Lifestyle

Wejść po raz drugi do tej samej rzeki… Czy potrzebne nam cierpienie?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
17 stycznia 2017
fot. iStock/Bojan Kontrec
 

Słowa, które po sobie zostawiła Wisława Szymborska, zawsze będą wybrzmiewać w naszych głowach. W mojej od kilku dni siedzi jedno zdanie: „Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy”. Można nam to powtarzać setki razy, ale my i tak, uparcie będziemy chcieli przekonać się na własnej skórze, że nie ma powrotu. Niezależnie czy chodzi o związek, pracę czy przyjaźnie. Wszyscy się zmieniamy.

Wracać?

Kilka dni temu postanowiłam sprawdzić, co słychać u moich starych znajomych. Na chwilę wróciłam do hermetycznego środowiska, które potrafi przytłoczyć. Może wróciłam to za dużo powiedziane. Tęskniłam, a że miałam okazję sprawdzić, co słychać u moich starych znajomych – skorzystałam z niej. Już na samym wejściu dostałam w twarz z liścia. To samo miejsce, może kilka nowych osób, ale ciągle ta sama atmosfera: radości, rywalizacji i pozornego szczęścia. Przez chwilę poczułam się jak ryba w wodzie. Ba, stwierdziłam, że pora wracać! Najlepiej na tych samych warunkach, co kiedyś. I wtedy dostałam w twarz po raz drugi. „Aga, ale ty się zmieniłaś!” – usłyszałam od jednego czy drugiego znajomego. Nie chodziło im wcale o wygląd, ale podejście do życia. Ale czy to coś złego?

Wstrzymana ewolucja

Dobra, przyznaje. Na początku całym tym stwierdzeniem byłam przytłoczona i niezbyt wiedziałam, jak się do niego odnieść. Po upływie godzin i obserwacji „z boku” stwierdziłam, że był to komplement. Kiedy masz choć trochę szacunku do siebie, rezygnujesz z czegoś, co hamuje twój rozwój, nie pozwala ci na szczęście. Choćby to było bolesne jak jasna cholera, a przy okazji miało zranić kilka dodatkowych osób – ratujesz siebie. Jasne, że będziesz chciała wracać. To normalne, w końcu tyle pięknych wspomnień, niezapomnianych chwil, przyjaciół, znajomych… Moje zderzenie z rzeczywistością dało mi jasny obraz sytuacji. Kolega miał rację, zmieniłam się. Jednak dla nich ten obraz był tak bardzo dotkliwy, bo na trasie do celu ciągle tkwią w tym samym miejscu.

Historia podprogowa

„Ja i moja żona? Proszę cię! Jesteśmy dobraną parą tylko na instagramowym zdjęciu!” – rzucił jeden z tych, którzy zawsze są uśmiechnięci. O jego małżeństwie mówi się dużo. Głównie z powodu setek zdjęć zamieszczanych w mediach społecznościowych przez żonę. „Wiesz, jest fajnie, jak jesteśmy osobno, ale przecież nie o to chodzi w miłości. Z resztą czy ja na pewno ją kocham?” Z łezką spływającą po policzku opowiadał, jak to wszedł drugi raz do tej samej rzeki. „Zostawiła mnie dla innego. Dzieci zostały ze mną. Samotny ojciec z dwójką dzieci i własną firmą, wyobraź to sobie! Byłem wściekły, może nawet nie zraniony. Z resztą zakochałem się. Miałem cudowną młodą kobietę, która była miłością mojego życia. Przez dwa lata żyliśmy jak w bajce, ale co z tego? Żona postanowiła wrócić, a ja jak głupi stwierdziłem, że to dla dobra dzieci.” Pytam, czy był potem choć przez chwilę szczęśliwy. „Tak, tydzień temu, kiedy moja córka wychodziła za mąż. Ale wiesz co mi wtedy powiedziała? Że ona nigdy nie była szczęśliwa, bo ja nie byłem szczęśliwy z jej matką i naprawdę nie musiałem się tak poświęcać.”

