Lifestyle

Wiesz o czym marzę? Żeby jeszcze choć raz, przed śmiercią, pojechać z moją córką nad morze. Żeby wiedziała, że pamiętałam. I zawsze będę.

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 lutego 2017
Fot. istock/Halfpoint
 

Od momentu kiedy ją urodziłam, przez cały czas aż do teraz, myślałam, że nią byłam. Matką. A ty mi mówisz, że moja córka ma pretensje, że żal, że nie wie czy mnie kocha? Ale dlaczego? Bo robiłam wszystko, żeby miała święty spokój, którego mi kiedyś brakowało? W moim domu się nie przelewało, bo mieszkaliśmy w klitce, aż głupio było, kogoś zaprosić. Zresztą gdzie, na te parędziesiąt metrów z siostrą i braćmi? I ciągle pijanym ojcem. Uciekłam stamtąd właśnie po to, żeby móc mieć rodzinę. Pozwolić sobie na nią bez wyrzeczeń i lęku. Po to się tyle uczyłam, studiowałam, wyjeżdżałam. Cały czas żyłam tak, żeby nie zbłądzić, żeby wszystko sobie spokojnie poukładać i zaplanować. Żeby było jak należy.

Matka. Pani Barbara

Męża poznałam w pracy. Spotykaliśmy się niedługo, potem ślub i bardzo chciane dziecko. Nie wiem, czy to była wielka miłość, szanowaliśmy się, było nam ze sobą dobrze. On, biznesmen, bankowiec ale dobry człowiek, nie tylko służbista. W swoich firmach, zatrudnia setki ludzi. Był odpowiedzialny i rodzinny. Wiedział, po jakich jestem przejściach i skąd pochodzę, ale cenił, że jestem mimo to twarda, konkretna i  wiem, czego chcę.  A chciałam domu, którego sama nie miałam i dziecka, które będzie w nim szczęśliwe. Mąż też, o tym właśnie marzył. Było jak wszędzie, tak to wtedy widziałam. Dużo pracowaliśmy, często bywaliśmy poza mieszkaniem, a lata leciały. Nie mieliśmy czasu na nic, na siebie zwłaszcza. Ale zawsze byliśmy zgodni, zawsze umieliśmy mądrze się dogadać dlatego też, nie wypominaliśmy sobie, skoków w bok.

Jakoś nie pomyślałam, że Michalina coś podejrzewa czy wie. Żadne z nas się z tym, nie obnosiło, udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Ale czy to zbrodnia, że czasem, pomyślałam po prostu o sobie? Ciągłe obiecanki, że po tym biznesie już odpuszczę, już wrócę do domu i będę mamą i żoną. Ale to było oszukiwanie i siebie i wszystkich, bo w mojej głowie,  wygrywała ta przerażająca wizja, biedy sprzed lat. Nawet sobie nie umiałam  wyobrazić, że miałabym powiedzieć swojej córce, że musi poczekać na buty, choć jej są dziurawe i marznie. Bo ja tak kiedyś czekałam, od zimy do zimy, przez długie lata. Gdy byłam dzieciakiem,   wszyscy się ze mnie śmiali i nikt, nie chciał ze mną bawić. Nie miałam koleżanek, bo ciągle się wstydziłam. I obiecywałam sobie, że gdy dorosnę, moje życie będzie zupełnie inne a moje dzieci, nigdy o nic nie będą się martwić. A potem zawaliłam, bo dałam Miśce wszystko, oprócz siebie.  Owszem zajmowały się nią, najlepsze opiekunki bo  cudowny mąż i kochana siostra, a od czasu do czasu, jedyna babcia. Wszyscy, tylko nie ja, jej mama.

