Lifestyle

Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 września 2016
Śpiące królewny. Nie chcą się obudzić, właściwie nie wiedzą czego chcą
Fot. iStock / CSA-Archive
 

Możesz nazwać to życiem, ale dla nich to raczej taki film, a może bajka, w której tylko grają jedną z głównych ról. O niczym nie decydują, wolą zostawić to innym. Trochę się bawią, trochę plączą bez celu, rzadko kiedy myśląc na poważnie o tym, co będzie, kiedy zostaną same albo kiedy w jakiś sposób odkryją, czego potrzebują naprawdę. To śpiące królewny, niby kobiety, ale tak naprawdę, głęboko w środku, ciągle jeszcze dziewczynki, które nie wiedzą, czego chcą, ani kogo chcą i dokąd zmierzają.

Asia, lat 26

Lubi sobie mówić, że jest „taaaaka młoda” i ma ciągle mnóstwo czasu. Na wszystko ma ten czas. Na nowe miłości, z których każda była bardzo prawdziwa, a każda kolejna kończyła się jeszcze szybciej niż poprzednie. Na studia i rozpoczynanie coraz to nowych kierunków, a żaden jakoś jej szczególnie nie zainteresował. Na bardzo drogie hobby, które podsuwa jej tata.

Na pracę, do której się notorycznie spóźnia i w której nawala, a nie wyleciała z niej jeszcze tylko dlatego, że firma należy do jej mamy.

Asia ma swoje mieszkanie, kupione przez tę samą, troskliwą mamę, która tak samo jak tata, swoją jedynaczkę traktuje od dziecka po królewsku. Wszystko było zawsze dla Asi, ale zawsze tak jak chcieli oni, nie ona. Lata mijały, z małej Asi wyrosła piękna Joanna. Bardzo drogie zabawki zamieniła na zamożnych facetów. Bo tylko oni byli w stanie choćby zbliżyć się do poprzeczki, jaką zawiesili w tym emocjonalnym maratonie rodzice Asi.

Każdy mężczyzna w jej życiu, tak jak oni musi traktować ją jak księżniczkę. Trudno jej powiedzieć, czy kiedykolwiek starała się utrzymać jakiś związek. Raczej nie: oczekiwała, że to ONI będą się starać. Choć właściwie nie wiedziała do końca czego powinna oczekiwać. Czy była w którymś z tych związków szczęśliwa? Chyba tak. Do końca nie wie. Z reguły każdy kończył się tak samo: nudził się. Sorry, to nie to.

Sama powtarza opinię, którą usłyszała o sobie od jednego z porzuconych partnerów: „Jestem dobra na chwilę, żeby podnieść samopoczucie sfrustrowanym facetom w średnim wieku, takim, którzy chcieliby o kogoś w końcu zadbać, ale jeszcze nie założyli rodziny. Mam w sobie pustkę”. Nie, nie jest głupia. Ale jest rozedrgana w środku. Chciałaby coś zmienić, coś zyskać, być z siebie dumna, ale boi się tej odpowiedzialności jaką musiałaby wziąć za siebie. Tych decyzji, którą zawsze podejmowano za nią. Więc na razie woli spać.

Beata, lat 39

Raczej już się nie obudzi. Ma dwoje dzieci, z dwoma partnerami. Ma kilkanaście przelotnych związków za sobą i rozpaczliwie próbuje zatrzymać uciekający czas. Ma też poczucie, że on przemija, a ona go marnuje, ale uważa, że nie jest w stanie zapoczątkować jakichkolwiek zmian.

– Bo ty nie wiesz, czego chcesz – powiedziała jej kiedyś przyjaciółka. – Nie potrafisz wybrać sobie dobrego faceta, nie umiesz być z dziećmi tak na 100%, i chociaż za pół roku kończysz 40 lat, ciągle nie wiesz kim chcesz być.

Obraziła się wtedy, bo ją zabolało. W głębi serca poczuła, że tak właśnie z nią jest. Nigdy nie chciała mieć dzieci. Obie córki to „wpadki”, owoce tego jednego „momentu” z mężczyzną, który w tamtej chwili wydawał się jej być gwarancją szczęśliwego życia. Chciał dziecka – zachodziła w ciążę, chciał mieć dziewczynę z długimi włosami, zapuszczała włosy, chciał, żeby zmieniła pracę – szukała nowej. Tworzyła siebie taką, jaką on chciałby ją widzieć. Osobiście nie pamięta by miała na siebie inny pomysł.