Bo tak lepiej

Zawsze wybierzemy to, co dobrze znamy. W końcu lepszy znany wróg niż nieznany przyjaciel. Ale czy wchodzenie drugi raz do tej samej rzeki ma jakiś sens? Z jakiegoś powodu rozstaliśmy się z partnerem czy dawnym życiem. Zazwyczaj robimy to dla własnego dobra. Jasne, są momenty, w których po prostu potrzeba nam od siebie przerwy. Każdy z nas potrzebuje momentu samotności, zwłaszcza, gdy wali się świat. Jednak ostateczne rozstanie powinno być naprawdę ostateczne. Oczywiście, że będziemy się zmagać z tęsknotą, a sentymenty zawsze pozostaną. Związek powinien być przede wszystkim miłością, zaufaniem i chęcią bycia z drugim człowiekiem, zwłaszcza gdy wali mu się świat.

Czas jak woda

Kiedy do rzeki wrzucimy kamień, po pewnym czasie zostaje on zmieniony przez wodę. Tak samo jest z ludźmi – naszą wodą jest czas. Każde przeżycie kształtuje nas w nieporównywalny do innych sposób. Powrót zawsze będzie wiązał się z rozczarowaniem. Bo przede wszystkim zmieniłaś się ty. Nie byłaś kształtowana przez te same wydarzenia, nie masz pojęcia co wydarzyło się w czasie, w którym byliście osobno. Kolejną kwestią jest zaufanie. Czy będziesz potrafiła zaufać komuś, kto cię skrzywdził? Pewnie powiesz, że jeżeli to prawdziwa miłość, nie będziesz miała z tym problemu. Czasem nawet miłość i przyjaźń są narażone na stracenie, a powrót będzie się wiązał z jeszcze większym rozczarowaniem i zranieniem.


Lifestyle

Popatrzcie na swoje odbicia w lustrze. Bo oto przed Wami stoją ludzie, którym zdarzyłam się ja. Najszczęśliwsze dziecko na tym świecie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
17 stycznia 2017
Fot. iStock / SrdjanPav
 

Wiesz Tatusiu…

… Kiedy tak dziś patrzę na swoje życie, trzymając w swoich dłoniach starego, wymiętego królika, którego mi kiedyś podarowałeś, to rozumiem. Rozumiem dlaczego tak często z troską i gładząc moje wiecznie potargane włosy, powtarzałeś mi, jak to dobrze, że urodziłam się właśnie tamtej zimy. Tej stulecia, gdy nie mogłeś dostać się do szpitala, żeby w końcu mnie zobaczyć i być przy mamie. Bo dziś nie są w stanie złamać mnie żadne przeciwności. Nie pokona mnie żaden silny i zimny wiatr, nie przestraszy żadna, nawet najbardziej samotna noc i nie złamie żadna zła wiadomość.

Mówisz, że gdy patrzysz na mnie, to widzisz tę małą dziewczynkę, której nikt nie dawał szans na przeżycie, a która krzycząc z całych sił, udowadniała, że jest i zawsze będzie. I tak jak wtedy, Ty przedzierałeś się przez ogromne zaspy, żeby w końcu utulić mnie w swoich ramionach, dziś ja przedzieram się przez każdy mrok. Nawet ten, że los postanawiając inaczej niż sobie zaplanowałam, każe mi być matką i ojcem w jednej osobie. Każe mi być rodzicem, które nie ma pewności, czy jutro będzie mógł jeszcze raz powiedzieć, że ma dwoje dzieci.

Choroba mojego syna, nie pozwala na taki spokój. Zresztą, nie pozwala na żaden, a mimo to  trwam i wierzę, że wszystko jest po coś. Zwłaszcza cierpienie i niepewność, które wracają do Ciebie zawsze, gdy opowiadasz mi o naszym pierwszym spotkaniu. Gdzie największą ulgę, przyniósł Ci mój płacz. To pewnie dlatego do dziś najbardziej lubię, gdy mój syn podnosi głos, o coś się kłóci, z czymś nie chce pogodzić. I nerwowo przełyka łzy. Uśmiecham się wtedy ukradkiem, przymykam oczy, łapie duży oddech, bo wiem, że on żyje. Bo walczy.

A Ty się śmiejesz, że faktycznie jest tak, że nasze dni właśnie zataczają koło. Bo znowu przyszła ciężka zima, gdzie im głośniejsza rozpacz, tym większe szanse na przeżycie.

