Uroda

Nie tylko dojrzała skóra potrzebuje odżywienia. Restylane Skinboosters to metoda idealna dla każdego

Redakcja
Redakcja
9 listopada 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Wiecie, jak to jest – wydaje ci się, że zawsze będziesz młoda i piękna. A zmarszczki? Kłopoty ze skórą? To daleki śpiew przyszłości. Kto by się tym przejmował na zapas, jakby mało zmartwień w życiu było… I ja tak myślałam, bo jak po 30-tce przejmować się skórą, problem to mogły mieć co najwyżej moje starsze koleżanki. Cóż… Przyszedł jednak dzień, kiedy spojrzałam w lustro i w dodatku prawdzie prosto w oczy. To czego nie chciałam zobaczyć, dotarło do mnie ze zdwojoną siła. Pomyślałam: „No koleżanko… nie ma co się oszukiwać, tylko czas najwyższy zadbać o swoją skórę, nim będzie za późno”. 

Do tej pory nie zastanawiałam się nad zabiegami, które nawilżą moją skórę i zadbają o jej rewitalizację. Postanowiłam jednak zgłębić temat i poszukać sensownego rozwiązania dla siebie. Przecież nie raz słyszałam, że im wcześniej podejmę starania o dobrą kondycję skóry, tym później wystąpią u mnie objawy procesu starzenia. Tyle, że myślałam, że mnie to nie dotyczy. No ale w końcu, czy nie o to chodzi, by każda z nas mogła być zadowolona ze swojego wyglądu? Ja, przyznaję się –  właśnie tego chciałam, ale bez widocznej ingerencji chirurga, która zmieniłaby moją wcale nie najgorszą twarz, w maskę Jokera.

Rewitalizacja skóry, czyli co?

Szukając dla siebie sensownego rozwiązania znalazłam informację o tzw. rewitalizacji. Dosłownie można określić ten proces, jako odżywienie, przywrócenie skóry do życia. Brzmi zarówno obiecująco, co, jak i odrobinę wzniośle, bo czy można przywracać do życia coś, co nadal nieźle funkcjonuje? Owszem, można, o czym nie tylko ja mogłam się przekonać.

Nie, nie mam bardzo widocznych zmarszczek, ale nie da się ukryć, że coś już się dzieje z jędrnością skóry. Lata uciekają wraz z młodzieńczą świeżością, a mało która kobieta, podobnie jak ja, jest w stanie bez mrugnięcia okiem się z tym pogodzić.

Ostatecznie zdecydowałam się na rewitalizację, która, jak się okazało, dostępna jest dla kobiet i mężczyzn w różnym wieku. W końcu założenie było możliwe do realizacji — aktywacja funkcji biologicznych skóry w celu optymalizacji jej fizjologii i poprawy wyglądu.

Restylane Skinboosters —  piękno z głębi skóry

Rewitalizacja ma na celu odżywienie i ożywienie skóry, więc dokładnie o to mi chodziło. Już spieszę wyjaśnić niewtajemniczonym innowacyjną metodę rewitalizacji, — zabiegi Restylane Skinboosters  — oparto na nowatorskiej formule stabilizowanego kwasu hialuronowego, który dociera do głębokich warstw skóry i pobudza produkcję naturalnego kolagenu. Jego bezpieczne działanie pozwala w skuteczny sposób przywrócić sprężystość i blask delikatnej skóry szyi, dekoltu, dłoni oraz okolicy wokół oczu – obszarach, które szczególnie potrzebują nawilżenia i wzmocnienia.

Dla kogo zabiegi Restylane Skinboosters?