Dziś chodzi na terapię. Chodzi, bo zażądał od niej tego jej obecny partner, który kocha, ale odkrył, że Beata ma skłonność do mitomanii. Na spotkaniach z terapeutą odgrywa swoją rolę, nie jest szczera. Jeszcze mocniej maluje usta, jeszcze wyższe zakłada szpilki. Nie pamięta już jak to było przedtem, zanim stawała się „jakaś” dla swojego mężczyzny.

Katarzyna, lat 53

Właśnie się obudziła. Z mężem, nieco starszym i wiecznie niezadowolonym pedantem, córką, którą rozpieszczała jak się dało, żeby wynagrodzić jej ciągłą nieobecność i nawalanie na wszelkich macierzyńskich polach. I z ogromnym kacem. Bo nie tak to jej życie miało wyglądać. Wcale nie chciała go przespać, przymykając oko na brak miłości w związku, na pełną zależność finansową od swojego męża, na poczucie, że właściwie jest zupełnie nie w tym miejscu, w którym powinna być. Jak to się wszystko stało? Lata mijały, a wydarzenia w jej życiu następowały jakby bez jej udziały, jakby była obok, jakby jej nie dotyczyły. O ślubie zadecydował on, uznając właściwie za pewne, że ona się zgodzi. O dziecku też. I jeszcze o tym, że po urodzeniu dziecka wróci do pracy najszybciej jak się da. Więc zaczęła zasypiać, uciekać od tego swojego życia i grała w tym filmie, do którego scenariusz napisał jej mąż. I rodzice właściwie też, bo odkąd pamięta posłusznie realizowała tylko ich oczekiwania.

A potem poznała jego i wzięli ślub. Od razu odnalazła się w sytuacji, w której ktoś przejął kontrolę nad jej życiem. Były pieniądze, był piękny dom, były wyjazdy zagranicę. Coraz więcej wszystkiego wokół, tylko jej coraz mniej. A dziś?… Czy mogłaby być jeszcze bardziej samotna?

Hej, śpiące królewny, obudźcie się wreszcie… Dla siebie, dla waszych córek, dla tego wszystkiego, co mogłoby być na wyciągnięcie ręki, gdybyście tylko przestały pozwalać prowadzić się innym za rękę.


Lifestyle

Jak uratowałam moje małżeństwo

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
15 września 2016
Jak uratowałam moje małżeństwo
Fot. iStock/momcilog
 

Tak naprawdę zrobiliśmy to oboje. Nie wierzę, by miłość i zaangażowanie tylko jednej osoby mogło uratować jakikolwiek związek. Potrzeba świadomości swoich błędów i chęci obojga, żeby z tego wyjść obronną ręką.  A wtedy okaże się, że nic nie jest już takie jak przedtem. Jest dużo lepsze. Prawdziwe.

Nie, nie zabrakło nam miłości. Nie, nie poznaliśmy się jako ludzie zbyt młodzi i zbyt niedojrzali. Byliśmy dwojgiem na pozór zupełnie różnych od siebie ludzi, z komplikacjami życiowymi, z problemami, które tkwiły w nas od lat, jakby „w uśpieniu”, czekając tylko na odpowiedni moment, żeby znowu wypłynąć na wierzch. Ale jak większość „świeżych” par graliśmy przed sobą wzajemnie „idealnych”. Na samym początku byliśmy dla siebie wspaniali, czuli, radośni, najlepsi. Tylko zabrakło nam wewnętrznej wiary w to, że naprawdę tacy jesteśmy. Zakochani, szczęśliwi łapaliśmy tę miłość byle szybciej i mocniej być ze sobą na zawsze. Coś pchało nas oboje ku tej katastrofie. Dziś wiem, że to wcale nie uczucie, ale wcześniejsze doświadczenia. Przyciągała nas ku sobie pewność, że w tym związku idealnie odegramy dobrze nam znane role. Role, w których świetnie się sprawdzamy: role kata i ofiary.

