Lifestyle

Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 października 2016
Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców
Fot. iStock/Martinns
 

Miało być inaczej, jasna sprawa. Miało nas to nie dotknąć, mieliśmy być mądrzejsi. Oni mieli być mądrzejsi, ci wszyscy wokół. A my mniej nerwowi, bardziej odporni. Wyszło, jak zawsze. Cóż, jasny wynik konfrontacji oczekiwań i pobożnych życzeń z rzeczywistością. Bo jak się znajdzie tylu, co „chcą dla was jak najlepiej”, tyle, że po swojemu, to w końcu zawsze wyjdzie najgorzej.My się naprawdę bardzo kochamy. Rzadko się kłóciliśmy. To znaczy, tak było zanim wszystko się pozmieniało i gdy trzy lata po ślubie, podjęliśmy decyzję, która miała zmienić nasze życie. W momencie kiedy wzięliśmy kredyt, zaczęliśmy budowę domu, domowy budżet zaczął nam się kurczyć. Spłacanie raty kredytu na dom i wynajmu mieszkania jednocześnie stało się obciążeniem, które przestało nam się opłacać.

– Zamieszkajcie z nami – zaproponowali teściowie. – Oddamy wam całe piętro. Nie będziemy sobie na głowę wchodzić. Tylko kuchnia wspólna, ale jakoś się podzielimy. Nie musimy się nawet widywać.

– Jezu kochany, nie – mówił głos w mojej głowie. W myślach przywoływałam historie moich znajomych, których małżeństwa przechodziły najgorsze kryzysy, właśnie w tym momencie, gdy trzeba było na chwilę zamieszkać z rodzicami. Ba, nie musiałam daleko szukać, najbliższym przykładem tego, co się może wydarzyć, gdy żyje się pod jednym dachem z rodzicami, był związek moich rodziców. Rozpadł się po czterech latach oczekiwania na klucze do własnego M3.

Fakt, była różnica, oni (wszyscy ci znajomi) mieli dzieci. Istotny punkt zapalny w tak ciasnych okolicznościach mieszkaniowych… U nas właściwie nie byłoby o co kopii kruszyć. I ostatecznie przekonał mnie taki właśnie argument mojego męża: oboje pracujemy, jesteśmy niezależni, będziemy się tam więc czuli w miarę swobodnie. Z resztą, w każdej chwili możemy się zwinąć manatki i coś wynająć. A ile zaoszczędzimy przez ten rok. Zrezygnowaliśmy z wynajmu, wprowadziliśmy się do domu teściów. Rozpoczęliśmy nowy etap.

Zrobisz jak uważasz, ale ja wiem lepiej

Pierwszego wieczora, kiedy zamknęły się za nami drzwi i ostatnia walizka została przez mojego męża wniesiona na („naszą”) górę, usiadłam na wielkim, dębowym łóżku i… natychmiast wstałam. Stuk, stuk – teściowa wparowała tanecznym krokiem.  – Kolacja na stole, myjcie rączki i schodzimy – oznajmiła.

– Ale chcieliśmy zjeść na mieście – zaczęłam nieśmiało. – No żartujesz, po co wydawać pieniądze, jak u nas wszystko jest. Oszczędzajcie na dom, tam dużo trzeba będzie jeszcze włożyć. No wiesz, zrobisz jak chcesz, ale tak chyba jest lepiej dla was, prawda?

Spojrzałam na męża, znikał już na schodach. Ok ­– pomyślałam, pierwsza noc, nie będę się upierać. Przecież to na pewno nie będzie tak wyglądało codziennie.

Pomyliłam się. I następnego dnia i każdego kolejnego, kiedy wracaliśmy z pracy, czekała na nas kolacja i stół, nakryty na cztery osoby. Odmowa była traktowana jak cios w samo serce: ze łzami i wyrzutami.

– Słuchaj – mówiłam do męża – to nie może tak być, ja chciałam z Tobą sama tę kolację. – Daj spokój, jeszcze będziemy mieli okazję – odpowiadał. A we mnie się gotowało. Bo w soboty i niedzielę budziło nas nawoływanie na wspólne śniadanie. A przy śniadaniu zaczynały się rozmowy o tym, jak planujemy spędzić weekend. Bo może jakaś wspólna wycieczka? Albo wizyta u cioci Krysi?

– Mamy inne plany – mówiłam, starając się bronić naszej przestrzeni. Niestety, byłam w tym wszystkim osamotniona. Ze zdumieniem obserwowałam jak mój mąż, do tej pory człowiek energiczny i zdecydowany, zmienia się w powolnego leniwca, któremu w zasadzie „wszystko jedno”, a właściwie najlepiej będzie, jak ktoś zdecyduje za niego. Ktoś, czyli rodzice.

Pod koniec miesiąca pokłóciliśmy się pierwszy raz w życiu. O majtki.

To znaczy, o tę bieliznę moją i mojego męża, którą zostawiłam na suszarce na „naszym” tarasie, i którą „ktoś z dołu” poprzewieszał, segregując po swojemu, bo po mojemu było źle. Pomijam fakt, że zrobiono to pod moją nieobecność. Nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy z powodu narastającego napięcia zareagowałam bardziej nerwowo niż zwykle. – Nie życzę sobie, by twoi rodzice dotykali moich majtek! – krzyknęłam. – Przesadzasz – powiedział on. – Chcieli dobrze.

Poszliśmy spać odwróceni do siebie tyłem. Rano zdradziła nas wymowna cisza we wspólnej kuchni. Ja zagryzałam zęby na rzodkiewce. Teściowa grała rolę rozjemcy – Proszę się natychmiast przeprosić – strofowała nas na pół żartem na pół serio. Do pracy wyszłam zdołowana jak nigdy wcześniej.

Powoli wchodziłam w rytm życia w domu moich teściów. To, co miało być niezależnością i szacunkiem (ich dla naszej intymności) okazało się ciągłymi próbami narzucania nam swoich planów, rozwiązań i decyzji. Moja naprawdę świetnie wykształcona i jak mi się do tej pory wydawało kulturalna teściowa potrafiła „wpadać” do nas („stuk, stuk, idę”) o dowolnej porze, kontrolować, dopytywać o najbardziej osobiste sprawy. W odczuciu rodziców mojego męża staliśmy się jedną wielka rodziną, a jemu zdecydowanie to nie przeszkadzało. Kiedy się przemogłam i starałam się być asertywna, usłyszałam: skoro mieszkacie u nas, jesteście tu na naszych zasadach.

Nadszedł  moment, w którym oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam, niezależnie od tego, czy zdecyduje się pójść ze mną, czy zostać. – Wytrzymaj się – usłyszałam w odpowiedzi. – Jeszcze tylko 7 miesięcy. No i mogłabyś być lepsza dla mojej mamy. Ona stara się do ciebie zbliżyć, jesteście z różnych pokoleń, nie rozumiesz jej po prostu. Zasnęłam płacząc z bezsilności. Chyba tylko ja zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Oddaliliśmy się od siebie. Padły słowa: rozwód, rozczarowanie. I, że nie tak to miało być.

Z dnia na dzień podjęłam decyzję o wyprowadzce. Wynajęłam maleńką kawalerkę. Wyniosłam się bez słowa, kiedy akurat nikogo nie było w domu. Tydzień później, w drzwiach mieszkania pojawił się mój mąż. Z walizkami. Ale happy end jeszcze nie nastąpił. Poznaliśmy się od zupełnie innej, gorszej strony. Ja noszę w sobie dużo żalu, nie ufam mu jak dawniej.

Z teściami nie widziałam się od wyprowadzki, czyli już prawie trzy miesiące. I z tym mi akurat, całkiem dobrze.


Lifestyle

Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 października 2016
Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju. Dla was to tylko adrenalina
Fot. iStock / Petar Chernaev
 

Zadzwoniła zapłakana, wkurzona, pokrzykując: „Ale jestem głupia”. Moja znajoma, która wcale głupia nie jest, ale emocjonalna – fakt i owszem. Poza tym, to zdecydowanie najwspanialsza żona jaką znam, ale może dlatego, że i dobry z niej człowiek, po prostu. I uczuciowy. Nie pierwszy raz odbierałam od niej telefon, kiedy wściekła (bo dobre żony też bywają wściekłe) i zrozpaczona jednocześnie wycedziła przez zęby: ta małpa znowu flirtuje z Krzyśkiem.

Opowieści o „tej małpie” – koleżance z pracy męża mojej znajomej słyszę już od kilku miesięcy. Znacie ten typ kobiet, które szczególnie upodobały sobie towarzystwo żonatych i dzieciatych mężczyzn? Słyszałam kiedyś od jednej z nich, że flirt z „zajętym” to większe wyzwanie, większa adrenalina i… większa satysfakcja. Kuszący dekolt nad ekranem JEGO komputera,  SMS-y wieczorne, zaczepki na Facebooku, zbyt duża troska o JEGO dzieci i JEGO zdrowie, wieczna gotowość by rozmawiać o NASZYCH problemach – wszystko to naprawdę nie powinno mieć miejsca.

Drogie flirciary, jeśli po jednej stronie, na szali stawiacie jedynie chęć sprawdzenia się, pamiętajcie, że po przeciwnej leży nasz spokój i dobra atmosfera naszego związku. Dla nas – fundamentalna sprawa.

Drogie flirciary, zostawcie naszych mężczyzn w spokoju

Nie, nie kochamy tego widoku. Mało która z nas ucieszy się na dźwięk „niewinnego” SMSa w sobotnie popołudnie. – E, to „tylko” Kaśka, życzy mi (bo przecież nie nam) udanego weekendu – mówi mąż. A w głowie żony już gotuje się emocjonalny bigos, dobry humor zastępuje szybko przybrana dobra mina do złej gry. Bo dlaczego ta Kaśka, znajoma z pracy, wchodzi nam z butami w naszą intymność, czas, który powinien należeć tylko do nas i naszych dzieci? Dlaczego chce na chwilę zaistnieć w jego myślach i to zupełnie „niezawodowo”?

Wyobraźnia żony pracuje, niezależnie od tego, że mąż jest wierny, lojalny i kocha ją nad życie. Stało się, sygnał odebrany: jakaś inna kobieta przejmuje się JEGO samopoczuciem.

Prawdopodobnie niewiele pośród tych żon, które znam, poczuje dla was, drogie koleżanki naszych mężów, wdzięczność za to, że niby od niechcenia, naturalnym gestem (bo to przecież ciągle nic takiego) poprawicie naszemu mężowi krawat, strzepniecie z jego koszuli okruszki, zaproponujecie koleżeńską kawę – tylko we dwoje i z dala od biura.

Nie będziemy również szczęśliwie, jeśli z większym niż trzeba entuzjazmem i zaangażowaniem będziecie śmiać się jego żartów.

My, frajerki, nie zawsze modnie ubrane żony, niekoniecznie zawsze uśmiechnięte partnerki, bywamy o wiele mnie atrakcyjne towarzysko niż wy, przyznaję. I pewnie to może działać na waszą korzyść. Zmęczone, zdenerwowane, przytłoczone obowiązkami, czasem po prostu wkurzone, bo – jak to w związku – właśnie się posprzeczaliśmy, nie potrafimy udawać, że wszystko jest OK, i szczerzyć się do niego w ciągłej gotowości.

Szlochająca mi w słuchawkę znajoma, powiedziała dziś, że najbardziej zabolało, że:
– on nie zareagował (to prawda, nie powiedział na głos, przy wszystkich, wyraźnie i dobitnie: „Mam najwspanialszą na świecie żonę, bardzo ją kocham, natychmiast się ode mnie odczep ty wstrętna babo”, ale też w żaden sposób na sygnały natrętnej koleżanki nie odpowiedział);
– ona jest młodsza (Kochana B., tego naprawdę nie widać!), świetnie się ubiera (bo ma rano czas, bo nie gania bez ładu i składu próbując naciągnąć podkoszulkę na głowę dwulatka i dobierając skarpetki w szufladzie pięciolatka);
– to jest po prostu nie fair w stosunku do drugiej kobiety (i tu się zgadzam).

Gdzie jest granica flirtu? Dla mnie tam, gdzie druga strona po prostu jest „zajęta”. Nie wierzę w „niewinny flirt” i „tylko takie przekomarzanie się”, nie uznaję wkraczania z butami w NASZĄ rzeczywistość i pchania się z łapani do JEGO krawata.

– Wina jest po stronie faceta – powiecie. – Jakby jej na to nie pozwolił, nie przekraczałaby tych twoich granic. Jeśli cię kocha, nie zauważy tych jej sygnałów, albo je zwyczajnie zlekceważy. Gdybyś była szczęśliwa, pewna siebie, wiedziałabyś, że nic ci nie grozi. Pozbądź się kompleksów i odpuść.

Nie, to nie prawda, że kobieta, która jest szczęśliwa i świadoma swojej wartości nie odczuje niepokoju, a może nawet lęku, jeśli w towarzystwie jej męża pojawi się „flirciara”. Odczułam to na własnej skórze.

W kieszeni wibruje mi telefon. To SMS od męża: Kochanie, dziś kolacja służbowa. Będę później.
Droga K, ty też tam będziesz, podobno. Nie flirtuj z moim mężem, proszę. Ty też może kiedyś będziesz żoną.


Lifestyle

Zróbmy im wnuka… Albo żyjmy po swojemu i bądźmy szczęśliwi

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 października 2016
Fot. iStock/UberImages

Egoiści, co myślą tylko o sobie. Ale do czasu to wszystko, do czasu. Przyjdzie starość, choroby przyjdą. Dowiedzą się wtedy, co to samotność, kiedy człowiekowi nie ma już kto szklanki wody podać. Dowiedzą się co to święta bez tupotu małych, słodkich nóżek. Zostaną sami, w tym wielkim mieszkaniu, w którym nigdy nie stanęło dziecięce łóżeczko. I dla kogo te wszystkie oszczędności, kto to po nich dostanie? A niech się bawią, a potem sami się przekonają. Dobrze im będzie tak, tym wygodnickim!

Chcemy dziecka

Marta i Łukasz poznali się w pracy. Oboje są jej pasjonatami, więc wspólnych tematów w zasadzie nigdy im nie brakuje. Kochają też podróże, te dalekie i egzotyczne. I książki historyczne tych samych autorów. Może to nie była szaleńcza miłość (za to spokojna i stabilna), ale oni są ze sobą szczęśliwi, swobodni. Dobrali się – tak orzekli znajomi. Dobrze im ze sobą, nawet bardzo. I pewni są tego, że życiowe decyzje, które razem podjęli są dla nich najlepsze.

Zaczęło się po ślubie. Najpierw mama Marty nieśmiało przebąkiwała, że „trzydziestka już dawno przekroczona, kariery porobione, mieszkanie własne, to może warto pomyśleć o potomstwie”, a niedługo potem dołączyła do niej teściowa. Wiadomo – rodzice jedynaków.

– No dobra – powiedziała Marta bez entuzjazmu – To trzeba się do tego przymierzyć. A Łukasz nie miał nic przeciwko. Więc przymierzali się przez rok. Bezskutecznie. Ale dobrze się przy tym bawili. Kiedy minęło kolejne 6 miesięcy, a Marta nadal nie zachodziła w ciążę, zaczęli się niepokoić. – Coś robisz nie tak – padło w sypialni, bo Marta ma do wszystkiego podejście praktyczne i w najbardziej przyziemnych problemach szuka ciągu skutek – przyczyna. Obstawili się więc poradnikami, testami owulacyjnymi, preparatami witaminowymi i aplikacjami w telefonie. I jeszcze przeszli na specjalną dietę. Przyrządzaniem dań z listy zajęła się mama Marty. Oni byli zbyt zajęci.

Oni chcą dziecka

Po dwóch latach starań przyszła frustracja. Nie dlatego, że nie przyniosły one skutku, ale dlatego, że presja stała się nie do zniesienia. Niedoszłe babcie zasypywały Martę poradami, dziadkowie rozładowywali napięcie niewybrednymi żartami. Życzenia urodzinowe zaczynały się od słów: „przecież wiesz, czego ci życzymy, bylibyśmy tacy szczęśliwi…”, a przy wigilijnym opłatku mówiono im: „no, to żeby za rok było już nas więcej, z dwójeczki cieszylibyśmy się podwójnie”.

Na początku udawali, że nic to, że rozumieją, że w końcu to przecież rodzice… Potem coś pękło. Dokładnie rzec biorąc, wtedy kiedy teściowa Marty przyniosła jej na imieniny wynaleziony w internetowym sklepie dla przyszłych mam komplet bielizny erotycznej „ułatwiający zajście w ciążę” i zaprezentowała specjalny, olbrzymi i ilustrowany (!) kalendarz owulacyjny, sprowadzony z USA,  (od kuzynki, która „korzystała” przy wszystkich próbach zajścia ze 100% -ową skutecznością). I zażądała daty ostatniej miesiączki.

– Może byłam już zmęczona – mówi Marta – Przestałam odczuwać radość z seksu, a zaczęłam traktować go jak obowiązek, jak pracę, która, niezależnie od tego jak ją wykonuje – nie przynosi efektów. Tak czy owak, wyprosiłam ją za drzwi. Razem z tymi różowymi gaciami, z metką z wizerunkiem bociana.

Nie chcemy dziecka, jesteśmy szczęśliwi

Nie mówiąc nic nikomu, Marta i Łukasz poszli jednak do specjalisty. Szczegółowe badania nie wykazały poważniejszych problemów zdrowotnych. Odetchnęli, ale na krótko. Kolejne, nieudane próby sprawiły, że to między nimi zaczęło się psuć. I to na poważnie. Pierwsze kłótnie, pierwsze łzy, inne niż te ze wzruszenia i szczęścia. Powiedzieli: STOP.

Trafili do psychologa, terapeuty par. I dopiero tam dotarło do nich, że głęboko, podświadomie czują, że wcale nie chcą być rodzicami. Odpuścili. Zrozumieli, że oni już zawsze będą mieli tylko siebie, że tego pragną, że ich to nie przeraża, że tacy właśnie są szczęśliwi. Bez dziecka. I pomalowali ściany sypialni na waniliowy kolor.

Hiobowe wieści zakomunikowali wszystkim w najgorszym możliwym momencie. Podczas imprezy rodzinnej z okazji 40- tej rocznicy ślubu rodziców Łukasza. Kiedy teściowie Marty, zdmuchując świeczki na rocznicowym torcie wypowiadali głośno życzenie („… no i oczywiście, wiecie wszyscy, jakim cudownym prezentem na kolejną rocznicę byłby dla nas wnuczek”…), odparowali niemal jednocześnie: „A może być pies? Nie będzie wnuczka. Ale kupiliśmy psa.”

Popłynęło może łez, wyrzutów i złości. Ale decyzja zapadła.

Dziś, rodzice Marty i Łukasza wiedzą już na pewno, że o żadnych wnuczętach nie ma mowy. Marta i Łukasz nadal tego nie poczuli – nie zapragnęli zostać rodzicami. Uwielbiają córeczki swoich znajomych, kochają czule (i najlepiej na odległość) synka przyjaciółki domu i na tym koniec. Kupili nieco mniejsze mieszkanie, odkładają pieniądze na emeryturę. Mają wizję: spędzą ją podróżując po Azji i Ameryce Południowej, tak długo, jak pozwolą im na to siły. A potem, osiądą gdzieś na stałe, na przykład w Bieszczadach, zaczytani w swoich książkach, razem.

– Ci to się dobrze urządzili – powiedział mi o nich, z nieskrywanym jadzikiem zazdrości, wspólny znajomy. – Jaka oszczędność na samych pieluchach i ubrankach. Skręca mnie, jak podliczam. A te nerwy, te noce nieprzespane…  Wykpili się, co?

Jednak zaraz potem dodaje: – E, teraz wszyscy teściowie mówią „zróbcie nam wnuka, zróbcie nam wnuka”… Ale czy sami chcieliby przejść przez to jeszcze raz? Ja nie.