Lifestyle Psychologia

Przyjaźń przereklamowana? 7 nieoczywistych powodów, dla których warto mieć przyjaciół

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2016
warto mieć przyjaciół
Fot. iStock
 

Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Choćbyśmy nie wiem, jak bardzo przekonywali się, że jesteśmy samowystarczalni, to jednak drugi człowiek jest nam w życiu potrzebny. I nie mówię tej przysłowiowej drugiej połówce. Mowa o ludziach, którzy są przy nas na co dzień, są stała wpisaną w nasze relacje.

I choćby nie wiem, jak ktoś się zarzekał, że przyjaźń jest przereklamowana i że współcześnie brak tak szczerej i głębokiej relacji, to są jednak powody, dla których warto mieć przyjaciół. Koniec i kropka.

Przyjaźń ma wpływ na to, kim jesteśmy

Zastanówmy się, czy to, z kim się przyjaźnimy w jakiś sposób nas kształtuje? Przecież czasami różnimy się poglądami, miewamy odmienne zdania, nie zgadzamy się ze sobą. Właśnie to wszystko na nas wpływa, kształtuje nasze światopoglądy, weryfikuje je, pozwala zbierać argumenty za i przecie dla naszych opinii. Z przyjaciółmi możemy podyskutować spróbować się nawzajem zrozumieć – to bezcenna lekcja.

Przyjaźń pozwala nam zajrzeć w siebie

Bo jeśli zależy nam na relacji, to każda kłótnia, każda niezgodność każe nam zajrzeć w siebie, zastanowić się, co takiego naprawdę wywołało nasz gniew, dlaczego zareagowaliśmy impulsywnie, inaczej niż zazwyczaj. Przyjaciel ma cierpliwość w zrozumieniu nas, w wysłuchaniu, we wspólnym zastanowieniu się, co tak naprawdę się wydarzyło, że wywołało w nas takie a nie inne emocje.

Przyjaźń poszerza nasze horyzonty

Bo choć bywamy do siebie podobni, to jednak się różnimy i to jest ogromna zaleta przyjaźni, gdyż wchodząc z kimś tak szczerą i głęboką przyjaźń jesteśmy w stanie otworzyć się na nowe. Nie zacietrzewiać się, nie wycofywać, ale wysłuchać, zastanowić i być może przyjąć dla siebie coś nowego. Rozwinąć swoje zainteresowania, zmienić zdanie w niektórych tematach. Przyjaźń to nieustanny motor naszego rozwoju.

Przyjaźń zbliża innych do siebie

Jeśli masz przyjaciół, to z pewnością zyskasz nowych znajomych – to działa w dwie strony. Jeśli lubisz ludzi, czerpiesz wiele z relacji z nimi – nawet tych pobieżnych, niekoniecznie bardzo zaangażowanych, to przyjaźń często bywa taką trampoliną do poznawania ludzi, spędzania z nimi czasu i dowiadywania się więcej o sobie i relacjach, jakie mamy z innymi.

Przyjaźń uczy, jak znosić porażki

Niestety większość z nas ma za sobą zawiedzione przyjaźnie, kiedy ktoś nas okłamał, zdradził, wykorzystał nasze zaufanie i naiwność. Bywa. I choć boli, choć ciężko się z tym pogodzić, to kiedy po czasie wyciągniemy lekcję z tej sytuacji, sprawi ona, że będziemy silniejsi, twardsi, bardziej czujni i wrażliwi w relacji z innymi. Takie przyjaźnie wiele nas uczą, warto o tym pamiętać.

Przyjaźń to wsparcie

To chyba jednak z największych wartości przyjaźni. Bo mając z kimś tak bliską relację, wiesz, że nigdy nie będziesz sama. Że obojętnie jak daleko byś nie była, jak długo się nie odzywała, gdzieś tam na świecie jest ktoś, do kogo możesz zadzwonić choćby w środku nocy, kto cię wysłucha, wesprze, a jeśli trzeba zaproponuje pomoc. Bezcenne.