Jeśli zastanawiasz się, czy i ty możesz skorzystać  z tej możliwości, powinnaś wiedzieć, że Restylane Skinboosters znajdują zastosowanie:
  • u kobiet i mężczyzn z każdym typem skóry,
  • u osób z młodszą bądź bardziej dojrzałą skórą,
  • na twarzy, ustach, szyi, dekolcie i dłoniach,
  • u osób, które pragną poprawić strukturę swojej skóry, tj. osoby z bliznami po trądziku bądź z foto-uszkodzeniami skóry,
  • samodzielnie lub w połączeniu z innymi sesjami terapeutycznym.
Ja zdecydowałam się na zabieg Restylane Skinboosters, aby nawilżyć głębokie warstwy skóry poprzez serię mikroiniekcji stabilizowanym kwasem hialuronowym. Jest to naturalnie występująca w organizmie silnie higroskopijna substancja utrzymująca nawilżenie w obrębie skóry. Żelowa, miękka konsystencja stabilizowanego kwasu hialuronowego stosowanego w zabiegach Restylane Skinboosters pozwala chłonąć wodę, zapewniając nawilżenie głębokich warstw skóry w leczonym obszarze. Być może brzmi skomplikowanie, ale jest proste i co ważniejsze skuteczne!

Fot. Materiały prasowe

Żeby osiągnąć zamierzony efekt, najpierw lekarz pomógł mi w wyborze preparatów oraz ustalił indywidualny harmonogram leczenia. Pamiętajcie, że dokładna liczba zabiegów zależy od rodzaju skóry, stosowanych produktów oraz obszarów skóry. Efekty pojawiają się stopniowo, poprawę można zaobserwować już po jednej sesji terapeutycznej, ale w celu uzyskania optymalnych wyników należy przestrzegać protokołu zabiegów zaleconego powyżej bądź ustalonego przez lekarza indywidualnie.

Efekty? Sprawdzone na własnej skórze!

Teoria to jedno, praktyka weryfikuje nawet najpiękniejsze założenia. Czy to może się udać? Jak najbardziej, co widać już po skorzystaniu z jednego kursu początkowego, na który złożyły się w moim przypadku 3 zabiegi, przeprowadzone w odstępach 2-4 tygodni, w gabinecie medycyny estetycznej, prowadzonym w Warszawie przez dr n.med. Agnieszkę Nalewczyńską (www.nalewczynska.pl).

Muszę przyznać, że mimo początkowej tremy (w końcu nie co dzień odwiedzam takie miejsca), napięcie w gabinecie mnie opuściło. Przyjazna atmosfera sprzyja relaksowi, a dokładne wyjaśnienie moich wątpliwości sprawiło, że przestałam się obawiać o sam zabieg i jego efekt. Za dobrą radą specjalistki, zdecydowałyśmy o konieczności głębokiego nawilżenia skóry, na której widać było zmęczenie codziennymi obowiązkami, jak i delikatny upływ czasu.

Efekty są naprawdę satysfakcjonujące, co wynika ze skutecznego nawilżenia głębokich warstw skóry, poprzez serię mikroiniekcji stabilizowanym kwasem hialuronowym. Brzmi tajemniczo, ale wystarczy spojrzeć na zdjęcie, które prezentuje faktyczny stan skóry przed i po takim zabiegu. Różnica jest widoczna.

Fot. Materiały prasowe

W moim przypadku można powiedzieć, że im bardziej zdyscyplinowany pacjent / pacjentka, tym lepsze efekty. A że, dyscyplina to moje drugie imię, więc efekt jest na miarę wielkiego WOW! Moja dotychczas lekko przesuszona skóra stała się głęboko nawilżona, co widać gołym okiem. Szczerze liczę, że efekt osiągnięty po 3 zaproponowanych sesjach utrzyma się i uzyskam długotrwałą poprawę jakości skóry.

Ale zabieg przynosi efekty nie tylko w przypadku rewitalizacji i ogólnego odświeżenia. Osoby mające problem z widocznymi potrądzikowymi bliznami, również zauważą widoczną poprawę, po zastosowaniu indywidualnie dobranych zabiegów. Wystarczy porównać twarz pacjentki przed i po wykonaniu serii zabiegów:

Fot. Materiały prasowe

Działanie preparatu Restylane Skinboosters można porównać do bufora, który zachowuje odpowiedni poziom wody w skórze, czego efektem jest poprawa jędrności, elastyczności oraz gładkości skóry. Z powodu bezpieczeństwa zastosowania i skuteczności, polecany jest zarówno kobietom, jak i mężczyznom w różnym wieku i z różnymi niedoskonałościami skóry.
Ja nie mogę narzekać i chętnie dzielę się swoimi doświadczeniami. Taki zabieg świetnie się u mnie sprawdził, poprawił wygląd i kondycję skóry. Dzięki temu, zamiast za kilka lat dobijać się do chirurga plastycznego lub omijać lustro będę mogła sama siebie pochwalić za efekty wcześniej przeprowadzonych zabiegów Restylane Skinboosters.

