Lifestyle

Stresujący tydzień? Czas na relaks!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
19 sierpnia 2016
Fot. iStock / g-stockstudio
 

Trudny tydzień pełen stresu? Na szczęście już weekend! Nie ma nic lepszego od piątkowego wieczoru spędzonego na totalnym lenistwie. Bo od tego są ostatnie dwa dni tygodnia. Odłóż pracę na bok, zajmij się sobą i naładuj się na kolejny tydzień. Dzięki weekendowemu relaksowi w poniedziałek rześka i wypoczęta ruszysz na podbój świata. A jeżeli nie masz pomysłu na odstresowanie, przychodzimy z pomocą!

Niech muzyka przejmie kontrolę

Długa droga do domu? Wyłącz powiadomienia w telefonie i daj się porwać muzyce. Pierwsza wybrana przez ciebie piosenka pewnie będzie czymś pełnym agresywnego bitu lub po prostu czymś głośnym, co pozwoli ci wyrzucić z siebie stres. Tak, tak – to normalne! Mamy jednak inną propozycję. Muzyka klasyczna. Nie bez powodu lekarze proponują przyszłym mamom słuchanie Beethovena czy Chopina. Muzyka klasyczna niweluje stres, a przy tym jest promotrem dobrego zdrowia. Nie musisz od razu kupować całych płyt czy plików na iTunes. W każdym mieście znajdziesz stację radiową, która zajmuje się tylko i wyłącznie muzyką klasyczną. A co jeszcze lepsze – nie puszcza reklam! A kiedy wrócisz do domu… spróbuj nauki gry na instrumencie! Pierwsze podejście przyniesie jeszcze więcej stresu, ale z czasem nie będziesz sobie wyobrażała odstresowania bez godziny gry na ukulele, pianinie czy gitarze.

Chodź, pomaluj swój świat! 

Wszystkie kochałyśmy kolorowanki, bez wyjątku. Jednym kolorowanie wychodziło lepiej, drugim gorzej, ale zawsze pozwalało się skupić na obrazku, który miał zostać wypełniony wszelkimi barwami. Kolory mają magiczną moc. Jeżeli jesteś typem artystki lub kiedykolwiek o tym marzyłaś, pora zaopatrzyć się w pudełko kredek i kolorowankę! Ewentualnie czystą kartkę. Nie przejmuj się tym, jak powinien wyglądać ukończony obrazek, po prostu daj się ponieść emocjom. Stwórz coś pięknego lub coś zupełnie bezsensownego. Sęk w tym, że pozwalasz sobie na uwolnienie emocji. Wszystkich emocji. Dzięki temu poczujesz ulgę i będziesz wiedziała, że pora pora relaksu właśnie się rozpoczęła.

To również świetne ćwiczenie dla wzroku, szczególnie jeśli postawisz na modne i bardzo szczegółowe kolorowanki do ART-terapii.

Faza filmowa 

Pora włączyć swojego laptopa w innym celu niż służbowy. Ulubiony kanał na YouTubie? A może serial na Netflixie? Cokolwiek wybierzesz pamiętaj, że po ciężkim tygodniu w pracy nie potrzebujesz kolejnej dawki negatywnych emocji w wersji filmowej. Wybierz coś, dzięki czemu się uśmiechniesz. Coś, co sprawi, że poczujesz się dobrze. Najlepiej niech padnie na komedię! Śmiech to przecież zdrowie! Pamiętaj tylko, żeby nie oglądać serialu do dwóch godzin przed snem. Zamiast relaksu, twój mózg może stać się bardziej aktywny. A przecież chodzi o to, żeby go wyciszyć!