Wiesz Mamo…

… Tyle samo razy, ile patrzę na moją córkę i słucham, jaka to niesprawiedliwa jestem, bo nie pozwalam na zbyt późne powroty, tyle samo razy ja  wracam. Do swojego pokoju, gdzie kiedyś ze złości obsmarowałam sprayem całą ścianę a Ty skwitowałaś to jednym zdaniem – „Chyba musisz zmienić plany na życie kochanie, bo zdolności artystycznych to nie posiadasz, zupełnie jak twoja matka”. I tak jak bardzo wtedy przez moment byłam na Ciebie wściekła, tak dziś z całego serca Ci dziękuję.

Za mądrość, za miłość prawdziwą i dojrzałą, dzięki której dziś to ja potrafię być dobrą mamą.

I za to, że nigdy nie powiedziałaś mi, że sama kiedyś  zobaczę, jaki to strach, gdy tak strasznie Cię zawodziłam. Gdy uciekałam, milczałam i pakowałam się w kolejne kłopoty. A Ty, choć nie przespałaś przeze mnie tak wiele nocy, zawsze powtarzałaś tylko jedno. Żebym pamiętała, że cokolwiek by się nie stało, zawsze mogę przyjść. Przytulić się i nic nie mówić.

A teraz  sama moim dzieciom mówię, że ich dom jest i zawsze będzie wszędzie tam, gdzie jestem ja.

I te sny, w których widzę Twoje zatroskane oczy i czuję Twój kojący dotyk, są i na zawsze już będą, tymi najbardziej upragnionymi. Bo po nich zawsze przychodzi nowy, lepszy dzień.

Cieszę się, że mogłam patrzeć i pamiętać te bardziej szare momenty, gdy nie zawsze na wszystko starczało, gdy dwoiłaś się i troiłaś, żebyśmy nie chodzili z braćmi w dziurawych butach. Nie raz się wtedy zastanawiałam, czy nie jesteś przypadkiem bajkową wróżką, która ma zdolność tworzenia z niczego, że jest nawet wtedy, gdy nie ma skąd być. Patrzę na swoje odbicie w lustrze i wiem, że dziś sama nią jestem. Bo matka potrafi wszystko. Zwłaszcza, kiedy ma takie wzorce, jakie mogłam mieć ja.

Kochani rodzice…

… Za dwa lata skończę 40 lat i będę pewnie wyprawiała w świat, swoje najstarsze dziecko. Bo pewnie tak jak ja kiedyś, zapragnie uczyć się życia z dala od domowych pieleszy. Zapragnie wprowadzić w obrót wszystkie te lekcje, jakie otrzymał.  Tak jak kiedyś, ja je wyniosłam od Was. I dlatego, choć tak bardzo oddalam od siebie te wizję, wiedząc, że to przecież naturalna kolei rzeczy, tak samo bardzo się nie boję. Bo oddałam mu wszystko, co kiedyś dostałam od Ciebie mamo i Ciebie tatku.  Dlatego wiem, że nie będzie takiej przeszkody, z jaką sobie nie poradzi.

Nie spotka go takie zło, którego nie będzie umiał pokonać dobrem, jakie w sobie ma.

I to co najważniejsze. W jakikolwiek głęboki las by nie wszedł, jakkolwiek daleko by nie był, nawet jeżeli zamieć, zasłoni mu widok i ukryje wszystkie drogi, tę najważniejszą znajdzie zawsze. Tę do domu… Wiem, bo swoją, nadal znam  na pamięć. I zawsze jestem pewna, że na jej końcu, przy ganku stać będziecie Wy. I tak jak ja z zachwytem pokazuje Wasze zdjęcia i opowiadam o cieple i poczuciu bezpieczeństwa, jakie nadal mi dajecie każdego dnia, tak dziś Ty mamo i Ty tato, popatrzcie na swoje odbicia w lustrze. Bo oto przed Wami stoją ludzie, którym zdarzyłam się ja. Najszczęśliwsze dziecko na tej ziemi.

Dziękuję.


