Lifestyle

Uciekała przed wojną płynąc wpław przez morze i ratując innych. Dzisiaj startuje w Rio

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 sierpnia 2016
Fot. Facebook/ Yusra Mardini
 

To niezwykła historia o sile, rozpaczy i nadziei, która żyła w sercu dziewczyny.

Pływać zaczęła mając trzy lata. Jej tata był trenerem, więc zadziało się to naturalnie. Miała szczęśliwe dzieciństwo, była dorastającą dziewczynką. Kiedy skończyła 13 lat, w jej kraju, w Syrii, wybuchła wojna. Basen, na którym trenowała  Yusra Mardini został zniszczony przez bomby, podobnie jak jej rodzinny dom. Zginęło jej dwóch kolegów – pływaków. Po tej tragedii rodzice Maridini postanowili uratować życie swoich dwóch córek. Skontaktowali się z przemytnikami i w sierpniu ubiegłego roku to im powierzyli życie Maridini i jej siostrze. Dziewczyny polecały z Damaszku, do Bejrutu, przez Liban do Stambułu, gdzie spotkały się z innymi uchodźcami. Ostatecznie trafiły do Turcji, gdzie w lesie z 300 innymi uciekającymi czekały na łódź, którą miały dopłynąć do Grecji.

„Policja cały czas z helikopterów patrolowała las, ale nie weszła do lasu. Bali się, bo wiedzieli, że przemytnicy mają broń” – wspomina Maridini. Po czterech dniach spędzonych w lesie Maridini wraz z siostrą i 18-toma innymi ludźmi, wśród których był sześcioletni chłopiec została wsadzona do pontonu, który był przeznaczony dla sześciu osób…  Ich próba przedostania się do Grecji została dostrzeżona przez straż graniczną, ale postanowili nie zawracać. Po 20 minutach silnik pontonu zgasł, a on sam zaczął nabierać wody. Spośród 20 osób na pokładzie tylko Maridini, jej siostra i dwóch młodych mężczyzn potrafiło pływać. W czwórkę wskoczyli do wody, żeby odciążyć ponton i popchnąć go w stronę Grecji.

About last race. #olympics2016 #Y_Mardini #Swimming #teamvisa

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Yusra Mardini (@mardiniysra)

Była siódma wieczorem, woda była zimna i wzburzona. „Każdy się modlił, słyszeliśmy nawoływania greckiej i tureckiej policji, krzyczeliśmy, żeby nam pomogli, że toniemy, że wśród nas są dzieci”. Maridini i jej siostra płynęły pchając ponton przez trzy i pół godziny, płynęły nawet wtedy, gdy mężczyźni zrezygnowali, kiedy oni nie mieli już sił. „Myślałam, że przecież jestem pływakiem, najwyżej umrę w wodzie… Tylko ten mały chłopiec patrzył na mnie przerażony, a ja płynąć robiłam głupie miny próbując go rozśmieszyć”. Udalo się. Siostry wraz  innymi ludźmi w pontonie dopłynęły do wyspy Lesbos. I zaczęły swoją wędrówkę. Spały na polu, w kościołach, dobrzy ludzie dali im ubrania, buty. W końcu przez Węgry, Austrię trafiły do Niemiec, do obozu dla uchodźców, gdzie dzieliły namiot z sześcioma mężczyznami. Przez całą zimę stały w długich kolejkach czekając na dokumenty, na azyl. „To tam stojąc po osiem godzin w zimnie płakałam najwięcej” – wspomina Mardini. Dzisiaj jest w Rio. I chociaż nie ma szans na medal startuje w grupie dla bezpaństwowych sportowców. Pomógł jej tłumacz egipski, który skontaktował się z klubem pływackim niedaleko obozu dla uchodźców. Trener dał jej szansę, a kiedy zobaczył, że choć jej ciało jest wyniszczone, to ona jednak potrafi pływać, że tkwi w niej potencjał, wziął ją pod swoje ramiona. Ucieczka z kraju objętego wojną odbiła się na młodziutkiej Mardini, na jej formie. Nie trenowała od dwóch lat. Jej trener widział ją jednak na olimpiadzie w Tokio. Gdy jednak dotarła do nich wiadomość, że Komitet Olimpijski zezwolił na udział w igrzyskach uchodźców, Mardini postanowiła spełnić swoje marzenie udziału w igrzyskach jeszcze szybciej.

Otrzymała stypendium, wynajęła z siostrą mieszkanie, gdzie dołączyli do nich rodzice z dwoma młodszymi siostrami.

Chciałaby, by jej historia była powtarzana, by pokazała innym, że jest nadzieja. „Chciałabym wrócić do Syrii, by pomóc innym” – mówi Mardini.

Dzisiaj powtarza, że gdyby nie pływanie, mogłaby nie żyć. W pierwszym swoim starcie zajęła 41 miejsce, ale nie ma co mówić o rozczarowaniu. W eliminacjach na 100 metrów stylem dowolnym wystartuje dziś o 18:02.


 

źródło: nytimes.com


Lifestyle

Zadaj sobie te cztery pytania i zacznij zmierzać we właściwym kierunku

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 sierpnia 2016
fot. iStock/izf
 

Dla wielu z nas kroczenie swoją życiową ścieżką nie różni się zbytnio od zdobywania nowych lądów. Kolumb odkrył Amerykę, a my odkrywamy siebie, dowiadując się, kim tak naprawdę jesteśmy. Wbrew pozorom to wcale nie taka łatwa sprawa, która czasem wymaga od nas zatrzymania się, chwili refleksji. Problem jednak w tym, że chciałybyśmy szybkiej, prostej i jednozdaniowej odpowiedzi. Życie jednak takie proste nie jest, a przez to możemy się czuć zawiedzione. Żeby odnaleźć siebie, a przy okazji tę właściwą życiową ścieżkę, musisz szczerze odpowiedzieć na kilka pytań.

1. Dlaczego tak naprawdę chcesz odnaleźć swoją ścieżkę?

To najbardziej podstawowe, ale i najważniejsze pytanie. Odpowiedź będzie twoją motywacją w tych najtrudniejszych momentach, musisz tylko być ze sobą szczera. Bo jedno jest pewne – chcesz coś zmienić. Łatwiej będzie, gdy ustalisz sobie konkretne cele, a przy okazji stworzysz pewien plan działania. To nie musi być typowa lista, ale raczej mapa myśli, którą o wiele łatwiej zapamiętasz. Potem wystarczy jedno spojrzenie, by przypomnieć sobie, dlaczego tak właściwie rozpoczęłaś drogę do samodoskonalenia. Myśl tylko o sobie, bo powody mają być ważne przede wszystkim dla ciebie. Jesteś wyjątkowa, masz swoje unikalne potrzeby i marzenia. Nie ma lepszego sposobu na naukę odpowiedzialności niż spróbowanie utworzenia swojej własnej drogi prowadzącej przez świat. Nie bój się prosić o pomoc, to tylko znak twojej siły!

2. Co jest dla mnie ważne?

Przy pracy nad sobą najlepszym przyjacielem jest kartka papieru i długopis. Przy odpowiedzi na to pytanie, również będziesz ich potrzebować! Nie staraj się spisać wszystkich ważnych rzeczy za jednym razem, daj sobie czas i swobodę. Często gdy zostajemy wyrywkowo zapytani o pozornie błahe rzeczy, nie mamy pojęcia, co odpowiedzieć. Tak samo jest i w tym przypadku. Zacznij od tych najprostszych, codziennych rzeczy – regularne ćwiczenia, spędzanie czasu z najbliższymi, nauka, rozwijanie swojej pasji. Dopiero potem przejdź do tych bardziej wysublimowanych idei jak asertywność, odkrywanie co czyni cię szczęśliwą czy nauka cieszenia się każdą chwilą. Nie bój się szczerych odpowiedzi, które mogłyby zaskoczyć nawet twoich przyjaciół. Jeżeli ważne jest dla ciebie stworzenie domu, chociaż w oczach innych jesteś zagorzałą singielką z wyboru – zapisz to! Będzie ci łatwiej wyrwać się z szufladki, do której wsadzili cię znajomi. Trzymaj listę w pobliżu, aby zawsze móc na nią spojrzeć, gdy będzie ci trudno iść swoją własną drogą.

3. Co sprawia, że przestaję liczyć czas?

Pamiętasz tą chwilę, gdy jako dziecko spędzałaś każdą możliwą chwilę na swoich ulubionych zabawach, a rodzice siłą musieli ściągać cię z podwórka, bo nadchodził czas wieczorynki? To właśnie synonim czystego, niepohamowanego szczęścia. Zapominamy, że to dziecko ciągle jest gdzieś w nas. Czasem tylko jest przytłoczone nadmiarem obowiązków, dedlajnów i kredytów. Jeżeli jednak chcesz coś w sobie zmienić i nadać sens życiu, pora obudzić swojego wewnętrznego dzieciaka! Nie chodzi wcale o nagłe rzucenie wszystkiego i powrót do piaskownicy, a raczej o cieszenie się małymi rzeczami i robienie tego, co sprawia ci przyjemność. Przypomnij sobie, co sprawiało, że nie liczyłaś czasu i nie chciałaś wracać do nudnych, niepotrzebnych według ciebie czynności. Zajęcia malarskie, wokalne, taneczne a może te bardziej naukowe? To najwyższy czas by wrócić do tego, co kochasz najbardziej. Szansa na zostanie ekspertem w dziedzinie, którą naprawdę lubisz jest lepsza niż cokolwiek innego. To właśnie dlatego ludzie łączący pracę z pasją są tymi najszczęśliwszymi.

4. Czy to na pewno mój wybór?

Docieramy do tego najtrudniejszego pytania, które niejednokrotnie po prostu boli. Powinnaś je sobie zadawać za każdym razem, kiedy poczujesz się znudzona tym co robisz. Czy to na pewno twój własny wybór czy ktoś ci to podsunął, a ty nie oponowałaś? A może to po prostu teraz modne, jak siłownia czy joga, za którą nie przepadasz, ale przecież trzeba! Może nie potrzeba ci wcale wielkich zmian, ale uświadomienia sobie, że nie ty dokonałaś wyboru swojej życiowej ścieżki. To prawdziwa pułapka, a zdanie sobie z niej sprawy jest bardzo bolesne. Może się okazać, że zmarnowałaś kilka dobrych lat swojego życia na robienie tego, o czym marzyli twoi rodzice lub posłuchałaś niezbyt dobrej rady przyjaciółki, z którą już nawet nie masz kontaktu. Twoja kariera, związek czy nawet życie towarzyskie powinno być tylko i wyłącznie twoim wyborem. Ot, cała tajemnica poszukiwania życiowej ścieżki – musisz myśleć o sobie, swoich potrzebach i marzeniach, nie bojąc się tego, co pomyślą ludzie wokół.


źródło: LifeHack.org


Lifestyle

Palą papierosy w ciąży, żeby dziecko nie było zbyt duże, a przez to poród łatwiejszy. To pomysł nastoletnich matek

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
10 sierpnia 2016
Fot. iStock / Saso Novoselic

Poród bywa trudnym doświadczeniem, obfitującym w mnogość przeżyć. Kobiety wydając na świat potomstwo, muszą zmierzyć się z bólem, strachem, obawą, że sobie nie poradzą, ale i radością, nadzieją, gigantycznym przypływem sił na powitanie dziecka. Owszem, mało która z nas nie marzy, by poród był szybki i jak najmniej bolesny. Aby ułatwić sobie zadanie, uczęszczamy do szkół rodzenia, ćwiczymy mięśnie Kegla, słuchamy rad doświadczonych mam i położnych. Niestety nie tylko…

Kobiety, szczególnie te młode, często będące ciężarnymi bez świadomości czym jest odpowiedzialność za nienarodzone jeszcze dziecko, sięgają po szokujące sposoby, by bolało jak najmniej.

Chcesz mieć małe dziecko i szybki poród? Idź na dymka!

Szczególnie jeśli jesteś nastolatką, której ani odpowiedzialność, ani wyobraźnia nie są głównym atutem, zacznij palić jak najwcześniej. Nastolatki znalazły porażający sposób na zapewnienie sobie całkiem przyjemnego porodu — papierosy. To, że palenie tytoniu w ciąży jest szkodliwe i skrajnie nieodpowiedzialne, zdaje się, powinny wiedzieć wszystkie przyszłe matki. Ale coraz częściej wśród nastolatek spotyka się przypadki przyszłych matek — palaczek. Liczą one na to, że przez wpływ nałogu, ich dzieci urodzą się mniejsze więc sam poród będzie łatwiejszy. W zasadzie proste rozumowanie — mniejsze dziecko, mniej wysiłku, mniej bólu.

Głupota nie boli, ale jej konsekwencje tak

Simone Dennis z Australian National University przez dekadę prowadziła badania nad tym zjawiskiem w Australii. Najczęstszym motywem nastolatek jest obawa przed trudnym porodem, brakiem satysfakcji seksualnej po porodzie, zmienionego ciała. Wychodzą one z założenia, że im mniejsze dziecko, tym mniejszy problem. One są młode i mają tyle planów przed sobą, a współczesny wzorzec nowoczesnej, szczupłej i zadbane kobiety, także matki, zmusza je do zwiększenia starań w odniesieniu „sukcesu”. A kto poniesie konsekwencje głupiej mody? Tak, maleństwo. Matki nie biorą pod uwagę zagrożenia wyższym wskaźnikiem  martwych urodzeń i poronień, przedwczesnego odklejenia łożyska, problemów z sercem lub wad wrodzonych. Nie zastanawiają się nad tym, że urodzenie chorego dziecka może poważnie wpłynąć na dalszy przebieg całego ich życia. Ostrzeżenia lokowane na papierosach czy środkach masowego przekazu również nie robią na nich wrażenia. Problem zatacza coraz szersze kręgi. Jak widać nieodpowiedzialne podejście do tematu rodzicielstwa i zamartwianie się o własny komfort wygrywa ze zdrowiem i bezpieczeństwem dziecka.


źródło: dzielnicastylu.plwiedzoholik.pl


Zobacz także

„Drogi pamiętniczku…”. Dlaczego warto wrócić do prowadzenia dziennika?

Niech ten rok będzie rokiem silnych kobiet. Silnych, bo dbających w końcu o siebie

Poszłam do sklepu, wydałam 150 złotych i ja się pytam: na co, do cholery?!?