Masażysta potrzebny od zaraz

Nie ma nic lepszego niż długi, rozluźniający masaż. Każdy spięty mięsień, który odczuł stres ubiegłego tygodnia zasługuje na odrobinę luksusu! Zarezerwuj wizytę w pobliskim SPA lub… poproś o pomoc partnera! Wcześniej zaopatrzcie się w olejki do masażu lub świeczki, które po rozgrzaniu stają się gorącym olejem do masażu. Brzmi kusząco? A będzie jeszcze lepiej! To idealny początek wspólnego wieczoru, na który oboje zasłużyliście. No i najważniejsze, oboje na tym skorzystacie.

Wypoć się 

Możliwości masz wiele. Od sauny, która nie wymaga zbyt wiele twojego wysiłku po ostry trening na siłowni. Wybierz to na co starczy ci jeszcze sił. Najprostszą opcją byłby szybki spacer po okolicy. Park, ulubione uliczki? Wszystko zależy od ciebie. Weź ze sobą słuchawki i ulubioną muzykę i mknij przez miasto! Kto wie, może w pewnym momencie poczujesz przypływ energii i będziesz miała ochotę na bieg? Basen będzie dobry dla kręgosłupa, który na pewno jest obciążony przez tygodniową pracę za biurkiem, a boks pozwoli ci szybko wyładować całe napięcie. Pomyśl sobie, że worek treningowy to ktoś, kto bardzo cię zdenerwował i voila! Gotowe!

Spędź czas z bliskimi

Możesz starać się odstresować na wiele sposobów, ale tym najlepszym i tak będzie spędzenie czasu z najbliższymi. Może czasem denerwują i irytują, ale ostatecznie i tak mają zbawienny wpływ na nasze skołatane nerwy. Wybierzcie się na spacer, zorganizujcie kolacje lub po prostu posiedźcie przed telewizorem. Najważniejsze, żeby być razem. I pamiętaj o dotyku! Kiedy kogoś kochasz, jego dotyk jest najlepszym lekarstwem na stres. Czasem naprawdę wystarczy się przytulić, a wszystkie problemy znikają.

Miłego weekendu!


Lifestyle

Grzeczne dziewczynki zostają tutaj. Gdy wychodzisz za mąż za człowieka, o którym tak naprawdę niewiele wiesz

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 sierpnia 2016
Fot. iStock / vivanity
 

Spontanicznie? W żadnym wypadku. Do ślubu przygotowywałam się rok. 12 miesięcy to sporo, żeby wszystko sobie przemyśleć, zapytać siebie, czego się naprawdę chce. Ale jak masz 19 lat to o życiu wiesz tak niewiele… Skąd ja miałam mieć te głębokie refleksje o związkach, małżeństwie? Skąd miałam wiedzieć czego chcę? Moje pojęcie miłości zamykało się wokół schematu: piękna rodzina, biały obrus i co najmniej dwójka dzieci. Wierzyłam, że to jest szczęście w miłości – znaleźć kogoś, z kim założysz rodzinę i będziesz żyć jak żyli twoi rodzice. Spełnienie? Porozumienie, namiętność? Rosłam w przekonaniu, że kobiecą rolą jest być dobrą matką i przykładną żoną.

Mam żal. Ogromny żal do mamy, na ojca czuję wściekłość. Żałuję, że tak mnie wychowali, bo zamiast lat spędzonych na modlitwie pod krzyżem i sypaniu kwiatków przy ołtarzu mogłam mieć fajne, normalne dzieciństwo i młodość pełną lepszych i gorszych relacji, wszystkiego tego, co dałoby mi pojęcie o prawdziwym życiu. Stało się inaczej. Wyszłam za mąż o wiele za wcześnie i zmarnowałam 5 lat życia. Jeśli urodzę kiedyś córkę, będę jej powtarzać: myśl o swoich potrzebach, poznawaj siebie, odkrywaj kim chcesz być. A kiedy podrośnie powiem: miej różne znajomości, ucz się miłości, poznawaj swoje ciało i stawiaj na związek, w którym czujesz się spełniona, pod każdym względem. Ja robię to dopiero teraz.

