Lifestyle

„Taka przyjaźń, to nie przyjaźń, to zaciągnięty kredyt”. Jak zdemaskować fałszywego przyjaciela

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 października 2016
Jak zdemaskować fałszywego przyjaciela
fot. iStock/pixdeluxe
 

Paczka przyjaciół, która będzie z nami na dobre i na złe. Niezależnie od tego, co wydarzy się za kilka chwil. Przyjaźń to tak na dobrą sprawę związek, bez podłoża erotycznego. Choć ponoć i tak przyjaźnimy się z ludźmi, którzy są dla nas atrakcyjni fizycznie. Bywa, że trafiamy na tych, którzy przyjaźń traktują jak transakcję, a ich intencje nie są zbyt szczere. Życie jest pełne szans, które czasami niestety kończą się porażką.

Troska o ciebie czy o swoje interesy?

Przyjaźń to wzajemne wsparcie i dbanie o interesy drugiej osoby, nie tylko swoje. Prędzej czy później niestety wyjdzie na jaw, że najważniejsze jest to, co dotyczy twojego „przyjaciela”. To taki jednostronny związek, w którym wszystko powinno skupiać się na zachciankach kogoś, kto dla ciebie jest ogromnym wsparciem. Najłatwiej zobaczyć to na przykładzie dzieci. Łatwiej trzymać się z kimś, kto zawsze ma odrobione zadanie, jest popularny i pomoże na kolejnej klasówce, niż z kimś kogo naprawdę dzieciak lubi, ale po prostu nie opłaca mu się ta przyjaźń. Schemat jest prosty; najpierw zdobywa się zaufanie, kilka dni nawet udaje się troskę o drugą osobę, ale chwilę później to zaufanie wykorzystuje się do własnych celów. Każda z nas spotkała lub spotka taką osobę choć raz w swoim życiu. Nie może to jednak sprawić, że przestaniemy ufać wszystkim.

Ty jesteś zawsze, a on?

„Taka przyjaźń, to nie przyjaźń, to zaciągnięty kredyt, którego nigdy nie ma zamiaru się spłacić.” Na twarzy Moniki widać złość, która miesza się z wielkim żalem. Swoją ‚przyjaciółkę’ kochała jak siostrę, poświęciła dla niej prawie wszystko. „Znałyśmy się od dziecka. Nigdy jakoś specjalnie za sobą nie przepadałyśmy. Spotkałyśmy się po latach, w kawiarni. Ola siedziała zapłakana, trzęsły się jej ręce, a jej kawa była rozlana na stoliku.” Okazało się, że Ola wróciła po dwóch latach z Australii. „Zostawiła tam męża. Oficjalnie odeszła od niego, bo zaczął brać narkotyki. Uwierzyłam jej, zaprosiłam do własnego domu. Nie miała niczego poza małą walizką i tysiącem dolców. Mieszkała u mnie pół roku. Zaprzyjaźniłyśmy się, ja wiele razy zostawałam w domu, żeby się nią zająć, zamiast iść na randkę czy spotkać się ze znajomymi. Po kilku miesiącach zaczęły znikać mi z konta pieniądze. Byłam przerażona. Nerwowo dzwoniłam do banku, sprawdzałam transakcje. Było kilka wypłat, o których nie pamiętałam. Akurat w tym czasie byłam na imprezach, więc myślałam, że to moja wina, że byłam tak pijana…” Prawda była niestety brutalniejsza. „Monika wróciła do Polski, bo mąż wyrzucił ją z domu i pozbawił środków do życia. Była narkomanką. Zapamiętała mój pin, kiedy prosiłam ją o zrobienie zakupów. Z konta ukradła mi osiem tysięcy. Bardziej od kradzieży pieniędzy boli mnie jednak kradzież mojego zaufania i serca…”.

Pozorna kruchość 

Wszystko rozbija się o pozory. Bo pozornie twój przyjaciel jest kruchy jak tafla lodu, pozornie potrzebuje twojej pomocy, pozornie jest twoim największym wsparciem. Niestety ta empatia wynika z manipulacji. W końcu żeby kogoś zmanipulować, najpierw trzeba sprawić, żeby zaufał, pochylił się nad tobą.  Zanim się obejrzysz, twoje potrzeby będą warte tyle, co zeszłoroczny śnieg. Może i dostaniesz elementy przyjaźni takie, jak wspólny wypad do kina czy kolacja w ulubionej knajpie. To wszystko jednak ma jeden cel – wykorzystanie twojego dobrego serca. ‚Przyjaciel’ jest centrum świata, jego pępkiem i wszystko musi kręcić się wokół niego. A przecież gdy ktoś jest dla ciebie ważny, dzieje się u niego coś złego – zawsze rzucisz wszystko i pójdziesz go ratować.