Lifestyle

„Mam siedemnaście lat. Widzę, jak moja mama wisi, a ja nic nie mogę zrobić. Bo depresja, to potwór…”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
16 stycznia 2017
Fot. iStock / francescoch

– Wracasz do domu ze szkoły i od progu czujesz niewyobrażalny smród. Z piętnaście lat wtedy miałem, nie więcej. Z kolegą przyszedłem, mieliśmy się matmy uczyć. I on mnie pyta, czy nam jakieś szambo gdzieś wylało, bo to kamienica, rury stare wiadomo. I wtedy z pokoju obok, wychodzi moja o rok młodsza siostra. Łzy jej lecą, w rękach trzyma zasrane prześcieradło. Lało się z niego, bo widocznie nie tylko to pod siebie zrobiła. Kolega mało nie zwymiotował, zakrył ręką usta i wyszedł. Ja za nim biegiem na klatkę i słyszę: „Nie martw się Rafał, ja nikomu nie powtórzę. Mama wam się pewnie, rozchorowała, każdemu się zdarza, ale może po jaką ciotkę zadzwońcie. Bo sami, to chyba rady nie dacie”.

Wróciłem do środka, odstawiłem plecak i pomagałem siostrze ją umyć i pościel zmienić. Potem usiadłem na skraju łóżka i wyłem. Wyłem i błagałem. Mówiłem jej: „Mamo proszę cię, idź do lekarza, tak dłużej nie może być”. A ona leżała, patrzyła w sufit, nawet nie drgnęła. Wyszedłem, oparłem się o ścianę i pomyślałem, że piekło wcale nie jest daleko.

Rafał i jego młodsza siostra Katarzyna, dziś są dorosłymi ludźmi.

On założył rodzinę, ma córkę i rocznego synka. Pracuje i stara się już nie rozpamiętywać, nie szukać winnych.

Kasia skończyła studia, wyjechała do innego miasta. Jest sama. I z uporem maniaka powtarza, że matka, wyrządziła jej jedną z najgorszych krzywd, jaką można dziecku zrobić. – Nie leczyła depresji, nie chciała. Choć tyle pomocy jej oferowaliśmy. My, jej nastoletnie dzieci, które zamiast się uczyć, zakochiwać, na wagary chodzić, to praliśmy jej brudne rzeczy. Pilnowaliśmy, żeby sobie nic nie zrobiła i ciągle wstydziliśmy – Katarzyna, nie ukrywa swoich pretensji do matki.

Mimo upływu lat, tamte wspomnienia nadal przywołują złe emocje. Nadal bardzo bolą.

– Ja wszystko zawsze starałam się zrozumieć, że to choroba, że nie jej winą było to, że tata zmarł. Przecież to był wypadek. Na to nikt nie miał wpływu, zresztą kto by chciał śmierci dla drugiego człowieka. Zwłaszcza tak dobrego, jakim ojciec był. Pamiętasz Rafał, jaka mama była wcześniej? Ona nawet inny odcień skóry miała, twarz inną. Żeby u nas naczynia stały nieumyte, żeby obiadu nie było? Mi się już samo to wydawało takie straszne. A najgorsze dopiero nadchodziło. Z każdym dniem, gdy w naszej matce zagnieździł się ten potwór, obojętności i  żalu.

Krótko po 16-tej rocznicy ślubu do mieszkania pani Agaty, matki Rafała i Kasi, zapukała policja. Samochód jej męża potrącony przez rozpędzone dostawcze auto spadł z urwiska. Mąż jeszcze żył, gdy dotarła do szpitala. Zmarł na jej oczach, gdy za szklanymi drzwiami patrzyła na jego reanimacje. Jeszcze rano jedli razem śniadanie, planowali wyjazd na ferie, całował ją w głowę przed wyjściem. I śmiał, że dziwne te ich dzieci, bo jakby wcześnie nie wstały, to i tak się zawsze spóźniają. Jeszcze rano była żoną. Tego samego dnia, po południu, wdową z dwójką dzieci.