Problemy pojawiły się jeszcze przed ślubem. Nasza relacja szybko zaczęła przypominać sinusoidę. Najpierw wybuchał nieoczekiwanie o byle drobnostkę, błahostkę. Źle reagował na stres związany ze zmianą pracy, kłopotami rodzinnymi, ingerencją rodziców w nasz związek. Dosłownie wyżywał się na mnie. Odnalazłam się w tym układzie natychmiast. On był atakującym, dominującym agresorem ja – uciekającą i skrzywdzoną szarą myszką. A kiedy po wszystkim zbliżał się do mnie skruszony i winny, role się odwracały. Stawałam się mistrzynią wyrzutów, panią na wiecznym fochu, cierpiącą i przeżywającą ciągle od nowa swoje nieszczęście, każde raniące słowo, każde niesprawiedliwe, krzywdzące zdanie, każdy agresywny gest. I nie wiem, czy w tej roli nie byłam większym potworem niż on podczas swoich napadów złości. Zwłaszcza wtedy, gdy bezwzględnie wypominałam mu wszystko w chwilach szczęścia i spokoju. Żeby na pewno nie zapomniał, jak bardzo mnie skrzywdził. Żeby sam poczuł, jak to bolało. Ale świadomość tego wszystkiego przyszła dużo później.

Póki co, brnęliśmy w to dalej, bo przecież kochaliśmy się ponad wszystko, a miłość, jak wiadomo, rozwiązuje wszystkie problemy. Jest ponad to. Nie wierzcie nigdy, że samo uczucie, jak wspaniałe i gorące by nie było, jest w stanie cokolwiek naprawić, załatwić. Ono może być jedynie motywacją do działania. Nasza miłość powoli przeradzała się w uzależnienie od wzajemnego krzywdzenia, od odgrywania naszych ról. Nie mogliśmy bez siebie żyć, bo tylko tak czuliśmy się bezpiecznie.

Awantury stały się naszą codziennością. Kłóciliśmy się trzy dni przed ślubem i w podróży poślubnej, ale na dobre wtedy, gdy pojawiło się dziecko. Wtedy mogłam być już cierpiącą na całego, nieszczęśliwą Matką Polką, a on – w chwilach awantur – najgorszym bydlakiem, niewdzięcznym mężem i beznadziejnym ojcem, typowym męskim egoistą. Na dodatek śmiał odpoczywać po powrocie z pracy, zamiast natychmiast zająć się niemowlęciem.

Schemat jak zwykle ten sam. Siedziałam skulona, rozedrgana, histeryczna wręcz. Jego napady złości były coraz silniejsze, zachowanie coraz bardziej agresywne. Nie dogadywaliśmy się praktycznie już w żadnej kwestii. Słowa: „rozwód”, „rozstanie”, ”nienawidzę cię”, „jesteś wszystkim, co najgorsze” fruwały w powietrzu kończąc każdą kłótnię. Pewnego dnia spakowałam walizkę, zabrałam dziecko i uciekłam. To nas ocaliło. Nie mnie i dziecko. Mnie i mojego męża. Nas.

Pierwszy tydzień był jak detoks. Półprzytomna, nieszczęśliwa, łamiąc się i plącząc w natłoku myśli i decyzji do podjęcia, rozpaczliwie pragnęłam wrócić, choćby tylko po to, by go zobaczyć, wtulić się w jego koszulę dotknąć jego twarzy. Wytrzymałam to. Zamiast powrotu były więc długie rozmowy telefoniczne, e-maile i SMS-y pełne tęsknoty i bólu, pięknych słów miłości i obietnic. I pierwsze próby powiedzenia sobie o sobie wzajemnie czegoś więcej, przełamania tabu. Pierwsze próby poznania się naprawdę, dotknięcia tego, co boleśnie tkwiło w nas od dzieciństwa. Szok.

Kiedy miesiąc później trafiliśmy do poradni, nasza terapeutka powiedziała mi, kiedy ze łzami w oczach opowiadałam o naszych awanturach: „Ale przecież tak właśnie czułaś się dobrze, to kim wtedy byłaś dawało ci poczucie bezpieczeństwa. Gdyby było inaczej, nigdy byś na to nie pozwoliła, prawda? ”. To zdanie utkwiło we mnie jak drzazga, rozbiło mnie na kawałki i sprawiło, że na nowo zaczęłam układać sobie w sercu i głowie obraz naszego związku. Tym razem prawdziwy. Długo myślałam o tym, kim właściwie byłam w moim małżeństwie, dla siebie, ale i dla mojego męża. Odgrywałam w myślach wszystkie te nasze małżeńskie sceny i powoli uświadamiałam sobie, że właściwie pierwszy raz widzę w NIM człowieka, który ma prawo do słabości, który także może być kruchy, wrażliwy, który może cierpieć. Który potrzebuje pomocy.