Grzeczne dziewczynki zostają tutaj

Pochodzę z małego miasteczka. Rynek, kościół i dwie szkoły. Takie miasteczka są niebezpieczne dla młodych, grzecznych i zdolnych dziewczynek, bo nie stawiają im  wymagań, nie uczą życia. No, chyba że takiego małomiasteczkowego, bezpiecznego życia. Ale jak chcesz przekroczyć te bezpieczne granice, jak chcesz wyruszyć na poszukiwanie prawdziwej siebie, dowiedzieć się kim naprawdę jesteś, tam tego nie zrobisz. Wszyscy cię kontrolują, otaczasz się ludźmi, którzy znają cię od małego. Rodzice, sąsiedzi, nauczyciele i ksiądz. Ksiądz jest tu najważniejszy.

Byłam tą grzeczną, cichą, zdolną, ładną dziewczynką. Dumą rodziców: ojca – pana burmistrza i mamy –  przykładnej gospodyni domowej. Patriarchatem pachniało u nas na kilometr. Pamiętam jak jako małe dziewczynki kłóciłyśmy się z siostrą o to, która ma podać ojcu herbatę, przynieść kapcie. Szykowałyśmy mu tron z krzeseł, kiedy wracał z pracy, a on chwalił nas, jakimi będziemy świetnymi żonami. Mama? Ona chyba była szczęśliwa. Jej to wystarczało: miała swoje królestwo – kuchnię, którą dogadzała ojcu i swoje różańcowe koło gospodyń. Nasze życie wyznaczał stały rytm: w tygodniu szkoła i obowiązki, w tym te w parafialnym kółku dla dzieci, w sobotę zawsze porządki, w niedzielę msza i domowe ciasto. W żadnym wypadku nie mogło być kupne. W domu twarde zasady: ucz się, słuchaj się rodziców i módl się. Może w odwrotnej kolejności. Żadnych randek, żadnej niekontrolowanej telewizji, a w domu najpóźniej o 20-tej. Ojciec zawsze musiał wiedzieć gdzie i z kim jestem. Nie miałam z tym problemu.

Jacka znałam od zawsze. Taka dziecięca fascynacja, rośliśmy razem,  razem chodziliśmy na te spotkania oazowe. Wysoki, przystojny, świetnie się uczył. Rodzice też dobrze go znali. W liceum tata zrobił mi taki podział na tych „porządnych” chłopców, których mogłam zaprosić do domu i na tych, którym mogłam ewentualnie pożyczyć zeszyt do matematyki. Chłopców z Oazy uważał za najlepsze partie. No bo jak już spotykać się z chłopakiem, to tylko z przyszłym mężem. Taki z Oazy na pewno nie będzie próbował niczego przed ślubem.

Tutaj mój ojciec miał rację. Kiedy po jednym ze spotkań w parafialnej salce „jakoś tak” stało się i powiedzieliśmy sobie „kocham cię” (dziś wiem, że ze zwykłej, szczenięcej ciekawości, a nie z powodu jakichkolwiek głębszych emocji) nawet nie dotknął mojej ręki. Ale dla mnie to wyznanie to była obietnica szczęśliwego życia. Tak zostałam zaprogramowana: zdać maturę, znaleźć chłopaka, wyjść za mąż.

Weźmy sobie ślub

Jacek wciągnął mnie jeszcze bardziej w to oazowe środowisko, gdzie związek dwojga ludzi urastał do rangi jakiejś mistycznej ofiary, złożonej pod chrystusowym krzyżem. Wsiąkłam w to, nasi znajomi okrzyknęli nas narzeczonymi, moi rodzice byli zachwyceni. A my próbowaliśmy jakoś sobie poradzić z bliskością, która zaczynała nas uwierać i drażnić niemożliwością spełnienia, bo przecież nie byliśmy z kamienia. Przynajmniej ja. Były więc spacery, rozmowy o maturze, pielgrzmkach i wspólna modlitwa.