Uroda

Naukowe sposoby na lepszy poranek, i cały dzień. Niektóre są bardzo zaskakujące

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 listopada 2016
Fot. iStock / ArthurHidden
 

Nie śniło się filozofom, ale naukowcom już tak. Bo zamiast kolekcjonować bajki o udanym poranku, sprawdzamy fakty. I dziś zamiast poematu o kawie (mmm, naprawdę ją kochamy!), mamy garść pomysłów na poranek prężny i zaczynający naprawdę dobry i „produktywny” dzień. Niektóre pomysły mogą być zaskakujące, ale…

Przekonajcie się sami!

Budź się ze słońcem

Według badań (a tych jest prawdziwe zatrzęsienie) główną przyczyną zaburzeń snu współczesnego człowieka jest nadmiar ekspozycji na sztuczne światło. Wlicza się w to również światło wszystkich ekranów, które z lubością zabieramy do łóżek. To zakłóca nasz naturalny rytm organizmu, który przede wszystkim powinien reagować na światło słoneczne.

Przeprowadzono eksperyment, grupę osób cierpiących na bezsenność lub zaburzenia snu zabrano na wyprawę: bez sztucznego światła i budzików. W efekcie ich problemy zniknęły po kilku dniach. Na pewno zaobserwowaliście to podczas swoich wakacji – spanie do południa nie towarzyszy wam całe dwa tygodnie urlopu, bardzo często wstajecie równie wcześnie, co w domu, a jednak bez trudu i bez budzika…

Medytacja

Sposobów na medytację jest bardzo wiele. I nie ma jednego słusznego – każdy medytuje po swojemu. Jedno jest jednak pewne – korzyści. Medytacja zmniejsza nasz poziom lęku, poprawia produktywność. Według naukowców 20-to minutowa sesja medytacji cudownie trenuje mózg, tak, aby zbytnio się nie rozpraszał, poprawia jego działanie i osiąganie celów. Spokojnie i leniwie się przeciągając można wyeliminować tę przeklętą wielozadaniowość.

Wniosek? Na szalony poranek najlepsza jest medytacja. Wtedy można sprawnie i bez histerii ogarnąć i kawę, i dzieci i nawet psa.

Automatyzacja

Co jest najbardziej frustrujące z rana? Te wszystkie decyzje, które trzeba podjąć. I choć w życiu ich nie unikniemy – to o poranku, proszę bardzo!

Czynności, które wykonujemy po przebudzeniu, są tymi, które możemy sprowadzić do poziomu automatu. Bez decydowania, zastanawiania się. Właśnie dlatego tak dobrze działają te wszystkie proste rady w stylu: przygotuj dzień wcześniej ubranie, wstań 5 minut wcześniej, aby uniknąć korków itepe, itede. W gruncie rzeczy jednak wcale nie oszczędzamy czasu tak dosłownie, jak nam się wydaje – oszczędzamy go właśnie ograniczając konieczność podejmowania decyzji. Bo przygotowanie ubrania wcześniej, wcale nie sprawi, że „szybciej” je na siebie założymy, ważne, że nie będziemy miotać się z decyzją, co dziś założyć ;). Tak samo sprawy mają się ze śniadaniem, toaletą, wyjściem, trasą dojazdu.

To nie są decyzje wymagające wielkich poświęceń i rozmyślań. Automatyzujemy i włączamy porannego autopilota.

Proste.

Tylko jedna rzecz

To ciekawy efekt. Według Gary’ego Keller, autora „One Thing” działamy trochę jak w efekcie kloców domina. Mamy niekończące się listy zadań do wykonania, i zawsze, ale to zawsze znajdzie się zadanie, które w rzeczywistości oddala nas od celu. Bo zawsze znajdzie się coś niezwykle „ważnego”, co zaburza całą resztę listy naszych priorytetów. Wiecie, jak to działa. Wystarczy, że w domino jeden klocek zamieni się w blokadę i już – utykamy w jednym miejscu.