Bo akurat w tym czasie, pięłam się po kolejnym szczeblu, drabiny donikąd. Delegacja, nowa firma i kolejny,  daleki kontrahent. I tak w kółko. Szybkie wakacje i ferie za granicą niczego nie rekompensowały, bo niby razem we trójkę,  ale ja ciągle pod telefonem i z laptopem,  sprawdzając tabelki. Nie jestem z siebie dumna, zaprzepaściłam to macierzyństwo i nie odzyskam, straconych chwil.  Ale nikt, nie dał mi tyle prawdziwych uczuć, co ona. To moja córka, nauczyła mnie szczerości i  sprawiła, że bywałam szczęśliwa. Ona zawsze na mnie czekała, bez względu na późną porę. I to największy mój ból, za to się czasem wręcz nienawidzę. Bo ja nigdy, nie wracałam na czas. Zostawiałam ją samą lub z zastępczymi „matkami”. Kiedyś, powiedziała tak do mojej siostry i mój mąż, zapytał czy się nie boję. Odpowiedziałam, że jeszcze chwilę, jeszcze jedna transakcja i będę już dla niej. Ale zdarzyła się kolejna, duża, z możliwością zabezpieczenia, ewentualnych wnuków.  A dziś, nie mam nawet córki.

Córka. Michalina

Czułam się czasem tak, jakby mnie zaadoptowali jacyś bogaci państwo, którzy sami nie mogli mieć dziecka. A chcieli taką uroczą dziewczynkę, ładną i grzeczną. Taką, która dobrze się uczy, nie sprawia kłopotu i jest dobrze wychowana. Jest taką ozdobą,  że można się nią pochwalić, nie trzeba za nią wstydzić. W zamian za to, będzie co wigilię,  zawsze pełno pod choinką. I sushi na stole. I dziesięć par trampek po 5 stów i wypasiony pokój, w którym siedziałoby ciągle, pół twojej szkoły. I ferie w Alpach, z instruktorem jazdy na nartach. I dobrze ubrana mama, którą wszyscy uwielbiają, bo podwozi pod szkołę, nowym autem. I nawet nie musiałam o nic pytać ani prosić, bo już to miałam. Jakby, czytała mi w myślach. Ale znikała, gdy chciałam  jej dotknąć i zwyczajnie przytulić. Albo iść z nią na lody, do kina, i  pogadać ot tak, przy składaniu prania.

Moja przyjaciółka ma taką zwyczajną matkę. Taką, która nie dzwoniła po tort do najdroższej piekarni,  tylko sama go  piekła. I był taki pięknie nieidealny, bo od niej. Widywałam je często na wspólnej kawie czy zakupach. Albo czytałam statusy na Facebook’u, że oglądają razem głupią komedię w piżamach i kapciach. I wtedy mnie ściskało najbardziej. Bo tyle lat już za czymś tęsknie, choć do końca nie wiem za czym. Bo  nigdy nie zaznałam, miłości od kobiety, która mnie urodziła.  Dostałam tylko kilka, zachowawczych instynktów, żebyśmy z boku, wyglądali jak z obrazka. Taki wspaniały dom, z idealnymi ludźmi wewnątrz. Duży i pusty, w którym większość swojego życia, byłam po prostu sama. Bo ona albo w firmie albo z kolejnym kochankiem.

Kiedyś przy kłótni, tata mi wykrzyczał, że tak mnie kochaliście, a ja się za to odwdzięczam wyprowadzką i przykrą prawdą. Bo, zapytałam was kiedy, dawaliście mi tę miłość? Wtedy, gdy ciągle was nie było a mną, zajmowały kolejne opiekunki? Czułam się jak pies ze schroniska, który co chwilę, ma nowego pana. I cieszy tylko połowicznie bo wie, że znowu będzie jak zwykle.  Że matka przesadzi, bo  przełoży datę powrotu, ciotka się wkurzy i trzaśnie drzwiami. W domu będą te najgorsze, ciche dni. I doznasz olśnienia, że jednak zawadzasz, że przeszkadzasz, że jesteś, bo pewnie się przydarzyłaś. Bo nikt nie odezwie się do ciebie nawet słowem. Tylko czasem coś warknie, że przez ciebie ma przestój w interesach. I przeprosi w drzwiach, gdy stojąc z walizką, wpuści do domu, kolejną nianie. I wszystko wracało do „normy”, gdzie całe dnie, tygodnie i miesiące,  byłam jak sierota. Po raz setny zapewniana przez telefon, że jest kochana i już niedługo, spędzimy razem trochę czasu. I gdy wtedy w nocy, dzwoniłam do ciebie, bo nie miałam do kogo z tym iść, nie wiedziałam co zrobić.