Do niczego prócz pocałunków nie dochodziło. Na odrobinę więcej pozwoliliśmy sobie kiedy dostałam pierścionek zaręczynowy i powiedziałam „tak”. Tej odrobiny żałowałam potem całą noc przed niedzielną mszą, podczas której miałam się spowiadać przed młodym, przystojnym księdzem. Ta spowiedź to był dla mnie koszmar. On dopytywał o szczegóły i czy od tamtego czasu na pewno trzymamy się za ręce. A potem przyszedł do naszego domu, na obiad przygotowany przez moją mamę i podawałam mu trzęsącymi się rękami herbatę. Podawałam tę herbatę ze świadomością, że On WIEDZIAŁ, że Jacek mnie TAM dotknął. Dusiłam się z nerwów.

Dzień przed ślubem zaczęłam się bać. Dostałam ataku paniki przemierzając ślubną suknię. Dotarło do mnie, że wychodzę za mąż za człowieka, o którym tak naprawdę niewiele wiem. Gorączkowo usiłowałam przypomnieć sobie co on lubi robić w wolnym czasie, jakie książki czyta, pociłam się na myśl, że teraz będziemy razem dzień i noc. Wpadłam w histerię.  Mama uspokajała. Właściwie nie uspokajała, tylko powtarzała, że wszystko już dawno gotowe i absolutnie nie mam prawa się teraz wycofać. Ojciec załawtił nam trzypokojwe mieszkanie na rynku, a ja będę jutro przysięgać przed Bogiem. Wyszłam więc za mąż trzymając się kurczowo myśli, że „jakoś to będzie”, a poza tym zaraz zaczynam zaoczne studia.

Sam ślub pamiętam jak przez sen. Byłam nieprzytomna, paraliżował mnie stres, a przede mną stał tamten młody ksiądz, który wiedział o nas wszystko. Tłum ludzi, biały welon, wesele do białego rana… Noc poślubna? Nie było. Zasnęliśmy zmęczeni, nieciekawi swoich ciał, ani tego, na co większość z naszych znajomych czekała z niecierpliwością. Nas po prostu do siebie nie ciągnęło. To się nie kleiło.

Wyłącz już to światło

Do łóżka poszliśmy tydzień po ślubie i ten pierwszy raz kochaliśmy się jakby z niedowierzaniem, że „już można”. Nie nazwałabym tego rewelacyjnym przeżyciem. W moim domu nie rozmawiało się o „tych sprawach”, tego co trzeba dowiedziałam się z lekcji biologii, od znajomych, z oglądanych po kryjomu filmów.  Za każdym razem ten sam, przewidywalny scenariusz. Zawsze przy zgaszonym świetle, zawsze w pośpiechu. Szybko stwierdziłam, że seks jest przereklamowany. Albo raczej, że kompletnie w tej sferze do siebie nie pasujemy.

Byliśmy młodzi, mogliśmy próbować do siebie dotrzeć, może ja mogłam próbować do niego dotrzeć, ale ta cała otoczka, to przekonanie , że małżeński seks ma jakiś mistyczny wymiar zabijało we mnie wszystkie chęci. Ja chciałam mieć z tego radość, on widział w tym misję, z której i tak się wyspowiadamy.

Misja nie zakończyła się powodzeniem. Miesiące mijały, nie zachodziłam w ciążę. Zaczynaliśmy odczuwać frustrację. W tygodniu prowadziłam dom, żyliśmy trochę z jego pracy w urzędzie mojego taty, trochę z moich pieniędzy z korepetycji. Co drugi weekend jeździłam na studia i to była moja odskocznia. W mieście poznawałam nowych ludzi, zaczynałam zauważać dla siebie nowe możliwości. Moja pespektywa zaczęła się zmieniać. Ja zaczęłam się zmieniać.