Znajdź tę blokadę w swoim domino, to co zabiera ci najwięcej czasu, dezorganizuje, przesuwa.

Pierwsze – najtrudniejsze

Energia, którą dysponujemy jest ograniczona, podobnie siła woli. Dlatego trzeba mądrze dysponować tym, co mamy.

Według pewnego badania kora przedczołowa, część mózgu odpowiedzialna za kreatywność, jest najbardziej aktywna, gdy się budzimy.  Idąc tym tropem najtrudniejsze dla nas zadania powinniśmy zaplanować właśnie na początek dnia. To może wydawać się trudne, bo przyszło nam poranek w pracy zaczynać łagodnie, najlepiej od kawy. Jednak być może warto poeksperymentować ze sobą, zadania nad którymi ślęczymy godzinami głównie patrząc romantycznie w pustkę lub migający na ekranie kursor, załatwić rano – a potem, mieć więcej czasu i na kawę i na relaks.

Taki plan dni pozwoli lepiej wykorzystać te same możliwości. Są przecież zadania, które wcale nie wymagają aż takiego skupienia czy kreatywności.

Dobry wieczór to gwarancja poranku

I choć mówimy dziś o porankach, o wydajności i kreatywności o wschodzie słońca niemalże, to to jak spędzimy poprzedni wieczór, ma olbrzymie znaczenie. Dobry i solidny sen to podstawa, ale ten fundament warto podbudować malutkim wieczornym harmonogramem. Harmonogram – nie luźna lista niekończących się zadań, pozwoli zaoszczędzić czas i chaos, od samego rana.

Ekstremalnie, „po fińsku”

A co powiecie na hydroterapię? Czyli na przemienny zimny i gorący prysznic. Badania wykazują, że taka hydroterapia ma wiele korzyści dla naszego zdrowia, w tym zmniejszenie stresu, wsparcie dla układu odpornościowego, zwiększoną zdolność do spalania tłuszczu , a nawet jest pomocna w walce z depresją.

Wystarczy po zwykłym porannym prysznicu, zrobić kilka naprzemiennych sesji bardzo zimną i gorącą wodą. Efekt rześkości – gratis ;).

To co, spróbujecie?


Źródła: lifehackpublicationcoach.comncbi.nlm.nih.govsciencedirect.com


Uroda

„Kiedyś już zgodziłam się na taką rozmowę. Potem przeczytałam nagłówek, że jestem matką mordercy. A ja jestem i zawsze będę matką mojego syna”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
8 listopada 2016
Fot. iStock / duncan1890

Barbara: – Kiedyś już zgodziłam się na taką rozmowę. Potem przeczytałam nagłówek, że jestem matką mordercy. A ja jestem i zawsze będę matką mojego syna. Urodziłam człowieka, nie potwora. Nie wiem, kto ponosi winę za to, że w którymś momencie mój Mariusz wszedł na tę ciemną drogę. Nie wiem też, kiedy i dlaczego nienawiść wypędziła z jego serca miłość. Bo przecież najpierw ona tam mieszkała, razem ze współczuciem i dobrem. Przecież żadna matka nie wpaja swojemu dziecku zła, nie uczy go braku szacunku do drugiego człowieka, agresji czy zawiści. Jeśli kochasz swoje dziecko prawdziwie, to tylko tę miłość jesteś mu w stanie przekazać. Bo ja nadal go kocham i zawsze będę. Choć chyba nigdy już nie zrozumiem, dlaczego moje dziecko odebrało komuś życie. W bestialski sposób rozszarpało komuś gardło, zadało tyle ciosów nożem. To przecież nadal mój syn, choć jego dłonie na zawsze już zostaną  splamione krwią niewinnego człowieka. Te same dłonie, które jeszcze nie tak dawno obejmowały delikatnie moją twarz.  I upewniały mnie w tym, że potwory istnieją tylko w tych bajkach, które zawsze omijaliśmy. 