Siedziałam z testem ciążowym, przerażona i zła, bo znowu byłaś wszędzie, tylko nie przy mnie. To  zjawiłaś się  po dwóch dniach, jak już mnie wypisywali ze szpitala. Sprzątaczka mnie znalazła, zawiozła i siedziała ze mną, aż do przyjazdu ojca. Za rękę, trzymała mnie obca kobieta, a on krzyczał do ciebie przez telefon, że to też twój problem. A ja mogłam wtedy umrzeć, straciłam dziecko, bałam własnego cienia. A ty wciąż, wypytywałaś tylko, skąd miałam tę tabletkę a miesiąc później, zaprowadziłaś do znajomego ginekologa. Dostałam w prezencie spiralę, bez żadnej rozmowy, pytań i wyjaśnień.  A ja myślałam, że zabierzesz mnie wtedy, na polską plażę.  Bo od dzieciaka, zakodowałam fragment z ulubionej bajki, choć Ty nawet nie wiesz jakiej. Tej, w której  córka, lepiła z mamą piaskowe królestwo. I co chwilę, się do siebie przytulały. O niczym innym, ani wtedy, ani już nigdy potem, nie umiałam marzyć.

Barbara – Niby jest już dorosła, a nadal trochę jak dziecko, bo widzi tylko siebie, w całej tej sytuacji. Sama jeszcze nie jest matką, a chyba tylko wtedy, w pełni mnie zrozumie i zacznie, myśleć inaczej. Wiem, że nie byłam tą wymarzoną, ale też nie potworem. To nie tak, że kochałam ją za mało, bo dziecko, zwłaszcza swoje, kocha się bezgranicznie i bezwarunkowo. Nie okazywałam tego zbyt często i zachowywałam, jakby mnie nie obchodziła. Bo byłam ciągle zmęczona, bo wszystko na mojej głowie, bo ta moja własna głupia presja, że muszę. Że nie dopuszczę do tego, żeby było, jak w moim rodzinnym domu bo, dam jej wszystko. I dałam, oprócz tego, czego pragnęła najbardziej. Mamy, która jest, nie tylko na fotografii i w telefonie. Nie sypiam spokojnie, bo gdy tylko zamykam oczy, widzę te wszystkie lata. Wszystko co najpiękniejsze, odbyło się poza mną, ktoś to za mnie widział, kto inny przy niej był. To nie do mnie płakała, nie ja jej czytałam na dobranoc, nie mi się zwierzała. Nawet jeśli, dziś by mi wybaczyła, to tego najcenniejszego – naszego czasu, już nie odzyskam. Nie zobaczę jej pierwszego kroku, nie przyjdzie z płaczem, że chłopak ją oszukał. Nie zapyta, czy może spać ze mną, bo boi się burzy.

Wiesz o czym marzę? Żeby jeszcze choć raz, przed śmiercią, pojechać z moją córką nad morze. I zbudować zamek na plaży. Ten cholerny zamek, o którym tak często mówiła. Żeby wiedziała, że pamiętałam. I zawsze będę.

Michalina – Teraz, gdy czytam słowa mojej matki, to chce mi się płakać, bo straszne jest to, co czuję. Bo ją rozumiem i wiem, że nie chciała źle, że to nie było specjalnie i nikomu na złość. Ale ja wtedy, byłam dzieckiem, które najwyraźniej z dzieciństwa, pamięta twarz niani. Potem dziewczynką i nastolatką, która jest rozsądna i samodzielna, więc sobie poradzi i już, nikogo nie potrzebuje. Na ślubie też jej nie było, bo poleciała gdzieś w ważnych interesach. Odrabiać nasz bardzo drogi prezent, mamo? Sto razy bardziej, ucieszyłby mnie twój widok. Mojego męża też, bo to on jest przy mnie w nocy, gdy się budzę i cię wołam. I tak jak wtedy, dziś też, tego nie słyszysz. Dziś jestem kobietą, która nie chce mieć dzieci. Bo zwyczajnie się boję, że będę taka, jak ty.


