Lifestyle

Kandelabr – jak wygląda? Wady i zalety tej fikuśnej pozycji seksualnej

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
6 września 2022
fot. Studio4/iStock
 

Kandelabr to jedna z mniej znanych pozycji seksualnych, która wymaga od kobiety dużej sprawności fizycznej. Bywa określana mianem włoskiego żyrandola lub pozycji odwróconego jeźdźca. Jak wygląda pozycja kandelabr? Komu sprawi największą przyjemność?

Kandelabr – czym jest?

Kandelabr to miłosna pozycja, która ze względu na konfigurację ciał podczas zbliżenia nazywana jest włoskim żyrandolem. Niektórzy dostrzegają w niej wieloramienny i rozłożysty świecznik. Jak zatem wygląda? Partner, ze złączonymi nogami leży na plecach. Delikatnie ugina stopy tak, by dotykały podłoża. Kobieta kładzie się na nim, ale nie całym ciałem, plecami skierowanymi do jego twarzy. Ciężar ciała opiera na rozstawionych po bokach ciała mężczyzny rękach i nogach. Plecy kobiety mogą opierać się na torsie partnera, jednak reszta ciała musi pozostać „w powietrzu”. Z pewnością, pozycja kandelabr wymaga od partnerki dużej sprawności fizycznej i dobrej kondycji.

Kto dowodzi?

Podczas zbliżenia w pozycji kandelabr partnerzy mogą wykonywać ruchy zarówno do przodu i do tyłu lub do góry i do dołu. Ruchy okrężne zapewniają kochankom lepszą stymulację. W trakcie współżycia zdecydowanie większą aktywnością musi wykazać się kobieta, która gra tutaj pierwsze skrzypce. Partner może pomóc kobiecie podpierając jej biodra i pośladki swoimi rękami. W przypadku, gdy to mężczyzna chce dowodzić, kobieta musi unieść swoje ciało nieco wyżej, tak by dać mu miejsce na ruch bioder.

Pozycja kandelabr sprawia partnerom wiele przyjemności i zapewnia mnóstwo doznań seksualnych. Ze względu na kąt odchylenia ciała kobiety, łatwo pobudzić punkt G, który znajduje się na przedniej ściance pochwy. Partnerka kontroluje siłę i intensywność ruchów, choć i partner może przejąć dowodzenie. Wiele uzależnione jest również od męskich dłoni, które niczym nieskrępowane mogą pieścić ciało partnerki.

Zobacz również: Seks hiszpański – na czym polega? Jak wygląda pozycja na Hiszpana?

Dla kogo?

Na pewno nie dla początkujących kochanków, którzy dopiero poznają swoje ciała. Tutaj potrzebne jest duże zaufanie i znajomość preferencji seksualnych drugiej osoby. Pozycja kandelabr polecana jest kobietom akceptującym swoje ciało, otwartym i pewnym siebie. Te skryte i nieśmiałe nie będą czuły się dobrze. Ułożenie ciał – kobieta na górze, mężczyzna na dole, doskonale sprawdzi się w przypadku par o dużej różnicy wzrostu.

Pozycja kandelabr – zalety

Pozycja określana mianem „włoskiego żyrandola” wyróżnia się wieloma zaletami. To niestandardowa i wyrafinowana forma zbliżenia, która zapewnia partnerom mnóstwo doznań seksualnych. W takim ułożeniu ciał łatwo o pobudzenie kobiecego punktu G. Mężczyzna może pieścić pośladki kochanki, w zamian za co „dostaje” intymny i niezapomniany widok. Ponoć seks w pozycji kandelabr pozwala kobiecie spalić dużo kalorii.

Zobacz również: Na jeźdźca – pozycja seksualna. Jak wzmocnić doznania?

Pozycja kandelabr – wady

W kontekście wad pozycji kandelabr często mówi się o dużej sprawności fizycznej i wytrzymałości wymaganej od kobiety. Zazwyczaj to partnerka wykonuje więcej ruchów, co dla wieku kobiet może okazać się niemałym wyzwaniem. Istotna jest również akceptacja swojego ciała, otwartość i pewność siebie. Pozycja kandelabr nie sprawdzi się w przypadku partnerów lubiących dowodzić i dominować. Tutaj kobieta gra główną rolę, mężczyzna jedynie w pewnym stopniu może przejąć kontrolę nad intensywnością i szybkością ruchów. Zdarza się, że tego rodzaju zbliżenie sprawia ból obojgu partnerom. Kształt pochwy nie zawsze odpowiada takiemu kątowi penetracji. Niekiedy, niedoświadczone kobiety, w wyniku niekontrolowanego ruchu doprowadzają do bolesnej kontuzji prącia.


