Lifestyle

Słyszysz: „to rak” i… w głowie masz pusto

MamaM&M
MamaM&M
8 czerwca 2017
pixebay.com/jarmoluk
 

Żyjemy z rakiem pod jednym dachem od dawna. Od tygodnia wiemy o jego istnieniu. Niechciany lokator, którego nienawidzimy i jednocześnie musimy szanować. 

 

Czasami zastanawiałam się, co myśli człowiek, który dowiaduje się, że jest poważnie chory, jak reagują jego najbliżsi, mąż, żona, rodzice, dzieci, przyjaciele. Przyszło mi się zmierzyć z diagnozą: „to rak”… i w pierwszej chwili nie myślałam o niczym.

 

Tak jak spodziewałam się, że wyniki badań mojego męża mogą nie być dobre, tak samo odsuwałam od siebie myśl, że to może być nowotwór złośliwy. Wszystkie wyniki przed operacją były dobre, sama operacja również przebiegła bez komplikacji, mąż wrócił do formy bardzo szybko. Czekaliśmy tylko na wynik histopatologii, żeby zamknąć rozdział naszego życia pod tytułem: „Choroba”.

 

Poniedziałek, przedpołudnie, mąż właśnie miał wrócić po rekonwalescencji do pracy, ale termin odbioru wyniku sprawił, że musiał wziąć dodatkowy dzień urlopu. Ja jestem w pracy, dzwoni telefon, odbieram i słyszę: „to jednak jest rak”.

Nie pamiętam, żeby kiedyś zrobiło mi się tak niedobrze, spociły mi się ręce, nie wiedziałam, co powiedzieć. Zdołałam wydusić z siebie tylko krótkie: „wracaj bezpiecznie”… Płakałam przez całą drogę powrotną do domu, płakałam całą noc – jedną, drugą, trzecią. Rozmawialiśmy z mężem, szybko ogarnęliśmy sprawy dalszego leczenia.

Pomyślałam sobie w ten cholerny poniedziałek: „gdzie ty, Ewka, widziałaś do tej pory problemy, co nazywałaś problemem, mąż cię wkurzał, miałaś go dość? To teraz sobie wyobraź, po jak cienkiej linie razem idziecie i nad jak wysoką przepaścią. Chrzań wszystko. Życie jest ważne, życie razem jest ważne. Reszta sie jakoś zorganizuje”.

 

I w takim przekonaniu żyłam dwa, może trzy dni. A teraz? A teraz jest życie, jest codzienność, są dzieci, jest pies sikający na nowe panele i jakieś drobne i grube sprawy do ogarnięcia. Wstajemy rano, jedziemy do pracy, odwozimy dzieci do żłobka. Żyjemy dalej, czekamy na kolejne wyniki badań, na kolejne konsultacje, wyjazdy na drugi koniec Polski. Czy coś planujemy? Jutrzejszy obiad, najbliższy weekend, urodziny mamy i prezent na nadchodzący roczek kuzynostwa. Nie myślimy o wakacjach, choć nie wyobrażamy sobie, że możemy je spędzić inaczej niż razem.

 

Co się zmieniło? Posługujemy się pojęciami medycznymi, jakby to było słownictwo wyssane z mlekiem matki. Tłumaczymy znajomym, jak będzie wyglądało leczenie, czego można się spodziewać, co jest niewiadomą, Pamiętamy, że gdzieś tam w lipcu czeka nas wyjazd na Śląsk, że konieczne jest dalsze leczenie i że będą kolejne badania i kolejne wyniki.

 

Czego się nauczyłam? Że nie jesteśmy nieśmiertelni, że mamy po 30 lat, ale to nic nie zmienia. Bo chorują dzieci, osoby starsze i 30-latkowie też. I nauczyłam się jeszcze, że człowiek żyje do śmierci. Nigdy inaczej.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉

 


Lifestyle

Raj dla dzieci, piekło dla rodziców. Wolny czas z dzieckiem na sali zabaw

MamaM&M
MamaM&M
18 czerwca 2017
© MamaM&M
 

Jeszcze do niedawna wybieraliśmy miejsca odpoczynku według naszych (czyt. moich i Pana Męża) upodobań. Nie braliśmy pod uwagę dzieci, ponieważ było im po prostu wszystko jedno – ważne, że przytulone, nakarmione i przewinięte. Starszy syn nam wyrósł i priorytety mocno się zmieniły.