Powiedziałam mu o tym, czuł podobnie jak ja. Zaczęliśmy coraz mocniej pracować nad naszym związkiem, ale też zbliżyliśmy się do siebie bardziej niż kiedykolwiek, bez strachu przed tym, co możemy jeszcze w sobie odkryć. W tamtym okresie strach, wątpliwości, niepewność co do tego, czy się uda przeplatały się we mnie z chęcią poznania tego człowieka na nowo. Bałam się czy starczy nam sił, uczucia, czy uniesiemy tę prawdę o nas. Byłam rozdarta, chwilami zupełnie zdecydowana by przerwać to wszystko, wrócić do tego co było. Albo zniknąć bezpowrotnie. Wytrzymałam. Wytrzymaliśmy oboje.

Kilka tygodni temu wróciłam do domu. Jest inaczej. Uczymy się siebie od nowa, bywa nam ciężko, wcale nie sielankowo. Kłócimy się, ale nie tak jak kiedyś. On uczy się panować nad złością, ja staram się być świadomą swoich emocji i wypowiadanych pod ich wpływem słów.

Mam w sobie wewnętrzne poczucie, że ponieważ wyszliśmy (a może ciągle jeszcze wychodzimy) z tamtych złych ról, jesteśmy ze sobą z miłości. Że przetrwamy.

Zakochałam się w chłopaku o szerokim uśmiechu, dużych męskich dłoniach i wyrazistych poglądach. W małżeństwie nienawidziłam faceta, którego twarz zmieniała się pod wpływem gniewu w twarz obcego człowieka. A przecież to ciągle był ten sam ON.

Tyle rzeczy się zmieniło, my zmieniliśmy się nieodwracalnie. Poznaliśmy najgorszych siebie, a mimo to stale czujemy ciepło myśląc o sobie wzajemnie. Wczoraj, pierwszy raz od dawna wzięliśmy się za ręce. Nie wiem, co będzie z nami za 5, 10, 15 lat. Ale nie potrzebuję dziś pewności tak odległego jutra. A poza tym mam przekonanie,  że wszystko to, co dzieje się między nami teraz, przyniesie nam dobrą przyszłość.

Chciałam wam tylko powiedzieć: nie skreślajcie waszego małżeństwa, dopóki nie zajrzycie bardziej w głąb siebie. I jeszcze myślę, że miłość naprawdę przychodzi z czasem, tam, gdzie zaczyna się prawda o nas i wzajemna akceptacja tego, kim i jacy jesteśmy.

P.S. Kocham Cię.


Lifestyle

Majtki Bridget, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 września 2016
Fot. iStock / mucella

Prawo Murphy’ego mówi, że jeśli chcesz wyglądać dobrze, a nawet cholernie ci na tym zależy, to i tak będziesz wyglądać tak, jak zwykle. Albo nawet jeszcze gorzej. I to jest bardzo zła wiadomość, dla tych, którzy tak jak ty, wybierają się właśnie na pierwszą od dawna i najprawdziwszą randkę. I TAK. Z najprawdziwszym chłopakiem!

Pojawił się w twoim życiu w całkiem nieoczekiwany sposób i zupełnie nie w tym momencie, co powinien. Właściwie to on w nie wjechał. Swoim samochodem w twojego dziesięcioletniego volkswagena, w momencie w którym popijałaś sobie swobodnie kawę z pianką, i czytałaś babskie pisma (te, które czytasz tylko u fryzjera). To zupełnie nie szkodzi, że miałaś właśnie na głowie miliony zawijasków z folii aluminiowej. No bo co z tego, że wyglądasz jak choinka nieudolnie obwieszona na gwiazdkę świecidełkami przez czterolatka? Nikt nie zauważy. Na pewno.

– Co pan robi? – wrzasnęłaś głupio, bo po pierwsze to już to zrobił (pozbawił cię tylnego zderzaka), a po drugie, było to pytanie retoryczne. – Przepraszam – powiedział on nie odrywając wzroku od twoich aluminiowych zawijasków. ­– Przepraszam. Już dzwonię po NASA. To znaczy, do ubezpieczalni.

Chrzanić zderzak. Przystojny był. I zdecydowanie w twoim typie. Nawet jeśli twoje przyjaciółki mówią, że wcale nie.

Wszystko to przypominasz sobie w miesięcznicę owego zdarzenia, siedząc przy biurku w pracy, zagryzając zimną kawę już drugim ołówkiem z gumką. Co go podkusiło, żeby zaprosić cię na tę kolację? Matko Boska, to na pewno świr. Niemożliwe, żebyś mu się spodobała, taka jaka jesteś naprawdę. To znaczy, na co dzień nie zakładasz raczej tej folii.  Ale skoro cię już w niej widział, jest i duże prawdopodobieństwo, że nie ucieknie z wrzaskiem, gdy zobaczy cię bez makijażu, w piżamie w misie, a  nawet w kostiumie kąpielowym. Szkoda tylko, że nie ma już nawet mowy o tym, żeby uwierzył, że ten piękny blond (dlaczego, do cholery znowu wyszedł inny niż w katalogu?) to twój naturalny kolor włosów.

