawiska, bez których mógłbym się obyć, ale parafrazując klasyka: najważniejsze, że minusy nie przysłoniły plusów. Przy dobrej organizacji rodziny, to bardziej, niż możliwe.

Zawsze, kiedy zabieram się do pisania artykułów, w których mam przekazywać swoje spostrzeżenia, żeby nie powiedzieć rady, dotyczące funkcjonowania w związku patchworkowym czuję lekki dyskomfort. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie mam do tego żadnego przygotowania. Nie jestem ani psychologiem, ani seryjnie nie angażuję się w takie związki. To byłoby chore… Ten, w którym jestem teraz jest pierwszym tego typu i nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek zaangażował się w jakikolwiek inny. Bez bicia przyznaję się też, że niewiele na ten temat czytałem. Co akurat nie jest złym rozwiązaniem, bo wśród pierwszych wyników wyszukiwania znajdują się takie kwiatki… Po drugie, w naszej rodzinie największy ciężar organizacji i układania wszystkich klocków nie spoczywa ani na mnie (może szczęśliwie), ani na naszej 9-latce. Trudno, żebym nagle pozycjonował się na niesamowitego specjalistę.

Z drugiej strony – dlaczego miałbym tego nie robić? Zwłaszcza, że (może to przeceniam, ale nie sądzę) nasz patchwork może świecić przykładem dla wielu osób zmagających się z taką formą rodziny. Nie dość, że nie jest polem walk, bitew, czy przepychanek, to jest dobrze funkcjonującym mechanizmem. Nie mówię, że to absolutna sielanka i pewnie niektóre elementy można w nim poprawić, ale wszystko przyjdzie z czasem. Wracając jednak do zalet…

Nie korzystaj z Google’a

Wspomniałem o tym, że poszukiwanie informacji na temat niestandardowych rodzin w Internecie powoduje, że Twoim oczom ukażą się tak niesamowite rzeczy… Na jednej z popularnych stron, na której można znaleźć rady na temat wychowania dzieci, jedna z autorek chciała się podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat zalet rodziny patchworkowej. Wśród kilku jak najbardziej sensownych punktów znalazło się tez kilka kwiatków. Między innymi taki, że „rodzina patchworkowa jest większa – na rodzinnych uroczystościach bywa wesoło i gwarno”… Co kto lubi, ale nie wydaje mi się, że to jedna z czterech najważniejszych zalet takiego układu. Żeby nie wyjść na krytyka, przedstawiam moje spojrzenie na ten temat. Zapraszam do czytania, krytyki, pohukiwania i wyśmiewania J

Komunikacja

Umiejętność komunikowania się z otoczeniem, bliskimi, współpracownikami jest moim zdaniem jedną z umiejętności, która zanika makabrycznie szybko. Podobnie jak np. bycie szarmanckim, tak często mylone z podrywem. Widzę to na każdym poziomie. Nie wiem, czy to wynika z niecierpliwości, nadmiaru agresji, braku empatii, egoizmu – niech specjaliści to ocenią. Może dlatego coraz na rynku pojawia się coraz więcej szkoleń, kursów z komunikacji interpersonalnej. Nie mam jeszcze pomysłu na sensowne przeniesienie tego pomysłu na grunt komercyjny, ale pół roku życia w rodzinie patchworkowej jest pewnie odpowiednikiem kilku semestrów takich kursów.

Tu nie ma miejsca na zgłoszenie nieprzygotowania, podejście do poprawki, zlecenie napisania pracy komuś innemu. To, co robisz jest od razu weryfikowane. Zamykanie się, unikanie kontaktu i komunikacji z wszystkimi uczestnikami układu wyrzuca Cię na pobocze. Rodzi masę frustracji. Jest wsypywaniem worku piasku w tryby. Jeśli to do Was nie przemawia, pomyślcie o patchworku jeszcze inaczej. Błędy popełniane w takim układzie powodują konsekwencje dużo dalej idące, niż w jakichkolwiek innych. W tzw. normalnych rodzinach, to oczywiście moje wrażenie, margines błędu jest jednak szerszy. Patchwork = komunikacja.

Miłość

Tego uczucia nie da się zważyć, zmierzyć, ocenić, bo jaką miarą i skalą? „Kocham Cię na 70%”, „Oceniam naszą miłość na 8 punktów w skali 1-10. A jak Ty dzisiaj oceniasz swoje uczucie?”. Wiem o tym wszystkim, dlatego nie będę wartościował tego, o czym zamierzam napisać. Przypominam, że cały czas mówię o dobrze zorganizowanym patchworku. Weźmy na przykład mój 🙂 Nasza 9-latka ma wokół siebie kochających ją rodziców, dwie pary dziadków, którzy są w stanie zrobić dla niej absolutnie wszystko. W tę samą rolę weszli także moi rodzice, zwłaszcza mój tata. Aha. I jeszcze moja skromna osoba. Traktuję ją jak moją córkę i tyle w tym temacie. Całkiem pokaźna grupa osób.

Wracam do tego, o czym pisałem wyżej – nie będę liczył miłości w żaden sposób, w tym liczbą osób. Trudno jednak nie zwrócić uwagi, że w życiu naszej 9-latki jest teraz więcej ludzi, które ją najzwyczajniej w życiu kochają. Nikt też nie rywalizuje o to, kto kocha mocniej. To byłoby dopiero tragiczne… Nie byłoby to możliwe gdyby nie komunikacja,  której pisałem wyżej. Patchwork = miłość.

Satysfakcja

Na koniec trochę egoizmu, dlatego będzie najkrócej. Satysfakcję, podobnie jak miłość, trudno mierzyć. Nie wiem, czy to w ogóle jest możliwe, ale spróbujmy ubrać ją w „jakąś” wartość. Przypomnijcie sobie satysfakcję ze zdania bardzo trudnego egzaminu, ale nie takiego, do którego się nie uczyliście, ale takiego, dla którego zarywaliście noce ślęcząc nad książkami. A pamiętacie satysfakcję z dostania się do upragnionej pracy, szkoły, uczelni? To uczucie, kiedy dziecko dostaje pierwszą ocenę, osiąga jakikolwiek sukces… To teraz dodajcie to wszystko do siebie. Przemnóżcie przez liczbę dwucyfrową. Jesteście blisko połowy uczucia, jakie daje świetnie funkcjonujący patchwork. Patchwork = satysfakcja.

Czekam na Wasze opinie.