Wprawdzie nie uważamy dzieci za kule u nogi, ale wyprawa na hamburgera o 21:00 nie przychodzi nam teraz z taką łatwością, jak w epoce przed narodzinami pierwszego syna.

Już na ostatni zimowy wyjazd wybraliśmy ośrodek z kompleksem basenów oferujący przede wszystkim atrakcje dla 2-letniego malucha. Przy okazji było SPA? Na taki efekt uboczny mogłam się zgodzić… Staramy się naszemu starszemu synowi (młodszy jest na etapie: przytulony, nakarmiony, przewinięty) pokazać, gdzie mieszkamy. Objeżdżamy więc lokalne (zachodnia Polska) atrakcje, poznajemy smaki w restauracjach, odwiedzamy miejsca, w których dziecko choć przez chwilę może zawiesić wzrok na czymś, czego jeszcze nie widziało. Za chwilę zalegniemy na pobliskiej miejskiej plaży i jedynie czołgiem będzie można nas stamtąd wyciągnąć. Pogoda jednak płata figle i trzeba nadal szukać atrakcji na spędzanie większej ilości wolnego czasu poza kąpieliskami.

 

Operacja, którą niedawno przeszedł Pan Mąż, sprawiła, że na kolejne tygodnie musimy odpuścić sobie baseny, dlatego szukamy innych lokalizacji, gdzie dziecię nasze może się zmęczyć  na tyle, żeby zasnąć w drodze powrotnej. Niestety zazwyczaj jest tak, że obiekty, które dla syna są rajem na ziemi, my postrzegamy jako siedzibę szatana. Dziś odwiedziliśmy miejsce, o którym tak myślałam, kiedy sprawdzałam cennik. Lubię się dziwić, lubię się też pozytywnie rozczarować.

 

Kraina zabaw… na pierwszej dmuchanej atrakcji omal nie zmiażdżyłam własnego syna swoim cielskiem. Na szczęście później było już tylko lepiej. Już na wstępie zaznaczę, że polecam i będę polecać ten wyjątkowy plac zabaw wszystkim rodzicom – bez względu na wiek dzieci.

 

20170618_143740

 

Nie wiem, czy w okolicy jest inna taka sala zabaw. Ja nie słyszałam o istnieniu takowej. Spodobała mi się koncepcja otwartych namiotów. Dzieci mogą biegać w skarpetkach lub na boso niemal po całym obiekcie pod dachem, a kiedy już poznają wszystkie atrakcje wewnątrz namiotów, czeka na nie niemało wabików na zewnątrz. Nasz dwulatek był zachwycony. Mimo upału, także dorośli nie byli skazani na niebyt. Otwarte boczne ściany, możliwość wyjścia „pod chmurkę”, całkiem atrakcyjna oferta gastronomiczna (zjedliśmy nawet obiad) i, co dla nas było dziś bardzo ważne, możliwość płacenia kartą.

 

Wybraliśmy się na wycieczkę po drugim śniadaniu i to nas prawdopodobnie uratowało. Kiedy wychodziliśmy (godzina 16:00 – 17:00), na parkingu nie było wolnego miejsca, a w wejściu do parku mijały nas tłumy.

 

bogilu_1

 

Park znajduje się w województwie wielkopolskim. Ze Świebodzina, gdzie mieszkamy, trzeba poświęcić około 50 minut na dojazd. Koszt pobytu nie przeraża. Za jednorazową opłatę mogliśmy się bawić przez cały dzień. Nasze starsze dziecię było zachwycone. Nie do końca mógł uwierzyć, że wszystkie jeździki, autka, huśtawki, dmuchane zamki, baseny z kulkami, zjeżdżalnie są dostępne bez zbędnych kolejek. Puściliśmy smycz nieco luźniej niż zwykle, żeby zobaczyć, jak sobie poradzi ta nasza pociecha w starciu z zupełnie obcymi, często starszymi dziećmi. Dzikich tłumów nie było, więc i o obserwacje łatwiej.