Znawca twojego życia

Jesteś szczęśliwa, bo w końcu odnalazłaś faceta swojego życia; odniosłaś ogromny sukces w pracy; chcesz się przeprowadzić do mieszkania, które jakimś cudem dostałaś w spadku? Pewnie myślisz, że twoja przyjaciółka będzie skakać z radości razem z tobą. Nic bardziej mylnego! Kiedy jesteś szczęśliwa lub silniejsza niż zawsze, możesz być pewna, że nie spotka się to z aprobatą jednej z najbliższej ci osób. Wymykasz się spod kontroli, zaczynasz dbać o siebie, o kogoś innego… To właśnie wtedy powinna zaświecić ci się czerwona lampka. Nikt nie chce być kontrolowany przez kogoś innego, a do tego wszystko się sprowadza.

Wszystko, czego (nie) chcesz

Kiedy przyzwyczaisz się do kogoś, trudno jest odpuścić. Nawet te najbardziej toksyczne relacje trudno zakończyć, a może właśnie najtrudniej? W pewien sposób jesteś uzależniona. Odcięcie się będzie bolało, ale czy na pewno warto brnąć w coś, co i tak skupia się na kimś innym? Okej, może być tak, że akurat twój przyjaciel potrzebuje wsparcia. Pomimo wszystko, czasem czerwone flagi, które pojawiają się na horyzoncie nie są warte kolejnych dni pozornej przyjaźni. Ważna jesteś ty, a przyjaźń zawsze powinna być obustronna. W każdej kwestii. Zamiast obwiniać się za zakończenie takiej relacji, pomyśl sobie, że to doskonała lekcja na przyszłość. Bo kolejnym razem będziesz bardziej uważna.


Lifestyle

Wyjechaliśmy za granicę szukać pracy, zostawiliśmy dzieci. To nie jest tak, że tylko one cierpią. Nas zabijało poczucie winy i tęsknota

Anika Zadylak
Anika Zadylak
12 października 2016
Fot. iStock/AleksandraNagic
 

Edyta: „My nie wyjechaliśmy, bo nie stać nas było na wakacje, na markową odzież, na dom z basenem. Podjęliśmy tę jedną z najcięższych decyzji, bo życie w tym kraju nas do tego zmusiło.  Straciłam pracę i nie mogłam znaleźć kolejnej, pensja męża przestała wystarczać nawet na rachunki. Zbliżał się okres, gdy trzeba było już myśleć o kupnie książek do szkoły dla syna i córki, a ja siedziałam nad portfelem w którym było 20 zł i wyłam w poduszkę. Pożyczyć już nie było od kogo, zresztą jak to potem wszystko oddać? I tak już się zadłużyliśmy, zaczęły pisma ze spółdzielni przychodzić, bo zalegaliśmy za czynsz i wodę. Załamałam się już ostatecznie, gdy odcięli nam prąd. Dzieci pytały, czy nas wyrzucą z mieszkania, były przerażone. To wtedy zadzwoniłam do moich rodziców i zapytałam, czy nam pomogą. Pomogą zająć się dziećmi, gdy my wyjedziemy szukać dla nich lepszego życia. Myślałam, że najgorszy był dzień wyjazdu. Córka krzyczała, syn nie chciał w ogóle na nas patrzeć. Miał w oczach żal i nienawiść. Mąż całą drogę się nie odzywał, ukradkiem łzy wycierał. Ja myślałam, że zwariuję, że wyskoczę z jadącego busa, bo inaczej pęknie mi serce. Okazało się, że  każdy kolejny dzień był coraz gorszy. Bo niby spłacaliśmy długi, mogliśmy dzieciom kupić to, czego potrzebowały, mogliśmy odłożyć. Ale ja i tak wciąż myślałam tylko o jednym.  Czy ja w ogóle jestem matką, skoro zostawiłam swoje dzieci? I nie mogłam spać ze strachu, że tęsknota i poczucie winy mnie zabiją.