 Rafał

– Nie pamiętam dokładnie, ale mama chyba ze swoją siostrą przyjechała z tego szpitala. Cały czas płakała, nie mogła nic powiedzieć. To ciocia nas poinformowała, że tata już do nas nie wróci. Że teraz mamy już tylko siebie, że musimy być dzielni, bo mamie trzeba będzie pomóc. Na pogrzeb dali nam jakieś leki, mama mówiła, że to ziołowe, że złagodzą trochę ból. Pamiętam tylko zimno, takie przenikliwe i to jak ksiądz ładnie o ojcu mówił. No i, że nie mogłem patrzeć na to, że mama nie płacze. Jakąś taką głupią myśl ciągle miałem w głowie, że jak ktoś to zobaczy, to pomyśli, że mamie nie jest przykro.

Kasia to nawet jej potem wykrzyczała, że ją chyba śmierć ojca niewiele obchodzi, skoro nad trumną, nawet łzy nie uroniła. A mama milczała, przytulała ją do siebie i nic nie mówiła. Do dziś się boję, gdy ktoś milczy. Wolę jak krzyczy, ubliża, czy nawet czymś rzuca. Cisza to nic dobrego, bo tłumi lęki.

Teraz to wiem. Przez pierwsze trzy miesiące było nawet zwyczajnie. Matka chodziła do pracy, w lodówce zawsze było pełno, uprane na czas. Tylko mało się odzywała, ale nam się wtedy z nikim gadać nie chciało. Każdy się zamykał w swoim pokoju, zajmował swoimi sprawami. Siostra do mnie czasem przychodziła, nie miała jeszcze 14 lat skończonych, bała się w nocy. Do mamy nie chciała,  mówiła, że jest jakaś dziwna. Bo się nie odzywa, bo nigdy nie słyszeliśmy, żeby płakała.

Nie wiem też, kiedy ona spała, bo kiedy bym nie wstał, zawsze się światło paliło i siedziała skulona. I na ten cmentarz jeździła ciągle i nas ciągała. Stawialiśmy się, nie czuliśmy tam dobrze, to sama tam chodziła. Ciotka czasem wpadała, nie pytała nas o nic, tylko powtarzała, że to żałoba, że to musi potrwać i że mamie nie jest lekko. A nam też nie było.

Jakieś pól roku później na urlop poszła. Nawet się jakoś tak ucieszyłem, że to dobrze, że odpocznie i odeśpi. I wtedy się zaczęło. Popijała coraz częściej, choć nie na umór i zawsze w domu.  Chociaż chyba, wolałem jej jednak takiej nie oglądać. I nie słuchać.

Co wieczór, jak już tylko w butelce dno było widać, zaczynała opowiadać. W kółko to samo, o tym, jak ojciec wyglądał źle, że miał obrażenia. O tym, jak go z tej lodówki wyciągnęli, już w garniturze. Że ręce miał takie skostniałe, że twarz siną i oko niedomknięte. Jak trumnę musiała wybierać i pomnik. Że ciągle go widzi, takiego zimnego i sztywnego.

Najbardziej się o siostrę martwiłem, bo się bała potem spać. Rano zawsze z mamą rozmawiałem, tłumaczyłem, że nie powinna tak robić,  bo Kasia się potem źle czuję. Pytałem, czy nie sprowadzić kogoś do pomocy, czy może do psychologa by poszła. A ona się tylko tak lekko uśmiechała i odpowiadała, że na wszystko jest czas, że to minie. I że przeprasza, że już nie będzie. A wieczorem wszystko wracało.

Wciąż powtarzała, że bardzo tęskni, że wydaje jej się, że ojciec tylko gdzieś pojechał. I niedługo wróci. Prawie nie jadła, bardzo chudła, miałem wrażenie, że codziennie jest jej mniej. Zaraz po urlopie, poszła do znajomej lekarki, a ta jej dała zwolnienie. Myśmy nawet to dobrze przyjęli, bo pomyśleliśmy, że mama zrozumiała, że będzie się leczyć. Niestety. Położyła się i prawie nie wstawała. Nawet załatwiała się często pod siebie.

Ciotką ją w końcu siłą zawiozła do psychologa, ale tamten powiedział, że to depresja, że same rozmowy nie wystarczą. Że trzeba też leki, a matka się nie chciała na nie zgodzić. Tłumaczyła, że ma dzieci, że praca i dom, że będą ją otumaniać. Zadziwiało mnie to, że była jakby bez życia, a gdy słyszała o leczeniu, diabeł w nią wstępował, zapierała się rękoma i nogami.