Lifestyle

„Kocham się z mężem dwa razy w tygodniu, żeby nie znalazł sobie innej”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 września 2022
seks w stałych związkach jest milion razy lepszy
Fot. iStock / oleg66

Jestem zmęczona. Życiem. Walką o przetrwanie, każdym dniem. Seks jest na ostatniej liście moich priorytetów. Ale nie mówię o tym partnerowi, bo nie chcę go ranić, burzyć naszej dobrej rodziny.  I nie chcę, żeby odszedł, bo go nie zaspokajam.

Jest przed północą, właśnie wywiesiłam ostatnie pranie. Ale nie położę się jeszcze, pies popiskuje pod drzwiami, mąż był z nim godzinę temu, ale chyba ma problemy żołądkowe. Pies, nie mąż. A nie, mąż też dzisiaj miał– trzy dni chorowaliśmy na jelitówką. Akurat przed rozpoczęciem roku szkolnego i przedszkolnego. Witaj wrześniu.

Ale miało być o seksie.

Nie mam na niego siły, ochoty, nie mam mocy. Moje ciało każdego dnia jest nadużywane, szarpane, męczone. Przez dwulatka, który nieustannie pragnie mojej bliskości. Przez pięciolatkę, która chce się bawić, przytulać i być tak samo istotna, jak brat. W końcu przed piętnastolatkę zaczynająca swój bunt. Przez szefową, która nie rozumie, że praca zdalna to nie praca 24 godziny na dobę. Przez rodziców. Przez przyjaciółki. Przez wysiłek. Każdego dnia. Intelektualny i fizyczny. Ponad miarę.

Gdy kładę się wieczorem do łóżka i czuję na sobie czyjś jeszcze dotyk, mam ciary ze wstrętu. Moje ciało mówi „nie”. Dość, nie dotykajcie mnie. Nawet jeśli dotyka mnie mąż. Facet, z którym uwielbiałam seks.

Jeśli mam kilkanaście minut przerwy w kieracie w ciągu dnia, a mąż chce wtedy seksu– kulę się, bo te kilkanaście minut mogłabym poświęcić na drzemkę. A muszę na wysiłek. Znów na jakieś staranie się. Żeby komuś było dobrze. I nie chodzi o to, że mąż się nie stara– stara. Chodzi o moje zmęczenie. I moją potrzebę zawinięcia się w kokon– to dla mnie teraz jedyny odpoczynek.

On też jest zmęczony. Bierze kolejne zlecenia. Budujemy dom. Kredyt rośnie, materiały drożeją.
Oboje żyjemy w lęku– tylko on odreagowuje seksem, a ja nie potrafię.

Brakuje mi codziennej bliskości, ciepła, rozmów, przytulenia– wszystkiego, co mieliśmy kiedyś. Przed rodziną– o której zresztą oboje marzyliśmy.

I mam wyrzuty sumienia, że nie mam siły na ten seks. Nie chcę być uznana za zimną żonę, nie chcę, żeby mówił to, co mówią inni faceci o żonach: że tylko marudzą, narzekają, że zamieniły się w matki Polki, są aseksualne. Wiem, bo mój facet ma kumpli. Niby nie ma między mężczyznami wywlekania brudów, ale jednak widać, że ostygli emocjonalnie.

Dlatego minimum dwa razy w tygodniu zwalczam zmęczenie i się kocham. Bo nie chcę, żeby on ode mnie odszedł, żeby się rozglądał. Nie leżę wtedy, jak kłoda– zaskakuję, staram się. I nawet ostatecznie jest miło, ale nie ma we mnie ognia. Nic. Zero.

Co się ze mną stało, że z wesołej, zabawnej dziewczyny, z którą można konie kraść zamieniłam się w kobietę, która nie ma kontaktu z ciałem i która nie potrzebuje seksu?

Dlaczego kiedyś mogłam zarwać noc dla ostrego seksu, a teraz myślę, ile mi zostanie snu jeśli będę się kochać?
Przestałam też lubić długi seks, on mnie tylko drażni.

Na forach dla matek czytam, że u większości kobiet jest podobnie.
Czasem zastanawiam się, co myślą o tym mężczyźni. Czy też w skrytości ducha przestają chcieć tego seksu i robią to dla kobiety? Jak ja dla męża?


Zobacz także

Uważajcie na słowa, czyli błędy przy organizacji ślubu i wesela

Bridget Jones na deptaku… czyli jak wyjść na plażę z podniesioną głową. Akcja „7 dni dla siebie”, wyzwanie #4

Czy kiedykolwiek zastanawiałaś się, co twoja prababcia nosiła w torebce?