 

20170618_134559

 

Wychodziłam naprawdę zadowolona. Odpoczęłam, nie musiałam się zbędnie napocić. Doceniam podział stref na te dla dzieci starszych i maluszków (połączona z gastronomią, więc podczas obiadu można spokojnie obserwować, co robią dzieci), daję wielki plus za cały plac zabaw na zewnątrz. Nie wiem, jak o przetrwanie walczyły dzieci po południu. Na pewno odwiedzających było więcej, ale też rodzice muszą się liczyć z tym, że „po obiedzie” niemal wszędzie jest ciaśniej.

 

Opisaną krainę zabaw poleciła na jednej z facebookowej grup dla mam, mieszkanka Zielonej Góry. „Wygooglałam” sobie, sprawdziłam, co i jak i nie żałuję. To była wyprawa, którą na pewno będziemy chcieli powtórzyć.

 

Nie odwiedziliśmy strefy z grami 3D i go-kartami. Pewnie kolejny raz już się nie uda. Dziś atrakcji było wystarczająco dużo, a i upał potęgował zmęczenie.

 

Czy dostrzegłam minusy? Jasne (zawsze dostrzegam…), ale pojechaliśmy się bawić, a nie szukać dziury w całym. Od właścicieli obiektu wymagałabym jedynie większego nacisku na czystość w toaletach (choć bywałam w znacznie bardziej odrzucających toaletach – choćby w niektórych restauracjach), nie wiem, czy jest przewijak dla niemowląt, ponieważ nie musieliśmy korzystać. Nie mogę też zrozumieć, dlaczego mała cola i woda muszą łącznie kosztować 7 zł, ale ja generalnie jestem za bezpłatnym dostępem do wody pitnej wszędzie i zawsze (mało przedsiębiorcze podejście, wiem). Więcej uwag miałabym do odwiedzających, konkretnie do rodziców: nie pozwalajcie swoim pociechom psuć zabawek, zwłaszcza jeśli nie są to zabawki waszych dzieci i nie wy za nie zapłaciliście – dzięki temu przy kolejnej wizycie wasze dziecko znowu będzie mogło z nich korzystać; uczcie dzieci, że wodę należy spuścić przed wyjściem z toalety, deskę wytrzeć (aj, przepraszam, dorośli też tego nie robią, więc dzieci uznają to za normę); tłumaczcie dzieciom, że kolejka to nie jest walka o przetrwanie, a oczekiwanie na odpowiedni moment do skorzystania z atrakcji; uczcie pomagać młodszym i słabszym, a przynajmniej zwracać na takie osoby uwagę, żeby obeszło się bez interwencji lekarza i rękoczynów co bardziej krewkich tatusiów.

 

Nikt mi za ten artykuł nie zapłacił. Napisałam, co widziałam. Teraz powinnam napisać, o czym była mowa. Odwiedziliśmy dziś Krainę Zabaw Bogilu w Wiosce koło Nowego Tomyśla w województwie wielkopolskim. Polecamy i może do zobaczenia na huśtawce następnym razem…

 

Chętnie poznam miejsca w zachodniej Polsce, które wy odwiedzacie z dziećmi.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Duma mnie rozpiera, gdy moje dziecko się ze mną nie zgadza

MamaM&M
MamaM&M
19 maja 2017
Fot. iStock / ideabug

„Niegrzeczny” – najbardziej pojemne stwierdzenie w słowniku rodziców. Co macie na myśli, mówiąc, że wasze dziecko jest niegrzeczne? Ja mam wiele synonimów, ale na pewno nie mówię tak wtedy, gdy syn ma inne zdanie niż ja.