Minęły dwa lata, dzieci nadal się nie pojawiały, a konflikty między nami rosły. Jego ślepy religijny fanatyzm, rutyna, której ode mnie wymagał, ciągłe pytania, kiedy skończę studiować, a zajmę się nim i wspólną przyszłością… Różniliśmy się praktycznie w każdej kwestii. Miałam 22 lata, otwarty umysł i chęć zmian, a przede wszystkim, osiągnięcia czegoś więcej niż założenie rodziny.

Rodzice zauważyli, że dzieje się coś „niepokojącego”. Szczytem ingerencji w nasze małżeństwo było namówienie znajomego księdza na wizytę w naszym domu. Przyszedł ten młody, zaproponował nam wspólną modlitwę w intencji mojej ciąży i wypytywał o szczegóły naszego pożycia. – Za mało się modlicie – mówił. Modlitwa nic by tu nie dała. Od roku brałam już pigułki. Nie, nie spowiadałam się z nich.

Kobieta, która zostawia męża jest dziwką

To był czas kiedy ciągle jeszcze walczyłam o nasze małżeństwo. Wracałam z miasta pełna wrażeń, nowej wiedzy, pomysłów na życie. Zaczęłam wyciągać Jacka  na spotkania z moimi nowymi przyjaciółmi. Nie wyszło. Brakowało wspólnych tematów, chęci, ciekawości. Byliśmy z dwóch różnych światów, które do siebie nie pasują.

Po czterech latach obroniłam tytuł magistra pedagogiki. Kiedy wróciłam do domu z dyplomem, Jacek pogratulował mi twierdząc, ze teraz już przestane się wygłupiać i zajdę w końcu w tę ciążę. To był koniec.  Następnego dnia powiedziałam mu, że chcę rozwodu. Że nasz związek był nieprzemyślana pomyłką, że oboje chcemy czego innego. Nie zgodził się. Choć wiedziałam, że będę miała przeciw sobie wszystkich najbliższych. Spakowałam walizki, wynajęłam pokój w mieście, w którym studiowałam. Kilka dni pózniej  odebrałam SMS od mamy: „Kobieta, która zostawia męża jest dziwką”.

Dziękuję ci mamo, dziękuję ci tato

O rozwód walczyłam 2 lata. Dziś mieszkam w dużym mieście, jestem z mężczyzną, z którym poza szczerym gorącym uczuciem łączy mnie dobry seks. Jestem szczęśliwa. Mój były mąż napisał do mnie jakiś czas temu długi e-mail. Myślę, że jest mi wdzięczny, że miałam odwagę uwolnić nas od tego beznadziejnego układu, zawartego w przekonaniu, że dwoje dzieci może stworzyć dojrzały związek nic o sobie nie wiedząc.

Z rodzicami kontaktu nie mam. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek zaakceptowali fakt, że się rozwiodłam, że mieszkam z kimś bez ślubu i prawdopodobnie uprawiam seks dla przyjemności. Mam do nich żal o wychowanie, które od początku ustawia kobietę w pozycji matki i „dodatku” do mężczyzny. Mam żal za brak rozmów o życiu, miłości, związkach i seksie i o to, że nigdy nie motywowali mnie żebym ośmielała się marzyć o czymś więcej niż dom i rodzina. Acha, kochani rodzice, nie bójcie się. Moje relacje z Bogiem są OK.


Lifestyle

Grzechy główne, które każda z nas popełnia w przymierzalniach

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
19 sierpnia 2016
fot. iStock/nicoletaionescu

W sklepowej przymierzalni wszystko wygląda piękniej. My jesteśmy szczuplejsze, a ubrania jakby były szyte tylko dla nas. Światło i dobry kąt nachylenia luster może zdziałać cuda! Może to niezbyt dobra dla nas zagrywka. Nie zmienia to jednak faktu, że przymierzając ciuchy w sklepach, ciągle popełniamy te same błędy. Pora z tym skończyć!