Przyjaźń prawdę ci powie

Znacie się jak łyse konie, wiecie, co was rani, co jest waszą słabą stroną, ale NIGDY tej wiedzy nie wykorzystujecie, wręcz przeciwnie. Przyjaciel to ktoś, kto skrytykuje, zwróci nam uwagę, kiedy stwierdzi, że dokonujemy błędnych wyborów, podejmujemy złe decyzje. Zrobi to jednak w taki sposób, że zmusi nad do refleksji, nie zaatakuje, bo wie, jak z nami rozmawiać, bo nas szanuje.

Przyjaźń czyni nas lepszym

Będąc dobrym dla drugiej osoby, rozumiejącym i szanującym naszego przyjaciela stajemy się lepsi, bo jesteśmy otwarci na potrzeby drugiej osoby, uważniejsi. Przyjaźń nie wiąże nas, nie polega na tym, by nieustannie być w bliskim kontakcie, by spędzać ze sobą każdy wolny czas, by z drugą osobą omawiać każdy fragment naszego dnia. Nie. Przyjaźń to bycie dobrym dla drugiej osoby, a to przenosi się także na nasze relacje z innymi ludźmi.

I jak jej nie doceniać?


Lifestyle Psychologia

Każda z nas ma ulubiony zapach, który poprawia nastrój. Jaki jest twój?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
4 października 2016
zapach
Fot. iStock /DmitriyTitov
 

Ulubiony zapach przywodzi na myśl miłe wspomnienia, cudowne chwile, do których chętnie wracamy. Tym chętniej, im bardziej potrzebujemy spokoju, odpoczynku i ukojenia. Gdy nadchodzą długie jesienne i zimowe wieczory, te zapachy towarzyszą nam częściej, jak przepustka do poprawy nastroju.

Może to być jednakowo zapach perfum rozpylony na ulubionym swetrze czy poduszce, nastrojowe świece czy płyn do kąpieli. Ważne, by pachniał tak, jak najbardziej lubimy.

Tymi zapachami otulamy się najczęściej 

Wanilia

Uważana jest za jeden z najlepszych antydepresantów, działa relaksująco. Jest chętnie wykorzystywany w perfumach, także  z powodu przekonania, że jest świetnym afrodyzjakiem. Pojawiają się sugeruje, że aromat ziaren wanilii łagodzi napięcie nerwowe, ponieważ uczestnicy badania z wykorzystaniem waniliowej aromaterapii czuli się radośniejsi i bardziej zrelaksowani.

Kawa

Aromat kawy to jeden z naszych ulubionych zapachów. Zdecydowanie pobudza i dodaje energii, z tego powodu lubimy nie tylko kawę pić, ale delektować się zapachem unoszącym się znad filiżanki. Zapach kawy odstresowuje, ale i doskonale sprawdza się jako poranny impuls do rozbudzenia.

Czekolada

Kojarzy się nam ze słodką przyjemnością, po którą chętnie sięgamy w różnej postaci. Poza tym, że ten zapach sprawia nam przyjemność, dodaje również energii. Dowiedziono, że wdychanie zapachu czekolady podczas nauki pozwala lepiej zapamiętać informacje.

Cynamon

Kojarzy się z babciną szarlotką. Ale udowodniono także, że wdychanie tego aromatu usprawnia, m.in. odpowiedź wzrokowo-ruchową, pamięć operacyjną i długość koncentracji uwagi. Badania wykazały, że rozpylony w powietrzu cynamon poprawia czujność oraz zmniejsza uczucie frustracji podczas symulacji uczestnictwa w ruchu drogowym. Co ciekawe, związki chemiczne wchodzące w skład cynamonu — aldehyd cynamonowy i epikatechina — przeciwdziałają chorobie Alzheimera.

Lawenda

Zapach lawendy działa uspokajająco oraz bakteriobójczo. Badania dowodzą, że w ciągu dwunastu godzin opary lawendy niszczą pneumokoki i paciorkowce.

Jabłka

Szczególnie w połączeniu z cynamonem kojarzą się ze świątecznym, rodzinnym czasem. Co ciekawe, przebadano 50 pacjentów cierpiących na przewlekłą migrenę, dając im do powąchania zapach zielonych jabłek. W efekcie ci, którzy uważali ten zapach za przyjemny, odczuwali zmniejszenie dolegliwości bólowych, a epizody migrenowe trwały u nich krócej.

Cytrusy

Znakomicie poprawiają nastrój, kojarzą się z czymś ciepłym, energetycznym. Zapachy cytrusów pomagają zredukować stres, orzeźwiają i dodają energii.


źródło: kobieta.wp.pl


Lifestyle Psychologia

In vitro to nie widzimisię. To moje pieniądze, moja decyzja i mój wybór. To często ostateczność

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 października 2016
Fot. iStock / oscarhdez

Coś ci powiem – nie rozumiem dlaczego w państwie, w którym płacę podatki, płacę składki na służbę zdrowia, nikt nie chce mi pomóc. Choć to już nawet nie o pomoc chodzi, ale o przywłaszczania sobie prawa decydowania za mnie. Nie dostanę 500 na dziecko, bo go nie mam. Chcę zajść w ciążę, ale państwo mi to skutecznie utrudnia.

30 tysięcy złotych. Tyle, z lekami, badaniami kosztowały mnie dwie nieudane próby in vitro. Dwie próby, które nie były żadnym  moim widzimisię pod tytułem: „A co się będę starać, zrobię sobie in vitro i spokój”.

Decyzję o ciąży podjęliśmy wspólnie z mężem. Byłam tuż przed 30-tką, nie nastawiałam się na zobaczenie od razu dwóch kresek na teście. Wiem, że czasami potrzeba na to czasu. Niepokoić się zaczęłam po roku. Jedna koleżanka zaszła w ciążę, druga miała problemy. A u mnie cisza. Zdecydowałam się na badania. Trafiłam na dobrego lekarza i… się zaczęło. A to coś z prolaktyną, a to z tarczycą. Okazało się, że mam hashimoto, dostałam leki, miało już być dobrze. Nie było. Badanie drożności jajowodów, po którym zemdlałam, a które nic nie wykazało. Zbadano mojego męża, mi przepisano leki, które miały polepszyć jajeczkowanie i zwiększyć szansę zajścia w ciążę.

Wiesz, teraz jednym z najmodniejszych słów w medycynie okazuje się być naprotechnologia. Rząd tyle o niej mówi, wspomina o budowaniu specjalnego ośrodka dla badań. A wiesz, co ja na to? Mnie ogarnia pusty śmiech, bo każda, KAŻDA para jaką znam, która nim zdecydowała się na in vitro przeszłą wszystkie badania, o których teraz z taką dumą mówi posłowie, jakby Amerykę odkryli.

My sami leczyliśmy się przez trzy lata. Badania, leki, wyniki, szukanie specjalistów najlepszych, jechaliśmy na drugi koniec Polski, żeby wykonać badania, które zlecał nam lekarz. Wszystko w imię chęci posiadania dziecka, wyleczenia się i spróbowania jeszcze raz.

Obok problemów z tarczycą, okazało się, że mam endometriozę. Bałam się robić kolejnych badań, by te nie wykazały, na co jeszcze choruję. Ilość leków, jaką zaczęłam przyjmować, żeby pokonać moją niepłodność odbiły się echem na moich stawach, nie mogłam chodzić. Zaczęłam się coraz gorzej czuć. Rozpoczęłam dietę, która miała mi pomóc w zwalczaniu chorób autoimmunologicznych, chodziłam na akupunkturę. Łapałam się wszystkiego, co mi wpadło do głowy. A z drugiej strony chciałam normalnie żyć, nie fiksować się na ciąży, tak, aby wszystko miało swój czas i swoje miejsce. To nie było łatwe…

Po laparoskopii dowiedziałam się, że muszę jak najszybciej zajść w ciążę, gdyż każde przyjmowanie hormonów przyspiesza nawrót endometriozy i kolejny zabieg. Więc do całej i tak trudnej sytuacji doszła jeszcze presja czasu. To wtedy lekarz zasugerował, że może byśmy poważnie pomyśleli o in vitro. Dla mnie była to ostateczność. Nie chciałam, chciałam spróbować wszystkich innych możliwych wariantów, nim zapadnie ta decyzja. Zdecydowaliśmy się na inseminację, ostatni właściwie krok przed in vitro. Nie udało się, zresztą lekarz nie pozostawiał nam żadnych złudzeń.

Właściwie zostaliśmy pozbawieni wyboru, bo zostało nam już tylko jedno. Znajoma czekała na in vitro z rządowego programu. Długo czekała, my nie mieliśmy już czasu. Kolejne leki, kolejne badania, kolejne pieniądze. Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że in vitro to morderstwo, to mordowanie zarodków. Zastanawiam się, czy ktokolwiek z tych wyrażających takie opinie choć pokłonił się nad całą procedurą? Chciał ją poznać?

Za pierwszym razem pobrano ode mnie sześć komórek jajowych. Byłam tak szczęśliwa, że w ogóle się nie zastanawiając podpisałam zgodę na adopcję pozostałych po zapłodnieniu. Tak, adopcję, żeby ktoś inny, kto ma jeszcze większy problem niż my, mógł z nich skorzystać. Można zarodki zamrozić i trzymać przez 25 lat dla siebie, po tym czasie automatycznie przechodzą one do adopcji, albo zgodzić się na nią od razu. Znajoma na adopcję zarodka czeka półtora roku. Kto mi powie, że miliony z nich są niszczone? Wyrzucane na śmietnik? To jedna wielka bzdura. Wiem to, bo z moich sześciu udało się zapłodnić tylko jedną komórkę… Jedną jedyną, która niestety nie rozwijała się w już w moim organizmie… Zrobiłam badanie krwi, nie byłam w ciąży. To, że się nie udało, to jedno… Ale odstawienie leków, moje samopoczucie… Koszmar. Tak bardzo wierzyłam, że się uda, że po tym co przeszliśmy, już nic nie może się wydarzyć. W końcu to in vitro. Zwłaszcza, że mojej koleżance się udało… Mi nie. Nam nie. Nie chciałam, żeby ktoś się nade mną rozczulał. Chciałam to przemyśleć, ułożyć nowy plan działania.

Wiesz, co jest najgorsze. Ta świadomość, że jest się z tym samemu. Mój mąż pracuje na dwóch etatach, oglądamy każdą złotówkę, by odłożyć ją na leki. On jest zmęczony psychicznie, bo też chciałby normalnego życia, a nie wstawać trzy razy w tygodniu o 3:50 do drugiej pracy i pracować w weekendy. Ja pracuję, plus mam własną działalność, żeby zarobić pieniądze na kolejne badania. Każde zwolnienie z pracy, każde badanie – nie masz żadnego wsparcia, nie ma jednego rozwiązania.

Przy drugim in vitro mieliśmy jeszcze jakieś odłożone pieniądze, rodzice też nam pomogli. Dostałam zwiększone do granic możliwości dawki leków, za pierwszym razem wydaliśmy na nie 1500 złotych, za drugim już ponad 2000 złotych. Rząd chce cofnąć refundację… Cena leków wzrosłaby wówczas trzykrotnie. Kogo będzie stać? Ile jeszcze można zrobić, by spełnić swoje największe marzenie, żeby zostać mamą, być rodzicami, mieć pełną rodzinę?

Za drugim razem pobrano 10 komórek… Zapłodniła się jedna, ale i tak słabo dzieliła. Nie chciałam tego słuchać, nie chciałam tej komórki, nie chciałam w ogóle robić sobie jakichkolwiek nadziei. A jednak coś drgnęło… Zadzwonili, żebym przyjechała, że będziemy próbować. Badanie krwi… Chyba jestem w ciąży. Jeszcze jedno. Tak, jestem na pewno. To był Dzień Matki, szalałam ze szczęścia, że warto było to wszystko przejść, umęczyć się, że te wyrzeczenia były po coś.

