Lifestyle

Ratunkuuu, moja twarz… Krótki przewodnik jak dbać o cerę późną jesienią

Monika Głuska-Bagan
Monika Głuska-Bagan
8 grudnia 2015
Fot. iStock / hanker81
 

Patrzę w lustro i…. dobrze nie jest. Po opaleniźnie ani śladu. Za to w niektórych miejscach zauważam plamki, przebarwienia i nowe, choć na szczęście wciąż drobne, zmarszczki.  Jesienno-zimowe miesiące nie są najlepsze dla cery, ale szukam też zalet. To najlepszy moment na kuracje likwidujące przebarwienia, wygładzające cerę, zamykające naczynka.

Wybrałam się do kosmetyczki i posłuchałam jej podpowiedzi, jakie zabiegi działają najskuteczniej i którym warto się poddać. Poznałam też kilka, szybkich, domowych sposobów, żeby odświeżyć szarą i zmęczoną twarz. Jak dbać o cerę późną jesienią?

KWAS MLEKOWY, czyli żegnajcie przebarwienia

Gdy na skórze widać liczne przebarwienia, a także ślady po zaskórnikach, trądziku warto wykonać serię zabiegów z kwasem mlekowym. To jeden z najszybszych sposobów na poprawę stanu skóry, pobudza ją do odnowy, dzięki czemu staje się gładsza i zyskuje bardziej równomierny koloryt. Kwas mlekowy użyty w odpowiednim stężeniu i pH pomaga pozbyć się przebarwień i plam, które są częstymi „pamiątkami” po lecie i niewłaściwej pielęgnacji. Warto wykonać od pięciu do siedmiu zabiegów, wtedy efekt będzie naprawdę zauważalny.

Jeśli twoja skóra wymaga głębszego złuszczenia, kosmetyczka może zaproponować zabieg ze skoncentrowanym retinolem. Wystarczy jeden w miesiącu, potem można  kurację kontynuować  preparatami z retinolem w domu. Retinol, to silna dawka skoncentrowanej witaminy A, która stymuluje proces odnowy komórkowej skóry, wygładza ją i rozjaśnia przebarwienia. Zabiegi z udziałem witaminy młodości są jednymi z najczęściej stosowanych w gabinetach kosmetycznych (koszt zabiegu ok. 200 złotych).

Woda, woda, woda, tego nigdy sobie nie żałuj

Na przesuszoną, szarą cerę najlepsze są zabiegi nawilżające, które zapobiegają utracie wody. Woda bierze udział we wszystkich procesach fizjologicznych, odpowiednie nawodnienie skóry jest ważne dla jej prawidłowego funkcjonowania. Nawilżające zabiegi medycyny estetycznej, to np. mezoterapia igłowa kwasem hialuronowym. Ten kwas jest naturalnym czynnikiem, który wiąże wodę w skórze, niestety podawany w kosmetykach nie jest w stanie przeniknąć przez naskórek. Jeśli ma działać– musi być podany bezpośrednio w głąb skóry w trakcie mezoterapii.

Popękane naczynka, dość, naprawdę

Cera naczynkowa charakteryzuje się występowaniem podskórnych pajączków, czyli inaczej teleangiektazji. Kruchość naczynek wynika z ich zwiększonej przepuszczalności, naczynia krwionośne nie wytrzymują ciśnienia krwi i rozszerzają się, pozostawiając ślady w postaci prześwitujących przez naskórek „czerwonych niteczek”. Ten problem kosmetyczny można zmniejszyć za pomocą zabiegów: jonoforezy i galwanizacji, lampy sollux z niebieskim filtrem, zabiegów łagodząco-wyciszających, elektrokoagulacji. 

Kłopoty z cerę naczynkową warto leczyć u dermatologa, zaleci on np. terapię polegającą na laserowym usuwaniu naczynek.

Witamina C potrzebna od teraz

Najlepsza, bo jednocześnie odmładza, rozjaśnia skórę i wzmacnia naczynka. Jej wyjątkowe działanie polega na tym, że zaatakowana przez wolne rodniki, potrafi się regenerować, jest świetnym antyutleniaczem i ma działanie przeciwzmarszczkowe. W drogeriach znajdziesz  mnóstwo kremów z witaminą C, ale wybieraj takie, która mają co najmniej 10 procentowe stężenie witaminy C. Najsilniejsze właściwość antokscydacyjne ma ona w parze z witaminami E i A.  W okresie przeziębień i grypy możesz wspomóc się biorąc preparaty z nimi, to wpływa nie tylko na twoje zdrowie, odporność, ale i cerę.

Salon w domu

Ogórek na rozjaśnienie:

Do tej maseczki wystarczy tylko pokrojony w plasterki duży ogórek. Plasterki połóż na twarz na 15 minut. Substancje w nim zawarte zmniejszą opuchliznę pod oczami, a także pomagają zmniejszyć cienie. Maseczka z ogórka położona na całą twarz posiada fantastyczne właściwości ściągające i zmniejszające nadmierne wydzielanie sebum.

Odżywienie z kartofla:

Ugotuj jednego ziemniaka w mundurku, potem zagnieć go widelcem razem z odrobiną mleka i jednym żółtkiem. Maseczkę podgrzej i połóż na twarz, na to nałóż ciepłą gazę. Leż z maseczką 15 minut, ona odświeża bladą zmęczoną cerę, odżywia i rozjaśnia.

Nawilżające awokado:

Rozkrój owoc awokado, wyjmij miąższ z jednej połówki, dodaj surowe żółtko i kilka kropel cytryny. Nałóż papkę na twarz i leż z maską 20 minut, potem zmyj ciepłą wodą. Awokado to duża dawka witamin: A, E, C, D, K, z grupy B oraz wapń, żelazo, i potas.


 

Konsultacja: Julita Więcławowicz z salonu kosmetycznego Ela w Warszawie.


Lifestyle

„Powiedz dość, przestań się starać”. Psycholog – Ewa Woydyłło o tym, jak być kobietą w XXI wieku

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 grudnia 2015
Fot. iStock / ultramarinfoto
 

Bycie kobietą to nieustanne wyzwania. Większość z nich wynika z presji otoczenia, środowiska w którym przyszło nam dorastać, żyć, pracować. O sytuacji współczesnych młodszych i starszych kobiet, ciągłym braku pewności siebie i lęku przed przed przemijaniem urody rozmawiamy z psychologiem Ewą Woydyłło.

Anna Frydrychewicz: Mam córeczkę, niedużą, siedmioletnią. I ona wczoraj wraca ze szkoły do domu i pyta: „Mamo, czy ja jestem ładna? Dziewczynki mówią, że Zosia jest brzydka i że nie będziemy się z nią bawić”. Jak z małą dziewczynką rozmawiać o tym, że uroda nie jest w życiu ważna?

Ewa Woydyłło: To niech pani jej powie tak. Masz ładniejsze i brzydsze koleżanki. Wybierz, z którą spędziłabyś cały tydzień, w deszczową pogodę nad morzem, gdzieś przy bezludnej plaży. Z kimś kto jest piękny? Czy z kimś kto jest ciekawy? Z kimś, kto czyta dużo książek, pięknie opowiada, ma niesamowitą fantazję, jest pomysłowy? Pomyśl i zastanów się, czy chciałabyś być tam z tą osoba, która ma nieprzeciętną urodę, czy nieprzeciętne wnętrze. Nawet mała dziewczynka odpowie na to pytanie tak, jakby pani chciała. Proszę zapytać nawet: Czy wolałabyś żeby babcia była śliczna i młoda, czy żeby zawsze na każde twoje pytanie szukała z tobą odpowiedzi w encyklopedii czy internecie?

Czasem babcie same mają problem z tą urodą. Z przemijaniem urody. Da się jakoś „oswoić” ten proces starzenia?

Sposobów na to, żeby nie ulegać panice na myśl o starzeniu, czy swoim, czy kogoś bliskiego jest bardzo dużo. Przede wszystkim, jeśli wychowujemy się w rodzinach wielopokoleniowych, to przemijanie jest czymś naturalnym. Bycie „w kontakcie” przyzwyczaja nas, że taka jest normalna kolej rzeczy. Teraz pani o tym napisze, ktoś to przeczyta i może go to zainspiruje? Zacznie się zastanawiać: skąd się bierze lęk przed ujawnieniem wieku, przed świadomością, ze pewnego dnia ta uroda minie? Przecież nie można się obrażać na naturę. Jeżeli ktoś to robi, to jest dowód na brak racjonalności, na brak dojrzałej refleksji, na wielką niedojrzałość.

A jednak ciągle chcemy ten czas zatrzymać, korzystamy z zabiegów…

Nie zamkniemy sklepów z kosmetykami albo klinik kosmetologicznych. Natomiast korzystając z tych dobrodziejstw, musimy mieć jedną świadomość. Obsesyjna pasja zaprzeczania swojemu wiekowi, dbania o wygląd aż do przesady to jest z góry przegrana bitwa. Przez setki tysięcy lat funkcjonowania ludzkości jeszcze nigdy nikogo nie było kto by nie umarł. W Internecie widziałam niedawno zdjęcie pewnej osoby, niegdyś bardzo pięknej. Dzisiaj, ta bardzo piękna kiedyś kobieta jest po 70tce i ma usta rozciągnięte, wypchane silikonem. Wygląda karykaturalnie. Ale sama taką decyzję podjęła.

Telewizja nie lubi zmarszczek. My też ich nie lubimy.

Oczywiście, zmarszczki nie są atrakcyjne, ale jeżeli człowiek tylko tę jedną stronę swojej tożsamości respektuje, a ona się akurat starzeje, to dość nieszczęśliwie wypada. Bo można też respektować drugą stronę swojej tożsamości. Tę, która polega na tym, że na przykład łatwo się uczymy, mamy zdolności do śpiewu, bardzo pięknie urządzamy przyjęcia… Tę stronę niezależną od wyglądu. Można mieć 84 lata i nadal te zdolności pielęgnować. Natomiast uroda to jest tylko dekoracja. Coś co samo w sobie nie jest treścią. Przecież jedyną radością, jaką sprawia uroda, jest to, że się człowiek podoba innym.

Ale uroda daje nam czasem pewność siebie. A z tym brakiem pewności siebie, to my kobiety, zwłaszcza młodsze, ciągle mamy problem.

Ogromną rolę w tym jak się czujemy ze sobą, w sobie, w kontakcie ze społeczeństwem, ma nasza kultura, mentalność, obyczaj. Są wokół nas przykłady nieco innego modelu funkcjonowania w tym społeczeństwie, ale ciągle jeszcze dostajemy międzyludzkie sygnały, że kobieta jest gorsza od mężczyzny. Że nie zasługuje na tyle samo względów. Wielkie gwiazdy biznesu, kobiety, mówią często, że musiały skończyć cztery fakultety i osiem kursów zawodowych, żeby zauważono ich doskonałe umiejętności, przygotowanie. Mężczyźni nie muszą się tak starać, ponieważ oni już to miejsce mają „wygrzane”. Na wszystkich dobrych pozycjach.

Kobiety muszą się bardziej starać.

Kobiety muszą się bardzo starać. Bardzo dużo młodych dziewczynek to czuje. Nawet w telewizji mamy przewagę mężczyzn nad kobietami. Dziewczynka widzi i czuje, że kobiety nie są takie „pożądane” w tym życiu. A jeszcze jeśli ciągle słyszy od cioć, babć, albo w kościele, że dla kobiety największą rolą jest urodzić dziecko? A jak już urodzi, niech z nim będzie cały czas, bo po co żłobek? Dziecko powinno być z mamą. Jakoś dziwnie nikt nie mówi, że z tatą, zauważyła pani?

No i tacie łatwiej odejść od tego dziecka, żony.

Więc mężczyźni odchodzą, zostawiają kobiety same. I to do tych kobiet ma się pretensje. Bo mężczyzna by nie odszedł, gdyby ona była świetną kochanką, kucharką, niańką, pielęgniarką i jeszcze na dodatek psychologiem. Ona musi przecież rozpoznawać, jak jemu coś się nie podoba.

Dziewczynki chłoną tę postawę?

Bystre dziewczynki i kobiety szybko łapią, że „żebym była OK” to muszę się niesamowicie postarać. Jeśli młoda osoba ma poczucie, że ciągle musi się sprawdzać, to oczywiście wpływa to na jej brak pewności siebie. I na postawę: ostrożną, niewychylającą się. Takie poczucie wartości nie mierzy się tym, jakie dziewczynka ma stopnie w szkole. Ono mierzy się tym, czy to, że ona ma takie stopnie plasuje ją wysoko na drabinie społeczności szkolnej.

 Jest jakieś światełko w tunelu? Czy coś się powoli zmienia?

Gdzieniegdzie to „pęka”. Jest coraz więcej kobiet, które tupnęły nogą i powiedziały: dość, teraz my. I jest wiele fajnych przykładów, że to jest możliwe. Ale ciągle jeszcze jesteśmy odbiorcami obrazu, w którym przeważa koloryt męski. Nie mówimy tu o Warszawie, o kobietach spełniających się zawodowo w wielkich korporacjach, czy naukowo na uniwersytecie. Mówimy o dziewczynach z tak zwanych „mniejszych” miejscowości. Tam (choć i Warszawie często też) nawet niezwykle utalentowane, dzielne i doskonale przygotowane kobiety cofną się o krok. Widzą, że wymagania w stosunku do nich są dużo wyższe niż w stosunku do mężczyzn.

A pani też to odczuła?

Ja jestem bardzo doświadczona życiowo i zawodowo spełniona, nie mam wielu osobistych przykrych doświadczeń. A poza tym mój głos jest już dość słyszalny. Ja w sobie takie rzeczy filtruję, dla mnie ważne jest samo przeświadczenie, że racja jest po mojej stronie (jeśli oczywiście tak jest). Choć niedawno miałam pewną sytuację z jednym dziennikarzem. Skomentowałam jego machistowską wypowiedź i on mnie podał do sądu. Nie walczyłam o swoje, bo nie wierzę w ten nasz społeczny porządek, który ciągle jeszcze opiera się na utrącaniu racji kobiet. Żeby nawet sam papież mówił o szacunku i respektowaniu kobiet, to tak naprawdę „baba” ma siedzieć cicho… I jak to się przekłada na kobiece poczucie wartości?

 Ciągnie nas to w dół. To co robić?

Trzeba to w sobie „przefiltrować”. I pomagać sobie. Wierzyć w swoje racje. A w małych dziewczynkach od małego rozwijać zmysł krytyczny. One muszą rosnąć w przekonaniu, że uroda to tylko dodatek, a Barbie nie mogłaby istnieć naprawdę. I trzeba je chwalić, dużo chwalić. Najlepiej za to, co przychodzi im z wysiłkiem. Ponieważ prawdziwe poczucie wartości to duma z naszych własnych dokonań.

 

Ewa Woydyłło doktor psychologii i terapii uzależnień, autorka licznych książek, m.in. Wybieram wolność, czyli rzecz o wyzwalaniu się z uzależnień, Zaproszenie do życia, Sekrety kobiet, Rak duszy. W Polsce spopularyzowała leczenie oparte na modelu Minnesota, który bazuje na filozofii Anonimowych Alkoholików. Otrzymała medal św. Jerzego za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień, a za pracę z uzależnionymi w więzieniach odznaczenie Ministra Sprawiedliwości.

 

 


Lifestyle

Latami walczyłam, by zostać matką. Ale o niepłodności najwięcej wiedzą politycy PIS-u oraz ci, którym w ciążę udało się zajść bez problemu

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
7 grudnia 2015
In vitro jest ostatnią deską ratunku, a naprotechnologia jest dużo wcześniej
Fot. i Stock / Ingram_Publishing

Stowarzyszenie „Nasz Bocian”. Wpis na Facebooku, dzisiaj:

Na naszym portalu opisano wiele historii par, które skorzystały z naprotechnologii. Te historie kończyły się na ogół wizytą w klinice in vitro wiele lat później, kiedy para z niepłodnością zaawansowaną uświadomiła już sobie, że nabito ją w marketingową butelkę i okradziono z kilku lat czasu rozrodczego. Relokowanie 300 mln złotych z programu refundacji in vitro na rzecz naprotechnologii jest po prostu bulwersujące.”.

Podpisuję się pod tym tekstem obiema rękami. 10 lat temu starałam się z mężem o dziecko. Nie wiem ile i jak można o tym długo pisać w sposób zawoalowany, że takich jak par jest tysiące i z roku na rok jest ich więcej.

Byłam grubo przed trzydziestką (odpada więc to, że za późno się zorientowałam, zrozumiałam i inne srele morele), przez rok tułałam się po różnych lekarzach (nie – specjalistach od leczenia niepłodności). Pani A. tłumaczyła jak mam badać sobie cykl, pani B. radziła kupić testy na owulacje, ktoś zbadał mi hormony. Aktywnie udzielałam się wtedy na forum gazety.pl stworzonym dla kobiet mającymi problemy z zajściem w ciążę. Prawdziwa to była grupa wsparcia, sekta czy jak kto woli to nazywać. Byłyśmy anonimowe, więc pisałyśmy dużo i otwarcie. Głównie o lekarzach, którzy z całym szacunkiem, ale rozkładali ręce, a ich leczenie niepłodności przypominało rozpaczliwy taniec ślepego. To może jeszcze te badania, te i te, a w ogóle wie pani jak wygląda śluz płodny? Wydałam kupę kasy, naczekałam się, w ciąży nie byłam. Ba, poszłam nawet na terapię, bo myślałam, że może brak ciąży to jest jakaś bariera psychiczna, opór itd.

Wtedy to pewna kobieta, znajoma rodziny, od lat mieszkająca w Norwegii, żona właściciela kliniki leczenia niepłodności w norweskim mieście powiedziała zadziwiona: „Ale dlaczego ona nie uda się do kliniki leczenia niepłodności? Przecież tym powinni zajmować się specjaliści!”.

SPECJALIŚCI. Jakież to trudne w Polsce słowo. Zostawić pewne rzeczy SPECJALISTOM, ludziom, którzy się na czymś znają. WOW, szok. Nie. U nas to niemożliwe. Bo na zapładnianiu niepłodnych znają się wszyscy. Najlepiej politycy PIS-u oraz ci, którym w ciążę udało się zajść bez problemu, nie chcieli w nią zajść, więc mogą sobie mówić trzy po trzy co im ślina na język przyniesie.

To teraz mam pytanie: ile osób zna naprawdę termin naprotechnologia? I ile osób wie, że jest adresowana do pacjentów, których niepłodność jest uleczalna i daje się korygować medycznie, czyli w przypadku około 40 proc. niepłodnych par. Że nie ma mowy o jej skuteczności w przypadku kobiet z niewydolnością jajników, niedrożnością jajowodów, czy w przypadku niepłodnych mężczyzn (z roku na rok mężczyźni mają coraz niższe parametry nasienia).

Czy ktoś rozumie, że in vitro nie jest dla nikogo widzimisie, teraz chcę posiadać dziecko? Tylko jest efektem długiego leczenia, iluś badań, decyzją ostateczną?! Nikt, w żadnej klinice leczenia niepłodności nie mówi od razu: „To siup, robimy in vitro”. Od czasu pierwszej wizyty do decyzji mija zwykle rok, dwa. To czas spędzony na licznych badaniach i kolejnych próbach.

Co to jest za argument, że jest tyle biednych dzieci, które można adoptować. Kto komu daje prawo o decydowaniu o takich rzeczach? Mówieniu parom niepłodnym: to zaadoptujcie.

Dziś moja koleżanka po in vitro powiedziała: jeśli jest para, która latami starała się o dziecko i w końcu – z powodu światopoglądu– zdecydowała się na adopcję, to chcę przeczytać z nimi wywiad. I jeszcze: szanuję bardzo taką postawę, ale to nie moja droga. I ludzie mają prawo decydować. I skoro wydajemy państwowe pieniądze na kościół to możemy je też wydawać na spełnianie marzeń o dziecku.

A potem przesłała mi takiego maila

„… W klinice przeszliśmy proces, który politycy szumnie nazywają naprotechnologią. Mieliśmy monitoring cyklu. Ja jestem kobietą dość świadomą, więc wiedza o śluzie oraz kobiecej płodności jest mi znana – to co państwo chce obecnie krzewić na kursach jest wiedzą podstawową o własnym ciele. Wiedziałam, kiedy mam dni płodne, kiedy mogę zajść w ciąże, jaki mam cykl. Nie potrzebowałam kleić ludzików i kropek na kalendarzu na ścianie. To co zrobiliśmy od razu, to także badanie nasienia, wyniki były w dolnej granicy normy.

Klinika, po miesiącach leczenia i braku efektów, zaproponowała mi badanie drożności jajowodów – wyniki też były w porządku. Ciąży nadal nie było.

Przeszliśmy 3 inseminacje, nieudane. Sami podjęliśmy decyzję o in vitro – miałam 32 lata, starszego męża i świadomość, że czas działa na moją niekorzyść i każdy tydzień oczekiwania jest tygodniem straconym. Mieliśmy dość uprawiania seksu na żądanie z okazji dni płodnych, liczenia dni, godzin (robiliśmy to przez ponad rok), miałam dość płakania po każdej miesiączce.

Zanim przeszliśmy cykl in vitro zrobiliśmy setki badań, które powinny robić wszystkie pary przed zajściem w ciąże (włącznie z testem na HIV, choroby weneryczne, badania hormonalne).

Dotknęła nas niepłodność idiopatyczna – brak medycznych przeciwwskazań  do zajścia w ciąże. Być może, gdybyśmy byli żarliwie wierzący, udalibyśmy się do kościoła. My jesteśmy niewierzący, więc udaliśmy się do kliniki leczenia niepłodności.

 Lekarze z kliniki – jako jedyni wierzyli w nasze dziecko (i tak o nim mówili) od momentu połączenia naszych 2 komórek w laboratorium. Lekarze w państwowym szpitalu w 6 tygodni ciąży powiedzieli mi, że że taka ciąża to nie ciąża, że jej nie ma, że mam przyjść za kilka tygodni. 2 dni później, nasza pani doktor pokazała nam na ekranie bijące serce naszego dziecka (i przez cały czas mówiła o nim „dziecko”). Nie spotkałam ani wcześniej, ani później ludzi o tak wielkim zaangażowaniu, empatii, woli walki o każdego małego człowieka.

 Patrząc na poziom wiedzy reprezentowany przez wiele moich koleżanek (oraz czytając, ze zdumieniem) fora internetowe dotyczące niepłodności, kobiety nie mają podstawowej wiedzy o własnym ciele. Większość nie wie jak wygląda ich układ rozrodczy, nie potrafią napisać (!!!), że uprawiają seks – piszą o przytulaniu, jakby mówienie o akcie prokreacji było wstydem. Większość wstydzi się włożyć sobie palec do pochwy, nie wie, gdzie ma szyjkę macicy, jak jest zbudowana. To co ma być teraz modelem walki o przyrost naturalny, nie jest leczeniem, jest podstawową wiedzą która powinna być dostępna dla kobiet i mężczyzn w szkole. W gimnazjach, a nawet wcześniej.

 Walka o dziecko jest straszna, kiedy uświadamiasz sobie, że nie masz wpływu na własne ciało. Potrzeba posiadania dziecka nie jest kaprysem, potrzebą chwili. Kobieta chce mieć dziecko wtedy, kiedy znajdzie partnera z którym nagle budzi się w niej instynkt macierzyński. Czasami udaje się go znaleźć w wieku lat 20, czasami później. 

Brak finansowania in vitro jako ostatecznej, ale czasem nieuniknionej metody spowoduje, że najbiedniejsza część Polaków pozostanie bezdzietna. Bogatsi będą mogli dalej pozwolić sobie na drogą, ale skuteczną metodę – reszta będzie musiała z rosnącą frustracją obserwować swój cykl, patrzeć na zniechęcenie partnera (ludzka cierpliwość ma swoje granice), cierpieć widząc, jak znajomi mają kolejne dzieci”.

A ja dodam tylko jedno. Róbcie sobie co chcecie. Wycofujcie kasę z programu in vitro, ale przestańcie biednym ludziom wmawiać, że in vitro jest nieskuteczne, a naprotechnologia skuteczna jest. Bo ktoś, kto latami starał się o dziecko – może się z tego tylko rozpaczliwe śmiać.

In vitro jest ostatnią deską ratunku, a naprotechnologia jest dużo wcześniej. I doskonale wie to każdy, kto w końcu zdecydował się na in vitro ma wiedzę dotyczącą swojego ciała i zrobił wiele badań, które sprawdziły skąd jego niepłodność mogła się wziąć.

Przestańcie wciskać kity. BŁAGAM!


Zobacz także

14 sekretów, które sprawią, że miesiąc miodowy będzie trwał przez całe wspólne życie

Dlaczego całujemy się w usta i co, zdaniem naukowców, mogłoby nam całowanie zastąpić?

Przepis na pyszną rybę? Nic prostszego. Jak zrobić pstrąga faszerowanego