Lifestyle

Nigdy nie wiesz na kogo trafisz w autobusie…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 listopada 2015
Fot. Flickr / CC BY
 

Nie wierzę w pecha przyniesionego przez czarne koty, piątki 13-go, czy przechodzenie pod drabinami. Na widok kominiarza nie łapię się za guzik i nie spluwam przez lewę ramię. Rude nie oznacza dla mnie „fałszywe”, a z ludźmi głoszącymi teorie spiskowe jest mi zdecydowanie nie po drodze…

Jednak, jak wiecie, istnieje takie niespisane prawo w przyrodzie, że przeciwieństwa się przyciągają… Znacie to? Wsiadacie do autobusu, wyjmujecie książkę (tę, „komunikacyjną”, do czytania w drodze właśnie), a kiedy na następnym przystanku kierowca otwiera drzwi, pojawia się w nich ON. Albo ONA. Istota płci wszystko jedno jakiej, która ma tylko jeden cel: przekonać jak najwięcej osób do jedynej słusznej racji. Do swojej racji. A racja ta może dotyczyć: inwazji kosmitów, katastrof lotniczych z udziałem głów państwa, nadchodzącej zagłady, najazdu Hunów, ostatniej reklamy soków „Tymbark”, sześciolatków w szkole, dziewięćdziesięciolatków na ławce w parku, piosenek na festiwalu Eurowizja, kobiet w sejmie i ogólnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju i na świecie.

Tak, czy siak, wiesz dobrze, że gdy takie indywiduum nie daj Boże złapie z tobą kontakt wzrokowy, to umarł w butach. Zostałeś wybrany.

Ja zostałam wybrana wczoraj rano, wracając z przychodni po rutynowym badaniu kontrolnym i to nawet bez kontaktu wzrokowego. Spokojnie, nie spodziewając się ataku, stanęłam przy oknie i wyciągnęłam ulubiony tygodnik, otwierając go na stronie z felietonem ulubionego autora. – Oj – usłyszałam dwie sekundy później, tuż za prawym uchem – Sprzedają jeszcze takie szmatławce? Niech pani się nie ogłupia. Młoda osoba powinna mieć swój rozum.

Niewysoka pani w średnim wieku i w czerwonym palcie mruga do mnie porozumiewawczo: ona mi teraz wszystko wytłumaczy.

Uśmiechnąć się grzecznie w milczeniu czy nie zareagować wcale? Wybieram to drugie, bo wewnętrznie zaczyna mną telepać. Spokój, tylko spokój. Przechodziłaś przez to nie raz, dasz radę i tym razem. Kontynuuję lekturę, niewzruszona na zewnątrz, a w myślach liczę ile to jeszcze przystanków. – Niech pani nie udaje – pada za chwilę – Jeszcze nie jest za późno. Ja mam tutaj taką książkę, gdzie jest wszystko napisane, wytłumaczone… Jak oni nami sterują, proszę pani.

Oj, niedobrze. Trafił mi się typ: misjonarz. Nadal nie mówię nic, ale kątem oka łapię radosne spojrzenia współpasażerów. Wyglądają, jakby się cieszyli, że mają taką urozmaiconą podróż. Milczeć, przesiąść się, grzecznie poprosić o zaprzestanie ofensywy?… Czytałam gdzieś, że w takich sytuacjach należy bezwzględnie zachować spokój, żeby nie prowokować i nie pogorszyć sytuacji. W końcu nigdy nic nie wiadomo…

– Im zależy na tym, żeby pani w to wszystko wierzyła. Te kolorowe zdjęcia, te reklamy. Oni chcą panią kupić! – moja prześladowczyni już prawie krzyczy, stoi też teraz zdecydowanie bliżej niż na początku naszej wspólnej podróży. Kolejny raz mój brak asertywności daje mi się we znaki. Jeszcze jakieś 20 minut jazdy. Przez ten czas wiele się może wydarzyć.

– Ma pani rację – mówię więc tak przekonująco, jak tylko potrafię – Im nie można ufać. Manipulują nami jak się da. Ostentacyjnie składam ulubiony tygodnik i wrzucam go do torby. – A w ogóle, chrzanić to wszystko! Naprawdę jestem zbulwersowana.

Nieświadomie wywołuję reakcję, której się zupełnie nie spodziewałam. Pani w czerwonym palcie otwiera szeroko usta, i jeszcze szerzej, szaro-niebieskie oczy.
– Tak pani myśli?… – jej niepewne pytanie dodaje mi skrzydeł.