Niestety, ciąża przestała się rozwijać. I chyba nie to było najgorsze… tylko to, że musiałam czekać na poronienie, musiałam żyć z tą świadomością. Nie chciano zrobić mi zabiegu… A kiedy to się stało, bolało tak, że niemal nie byłam w stanie tego znieść… Zdruzgotało mnie to psychicznie i emocjonalnie. Jakby ktoś wyzuł cię z uczuć, ze zdolności odczuwania czegokolwiek innego poza smutkiem, bólem i otępieniem, które temu towarzyszyło.

To miało być nasze ostatnie in vitro. Ostatnia próba. Od lekarzy usłyszeliśmy, że teraz mają pełniejszy obraz naszej sytuacji, że może jeszcze raz, bo więcej wiadomo, a medycyna przecież cały czas posuwa się do przodu… Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. Nie mogę teraz odpuścić, teraz kiedy mam świadomość, że jeszcze nie wyczerpałam możliwości…

Rząd chce regulacji ustawy o zarodkach… Chce, by pobierana była tylko jedna komórka jajowa. Po raz kolejny ktoś chce decydować za mnie w imię własnego światopoglądu. Decydować o moich wyborach, moich decyzjach, o moich pieniądzach, bo przecież nikt mi za nieudane próby in vitro pieniędzy nie odda. Nie, oni wskażą komórkę, być może tę najsłabszą z moich wszystkich możliwych do pobrania, tę, której nie uda się zapłodnić! W imię czego, jakim prawem uzurpują sobie możliwość decydowania za mnie? Mój organizm nie jest w stanie wyprodukować komórki, która ze 100% pewnością będzie się nadawała do zapłodnienia. Teraz lekarze mogą próbować zapłodnić sześć, w moim przypadku nawet więcej ze względu na chorobę i czekać, obserwować, która okaże się tą najlepszą, tą, która pozwoli mi urodzić dziecko… Jeśli rząd wprowadzi zapowiadaną regulację nie będę miała już takiej możliwości. Co więcej, nie będę miała właściwie żadnych szans na zajście w ciążę. Ja i tysiące innych kobiet. Wiem, że są pary, które teraz podchodzą do procedury in vitro tylko po to, by pobrać komórki jajowe i je zamrozić, żeby móc spróbować jeszcze raz, odłożyć je, jeśli rząd faktycznie zechce zmienić ustawę. To jest przecież chore. W kraju, w którym mówi się o polityce prorodzinnej, w którym szacunek dla życia i dla drugiego człowieka głoszone są jako priorytety, ma się za nic zwykłego  człowieka i jego potrzeby. I to nie są potrzeby jednej osoby, jednej rodziny, jest ich całe mnóstwo.

Ktoś powie – możesz adoptować. Niby tak, ale jestem po poronieniu, pod opieką terapeuty, choroba obniża nasze szanse, a za chwilę mogą powiedzieć, że jestem za stara, zwłaszcza gdy czasami na dziecko czeka się kilka lat…

Dzisiaj cały czas wierzę w ten nasz cud. Gdzie jest granica? Jeszcze nie wiem. Ale wierzę już teraz ze świadomością, ze może się nie udać. Dopuszczam do siebie taką myśl, ale muszę zrobić wszystko, nie mam wyjścia. Chcę być mamą, chcę nosić dziecko pod swoim sercem, chcę je urodzić, a wcześniej poczuć, jak mnie kopie… Chcę przeżyć piękno macierzyństwa, dlaczego tak trudno to zrozumieć. Dlaczego tak łatwo ktoś chce mi to odebrać, a kto inny tak lekko osądza…


Zobacz także

Jedynacy mają większy kłopot z wiernością. Na to wskazują badania

Wiele już zostało powiedziane. Powtórzę więc najważniejsze: Mówimy NIE

5 powodów, dla których powinnaś pojechać w góry

5 powodów, dla których powinnaś pojechać w góry