Przymierzasz tylko jeden rozmiar 

Rozmiar 38 w jednym sklepie może pasować zarówno na dziewczynę w rozmiarze 36 jak i tę w rozmiarze 40, a nawet 42. Magia szycia w azjatyckich fabrykach. Nawet jeżeli jesteś pewna swojego rozmiaru, weź ze sobą ciuch o pozycję większy i mniejszy. Czasem nawet kilka centymetrów może dać zupełnie inny efekt. Zwłaszcza w wypadku dopasowanych sukienek.

Masz na sobie złą bieliznę 

Dobrze dobrana bielizna to podstawa każdego dobrze dopasowanego stroju. Nie masz co liczyć na to, że twój biust będzie wyglądał pięknie w sukience z głębokim dekoltem, jeżeli stanik jest źle dobrany. To tak jakbyś chciała przymierzyć suknię balową na sportowy biustonosz. Można, ale po co? To samo dotyczy majtek, które będąc w złym rozmiarze mają tendencję do odcinania się i tworzenia tych popularnych wałków  i boczków.

fot. iStock/Eva Katalin Kondoros

fot. iStock/Eva Katalin Kondoros

Nie przymierzasz ciuchów z odpowiednimi butami 

Krótka sukienka zawsze będzie wyglądać inaczej z trampkami czy zimowymi butami, a zupełnie nowego wizerunku nabierze przy połączeniu ze szpilkami czy balerinami. Nie musisz przynosić do sklepu swojej pary butów, dobierz je ze sklepowego asortymentu. To pomoże ci wyobrazić sobie outfit w całości, a przy okazji zapobiegnie np. zawijaniu się długiej sukienki pod obcasy czy za krótkiej spódnicy, bo nogi w szpilkach zawsze wyglądają na dłuższe!

Nie zobaczyłaś, jak rzecz wygląda w ruchu 

Kiedy stoisz, wszystko wygląda na tobie perfekcyjnie. Nieważne, czy przymierzasz suknię od najlepszego projektanta czy dżinsy w zwykłej sieciówce. Stojąc przed lustrem przybierasz wyprostowaną pozę, wciągasz brzuch i dumnie patrzysz na swoją sylwetkę. Kłopot pojawia się, kiedy po założeniu ciucha w warunkach domowych coś przestaje grać. Nieważne czy są to za długie ramiączka, niezbyt dobra długość czy źle dobrany rozmiar – zawsze towarzyszą temu nerwy. Żeby tego uniknąć, przejdź się kilka razy po przymierzalni, ukucnij, rozciągnij się. Sprawdź, jak dana rzeczy wygląda w ruchu!

Zobaczyłaś się tylko w jednym oświetleniu 

Ach to światło… Może zdziałać prawdziwe cuda. Z kolorem, ale także z tym, jak wyglądamy my same. Dlatego zanim zdecydujesz się na kupno ciuchu, podejdź jak najbliższej światła dziennego lub innego niż to, które panuje w przymierzalniach. Najlepsze rozwiązanie? Każdy ciuch możesz zwrócić, pod warunkiem, że ma metki, a ty zachowasz paragon. Kup, sprawdź jak czujesz się w nim w domu, a jeżeli w świetle dziennym wygląda zupełnie inaczej – zwróć. Chyba właśnie przez przymierzanie w domu tak bardzo kochamy zakupy internetowe.

Nie zrobiłaś sobie zdjęcia

Spokojnie, nie musisz go odrazu wrzucać do sieci! Lustro może i kłamie, ale aparat nigdy. Dlatego zrób sobie zdjęcie w lustrze, przyjrzyj się i oceń, jak wyglądasz. Zaleta tego rozwiązania? Zawsze możesz zapytać o zdanie przyjaciółek! Niech żyje Internet!


źródło: PureWow.com


Zobacz także

Naturalne środki na stres

Szczecin, portowe miasto o wielu wyjątkowych obliczach

Recepta na dobre życie wcale nie jest skomplikowana. 10 sposobów, aby poczuć się lepiej