A przecież prawda była taka, że to my się staraliśmy wszystkiego dopilnować. Kasia płaciła rachunki i pilnowała terminów. Ja robiłem zakupy, nauczyłem się też gotować i prać. Kolegów już prawie nie zapraszaliśmy, mama się nie chciała myć. Krzykiem i groźbą często ją  zmuszaliśmy, żeby się w końcu w coś czystego ubrała, włosy uczesała. Mieliśmy naukę na głowie, w domu był nieraz taki syf, że wstyd było listonoszowi otworzyć. Ciotka większego wpływu nie miała, dalsza rodzina jak tylko widzieli co się dzieje, to kwitowali, że tu trzeba specjalisty i na tym się zazwyczaj, kończyło.

I o to mam trochę żal, bo przecież co my mogliśmy, niepełnoletnie dzieciaki. Do MOPS’u na własną matkę donieść? Co? Że chora jest, że nie dajemy już rady? Nie wiem, a może właśnie trzeba było, może inaczej to by się dla nas potoczyło. I dla mamy…

Katarzyna

– Nienawidziłam jej. Bo to już nie była ta mama, która nas kochała, którą ja kochałam. Słyszałam, jak Rafał po nocach pierze i sprząta, zamiast się uczyć. Słyszałam ją, jak wymiotowała po alkoholu, jak bełkotała, że ojciec to kawał drania, bo ją zostawił. A to ona nas zostawiła, choć mogła inaczej. Miała wybór, mogła coś z tym zrobić.

Skoro ja teraz się zmagam z depresją, bo to mi w spadku zostawiła i chodzę na terapie i leki biorę jak trzeba, to mama chyba też mogła wtedy? Tak czy nie?

Nieraz jej mówiłam w nerwach, bo później już nie umiałam z nią normalnie rozmawiać, przez żal i obrzydzenie, żeby przestała. Że niszczy życie swoje i nasze, a przecież my jej nic złego nie zrobiliśmy. Krzyczała mi wtedy, że już jej chyba nie kocham, skoro nie rozumiem jej cierpienia.

A ona nas kochała? A my nie cierpieliśmy? Może sobie pani o mnie myśleć, co tam chce. Ja jeszcze nie umiem jej wybaczyć. Nie chcę otwierać w sobie pewnych drzwi, bo to bym musiała zrobić najpierw, zanim je raz na zawsze zamknę. Może kolejny rok u terapeuty i na leczeniu, pozwoli mi odpuścić i zapomnieć.

Do dziś nie wiem też, dlaczego akurat w brata pokoju się powiesiła. Miałam wtedy 17 lat, wydawało mi się, że dla niego ma jeszcze jakieś serce, bo bardziej cierpliwy był. Zawsze mi tłumaczył, że to nasza mama, że spotkało ją coś strasznego, że to dlatego. Że musimy, bo ma tylko nas. A myśmy mieli tylko ją, rozumie pani?

Rafał krzyczał, wołał pomocy, szarpał się z ciałem, gdy próbował ją odciąć. A ja stałam w drzwiach.  I patrzyłam. Na jej siną twarz, na sznur, który oplatał jej szyję. I dziś, po blisko siedmiu latach od tamtego dnia, mam wrażenie, że nadal stoję w progu pokoju brata. I widzę, jak moja mama wisi, a ja nic nie mogę zrobić.

Bo depresja, to potwór.

Jeśli nawet nie spróbujesz z nią zawalczyć, jeśli okażesz jej swoją bezsilność, to ona niczym się nie różni od tego, co najgorsze. Od śmierci w samotności. Nawet, jeśli otaczają cię bliscy ludzie.


Wysłuchała: Anika Zadylak 


Zobacz także

Chcesz być piękna, musisz cierpieć. Ale niekoniecznie cały czas. 7 rzeczy, których powinnaś pozbyć się ze swojej szafy

„Ludzie, którzy są gotowi na współpracę z trenerem to przede wszystkim świadome swoich potrzeb i słabości jednostki”. Rozmowa z trenerami: Adą Jakimowicz i Marcinem Markiewiczem

Co wy wiecie o przemocy domowej…