Syn nie chce włożyć sandałów. Ma prawo. Nie chce dać buziaka babci. Ma prawo. Nie chce iść się kąpać. Ma prawo. Nie chce jeść obiadu. Ma prawo. Nie chce iść do żłobka. Ma prawo. Nie chce włożyć czapki. Ma prawo. Złości się, gdy długo jedziemy samochodem. Ma prawo.

Mój syn ma prawo pokazywać, co mu się podoba, na co ma ochotę, a czego w danym momencie nie chce. Ma też prawo płakać, złościć się i obrażać. Ja też się złoszczę, nie gadam z kimś, kto mnie zdenerwuje, nie chcę rano jechać do pracy. Mam prawo. Mam też swoje obowiązki, które często wygrywają z „widzimisię”.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice określają swoje dzieci jako niegrzeczne w sytuacjach, kiedy syn lub córka pokazuje, że czegoś nie chce.

Pierwszy przykład: posiłki. Syn nie chce zjeść z nami tego, co przygotowaliśmy. Mówi: – Mamusia, nie będę dziś jadł obiadu. Pooglądam bajkę.

Nie robię awantury. Syn wie, że nie dostanie w zamian za obiad słodyczy, czy innych przekąsek. Dostanie wodę do picia i propozycję zjedzenia czegoś w porze kolacji. Moje dziecko ma 2,5 roku i dobrze wie, czy jest głodne, czy nie. Jeśli nie czuje głodu, nie zmuszam, nie wpycham łyżeczki ziemniaków za mamę, tatę, babcię i ciotkę z Krakowa. Jest zdrowym chłopcem, nie wygląda na zabiedzonego, ma dużo energii. Widać, że nie jest głodzony i niedożywiony. Nie chcę, aby posiłek był tylko smutnym obowiązkiem i kojarzył się z: „będziesz siedział przy stole tak długo, aż wszystkiego nie zjesz”. Staram się przygotowywać posiłki w taki sposób, aby nie grzebać synowi w talerzu i mówić, że ziemniaków to już wystarczy, chleba też już wystarczy, a najlepiej „zjedz teraz surówkę”. Nie szantażuję syna, że dostanie mięso, jak zje warzywa, albo dostanie deser, jak zje grochówkę. Nie zmuszam do jedzenia absolutnie niczego. Sama nie lubię oliwek i śledzi i chyba tylko wielodniowy głód sprawiłby, że mogłabym te dwie rzeczy włożyć do ust. Proponuję i zachęcam, staram się wzbudzać ciekawość. I takim sposobem było już próbowanie: czosnku, oliwek, chrzanu łyżeczką ze słoika, oliwy z oliwek prosto z butelki, mrożonej kiełbasy, wszelkiej maści owoców i warzyw na surowo (w tym cebuli, którą syn jadł jak jabłko). Nie zabraniam grzebać w garach, tłumaczę, czego nie wolno jeść na surowo.

Drugi przykład: powitania. „Nie musisz się z każdym całować i przytulać. Po prostu powiedz: dzień dobry/do widzenia” – tak zachęcam syna do powitań i pożegnań, kiedy ewidentnie nie chce przybić piątki z wujkiem, ciocią czy nawet babcią.