– Oczywiście – płynę dalej – Ja uważam, że to w ogóle skandal, to co oni robią, proszę pani, tak po prostu nie można! Trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej będzie coraz gorzej! Ja mam nawet kilka pomysłów, żeby im w końcu pokazać!

Czerwony paltocik ucieka gdzie pieprz rośnie, czyli na drugi koniec autobusu, kryjąc się za plecami pokaźnego jegomościa ze skórzaną teczką.

– Niech pan uważa – słyszę jej teatralny szept – To jakaś wariatka. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi w takim autobusie…


Lifestyle

No diamonds today, czyli jak się dałam złapać na „Żony Hollywood”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2015
Fot. Screen z YouTube / pudelektv
 

Zaczęło się niewinnie. – Włącz sobie, raz można obejrzeć, pośmiejesz się – mówiła znajoma. – Naprawdę, to jest zupełnie inny świat, inne problemy.

Na co mi inne problemy? Mam swoje, własne. I dlaczego mam się z nich śmiać? No, ale skoro tak namawiają… I telewizja też obiecuje cuda mamiąc bajecznym relaksującym spotem, w którym pięć prawie identycznych (choć podobno w różnym wieku) blondynek kroczy po kalifornijskiej plaży dumnie wypinając biusty. No a poza tym trzeba promować to, co polskie. Trudno, włączyłam… I tak właśnie zostałam wierną fanką programu Żony Hollywood.

Jak to się stało? Nie pytajcie mnie, sama nie rozumiem tego fenomenu. Tak, oglądam i nie wiem dlaczego. Co tydzień siadam przed szklanym ekranem i niby przypadkiem przełączam kanał na ten emitujący mój ulubiony program. Już są… Wszystkie bajecznie bogate i spełnione (poza jedną, która stara się o dziecko). Wszystkie niemiłosiernie kaleczą język ojczysty (a bywa, że również język angielski) deklarując jednocześnie miłość do ojczyzny i polskiej kultury. Wielbicielki „szanelek”, „labutinów” i „witonów”, a także małych piesków w szytych na miarę ubrankach od światowych projektantów… Co ja oglądam?!

– Stanlej! Gdzie on jest, ten mój mąż – woła z ekranu elegancka Helena, która planuje właśnie eleganckie party w swoim olbrzymim, eleganckim domu – Zabieram się do roboty – w jej przypadku oznacza to wykonanie kilku telefonów –  Dom, w który mieszkam kupiliśmy od Michael Jordan. Każdy pyta, kto był twoim dizajnerem (…) Niestety ja to urządziłam.

Niestety, wygląda na to, że to prawda. Wnętrza przytłaczają zamierzonym przepychem: wielkie lustra w złoconych ramach, olbrzymie obrazy przedstawiające polskich królów i meble a la Ludwik XIV. Plus stolik kawowy wypatrzony u Sylwestra Stallone. Czy jest jakaś metoda w tym szaleństwie?

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

– Hany – mówi inna, słodka blondynka do swojego męża, biznesmena o azjatyckiej urodzie otwierając rocznicowy prezent – No diamonds today?… No i rzeczywiście, piękne opakowanie zawiera tym razem „jedynie” oprawiony w szlachetny metal zegarek pewnej szwajcarskiej firmy.

No diamonds?! Spoglądam rzewnym wzrokiem na mojego pochrapującego na kanapie męża oraz omdlewający wiecheć różyczek podarowanych z tej okazji, że drogi małżonek zapomniał o innej okazji. Znajoma miała rację: inne problemy, inny świat. Ale, jak to wciąga!

Po kilku odcinkach coś we mnie pęka. Czuję w sobie wewnętrzną sprzeczność. Kiedy część mnie mówi: „Nie oglądaj, wyłącz, przełącz na jakiś wartościowy program”, druga kusi: „Jeszcze tylko zobacz, jak ona sobie poradzi z tym tygodniowym ograniczeniem wydatków na kosmetyczkę do 10 000 dolarów”. Dosyć! Postanawiam podzielić się swoją tajemnicą ze znajomymi z pracy. Kiedy zagaduję koleżankę, (tę, która czyta Kantora i Różewicza), czy wie może co to za program, ona wyznaje bez skrępowania – Pewnie, sama oglądam. No jasne, że obciach, ale wiesz, to niesamowicie wciąga. Patrzysz i się zastanawiasz, czy bogactwo nobilituje głupotę. Taki socjologiczny eksperyment. – O tak, eksperyment! – przyznaję jej rację i od razu czuję się usprawiedliwiona. Chociaż, cholera jasna, dlaczego ja się w ogóle muszę usprawiedliwiać? To już nie mogę oglądać tego, co chcę?! No i właśnie, dlaczego ja właśnie TEGO chcę…?