Dobra, koniec tej pracy. Nie możesz tyle pracować, to źle wpływa na twoje samopoczucie. Pędzisz do domu, żeby w „coś się ubrać”.

Są kobiety, które mogą na siebie założyć byle co i wyglądają jak milion dolarów. Na głowie mogą mieć abażur z Ikei i każdy powie im, że to piękne i stylowe nakrycie głowy. Są kobiety, które w rozciągniętym swetrze typu over-size  i w bawełnianej koszulce made in China emanują seksem. Są takie kobiety. Ale to nie ty.

Podstawą dobrego samopoczucia jest akceptacja tej sytuacji. W związku z tym akceptujesz ją. Jesteś feministką. Absolutnie nie zamierzasz dziś dobrze wyglądać dla jakiegoś faceta, który wjechał ci w zderzak. Ty chcesz wyglądać świetnie dla siebie.

Która to już randka odkąd ON zostawił cię dla innej twierdząc, że jesteś dla niego za mądra (o rany, to już pięć lat) i odszedł do definitywnie głupszej, ale szczuplejszej? Od tego czasu przyjaciółki (dwie „szczęśliwie zamężne” i trzecia, przekonana, że szczęśliwie zamężną być nie można, bo właśnie się rozwiodła) próbowały wyswatać cię ze swoimi bardziej lub mniej dziwnymi znajomymi. Na przykład z tym, który do knajpy przyszedł z torebką z psem i karmił go resztkami twojego jedzenia. Albo ten, który tak dziwnie na ciebie patrzył i myślałaś, że to dlatego, że mu się podobasz, a potem wyznał ci, że budzisz nachalne skojarzenia z jakąś jego ciotką, która tłukła go wałkiem do ciasta, kiedy był mały?

Ale dziś będzie inaczej. To przeznaczenie. No bo jak wytłumaczyć fakt, że on wjechał akurat w twój samochód?

Wracasz do domu wcześniej niż zwykle. Trzy godziny powinny spokojnie wystarczyć na przygotowanie się do tego spotkania. Pierwsze sześćdziesiąt minut zajmuje ci więc poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: W co tu się do cholery ubrać?!

Zasada pierwsza: Nie możesz wyglądać tak, jakby ci zależało

Dlatego wyciągasz swoje najlepsze ciuchy, a kiedy okazuje się, że kupiłaś je na poprzednią randkę, pięć kilo wcześniej, wiesz już dobrze, że nadszedł TEN moment. Majtki Bridget Jones. Może nie bardzo estetyczne, może nie nadające się na bliższy etap znajomości, ale zdecydowanie odbierające ci kilka centymetrów w talii… Ufff. Udało się!

Zasada druga: Na randce nie powinno ci burczeć w brzuchu

Absolutnie! Skoro masz już na sobie bieliznę, która czyni cuda, możesz spokojnie zajrzeć do lodówki. Przecież odkąd wróciłaś do domu, nic jeszcze nie jadłaś. Kurczak w galarecie to samo zdrowie i szczęście. Ale galareta na twojej seksownej sukience w grochy już nie.

Zasada trzecia: Nie przesadzaj z makijażem

I to nic, że kreska nad prawym okiem wyszła ci trochę grubsza niż ta nad lewym. Tak wypadło, oto prawdziwa ty: kobieta pełna sprzeczności, nieoczywista, zagadkowa.  Marzenie i wyzwanie dla prawdziwego mężczyzny. Więc lepiej, żeby on się właśnie takim prawdziwym okazał. Może wtedy nie zauważy, że rozciapciał ci się lakier na dwóch paznokciach.  Trudno jeść kurczaka jednocześnie susząc lakier.

Zasada czwarta: Żeby zrobić wrażenie powinnaś się chwilę spóźnić

Może niekoniecznie całe pół godziny. Ale z drugiej strony, skoro mu zależy, to poczeka, prawda?

Kiedy spocona, ale ciągle jeszcze absolutnie atrakcyjna wypadasz z domu, taksówkarz czeka już od 20 minut. – Gotowa?– pyta zerkając na ciebie – Jak nigdy w życiu! – odpowiadasz. I naprawdę tak właśnie myślisz.