Od kilku lat nasz kraj przegrywa walkę o ludźmi, bo za granicę wyjeżdżają całe rodziny. Co drugi decydujący się na wyjazd Polak ma dzieci i chce ściągnąć je do siebie, jak najszybciej. Żeby to jednak zrobić, musi znaleźć dobrze płatną pracę, odpowiednie mieszkanie, załatwić formalności, poszukać szkoły. To wszystko trwa, czasem długie  miesiące, a to wpływa negatywnie na relacje między rodzicami i dziećmi. To są często dramaty, za które płaci się wysoką cenę. Rodzice postawieni pod ścianą, wyjeżdżający, bo nie znaleźli innego wyjścia, tracą prawa do dzieci. W skrajnych, ale niestety zdarzających się przypadkach, opuszczone dzieciaki zapadają na depresje, targają na własne życie. Decyzja o wyjeździe to koszmar dla obu stron.

Wiele spraw nas bolało, nie było nas fizycznie, a telefon czy skype to nie to samo. Słyszysz, jak twoja córka płacząc do słuchawki mówi, że się boi, że rozumie, dlaczego jest tak a nie inaczej, ale po prostu chciałaby się przytulić. A ty stoisz tam po drugiej stronie tysiące kilometrów stąd i masz ochotę się zapaść, bo dławi cię wstyd, wyrzuty sumienia i tęsknota, której nie da się opisać ani znieść. Dwa razy nie wytrzymałam, pakowałam się i wracałam z rykiem. I obiecywałam sobie i im, że jakoś sobie poradzimy, coś wymyślimy. Niestety, zaległości pozostawione w Polsce były zbyt duże, żeby tylko praca męża wystarczała. Wysyłał pieniądze tu, tam też musiał się utrzymać. Kłóciliśmy się, było coraz gorzej. Wiedziałam, że albo zacisnę zęby i wszyscy to przetrwamy albo strach pomyśleć, jak to się skończy. Moi rodzice byli za tym, żebyśmy starali się jak najszybciej ściągnąć dzieci tam. Dlatego wyjechałam kolejny i  ostatni raz. To był  najgorszy okres w moim życiu, były momenty, że myślałam, że zwariuje, nie mogłam na siebie patrzeć. Jeszcze docierały do nas informacje, że znajomi źle o nas mówią. Gadali, że pozbyliśmy się balastu i balujemy za granicą, że pewnie w końcu będzie tak, że słuch o nas zaginie. Że mamy w dupie własne dzieci i  tylko się głupio tłumaczymy brakiem środków na życie. To nie pomagało. Przez takie osądy traciłam do siebie resztki szacunku jako matki.

Grzegorz: Co ze mnie za ojciec, nawet mąż, skoro doprowadziłem do takiej sytuacji” – mąż mojej bohaterki, nie potrafi ukryć emocji. „Dziś, choć najgorsze już dawno za nami, bo mieszkamy razem, nadal mnie to gryzie. Po nocach mi się śni cierpienie żony, którego nie mogłem znieść. I to myślenie, że to ja doprowadziłem do takiego stanu, bo to ja, głowa rodziny, powinienem wszystkiemu podołać. Syn, zły na całą sytuację, zrozpaczony i pewnie też wystraszony, wykrzyczał mi kiedyś do telefonu, że nikomu nie życzy mieć takiego ojca, jakiego on musi mieć. Płakałem całą noc, aż się zanosiłem. Ludziom się wydaje, że to jest takie proste, że pakujesz rzeczy, jedziesz i pracujesz, bo wiesz, że nie masz innego wyjścia. Że to dla ich dobra, że czas płynie szybko, poprawiasz sytuację materialną, że to nic takiego. A to wygląda zupełnie inaczej, strasznie. Cholernie ciężko jest emocjonalnie to przerobić. I żadne pieniądze, prezenty nie są w stanie zagłuszyć tych natrętnych i dobijających myśli, że zawiodłeś. Jako rodzic, mąż, jako człowiek odpowiedzialny za czyjeś istnienie. Za każdym razem, gdy dzieje się coś z którymś z dzieci, gdy są smutne, gdy coś im nie wychodzi, myślę, że to przeze mnie. Przez ten wyjazd, przez to, że nie podołałem obowiązkom. I wiem, że tak można się tylko zadręczyć, ale to jest cena takich decyzji. Nie przeżyłbym tego kolejny raz, ja bym nie przeżył. Co więc musiały czuć nasze dzieci?

Edyta: „Przeszliśmy drogę przez mękę rozłąki, strachu o nasze dalsze losy, zmagań z własnym sumieniem. Bałam się, że stracimy dzieci bezpowrotnie, że przestaną nas kochać, że nawet nie będą chciały się z nami spotkać. Zresztą, kiedy po czterech miesiącach od wyjazdu, pierwszy raz przyjechaliśmy na urlop, było ciężko. Syn przez długi okres czasu był pod opieką psychologa, przestał się uczyć, wagarował. Nawet nie ukrywał żalu i niechęci do nas, pyskował nam w oczy, że możemy sobie w dupę te nowe buty czy kurtki wsadzić. Mówił,  że śmieją się z niego w szkole, że sierotką z babcią i dziadziem został. Staraliśmy się rozmawiać , sprawiać, żeby nie czuli się z tym sami. Tłumaczyliśmy i zawsze zapewnialiśmy, że to przejściowa sytuacja, że w ogóle nie istnieje inna możliwość jak ta, że w końcu zamieszkamy wszyscy razem. A  z tym też był duży kłopot.  Córce było obojętne gdzie, bylebyśmy znów jedli razem obiady, byli rodziną, jak wcześniej.  Natomiast syn w tej swojej rozpaczy, tym, że nie umiał pogodzić się z naszym wyjazdem, stawiał opór. Mówił otwarcie, że on zostaje tu z dziadkami, że nie chce wyjechać. To nas wszystkich kosztowało dużo wysiłku, łez i nerwów. Były momenty, że kompletnie nie wiedzieliśmy co zrobić. Wracać? Do czego? Nawet mieszkania tu nie mieliśmy, o pracy nie wspomnę. Ciągnąc dzieciaki tam na siłę? Inne obyczaje, inny język, brak znajomych. Sama nie wiem, co dobijało mnie bardziej, bo w którą stronę bym nie poszła, to i tak źle.

W końcu syn się zgodził, załatwiliśmy formalności, spakowaliśmy resztę rzeczy. I zaczęliśmy od nowa, na południu Anglii. I wtedy zaczęły się problemy z córką, bo nie mogła się odnaleźć w nowym środowisku. Stres spowodował blokadę i nie mogła się przełamać ani do nauki, ani do posługiwania się innym językiem. Zamknęła się w sobie, ciągłe płakała, miała stany lękowe. To był ten czas, gdy nie umiałam o sobie myśleć normalnie, a co dopiero dobrze. Z deszczu pod rynnę ją wsadziliśmy. Najpierw zostawiając ją tam, teraz przywożąc tu. Co miałam jej powiedzieć, że będzie dobrze? Przecież prawda była taka, że sama w to już nie wierzyłam. Byłam wściekła na siebie, na męża, na los. Ukrywałam przed wszystkimi, że zżera mnie depresja, że przestaję sobie radzić sama ze sobą. Miałam poczucie tego, że skrzywdziłam moje dzieci. A jest coś gorszego dla matki?  Jak teraz myślę o tym wszystkim, zastanawiam się szczerze, jak to się stało, że nasza rodzina nadal jest razem. Że się kochamy, jest nam tu dobrze, że potrafimy ze sobą normalnie rozmawiać. Że dziś potrafimy się nawet z tego śmiać. I na pewno nigdy nie pokusiłabym się o ocenę innych rodziców w takiej sytuacji, jak nasza wtedy”.

Grzegorz: „Dziś, po 6 latach od tamtych przeżyć, znowu czuję się spełnionym ojcem i mężem. Teraz dzieci są mi wdzięczne za to, że się wtedy nie poddałem, że walczyłem do końca. Wiedzą, że robiłem to dla nich, że dzięki temu teraz mają lepszy start, żyją spokojnie, bez większych zmartwień. Czy czegoś żałuje? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie, ale wiem jedno. Moim największym marzeniem i chyba jedynym jakie teraz mam, jest to, żeby los nigdy nie zmusił moich dzieci do podejmowania takich decyzji. Żeby nigdy nie musiały zmagać się z piekłem rozstania z najważniejszymi w ich życiu ludźmi. Do dziś dnia mam pierwszy list od naszej córki, który napisała dwa miesiące po naszym wyjeździe. I to zdanie wyryte w sercu ojca już na zawsze: „Chciałam policzyć ile kroków, dzieli mnie od was, mamo i tato. Ale jest ich tak dużo, że wystraszyłam się, że jesteście zbyt daleko, żeby kiedykolwiek wrócić”.

 


Lifestyle

Facet się rodzi i dostaje miłość. Kobieta się rodzi i dostaje niekończącą się listę obowiązków…

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
12 października 2016
Fot. iStock/tatyana_tomsickova

Facet się rodzi i dostaje miłość. Kobieta się rodzi i dostaje niekończącą się listę obowiązków. Od dziewczynki przez kobietkę po dojrzałą kobietę, pierze jej rodzina mózg. Chłopczyk tymczasem sobie hasa po sąsiedztwie, wdaje się we wszelakie towarzystwa, mamusia mu prasuje, układa w szafeczkach, skarpeteczki do koloru, buciki na sznurówki w rzędzie. Za wzór ma tatusia, a mamusia kocha go bezgranicznie, bez względu na wzgląd. Sobie więc młody panicz rośnie, życiowe plany snuje, czasem zrobi komuś dzieciaka przedwcześnie, czasem w prawdziwy biznes pójdzie i na milionera się wyklaruje, innym razem do polityki się zaprzęgnie bo ma taką fantazję, że teraz to on będzie jeszcze bardziej tworzył świat. Życie płata mu rzecz jasna różne figle, bywa że i surowo doświadcza, ale cóż …. takie jest życie. Jak w komunie, wszystkim po równo, chłopak czy dziewczynka. Grunt, że jeśli chodzi o mamusię to synuś najczęściej albo kochany jest nadmiernie albo przynajmniej matka mu się nie wtrąca w życie z receptą na każdy krok. To wystarcza do tego, by młody chłopak, już wkrótce mężczyzna, żył życie jakby bardziej od siebie zależne, samosprawcze i mniej na łańcuchu.

Dziewczynka tymczasem…. No pożal się nad nią Boże. Litanię oczekiwań słyszy od dziecka, wieczne rozkazy, nakazy, zakazy i inne „azy” przy pomocy których musztrowana jest na kobietę z wariackim wręcz zapałem przez matkę i wszystkie inne babki, które napatoczą się dziewczynce w życiu. Bo kobiety w życiu dziewczynki to mocarzowe. Z reguły. Choć bywa pewnie i tak, że nie mają żadnego impaktu bo same są niewidzialne i muślinowe takie. I tak źle i tak niedobrze, bo silna kobieta i słaba kobieta w życiu dorastającej, kształtującej się kobietki to katastrofa na każdym z biegunów. Jej efekt, jakże opłakany, to kobieta pogubiona, niezbalansowana, a do tego nierozumiejąca dlaczego w życiu nieustannie na różnorakie przeszkody trafia.

No bo właśnie… Kobieta w życiu kobiety. Jakże wiele kryje się w tym związku. Z jednej strony solidarność jajników, z drugiej wredota i złośliwość o jakiej nie śniło się filozofom (tym płci męskiej rzecz jasna). Kobieta bowiem potrafi. W każdym departamencie, czy to w tym wspierającym inne dziewuchy czy to w tym wykańczającym konkurentki. Jak się solidaryzujemy, to ustawy w sejmie nie przechodzą. Babska potęga straszną jest nawet dla posłów, którzy przecież żyją przekonani, że rozumy pozjadali. Nie na tyle jednak by opór stawić kobiecie z wieszakiem. Tu sprawy, nawet faceci mają prawidłowo poukładane, że jak te baby tak się skrzykną to lepiej nie stawiać oporu i potulnie wycofać się z pola bitwy (mamusia bowiem jakby nie kochała, tak na tyle rzeczywistość dobrze widziała, żeby tę jedną, zachowującą notabene przy życiu informację, synkowi w oprogramowaniu przekazać). Girls’ power to jest bowiem power i świat powoli zaczyna rozumieć, że tak właśnie jest.

Potem jest departament „konkurencja” i jej różnorakie odmiany zawierające zazdrość, zawiść, złośliwość, ogólną niechęć, czy czystą, meduzowatą, obślizgłą wredotę. Tutaj kobietki nie mają sobie równych. Zwłaszcza jeśli poruszają się czy to na polu zawodowym, czy też związkowym. Oj zdarzają się w tych kategoriach mistrzynie takie, że gdyby nie motywacja, która jest napędzającym je paliwem, to człowiek w głębokim ukłonie uznania by się z  lubością przed nimi pogrążył.

O ile jednak solidarność jajników to koncept jakże wzniosły, piękny i z idealnej miłości chyba wypływający o tyle ta druga dyscyplina, w której się specjalizujemy, wynika najwyraźniej z jakiegoś poważnego błędu wychowawczego. Ktoś nas bowiem konkurowania nauczyć kiedyś musiał, zwłaszcza jeżeli majstersztyk potrafimy odstawić w tym temacie taki o jakim świat nie słyszał. Niemożliwe to przecież by dziewczę urodziło się z takim talentem, tenże jak bowiem wszyscy wiemy, talentem jest nabytym, wyuczonym, wyszlifowanym na pięć plus. A więc kto? Matki, babki, mocarzowe? To one wstrzyknęły nam wirusa współzawodnictwa w makiawelistycznym stylu? Paluchem wskazywać nie będę, ale ktoś nam musiał zaszczepić bakcyla wredoty. Ten ktoś, co więcej, sztukę ową sam znać dobrze musiał, bo jak wiadomo uczeń z reguły jakiegoś tam mistrza ma.

Jest jeszcze jedna sfera, trochę taka jakby szarawa, ale też ma całkiem spory wydźwięk. Przyjaciółki. Ach! Jakże szczególny to związek, bo przecież oparty na więzi, na sympatii, na sprawach wspólnych, milionach godzin przegadanych, chichocie i radości, wylanych łzach wsparcia i zrozumienia i tym wszystkim czym przyjaźń się pisze. No w ogień nic tylko skakać, tak jedna drugiej deklaruje. Na co dzień. Od święta jednak, bywa że przyjaciółka przyjaciółce do oczu z pazurami skoczy. W otwartym geście i bez owijania w bawełnę. Wtedy przyjaźń się najczęściej kończy i nie ma szans na odbudowę tak spalonego mostu. Kiedy indziej bywa jeszcze ciekawiej. Sprawy bowiem nie są takie bezpośrednio oczywiste, lecz na subtelnym, niewidzialnym dla oka poziomie, rozgrywają kobiety akcję, która morderczy podtekst niesie. Tutaj nie tak łatwo jest się zorientować o co chodzi, bo wszystko jest tak doskonale niedopowiedziane, tak delikatne w swej formie i postaci, tak profesjonalne, że Hitchcock z tym swoim filmowo kreowanym rozwojem wypadków może się spokojnie schować. Tutaj bowiem napięcie jest tak mistrzowsko sterowane, i tak wyśrubowywane, że jak dochodzi do szczytu to iskry idą. A wszystko na subtelnym poziomie, dla oka niewidocznym.

Przyznać muszę, że wszystkie te intrygantki, konkurentki, kobiety niszczycielki od zawsze mnie niezmiernie zastanawiały. Czemuż bowiem ma służyć ta nieustająca destrukcja, ta złość, bo chyba złość to być musi, na inne kobiety. Ten brak akceptacji i zgody na to, że ona też może być w czymś dobra, ona też zasługuje na miłość, na uwagę,  na szacunek tych samych i innych ludzi. Czemuż służyć ma ta zawiść, zazdrość, to szpil wbijanie? Czemu kobiety nie lubią kobiet i co gorsza za nic w świecie nie chcą się do tego przyznać. Gdzie tu poza tym logika, skoro życie dowodzi raczej, że dostajemy to czego chcemy wtedy właśnie kiedy jesteśmy solidarne, a nie wtedy gdy tę rzepkę każda sobie skrobie kopiąc dołki pod kim się da byle to kobieta była. Jakby bowiem nie patrzeć, te wszystkie kobiece akty destrukcji to guzik dobrego wnoszą. Choć może się mylę….Może one jednak czemuś służą, może  mocarzowe zaszczepiły nam bakcyla wredoty z jakiegoś całkiem istotnego powodu? Demaskuje on przecież nasze słabości, brak poczucia własnej wartości, lęk przed tym, że ktoś może być lepszy od nas, strach, że nie zasługujemy na miłość i na szacunek. Demaskuje, jakby nie było brak miłości własnej. Tylko czy intrygantki, konkurentki i niszczycielki o tym wiedzą skoro mocarzowe bakcyla przekazały, robotę wykonały, ale instrukcji obsługi to niestety, przyjdzie nam po próżnicy szukać…

 


Zobacz także

Być jak Angelina Jolie, tylko jakim kosztem? Kobieta przeszła 50 operacji plastycznych, efekt koszmarny

„Strata ojca, odejście partnera, problemy w pracy. To problem? Nie! Dam radę”. Gdy załamuje się silna

Dlaczego trudno jest kochać kogoś, kto nie kocha siebie?