Lifestyle

Narzekacie, że jesteście singielkami, a same jesteście sobie winne, drogie panie. Randka randce nierówna, czyli męski punkt widzenia

Magdalena Lis
Magdalena Lis
24 lutego 2017
Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz
 

Bartek Jagodę poznał w małej klubo-kawiarni z bilardem. Często tam chodził, ona wcześniej tam nie bywała. Tamtej soboty przyszła z koleżanką na drinka. Cel miały jeden – pograć, napić się, rozerwać. O bilardzie wiedziała tyle co nic, Bartek postanowił więc ją wesprzeć w grze. No nie tak zupełnie bezinteresownie, bo od razu mu się spodobała.

W kotka i myszkę

– Wziąłem od niej numer telefonu, zadzwoniłem, jeden spacer, drugi, kino, impreza u znajomych. Potem powrót taksówką do domu, no i stało się, pod jej blokiem ją pocałowałem. No i to był błąd, bo okazało się, że tylko z mojej strony coś zaiskrzyło.

Pocałunek został odwzajemniony, ale po wszystkim Jagoda oznajmiła chłopakowi, że ona tak nie chce, że traktuje go jak kumpla, że ten pocałunek nic nie znaczy, bo była wypita.

– Zrozumiałem. Był tylko jeden kłopot, nie szukałem nowych koleżanek. Liczyłem na coś więcej, Jagoda mi się podobała. Kumpelstwo nie wchodziło więc w grę, raczej by nie to męczyło. Nie chciałem zniknąć bez słowa, nie tak mnie matka wychowała. Spotkałem się z nią i powiedziałem jak wygląda z mojej strony sytuacja. Dla mnie znajomość musiała zostać zakończona.

I tu zaczęły się schody. Jagoda była postawą Bartka bardzo zawiedziona. Nie potrafiła zrozumieć, że chłopak był bliski zakochania. Żadne jego tłumaczenia do niej nie przemawiały. Obraziła się, że Bartek poszedł w swoją stronę.

– Dwa tygodnie po tamtym spotkaniu ma messengerze przysłała mi wiadomość. Że ma kłopoty w pracy, że spędza sama wieczór, że czasem o mnie myśli i że szkoda, że jak dawniej już nie gadamy. Trochę zamarłem. No bo o co chodzi? Najpierw mnie odrzuciła, teraz do mnie pisze a z jej tonu wynika, jakbym to ja był przysłowiowym katem a ona ofiarą. Tymczasem sytuacja była przecież zupełnie odwrotna.

Bartek nie wiedział o co Jagodzie może chodzić. Co poszło nie tak? Znał anegdotki o friendzone, o męskich przyjaźniach z kobietami. Słyszał wielokrotnie o nachalnych adoratorach, sam z godnością przyjął jej odmowę. Kiedy zamilknął, to ona się odzywała.

– Najchętniej bym ją wtedy olał, jak i ona mnie olała. Ale Jagoda pisała coraz częściej i coraz cieplejsze były te nasze spotkania. Przyjaźń nadal nie wchodziła w grę, ale perspektywa związku z nią bardzo mnie kręciła. Zapytałem więc ponownie, czy może coś być głębszego między nami.

Jagoda zaprzeczyła. Ponownie wyjaśniła Bartkowi, że przecież jasno postawiła sprawę, i zapytała w którym momencie on jej nie zrozumiał.