Mariusz B., 26 letni syn mojej bohaterki. Kilka lat temu w okrutny sposób pozbawił życia młodego mężczyznę, którego podejrzewał o romans ze swoja dziewczyną. W toku śledztwa ustalono, że zamordowany nie miał nic wspólnego z całą historią i padł ofiarą potwornej pomyłki. Obsesyjnej zazdrości Mariusza B. Syn Pani Barbary, przyznał się do winy, a na procesie ze szczegółami opowiadał o motywach zbrodni oraz o tym, jak to zrobił. Na ciele zamordowanego znaleziono kilkanaście ran kłutych, ślady znęcania się, poderżnięte gardło. Z ustaleń wynika także, że oskarżony usiłował poćwiartować zwłoki. Prawomocnym wyrokiem sądu został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności.

Barbara: – Byłam u niego niedawno. Mam małą rentę, dużo choruję, pieniędzy brakuje na wszystko. Ale co mogę, to odkładam, coś tam kupuje, żeby zjadł coś lepszego i zawożę. Dopiero trzeci raz tam byłam, mimo tego, że Mariusz siedzi już 6 lat. „Już” –  jak to strasznie brzmi na tle tej reszty lat, które będzie musiał tam spędzić. Bo przecież już nigdy nie będzie nam dane siąść razem przy rodzinnym stole, napić się herbaty. Kiedyś sąsiadka zmartwiła się i uświadomiła mi, że to dobrze, że mnie nie zabił. Że tyle lat z zabójcą mieszkałam, że nie wiedziałam nawet. Nie odezwałam się, serce matki nie wytrzymało. Przecież ja już do końca swoich dni będę żyła z tym piętnem, że urodziłam mordercę, bo ludzie nie pozwalają mi myśleć inaczej. Wie pani, ja nie wiem, czy to moje więzienie tu, w głowie i w sercu, nie jest gorsze od tych krat, za którymi siedzi on. Bo on wie dlaczego, tam jest. Wie, dlaczego do końca swoich dni będzie oglądał te same ściany a nie zazna, widoku słońca i nieba. A ja zostałam uwięziona, bez wyroku. W koszmarze czterech ścian, gdzie echo odbija wspomnienia. Te, kiedy jeszcze był dzieckiem, któremu piekłam pierniki. I te, gdy stanął w drzwiach cały we krwi, z nożem w ręce. I powiedział, że zabił człowieka.

Normalnie żyliśmy, skromnie ale zwyczajnie. Ja pracowałam tam, gdzie praca była. Nie mam żadnego wykształcenia, szkołę tylko podstawową i dwa lata liceum. Na gospodarce kiedyś mało kto o wykształceniu myślał. Nie było kiedy, nie było jak. Bieda w domu, roboty dużo, żal było rodziców samych zostawić. Bracia pomagali, to ja też w pole chodziłam, żeby lżej było. Rodzice nas kochali, dbali bardzo, jak więc inaczej się zachować? Mamusia moja nie raz płakała, że przez nich takie byle jakie życie mamy, że się nie kształciliśmy. Ja nigdy o to żalu nie miałam. Przecież niczego nam nie brakowało, ani chleba ani miłości, a to chyba w życiu najważniejsze. Mojego męża a ojca Mariusza znałam od dawna. Trzy domy dalej mieszkał ze swoja rodziną. Uczciwy, dobry facet. Nie miałam z nim źle, dbał o mnie, potem też o nasze jedyne dziecko. Długo ten mój kawałek szczęścia jednak nie trwał, bo mąż zginął w wypadku. Wracał z pracy, wjechał w niego rozpędzony tir. Nie było czego zbierać, nawet trumny nie otwieraliśmy, bo mąż za bardzo był pokiereszowany. Syn miał wtedy 7 lat, bardzo przeżył śmierć taty. Nie chciał chodzić do szkoły, po nocach mi na cmentarz uciekał. Przeprowadziliśmy się rok po tej tragedii do miasta, żeby łatwiej było małemu. Tam więcej szkół, dzieci, większe możliwości. Dziś myślę, że to może było przyczyną? Że może lepiej było nam zostać, na naszej małej wiosce. Pracowałam, gdzie się dało, starałam, żeby nam niczego nie brakło. Syn się dość dobrze uczył, nie było większych problemów. Tę Asię, od której się zaczął cały dramat, przyprowadził do domu rok przed tragedią. Ładna, miła i bardzo cicha dziewczyna. Cieszyłam się, że moje dziecko dorasta, że się zakochał, że pewnie rodzinę niedługo założy.