– A widziałyście tę blondynę, co nakładała sobie na twarz ślimaki? – zagaduje inna koleżanka, która od kilku minut udaje, że nie podsłuchuje naszej rozmowy.

– No, to była Kinga. – gruby głos naszego szefa rozbrzmiewa tuż obok. – A ty skąd wiesz? – pytamy prawie chórem – Żona ogląda, to ja nie mam wyjścia – mówi lekko zawstydzony, ale zaraz przyznaje, że i jego „wciągnęło” – Bo to takie głupie, tego się nie da nie oglądać… Oni to specjalnie tak pokazują, żebyś chciała wiedzieć, co jest dalej. Jak im się życie potoczy, co głupiego jeszcze wymyślą. Ale przedstawiają te dziewczyny w taki sposób, żebyś je jeszcze polubiła, przywiązała się do nich.

– Czyli co, padliśmy ofiarą jakiejś manipulacji? – lecę Macierewiczem, ucieszona, że mogę poczuć solidarność ofiar tej telewizyjnej mafii, która postanowiła nam takie świństwo zrobić, w tak perfidny sposób uzależnić od przygód Żon z Hollywood.

– E tam, my po prostu tacy jesteśmy. Podglądacze. Interesuje cię to życie, którego nigdy nie będziesz miała. Oglądasz, bo chcesz. – pozbawia mnie złudzeń wielbicielka Kantora i Różewicza. – Patrzysz na jedną, drugą, myślisz, no dobrze, tyle mają kasy, a jak brzydko ten dom urządziły. Ja to bym zrobiła inaczej. I od razu ci lepiej. I żal, że ten dom nie twój, też trochę mniejszy…

Wobec takiej riposty jestem bezbronna. Czyżby naprawdę chodziło o tak niskie uczucia? W ramach buntu, w środowy wieczór nie włączam telewizji. Parzę zieloną herbatę, przeglądam miesięcznik psychologiczny. Z zadumy wyrywa mnie dźwięk SMSa. Potem następnego i jeszcze jednego. „ Pamiętaj, 21:50 ;)” brzmią mniej więcej, wszystkie trzy.


Lifestyle

Słaba płeć… Kobieto, jak to dobrze, że chociaż na ciebie zawsze można liczyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 listopada 2015

Mniej więcej rok temu wydarzyła się w moim (choć nie tylko moim) życiu sytuacja, która spowodowała lawinę refleksji. O tym jak silne są kobiety i z czego to wynika. Niestety, wzniosłym tym myślom, towarzyszyły inne, bardziej przyziemne, dotyczące panów.

Znajomi zaprosili nas na kawę i ciastka. Długo się nie widzieliśmy, na tyle długo, że oni nie zdążyli jeszcze poznać naszego półrocznego syna. My natomiast nie zdążyliśmy poznać pewnej niepokojącej informacji dotyczącej stanu zdrowia Ali. – Mam nowotwór piersi. Czekam na zabieg mastektomii – powiedziała, krótko i bez ogródek, podając nam z uśmiechem łyżeczki do malinowego sorbetu. Przełknęłam ślinę. – No, to walczymy? – wypaliłam głupio. – Jak najbardziej. Nie wyobrażam sobie, żeby miało się nie udać – usłyszałam w odpowiedzi. Przytuliłyśmy się mocno, tak mocno, że poczułam w sobie jej wewnętrzną energię i wolę walki. To była jedna z tych chwil, które zapadają w pamięć i które przywołuje się w chwilach zwątpienia, czy załamania.

Kątem oka zdążyłam dostrzec przerażoną minę mojego męża. Wyglądał zupełnie tak, jakby guz piersi był wirusem roznoszącym się przez dotyk lub prądkowanie. Albo jakby podczas lotu samolotem właśnie ogłoszono, że na pokładzie znajduje się dziesięciu dżihadystów. Spojrzałam na męża Ali, jego łzy w oczach, bladą jak elegancki papier listowy cerę i drżące dłonie. W jednej chwili zrozumiałam, kto tu jest dla kogo wsparciem w tej trudnej sytuacji.