– Otóż w każdym jednym. W żadnym momencie jej nie zrozumiałem. Chce, nie chce ileż można. Dawała mi sprzeczne sygnały, a potem była wielce zdziwiona. Zakończyłem tą znajomość na amen, próba numer dwa zbyt wiele mnie kosztowała. To była zabawa w kotka i myszkę. Dziękuję, postoję. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Gierki? Nie tędy droga.

Królowe lodu

– Mam dwadzieścia dziewięć lat, nigdy nie byłem w żadnym poważnym związku, powoli zaczynam być załamany – Karol szczerze zaczyna opowiadać.

Mieszka w dużym mieście, robi aplikację radcowską, uwielbia góry, z pasją latem i zimą się po nich wspina. Ma mieszkanie, etat w urzędzie, dobre auto, przyjemną aparycję.

– Kiedy patrzę czasem na moich kolegów nie mogę wyjść z podziwu. Nie chcę nikogo krytykować, często są oni poniżej przeciętnej, a otacza je wianuszek wielbicielek, albo od dawna są ojcami i mężami. A ja? Z tego wszystkiego poszedłem już na kurs uwodzenia. Przecież człowiekowi ręce opadają.

Na kursie mówili Karolowi, że musi wyjść do ludzi, przybrać otwartą postawę, inteligentnie zaczepić kobietę na przystanku, w sklepie, na ulicy, gdziekolwiek, choćby siedziała z nosem w telefonie.

– Spróbowałem i za każdym razem wyszła z tego jedna wielka błazenada. Zaliczyłem kilkanaście podejść do kobiet na ulicy. Najczęściej mnie totalnie zlewały, albo się śpieszyły, albo miały chłopaka, albo męża. Raz, no dobra może dwa dały mi swój numer telefonu. Jedna wcale nie odebrała, a druga zakończyła znajomość po dwóch spotkaniach.

Karol opowiada, jak wielokrotnie słyszał opowieści w pracy swoich koleżanek. Że faceci w tych czasach to takie tchórze, że żaden się nie garnie, że odwagi za grosz i że koniec świata.

– Nie mogę mówić za wszystkich, ale żadna z poznanych w ostatnim czasie kobiet mi najmniejszych szans nie dała. Założyłem sobie portal randkowy, może tam mi będzie łatwiej. Narzekacie, że jesteście singielkami a czasem same jesteście sobie winne drogie panie. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Mężczyźni nie gryzą. Może czasem warto by było zwyczajnie spróbować.

Na kocią łapę

– Generalnie mam problem z decyzjami – mówi Marek. Ale w momencie kiedy w jednej z dużych sieci jubilerskich kupowałem mojej Ani pierścionek, byłem przekonany, że robię słusznie, i że z nią to mogę choćby na koniec świata.

Zaręczyny były tradycyjne, rodzinna kolacja, bukiet róż, deklaracja składana na kolanach. Narzeczona Marka była wzruszona, aż do następnego poranka.

– Powiedziała mi, że nie była przygotowana i, że postawiłem ją w niezręcznej sytuacji. Ale nad czym tutaj się zastanawiać? Fakt, byliśmy razem zaledwie pół roku, ale takie rzeczy się wie, to się czuje. Chciałem z nią spędzić życie, czy to coś złego?

Ania powiedziała Markowi, że mogą być parą, ale pierścionek mu jednak oddała. Mówiła, że ma wątpliwości, że to zbyt poważna w jej mniemaniu decyzja. Zapytana, czy ma zamiar się rozstać, powiedziała, że nie wie.

– Na początku naszego związku to ja nie byłem pewien a potem to się odwróciło. Dla mnie to był jakiś znak ostrzegawczy. Byliśmy dorośli nie widziałem powodów dla których warto bez końca czekać na zwyczajne zalegalizowanie związku.

Młodzi się rozstali. Pół roku później Marek zmienił pracę, zakochał się, zamieszkał ze swoją przełożoną.

– Anka jest sama. Widzę na jej facebooku jak zamieszcza ciągle obrazki i cytaty o tym, jak smutne życie może mieć samotna singielka. Nie jest mi jej nawet szkoda. Mogła mieć wszystko, bo ja serio ją kochałem. Teraz jest Maria, to dobra dziewczyna. O Ance nie myślę już prawie w ogóle. Życzę jej jak najlepiej. Niech jej się poukłada.

Stracone złudzenia

– Zapytałem jej na co ma ochotę, to powiedziała mi, że mam sam zadecydować. I co? Potem okazało się, że wybrałem beznadziejny film, i że okropna była tamta kolacja – Jurek aż zaciska pięści ze wzburzenia. To był dopiero początek. Później źle się ubrałem na kabaret, i chodziłem do złego fryzjera. Skórek od paznokci nie obcina się cążkami, tylko służą do tego patyczki bambusowe, o, takie mądrości mi Angelika sprzedawała.

Jurek wiedział, że zazwyczaj ponad osiemdziesiąt procent par dobiera się głównie pod kątem wieku, wykształcenia czy pochodzenia społecznego. Do tego dochodzą również wyznawane wartości, cele życiowe, styl życia i sposób postrzegania świata.

– Koniecznie musiałem zapisać się na basen i siłownię, no i kilka razy pójść do solarium. W niedzielę obiady jadaliśmy tylko u jej mamy, a w łóżku musiało być miejsce dla jej małego yorka. Na śniadanie koniecznie coś fit, i ładnie podane, żeby wyszła dobra fotka, ulepszona filtrami. Mieszkanie utrzymywać miałem sam, bo skoro jestem facetem, to mam przecież płacić.

Angelika miała wysokie wymagania. Sama nie pracowała, jej głównym zajęciem było przeglądnie portali społecznościowych i aktywne udzielanie się na nich.

– Widziały gały co brały, nie mówię, że nie wiedziałem jaką wybieram sobie kobietę. Ale paradoksalnie rzecz ujmując w mniemaniu kobiet facet ma być super fit a one same często wcinają frytki w domowym zaciszu. Mężczyzna ma być ekstra ubrany, obcisłe dżinsy, gołe kostki, a one same zapierniczają w dziurawych leginsach po domu. Kryją się pod maskami z makijażu, oglądają żony Hollywoodu i kreują online życie, którego praktycznie nikt w rzeczywistości nie ma.

Jurek w tym związku wytrwał dwa lata.

– Angelika zapytała mnie dlaczego. Przeprosiłem ją, że nigdy nie będę spełniał jej oczekiwań. Nigdy nie będę przepuszczonym przez filtry idealnym zdjęciem z instagrama.

Ze swoich źródeł Jurek wie, że Angelika od tamtej pory jest sama.


Lifestyle

Nie ma metody skuteczniejszej, niż prawda. O cienkiej granicy ludzkiego zaufania

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 lutego 2017
Fot. iStock / filadendron

Kto z nas, nie zna tego obrazka, gdy koleżanka kolejny raz prosi o drobną pożyczkę, a kolega, żeby go przenocować? I to najlepiej przez parę dni. Albo kiedy znowu, ktoś puka do drzwi i okazuję się, że to znajoma, z wizytą niespodzianką. I nieważne, że akurat, zaczęłaś sprzątać czy gotować albo właśnie wychodzisz, bo i tak, wypadałoby poczęstować chociaż herbatą.

Lubimy otaczać się ludźmi, mieć z kim iść na kawę czy do kina, do kogo zadzwonić i posłuchać najnowszych ploteczek. Dobrze mieć kolegę, z którym można przedyskutować pół nocy i przyjaciółkę, która zajmie się dziećmi, gdy wypadnie nagły wyjazd. Mamy zaufanie, pozwalamy na wiele i machamy ręką, gdy nas ktoś zawiedzie. A to jest  właśnie pierwszy krok do zniszczenia dobrych i zdrowych relacji. Bo nie ma niczego gorszego, niż przekroczenie bardzo cienkiej granicy. I zanim się zorientujemy, że to się właśnie stało,  po kolejnej przyjaźni, zostanie tylko niesmak. A może istnieją sposoby, żeby tego uniknąć i nic nie stracić, tylko jeszcze zyskać?

Bycie dobrym, nie musi oznaczać zgadzania się na wszystko, przytakiwania i akceptacji, nawet, gdy się z czymś nie zgadzamy i coś, nie do końca nam pasuje. – To nie tak, że przy każdej nowej znajomości, wyskakuję z paktem do podpisania – Natalia, 30-letnia urzędniczka, po stracie kolejnej koleżanki, zaczęła postępować z goła inaczej, niż dotychczas.

– Zauważyłam, że wiele naprawdę ciekawych relacji, rozpadło się lub zakończyło, z niezdrowym hukiem najczęściej, przez pożyczanie pieniędzy.  Ale to nie jedyna przyczyna, późniejszych kłótni i milczenia, które dzieli.  Czasem, coś mi zwyczajnie nie pasowało, inaczej coś widziałam, ale głupio było mi się przyznać. Żeby nie urazić, żeby nie sprawić przykrości, nie wyjść na samoluba. A co jest złego, w powiedzeniu prawdy, zaznaczeniu pewnych reguł? Żeby potem niedomówienia i niemiłe zaskoczenia, nie kończyły znajomości? Nauczyłam się przez lata, że bycie szczerym, przynosi dobre efekty, nawet, jeśli, nic tego nie zapowiada. Zaczęłam od tego, że nie pożyczam nikomu, chyba, że jakieś drobne na śniadanie, bo każdemu się zdarzy, zapomnieć portfela. I zawsze proszę o chociażby SMS-a przed niezapowiedzianą wizytą. To, że jestem w domu i mam wolne, nie oznacza, że nie mam innych planów. Odkąd zaznaczam od początku, że trzymam się pewnych zasad, przestałam się tak rozczarowywać. A nawet odzyskałam jedną dobrą koleżankę, bo przeprosiła i się do czegoś przyznała. Powiedziała, że  przestała mnie szanować w którymś momencie, bo na nic, nie zwracałam uwagi. I na wszystko pozwalałam lub udawałam, że nie widzę czegoś, co mnie boli i z czym się nie zgadzam. Nie mówiłam nic, bo myślałam, że lepiej przemilczeć. Ona doszła do wniosku, że już mi nie zależy, że jest mi obojętne, jak będzie. Dziś pomiędzy nami, po długiej rozmowie, jest lepiej niż kiedykolwiek.

A co, kiedy szczerość nie wystarcza a mimo to, nie chcemy zrywać kontaktu?

Czasami zdarza się tak, że człowiek, który staję nam się bliski, drażni nas swoimi zachowaniami. I nie bardzo reaguje na sugerowane przez nas wskazówki, że czegoś sobie nie życzymy lub nie chcemy, żeby tak postępował. Paweł, bardzo szybko sobie z tym poradził.

– Daniel, to mój kolega jeszcze z gimnazjum. Potem wspólne technikum i studia w tym samym mieście. Zgrzyt się zaczął, gdy jego wizyty się przeciągały, bo wpadał na dwa dni a z trudem, wyganiałem go po tygodniu. Delikatne zwracanie uwagi nie przynosiło efektów, w zamian za to doszło coś, czego nigdy nie lubiłem. To wpadanie bez zapowiedzi i dzwonienie do mnie już dwa metry od domu, kiedy stoisz pod ścianą i nie masz  jak odmówić. Gdy  nie wytrzymywałem i dość nerwowo prosiłem, żeby tego nie robił, to się obrażał. Tylko po to, żeby po kilku dniach przeprosić i… znowu, robić to samo. Dlatego przestałem otwierać drzwi albo podnosiłem słuchawkę domofonu i mówiłem, wprost, że nie mam ochoty na żadne wizyty. Nie odpisywałem też na wiadomości, gdzie zalewał mnie milionem pytań i pretensji w stylu, że bardzo się zmieniłem. Zniknął na chwilę i się nie odzywał, a na ulicy udawał, że mnie nie dostrzega. Milczałem, choć było mi zwyczajnie przykro, w końcu nic złego nie zrobiłem. A zdobyłem się w końcu na  prawdę, żeby nie stracić dobrego kumpla. Zrozumiał po miesiącu. Przy piwie powiedział mi, że przemyślał wszystko i doszedł do wniosku, że też by nie chciał, żeby ktoś do niego wpadał bez pytania. I dziękował, że byłem mądrzejszy i nie pozwoliłem, żeby nasza kilkunastoletnia znajomość, rozpadła się przez taką bzdurę.