Po jakimś czasie ta Asia sama do mnie przyszła i płakała. Tłumaczyła, że Mariusz ją źle od początku odebrał. Że ona go nie kocha, tylko bardzo lubi, jak wielu innych swoich kolegów. Że już nie wie jak mu to tłumaczyć, bo on jest niemiły dla jej znajomych. Że bardzo zazdrosny, a nawet pocałunku przecież nigdy między nimi nie było. Obiecałam, że z nim porozmawiam, co zresztą zrobiłam tego samego wieczoru. On tylko tak dziwnie patrzył w ścianę, jakby był otępiały. Kiwał głową, powtarzał, że rozumie. Potem coś, że ona pewnie kogoś ma, dlatego tak gada. Ale on jednak poczeka, bo na nią warto. Tłumaczyłam, że miłości nie wolno zmuszać, że ona sama wybiera serce, do którego chce zapukać. Uśmiechał się tylko, mówił, że wie, żebym się nie martwiła. Że on sam to jakoś rozwiąże. Boże, on już wtedy to wszystko planował, a ja dopiero teraz to widzę i dostrzegam. A może mogłam zapobiec, powstrzymać go? Tylko przed czym? Czy przyszłoby ci kiedykolwiek do głowy, że twoje dziecko będzie w stanie zrobić, coś takiego? Przecież nie piłam, nie sprowadzałam mężczyzn do domu, zrezygnowałam z siebie. Wszystko dla niego.  W domu zawsze było czysto, schludnie i ciepło. No właśnie, przecież dawałam mu tyle ciepła. Dlaczego więc jego serce w którymś momencie, zamieniło się w zimny jak lód kamień? Przecież musiało, skoro przestał czuć na tyle, że podniósł rękę w morderczym geście…

Tego dnia było tak jak każdego innego. Szyłam w domu, miałam trochę zaległej roboty, a Mariusz miał wrócić  po południu. Po 17-tej zaczęłam się niepokoić, jakiś taki ścisk w sercu czułam. Był czwartek, kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Rano, przed jego wyjściem, rozmawialiśmy na temat zakupów. Mówiłam, że siostrę z mężem i dziećmi zaprosiłam. Powiedział wtedy: – To dobrze, że nie będziesz w te święta sama. Nie zrozumiałam, ale też nie dopytałam. Jakbym się czegoś podświadomie bała. Koło 20 zadzwoniłam, ale nie odebrał. Potem jeszcze raz. Ubrałam buty, pomyślałam, że może gdzieś go spotkam, może coś mu się stało. Stałam jeszcze w pokoju, gdy usłyszałam, jak otwierają się drzwi. Odwróciłam i przestałam oddychać. Całą kurtkę, spodnie, nawet twarz miał zachlapaną krwią. I ten ogromny nóż w rękach. Powiedział, że zabił, że nie wie co zrobić, żebym z nim poszła. Nie wiem dlaczego od razu nie zadzwoniłam na policję, na pogotowie. Szłam za nim, milczeliśmy, nie wiem czy zimno czy strach, tak mną trząsł. Aż podrzucał. Dwa bloki dalej, stała taka stara rudera, do rozbiórki. Weszliśmy tam. Ten chłopak leżał na ziemi, miał podcięte gardło. Wszędzie było pełno krwi, nawet w powietrzu było czuć taki metaliczny zapach. Patrzyłam, jak ogłupiała na jego martwą, wykrzywioną w grymasie bólu twarz. Podbiegłam, chciałam te wszystkie dziury na ciele pozatykać. Złapałam go za szyję, żeby zatamować krwawienie. Zaczęłam krzyczeć, wołać o pomoc, nerwowo szukać telefonu, żeby zadzwonić. Mariusz uklęknął koło nas, zabrał moje ręce od ciała, kazał mi przestać. Patrzył przez chwilę w oczy i powiedział tylko, że to nie moja wina. Potem pamiętam tylko skrawki. Wycie karetki, zaraz za nią radiowozy policyjne. I ten tłum ludzi skandujący „morderca! morderca” i palce wskazywane na mnie. I krzyki, że to ja urodziłam tego potwora, że jemu teraz też powinno się wbić w szyję nóż. I to na moich oczach, za karę, że kogoś takiego wypuściłam na świat.