Nie spodziewałam się jednak, że trzy tygodnie później Wojtek zdezerteruje i wyprowadzi się do mieszkania po swojej babci. Ala zabieg usunięcia prawej piersi, okres rehabilitacji i oczekiwania na następne wyniki przeżyła przy gorącym wsparciu swoich rodziców (choć tata przeszedł w tym czasie załamanie nerwowe) i przyjaciółek. Mąż wysłał dwa smsy: „Mam nadzieję, że dobrze się czujesz i wszystko jest w porządku. Wybacz mi, tak bardzo się o Ciebie bałem, że musiałem odejść” oraz „ Zapłać proszę rachunek za komórkę, bo zapomniałem. Kocham Cię.”

Podobno dzwonił w zeszłym miesiącu. Chciałby wpaść na święta, może nawet się z powrotem wprowadzić. Dowiedział się od wspólnych znajomych, że wyniki Ali i rokowania są dobre.
Kilka miesięcy po pamiętnym spotkaniu u Ali i Wojtka, ówczesna szefowa mojego męża borykała się z chwilowymi problemami finansowymi swojej firmy. Podjęła decyzję o zwolnieniu jednego z pracowników. Dylemat, ale krótkotrwały pojawił się w momencie wyboru między bardzo kompetentną i solidną pracownicą, a przeciętnym i niezbyt rozgarniętym pracownikiem. – Wiesz, ty sobie poradzisz, jesteś kobietą – usłyszała Ona odbierając od swojej szefowej dokument o rozwiązaniu umowy – Paweł by się kompletnie załamał, nie mogę mu tego zrobić. Wiesz, jak to jest z facetami.

„Ona” poradziła sobie bardzo dobrze. Utratę pracy, którą traktowała jako pasję okupiła jednak zdiagnozowanymi przez lekarza początkami depresji, niewielkim długiem oraz poczuciem ogólnej niesprawiedliwości.

Mam sąsiada. Rubaszny pan w średnim wieku o bliżej nieokreślonej profesji, większość czasu spędza na podwórku pod blokiem, komentując rzeczywistość z właściwym sobie, wyostrzonym dowcipem. Wczoraj, gdy lokatorka spod trójki, pchając wózek zapełniony siatami z Leclerca, siłowała się z żelazną bramą naszej furtki, on był na miejscu i nie zawiódł mnie. Dziewczyna jedną nogą przytrzymywała wózek, drugą zagradzała drogę zwiewającemu gdzie pieprz rośnie, rozwrzeszczanemu dwulatkowi. Jednocześnie siłowała się z ciężką furtką.

– Ma kobita krzepę – cmoknął z podziwem, nie ruszając się na milimetr z ulubionej miejscówki. – Nie wstyd panu – nie wytrzymałam, spiesząc Matce Polce na ratunek – Widzi pan, że ciężko i nawet pan palcem nie ruszy – hamowałam cięty język, jak tylko mogłam. – E tam – odparował sąsiad – Widać, że wyćwiczona. Poradzi sobie. Niby delikatna, niby słaba płeć, a obróci raz-dwa jak koń w polu. Miała siłę urodzić, to i da radę kluczyk przykręcić – wybuchnął śmiechem, tak bardzo spodobał mu się ten żarcik.

Zacięłam się dziś w palec. Nieuważnie, przygotowując ulubioną zupę pana domu, uruchomiłam blender zbyt spiesznie (przecież ON jest głodny, nie może czekać). Krew trysnęła jak w horrorze klasy D, a ja słabym głosem zawołałam: – Kochanie, przynieś mi proszę, plaster z łazienki. Przycięłam sobie palec. Odpowiedź nadeszła natychmiast: – Idź sama, jak bardzo nie leci. Wiesz, że nie mogę patrzeć na krew. Zawsze się denerwuję, że coś poważnego ci się stało… Poza tym, muszę się położyć, mam chyba katar.

Kobieto, jesteś wielka! Siłę do walki z przeciwnościami losu odnajdujesz nawet wtedy, gdy ten, dla którego walczysz dawno już dał dyla. Zaciśniesz zęby, otworzysz tę furtkę, pokonasz chorobę, znajdziesz nową pracę. A w międzyczasie nie przestaniesz być silnym, męskim ramieniem dla wszystkich, którzy tego potrzebują. Jak to dobrze, że choć na ciebie można liczyć!