– Najgorsze było, dawanie rad, o które nie prosiłam. I to w każdej kwestii, nie tylko pracy, czy mojego małżeństwa. Drażniły mnie szczególnie te dotyczące wychowania dzieci, wygłaszane przez osoby, które nigdy nie były rodzicami. – Monika źle wspomina czas, kiedy uważała, że dobra przyjaźń to przymykanie oka, machanie na coś ręką: „bo lepiej, nie zaczynać i się nie kłócić”, milczenie i absolutna zgoda, na wszystko. Nawet na niesprawiedliwą i niepotrzebną krytykę przy jej rodzicach czy małżonku.

– To chyba właśnie Rafał, zwrócił mi na to uwagę i dziwił się, że tak spokojnie to przyjmuje. Zarzucał mi, że potrafię być pyskata, ale nie wtedy, gdy tego trzeba. A mi nigdy nie pasowało, że jedna i druga koleżanka, wiedzą lepiej ode mnie. I śmieją się pobłażliwie, gdy powtarzam, że rady są po to, żeby ich wysłuchać i wcale,  nie trzeba z nich korzystać. Dałam się im zagadać i przekonać, niepytana o własne zdanie. Już na samą myśl o wizycie którejkolwiek z nich, chodziłam zła i struta. Aż któregoś dnia nie wytrzymałam i wykrzyczałam to, co we mnie siedziało od dawna. Plus kilka, zupełnie niepotrzebnych zdań, powiedzianych bezmyślnie, bo w nerwach. Jedna z nich, nie odzywa się do mnie do dziś, druga bardzo rzadko. Teraz wiem, że gdybym wtedy posłuchała Rafała, gdybym z nimi otwarcie pogadała, pewnie nie musiałoby dojść do tak drastycznej sytuacji. Dziś jestem ostrożniejsza i zawsze wprost mówię, czego oczekuje, a z czym nie mam zamiaru, się zgadzać. Dzięki takiej postawie nie zdarzają i się już zgrzyty, a moje znajome wiedzą, na co nie powinny sobie pozwalać i co zachować dla siebie. Bo choć zdania miewamy różne, nie oznacza to, że nie będziemy umiały się dogadać. Trzeba tylko jasno określić, na ile możemy pozwolić, a czego nigdy nie będziemy tolerować.

Wygląda na to, że nie ma metody skuteczniejszej, niż prawda zaraz na początku znajomości, jeśli czujemy, że nam na niej zależy. Tylko wtedy mamy gwarancję na  dożywotniego przyjaciela czy dobrą koleżankę, bez zgrzytów i zamartwiania się czy zrozumie naszą postawę.

A jeśli poczuję się urażony, bo powiedzieliśmy głośno i wprost, że coś nam się nie podoba, niech idzie. Czasem warto poczekać i sprawdzić, czy w ogóle było się kim przejmować. Bo poprawne relacje międzyludzkie opierać się mogą wyłącznie na szczerości i szanowaniu zdania drugiej strony.

 


Zobacz także

Kat, ofiara czy ratownik, kim jesteś? Jak przestać w życiu grać i być silną psychicznie

Ofiara, ratownik czy prześladowca, kim jesteś? Jak przestać w życiu grać i być silną psychicznie

Blondynka, brunetka, a może ruda? Co kolor włosów mówi o tobie?

10 rzeczy, które starsza kobieta może powiedzieć młodszej