Procesu prawie nie pamiętam, byłam na silnych lekach. Raz zemdlałam na sali, podczas ogłaszania wyroku. Gdy syn na pytanie sędziego, czy chciałby coś powiedzieć rodzinie tamtego chłopaka, odparł, że chciałby przeprosić swoją mamę. I żeby ludzie dali mi spokój. Trzy razy wstawiałam nowe okna, bo ktoś regularnie je wybijał w naszym mieszkaniu. Zawsze kamień jest owinięty kartką z wyzwiskami. Na bloku, w którym mieszkam, już nikt nawet nie zaciera napisów o tym, że tu mieszka matka zwyrodnialca. Rzadko wychodzę. Przychodzi taka miła pani z opieki, nie zadaje pytań, nie dziwi się, że nadal w moi pokoju stoi zdjęcie syna. Na widzenia, jak już mówiłam jeżdżę rzadko. Raz, że daleko i zdrowie nie pozwala, dwa, że Mariusz nie chce. Mówi, że nie może patrzeć na moje łzy. Pierwszy raz gdy tam pojechałam, gdy już siedział, bałam się na niego patrzeć. Jakiś taki był odmieniony, obcy, nieobecny. Nie pytałam dlaczego to zrobił i myślę, że on też do końca tego nie rozumie. Sam opowiadał, że  był jak w amoku, myślał, że tamten chłopak jest z tą Asią. Mówił, że tylko chciał z nim porozmawiać. Że chciał mu wytłumaczyć, że on szczerze tę Aśkę kocha, chciał znać intencje tego drugiego. Że tamten się wypierał, że nic go z nią nie łączy, że zaczęli się szarpać, kłócić. I, że ten nóż nosił od dawna.  Dla własnej obrony, choć nikt go przecież nie zaczepiał. Myślę, że on to planował, myślał o tym, jako ostatecznym rozwiązaniu. Zakochał się do szaleństwa, aż po obłęd, który popycha do najgorszych czynów. Pytał, czy kiedyś mu wybaczę. Nie mogłam mówić, wtedy ten pierwszy raz gdy pojechałam do więzienia. Tylko płakałam. Dusił i dławił mnie żal, taki do samej siebie. Że gdzieś musiałam popełnić błąd, gdzieś musiałam zawinić. Że nigdy sobie tego nie wybaczę. Bo musiało mnie pewnie, w którymś momencie zabraknąć. Może nawet w jakiejś ważnej dla niego chwili nie czuł, że go kocham. I dlatego to zrobił. Bo jak to wytłumaczyć inaczej?

Jak teraz wygląda moje życie? Snuje się jak cień, od okna do okna. Jakbym ciągle myślała, że jeśli nastał nowy dzień, to pewnie zabrał tamten koszmar. I zobaczę, jak wraca do domu i mi macha.  Powtarzał, że nawet jak mnie nie było widać, to on wiedział, że na niego czekam i wypatruje. Nalałabym mu zupy, przeczesała palcami włosy, pogładziła po twarzy. I wiem, że matka tego niewinnego chłopaka, którego mój Mariusz zabił, nas nienawidzi. Że życzy mojemu dziecku, wszystkiego co najgorsze. I nie mam o to pretensji, bo zmasakrowane ciało jej syna, śni mi się każdej nocy. Ale moje serce, jest tylko sercem matki. Nie potrafi nie tęsknić, nie usprawiedliwiać, nie starać się zrozumieć.  I nie wierzyć, że jeszcze choć raz przed moja śmiercią, przełamie się z Mariuszem opłatkiem. I po raz kolejny powiem mu, że wybaczam i nadal kocham. Bo dla mnie zawsze będzie tym, którego dłonie ogrzewały moją twarz.  A nie tym, którego ręce trzymały nóż i zadawały śmiertelne ciosy.


Wysłuchała: Anika Zadylak


Zobacz także

Fakty i mity związane z powiększeniem piersi

„Aaaa, no co mnie podkusiło?”. Nie zasłaniajcie oczu, sprawdziłyśmy, o co chodzi z podpaskami wielorazowymi!

Jak zrujnować sobie włosy. Antyporadnik