Zazwyczaj nie ma problemu nawet przy kontaktach z obcymi, ale zdarza się, że, słysząc: „choć ciocia da buziaka”, mój syn chwyta moją nogę i nie puszcza przez kolejne długie minuty.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice na siłę każą swoim dzieciom przytulać się do innych. Mam wrażenie (może czyta to ktoś z wiedzą fachową i coś na ten temat doda w komentarzu), że w ten sposób robimy swoim dzieciom krzywdę. Dziś chłopiec lub dziewczynka przytula się, mimo swojego sprzeciwu, do wujka Zenka, cioci Gabrysi i mama chwali, że tak właśnie zachowują się „grzeczne” dzieci, choć dziecko ma łzy w oczach. Za kilka lat to kolega/koleżanka/nauczyciel/sąsiad/ojczym/tata/obcy człowiek widziany pierwszy raz w życiu będzie na siłę przytulał, wkładał ręce w majtki, a dziecko w głowie będzie miało zakodowane, że tak trzeba i nawet mama po wszystkim pochwali, że się nie sprzeciwiło to nasze maleństwo. Zamiast uczyć dziecko, że jego ciało jest wyłącznie jego własnością, wpychamy je na siłę w objęcia innych ludzi, załamujemy poczucie bezpieczeństwa i wmawiamy, że „tak trzeba”. Pękam z dumy, kiedy na hasło: „choć ciocia przytuli”, mój syn odpowiada: „żółwika zrobimy”. Czuję, że dobrze spełniam swoją misję. Wiem, że wychowuję świadomego syna i będę mogła być spokojna o jego bezpieczeństwo, jeśli nadal będę postępować tak, jak teraz. Nie interesuje mnie, co powiedzą inne osoby. Moje dziecko ma prawo nie chcieć się do nikogo przytulać, a już tym bardziej ma prawo nie chcieć, aby ktokolwiek je całował.

Trzeci przykład: „nie lubię cię”. Ile razy pomyślałaś/pomyśłałeś, będąc zdenerwowanym na drugą osobę: nie lubię cię (że o „nienawidzę cię” nie wspomnę)? Twoje dziecko też ma prawo do emocji.

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug

Jeśli sam, rodzicu, rzucasz talerzami, jeśli uderzasz ręką w stół, jeśli tupiesz, jeśli krzyczysz na partnera, dzieci, sąsiada, psa, kota, twoje dziecko będzie robić tak samo. Jesteśmy wzorem (raz lepszym, raz gorszym), a nasze dzieci są naszymi kopiami. Jeśli ty masz prawo się denerwować, jeśli masz prawo powiedzieć po odłożeniu słuchawki: „bujaj się”, twoje dziecko ma prawo powiedzieć tobie, babci, koledze, koleżance: „nie lubię cię”. Zdarza mi się nakrzyczeć na syna. Niemal za każdym razem moje dwuletnie dziecko odpowiada: „Nu nu, mama. Nie wolno krzyczeć. Tłumacz, nie krzycz”. I kiedy on się złości, kiedy rzuca zabawkami, kiedy się wścieka bo mu nie pozwoliliśmy na to, na co miał ochotę, ja też mówię: „nie krzycz, tłumacz, dlaczego się złościsz”. Zamiast strofować dziecko przy innych za powiedzenie „nie lubię cię”, zapytaj, skąd takie słowa. Zapytaj w cztery oczy, weź dziecko na bok i słuchaj, co ma ci do powiedzenia.

Przykłady można mnożyć. Ja cieszę się jak Azor do pełnej miski, gdy mój syn jasno pokazuje, że ma inne zdanie.

Nie chcę, żeby płynął z prądem, bo z prądem płyną tylko zdechłe ryby. Chcę, żeby był świadomy swoich oczekiwań, pragnień, potrzeb. Żeby umiał mówić o emocjach, żeby umiał sobie z nimi radzić, żeby był wyjątkowy, a nie „jak wszyscy”. Chcę, żeby wiedział, że ma prawo żyć tak, jak sobie wymyśli, ma prawo o tym mówić i ma prawo przeciwstawiać się, jeśli coś sprawia, że jego poczucie komfortu jest zaburzone.

To nie znaczy, że wolno mu wszystko, że wolno mu krzywdzić innych, nie stosować się do zasad obowiązujących tam, gdzie akurat się znajduje, że nie wyznaczamy z mężem jakichś granic. Syn wie, że może pytać, dlaczego spać idzie, gdy jest „ta godzina”, dlaczego śpi w swoim pokoju, dlaczego podczas posiłku siedzi w swoim krzesełku i ma prawo do uzyskania wyczerpującej odpowiedzi – choćby pytał kilka razy dziennie o to samo… No i wie, że może próbować z nami negocjować… 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug