Lifestyle

Tinderowy świat nie tylko w czasach zarazy, czyli kogo możesz spotkać po drugiej stronie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
3 grudnia 2020
Fot. iStock / gremlin
 

Tinder jest dla mnie fantastycznym miejscem do obserwacji mężczyzn. To niezgłębione możliwości prowadzenia badań socjologicznych, sprawdzania, czego dziś pragną mężczyźni, choć od nich często można się dowiedzieć, czego dziś chcą kobiety. Kocham to miejsce, choć niekoniecznie wszystkich facetów, którzy się tam pokazują.

 

I choć tematu nie da się wyczerpać krótką charakterystyką typów facetów, którzy się tam pojawiają, to czemu o taką by się nie pokusić. Uwaga – nie chodzi o ocenianie, bo i po co, każdy wie, czego szuka i czego chce, jesteśmy dorośli. Krótki i bardzo subiektywny przegląd. 

 

Dyskretny

 

“Szukam dyskretnej relacji”, “Dyskrecja, namiętność, dobra zabawa”. Od razu wiadomo – czyjś mąż. Niektórym trudno się do tego zwyczajnie i wprost przyznać, więc kobiety, zwłaszcza te, które dopiero poznają tajniki Tindera, mogą się nabrać na tajemniczość takiego wpisu. 

 

Od razu rozwiewam wątpliwości, pod panem dyskretnym, który najczęściej wrzuca jako zdjęcia te ściągnięte z sieci (o tak, nie zawsze ta pokazana część przystojnego pana należy rzeczywiście do właściciela profilu). 

 

I nie chodzi im, jak niektórzy żonaci panowie deklarują, o romans, o to, żeby za kimś zatęsknić, o oderwaniu się od codzienności. Nie, dyskretnym chodzi o seks bez absolutnie żadnych zobowiązań. Chcesz w to wejść – proszę bardzo. 

 

Miłości nie szuka

 

Są tacy, którzy zaznaczają, że swoje już w życiu przeżyli, swoje wiedzą, więc miłości nie szukają, związku też nie, bywa, że żony również nie chcą znaleźć (bo jak się okazuje zamiast być dyskretnymi, tym wytrychem komunikują, że są czyimiś mężami).

 

Po co więc są na Tinderze? Nie pozbawiają nikogo złudzeń, chodzi o FWB (ach te trzyliterowe skróty), czyli idziemy razem do łóżka, jak będzie fajnie, to odezwę się, jak znowu będę miał ochotę na seks. 

 

Z góry określają granice relacji – bez związku, bez miłości, czytaj: bez zaangażowania się z ich strony, choć tego zaangażowania nierzadko wymagają od kobiet, bo oni tak mogą, ale kobiety już niekoniecznie. 

 

Bez byłej żony i dzieci

 

Leszek lat 41, Jan lat 38, Robert lat 45. Można by pomyśleć: rety chłopie, gdzie ty się chowałeś przez tyle dekad? W tym w wieku to raczej liczy się na kogoś z odzysku, a nie człowieka bez przeszłości i zobowiązań. Hm… chcesz zaryzkować – można spróbować.Jednak od koleżanek wiem, że ten typ, to najczęściej Piotruś Pan, wieczny chłopiec, który nigdy do niczego się nie zobowiązał, za nikogo nie wziął odpowiedzialności i jeszcze się tym szczyci. Można spróbować… tylko, żeby nie było, że nie przestrzegałam. 

 

Wpadł przejazdem

 

Że też ja jeszcze o tym wprost nie napisałam. Na Tinderze najwięcej jest żonatych mężczyzn. Także tych, którzy wpadli przejazdem do miasta, w którym mieszkasz i szybko lokalizacja was zmeczowała.

 

Nie masz ochoty na samotny wieczór? Zawsze z tej opcji można skorzystać, tylko nie licz na coś więcej, bo w dom najczęściej czeka żona, a jeśli nie, to on jest samotnym wilkiem, albo tfu – żeglarzem, który w każdym mieście kogoś znajdzie. 

 

Psychole

 

Dla tych czas pandemii to idealne żniwo – kawa w aucie, spacer w lesie. To jest  niebezpieczna grupa, bardzo pojemna i bywa, że trudno rozpoznawalna. Znam kilka przykładów – zaczyna się miło, on jest uroczy, elokwentny, ba nawet czarujący. Kiedy jednak ty należysz do tych ostrożnych, zaczynasz wzbudzać jego agresję, robi się coraz bardziej natarczywy, zaczyna najpierw niby żartować, a później już jawnie cię obrażać. Moja rada – zgłoś typa, niech go zbanują i natychmiast usuń parę. 

 

To jedni, są tacy z ukrywanymi chorobami psychicznymi, schizofrenicy, którzy odstawili leki, dwubiegunowi, którzy popadają w jakieś skrajne emocje, a my nie bardzo rozumiemy, o co im chodzi. Mitomani, którzy wirtualnie tworzą swoje życie, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Internet jak papier, wszystko przyjmie. Nim zdecydujecie się z takim pójść na spacer do lasu, odczekajcie kilka dni, zawsze możecie być na kwarantannie, nim wyczujecie, z kim macie do czynienia. 

 

Wędkarze

 

Moja ulubiona kategoria. Pan z wędką, pan z rybą. Kiedyś spytałam kolegi, o co może chodzić z tymi rybami, odpowiedział, że może to taki podkorowy przekaz, że mężczyzna w kryzysie zwierzynę do domu ci przyniesie. 

 

Z drugiej strony, mają chłopaki pasje i super. Może znajdą chętną, która z nimi nad ranem łódką wypłynie i dotrzyma towarzystwa, albo taką wyrozumiałą, co to na ryby wypuści bez żalu, że jej do kina nie zabrał (zresztą, przecież kina zamknięte). 

 

Zdjęciowi narcyzi

 

Znajoma powiedziała, że panom ze zdjęciami swojej osoby w różnych ujęciach – w windzie, w wannie, pod prysznicem, w lustrze toalety (błagamy, zamykajcie klapy), dziękuję zwłaszcza, gdy opisu na profilu brak. “Oni są jak te kobiety, których twierdzą, że nie chcą spotkać, ładnie wyglądają i… ładnie wyglądają. Nic więcej tam nie ma”. 

 

Mówiła, że z ciekawości klikała, bo być może znalazłby się jakiś chlubny wyjątek potwierdzający regułę. Cóż, nie trafiła. Ale kto wie, może gdzieś za tymi zdjęciami pięknych “zewnętrz”, kryje się jakie piękne wnętrze. Można próbować właściwie do skutku. 

 

Nie rozumiejący opisów

 

Nie dość, że nie rozumieją cudzych opisów, to w swoich popełniają błąd na błędzie. Jasne, że nie każdy musi być orłem ortografii, ale na miłość boską, można sprawdzić poprawność tego, co się pisze. 

 

Ale opis z błędami jedno, a brak zrozumienia drugie. Koleżanka pisze, że żonatym wstęp wzbroniony, co drugi ją lajkujący ma żonę. Inna, żeby miał chociaż 180 cm, niektórzy uważają, że 178, to już ponad 180 cm. Przykładów można by mnożyć. Choć wiem, że w drugą stronę to też działa… nie raz słyszałam, że kobiety, to jednak tylko po zdjęciach, a to podobno mężczyźni są wzrokowcami. 

 

Zaskoczenie

 

Ale bywają tacy, którzy nie mieszczą się w żadne ramy. Znajoma opowiadała, że dzięki Tinderowi poznała świetnych facetów, z którymi się zakumplowała, do dziś mają kontakt, czasami rozmawiają, choć nigdy drugiego spotkania nie nazwali już randką. Nie pyknęło. 

 

I chodzi  tu o różnych panów – i tych żonatych, którzy zwyczajnie lubią pogadać, a gdy się im postawi granice, to okazuje się, że pod fasadą “dyskretnego” jest fajny gość, z którym wcale nie trzeba mieć dyskretnej relacji, żeby porozmawiać. I tych z rybami, którzy są zabawni. I takich, co właściwie nie wiedzą, czego chcą i po co na Tinderze się znaleźli, ale jak już znajdą pokrewną duszę, to z tego spotkania obie strony korzystają, niekoniecznie seksualnie. 

 

Gdy pytam o to, jak jest po drugiej stronie Tindera, czyli po tej patrzącej męskim okiem, kategorie padają podobne (może za wyjątkiem wędkarzy). Kiedyś znajomy powiedział: można szybko, można romansować, można spotkać przyjaciela. Wystarczy skorzystać i wiedzieć, czego się szuka i gdzie postawić swoje granice. 


Lifestyle

Nie miej ochoty, odpuść i pamiętaj, że jeśli gdzieś jesteś, to gdzie indziej ciebie nie ma!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 stycznia 2021
Fot. istock/1001Love
 

Pomyślałam sobie, że za stara jestem na robienie noworocznych postanowień. Nie, nie za stara w sensie wieku, bo mam wrażenie, że upływający czas działa tylko na moją korzyść. Za stara w sensie zdobytych doświadczeń, dojrzałości i też – nie ma co się korygować – jakieś życiowej mądrości, która ci mówi: serio, chcesz coś sobie założyć, postawić sobie cele i oczekiwania?

Myślę sobie o tych wszystkich planach, o mocnych postanowieniach poprawy. Czyli nie będę już objadać się wieczorami, odstawię colę, będę biegać z trzy razy w tygodniu. Tylko czy o to w życiu mi chodzi, żeby być coraz lepszą w kontekście tego, jak widzą cię inni, czy może jednak o to, żeby czuć się dobrze sama ze sobą.

Może jednak warto skupić się na tym, czego przez ostatnie 12 miesięcy się nauczyłam, gdzie byłam, czego spróbowałam.

Mój rachunek sumienia zawiera się w trzech aspektach.

Po pierwsze dotarło do mnie z całą mocą, że jeśli gdzieś jesteś, to gdzie indziej ciebie nie ma. Powiedziała mi to pewnego jesiennego wieczoru przyjaciółka. Zasiała ziarno, tak mam, że jedno zdanie potrafi we mnie zagościć na długo i dojrzewać. Rozmawiałyśmy w kontekście szukania miłości, związku, energii i zaangażowania, które dajemy czemuś, co być może (i często o tym wiemy, choć ciężko nam się zmierzyć z tą wiedzą) nie ma żadnej przyszłości, nie uczyni nas lepszymi. Jest po prostu kolejnym doświadczeniem, z którego warto wziąć co dobre dla nas i pójść dalej swoją drogą.

Odchodzenie, zmiany nigdy nie są łatwe, ale jeśli spojrzymy na nie przez pryzmat tego, że to kolejna lekcja, dzięki której się wzbogacimy, która uświadamia nam nasze potrzeby i pozwala dzięki temu nadal poszukiwać, jest zdecydowanie łatwiej. Zawsze, ale to zawsze, gdy zamykamy jedne drzwi, otwierają się kolejne. Jedynym pewnikiem w naszym życiu jest to, że wszystko płynie, przemija, zmienia się. Dlaczego nie mielibyśmy popłynąć z tym nurtem, zamiast kurczowo trzymać się tego co tu i teraz ze względu na strach. Naprawdę w życiu chodzi nam o to, żeby się bać spróbować tego, co nowe, co nieznane?

Po drugie wraz z odejściem tamtego roku wpisałam sobie w mój słownik hasło: nie mam ochoty. Przyszło, gdy obarczona wyrzutami sumienia i myśląc o tym jak jestem beznadziejna, bo nie chce mi się wstawić prania, powiedziałam głośno: bo nie mam ochoty. Nie jestem w stanie opisać ulgi, jaką wtedy poczułam. Może ktoś z was, kto mówi sobie, że nie robi czegoś, bo nie ma na to ochoty, zrozumie. A jeśli nie próbowaliście – zachęcam. Czeka na was stos naczyń, prasowanie, umycie podłogi – zaczynam od tych zwykłych drobnych codziennych zajęć, którymi nierzadko czujemy się obarczone. Bo mama nas wychowała, że okna muszą być czyste, że każdego dnia powinien być przez nas zrobiony obiad na stole, a wynajęcie pani do sprzątani jest wyrazem lenistwa, egoizmu i głupotą w wydawaniu pieniędzy. Czasami nie jesteśmy świadomi jak często naszymi zachowaniami  kierują wkodowane w nas przekonania, którym możemy powiedzieć: stop, nie mam ochoty, zrobię to jutro, za pięć godzin, a może poproszę kogoś o pomoc, bo mam inne rzeczy na głowie.

Owo “nie mam ochoty” wręcz niezauważalnie zacznie się przenosić w inne obszary naszego życia. Kiedy zaczynamy stawiać granice, nie pozwalać na to, byśmy byli używani przez innych, by ktoś naszym kosztem dbał o swój dobrostan. “Nie mam ochoty” to nie egoizm, tumiwisizm, to nazwanie tego, czego ja teraz i tutaj chcę, czego potrzebuję. Nie mam zamiaru z tego rezygnować w kolejnych latach mojego życia.

I w końcu po trzecie coś, co nie przychodziło do mnie, ale czego nie potrafiłam wcielić w swoje życie. Niby wiem, że nie na wszystko mamy wpływ, że nie każdy plan uda się zrealizować, że po drodze może dojść tak wiele czynników, które przestawią twoje tory na zupełnie inną stronę. Dlatego tak ważne jest, aby nauczyć się odpuszczać. Słucham swoich emocji i tego, co mi gdzieś w środku gra. Kiedy odczuwam niepokój, szukam jego źródła, a nie próbuje zagłuszyć kolejnymi projektami do zrealizowania, nadaktywnością i emocjonalnością, której później żałuję, bo efekty zazwyczaj są opłakane.

Wiem już, że to na co nie mamy wpływu, nie jest nasze, więc nie warto temu dawać swój czas i uwagę, tylko skierować energię na to, na co wpływ mamy. W jednej z trudnych dla mnie sytuacji przyjaciółka powiedziała: uspokój się, pomyśl na czym ci zależy, jakie są twoje potrzeby, czego chcesz i dopiero wtedy działaj. Nie było łatwo, bo w moim przypadku emocje zazwyczaj biorą górę. Ale udało się, posłuchałam jej i okazało się, że było warto. Ponownie dotarło do mnie z całą mocą, że ja i to co moje jest ważne, a cała reszta, która toczy się wokół, niech się dzieje. Mam wpływ na swoje emocje, na własne wybory i decyzje, jeśli nie są one z kimś kompatybilne, to znaczy, że trzeba to odpuścić, poszukać innego wentyla. Dać upust temu, co nam w duszy gra i podążać za tym, choć droga na początku wydaje się być usłana wielkimi górami, pod które toczymy nasze kanciaste głazy.

Ale – często powtarzam kiedyś zasłyszane słowa: na końcu zawsze jest dobrze, a jak nie jest, to znaczy, że to jeszcze nie koniec. I tego mam zamiar się trzymać.


Lifestyle

Dziękuję, że mnie cicho pokochałeś. Tak zwyczajnie, jak człowiek może kochać człowieka

Z życia kobiety
Z życia kobiety
26 października 2018
Fot. iStock / KieselUndStein

Dziękuję, że mnie cicho pokochałeś. Tak zwyczajnie, jak człowiek może kochać człowieka. Za poświęcenie czasu na zapamiętanie, ile łyżeczek cukru lubię w porannej kawie. I za to, że wiesz, jak bardzo nie lubię koloru pomarańczowego. Dziękuję za to, że potrafisz zapytać moją siostrę, czy spodobają mi się takie kolczyki i za to, że odwozisz moją mamę na dworzec tylko po to, by mogła cię lepiej poznać.

Dziękuję,

za poznanie mnie na tyle dobrze, by zauważyć, kiedy jestem szczęśliwa lub smutna, rozczarowana lub przytłoczona. Dziękuję za to, że nie chcesz mnie wciąż naprawiać, a jednak zawsze jesteś gotowy słuchać tego, co mam do powiedzenia. Dziękuję ci za trwanie i rozwój. Za naszą zwykła ciszę, gdy życie toczy się nudne jak flaki z olejem. W tej ciszy widzę wszystko, co robisz – jak chwytasz moją dłoń, gdy mam koszmary, jak trzymasz mnie trochę mocniej, kiedy widzę coś, co mnie przeraża.

Wiem, że gdy tylko cofnę się przestraszona, ty mnie złapiesz, nie będę musiała cię szukać. Nie ma cenniejszej wiedzy na świecie.

Dziękuję,

że wybierasz mnie każdego dnia, nie żądając niczego.

Za walkę o to, co mamy, gdy jest nam zbyt trudno. A przecież tak wiele razy mogłeś po prostu odwrócić wzrok i liczyć, że jakoś to będzie. Ale walczysz. I nie walczysz o swoje i dla siebie, ta walka to gotowość do pojmowania wszystkiego, co takie niewygodne, inne niż sobie wyobrażałeś. Dziękuję.

Dziękuję za to,

że nie chcesz mnie doskonałej i za to że zawsze jesteś ze mnie dumny. Za to, że moje najmniejszy sukcesy stają się twoją radością, za to, że nie próbujesz konkurować ze mną, umniejszać czy ignorować. Za to, że pozwalasz nam wciąż się rozwijać – razem i osobno.

Dziękuję,

że wciąż inspirujesz mnie do bycia lepszą. Że gdy widzę w sobie smutek, niekompetencję, zmęczenie czy winę, ty nadal widzisz we mnie piękny kwiat, ogród, który zakwita. Lubię, gdy o tym opowiadasz. Dziękuję, że nie tylko to widzisz, ale mówisz mi o tym, przypominasz, gdy zapomnę i stracę samą siebie z oczu…

Dziękuję ci za twój talent do zarażania miłością. I za to, że w twoich oczach mogę wciąż zobaczyć odbicie tego, co we mnie najlepsze… i starać się jeszcze mocniej.

Dziękuję, że zawsze jesteś moim głosem rozsądku.

Dziękuję, że potrafisz mnie uspokoić, gdy całe moje wnętrze drży. Że czasem to ty, masz siłę ukryć słabość i strach, tylko po to, bym poczuła się bezpiecznie. I za to, że innym razem na tę słabość sobie pozwalasz, bym to ja, mogła cię podeprzeć.

Dziękuję za to, że we mnie nie wątpisz, nawet, gdy bywam dla ciebie niedostępna, oschła, odległa. Dziękuję, że zawsze mówisz mi, jak bardzo ci zależy. Że nie zamykasz swoich uczuć tylko w sloganie, którego sam nie rozumiesz. Dziękujesz, że wiesz dlaczego jesteś ze mną i dlaczego nadal chcesz być.

Dziękuję ci

za spalone tosty i głupie wiadomości, które wysyłasz, gdy się nudzisz na jakimś bardzo poważnym zebraniu. I za zdjęcia, które mi robisz, gdy nie widzę. Mówisz mi wtedy, że taką kochasz mnie najbardziej. Gdy marszczę brwi i pieklę się, że wyglądam na nich jak potwór, zawsze mnie przytulasz i wiem, że to wszystko nieprawda. Nie musisz mnie przekonywać, kiedy widzę, jak szczerze kochasz nasze prawdziwe życie.

Dziękuję ci za to, że pokochałeś te części mnie, które kiedyś ukrywałam. I moje dziwactwa. I to jak przez te lata się zmieniałam. Ty tez tak bardzo się zmieniłeś. Tyle mogłam się od ciebie nauczyć. Dzięki tobie nauczyłam się akceptować siebie na miliony sposobów.

Co najważniejsze – dziękuję ci za twój wysiłek, który sięga  wiele dalej niż bukiet czerwonych róż. To wysiłek, by sprawić, że się uśmiechnę. Ty i twoja umiejętność kochania tak otwarcie i tak głęboko jest oszałamiająca. Dzięki niej codziennie widzę i wiem, że warto.

Dziękuję za to, jak kochasz. Mam nadzieję, że daję ci to samo. Wiem, że zasługujesz na wiele więcej.


Inspiracja: thoughtcatalog