Lifestyle

NieMADKA. Kto ma prawo moją macicę i biust oceniać?

Poli Ann
Poli Ann
19 kwietnia 2019
Fot. iStock / phaustov
 

I znowu widzę, że Internet huczy. Nagłówki biją kolorami po oczach. Wow! Niesamowite! Masakra! Nie do wiary! Co się stało? – pytam się na głos, myśląc, że może tsunami, trzęsienie ziemi czy wybuch elektrowni gdzieś ma świecie. Ale nie. To u nas. Katastrofa narodowa, tak KATASTROFA, bo jakaś gwiazdka nakryła wózek pieluchą tetrową i tym samym wszystkie madki Polki wylały na Bogu ducha winną dziewczynę wiadra pomyj. Gigabajty hejtu rzecz dokładnie ujmując, określając ją mianem morderczyni. Bo bakterie, bo dziecko się udusi, bo to niezdrowo, bo nieodpowiedzialna i głupia, bo bo bo…
I takie katastrofy dzieją się w internetach niemal każdego dnia i całe rzesze rzeczonych madek z wypiekami na twarzy zapewne, gotując się w sobie, udzielają biednym celebrytkom rad, jak to prawidłowo należy pielęgnować dziecko. A ja, chcąc nie chcąc, widzę te artykuły, bo przecież trudno ich nie zauważyć skoro nagłówki ogromne, miliony wykrzykników i kolory nachalne. I szlag mnie trafia jak czasem już kliknę na ów link, przeczytam te całe trzy zdania napisane przez jakiegoś dwudziestoletniego guru dziennikarstwa, a następnie zajrzę w komentarze. Tu to już dżungla bezlitosna, bo nienawiść taka tam agresywna, że się czasem własnego telefonu boję. A jak, nie daj Boże, ktoś nieśmiało napisze, że to czyjaś osobista sprawa albo ostrzej się wypowie, że nic im do tego, kto co na wózku wiesza, to już całe tłumy wrzeszczących wykrzyknikami i emotkami madek stają w obronie maltretowanego niemalże dziecka.

Co się dzieje pytam? Kiedyś to co najwyżej się teściowa wtrącała albo sąsiadka jakaś nachalna z radami nie od parady przychodziła. A propos tego właśnie, ostatnia zasłyszana przeze mnie rada, że mało z krzesła nie spadłam? Dziecko potrzebuje cukru i ta życzliwa, babcia dzieciaka dodajmy, mimo zakazu matki owej dziecinie cukier łyżeczką dawała, co by energii jej nie zabrakło (dziecinie oczywiście, a nie babce). I choć mnie krew zalewała i zalewa nadal jak takie głupoty słyszę, to jestem w stanie jakoś sobie to wyjaśnić. Wiadomo, inne pokolenie, doświadczenia życiowe, gdzie bieda często z nędzą w parze tańcowały, toteż rumiane, pulchne poliki były oznaką i zdrowia, i dobrobytu. A dziś?

W internetach widać, że mamy kilka milionów ekspertów w dziedzinie macierzyństwa, którzy o każdej porze dnia i nocy są gotowi nieść pomoc wirtualną albo, i rzucać jadem zaciekle najpierw w bohatera postu (najczęściej niemowlaka tudzież jego opiekunkę prawną), by następnie samych siebie tymże jadem opluwać.

Zapytacie, po cholewkę czytam coś, co mnie z równowagi wyprowadza? Ano najpierw mnie to bawi. I najczęściej tak się dzieje, jak czytam, że dziewczyny już w 5 tygodniu idą na USG i z płaczem wychodzą z gabinetu (zostawiwszy lekarzowi stówę albo dwie), bo zarodka nie widać. Dodam, że i ja dziecko powiłam dekadę temu i też na USG prawie z testem ciążowym w ręku leciałam. Na szczęście jakiś mądry lekarz oświecił mnie i ostudził zapędy tłumacząc, że zarodek za mały jeszcze, że najprawdopodobniej nic nie będzie widać i po co się stresować. Poszłam więc za jakiś czas i ujrzałam na monitorze tę malutką plamkę, która dziś mnie czasem do szału doprowadza.

A wracając do tematu. Po kiego grzyba tak szybko to sprawdzać, najlepiej z płcią od razu, by po kwadransie wyjść w stresie i telepać się w nim ze dwa tygodnie, bo dopiero wtedy zarodek, mówiąc fachowo, się zagnieździ i mamusi w całej okazałości się ukaże? I żeby była jasność: NIE JESTEM PRZECIWNIKIEM BADAŃ!!! Moja ciąża była trudna i latać po specjalistach musiałam naprawdę sporo i łzy wylewałam, bo powód ku temu naprawdę był (nikomu nie życzę).

I z takich napalonych, wyedukowanych przez Wujaszka Google’a madek, co to wszystko wiedzą najlepiej, faktycznie śmiać mi się chce do rozpuku. Wtedy też zachodzę w głowę jak nasze matki nas urodzić zdołały bez takiej ilości badań, internetu i z mlekiem od krowy na dodatek? Dziw jak one w ogóle w ciążę zaszły? Ale jak czytam komentarze typu, że kobieta, która nie rodziła naturalnie i nie karmiła piersią to żadna matka, no to do jasnej Anielki aż się we mnie gotuje!!! I para mi idzie uszami. Nosem zresztą też.

A kto ma prawo moją macicę i biust oceniać, moje macierzyństwo poprzez pryzmat sposobu rozwiązania ciąży i karmienia dziecka kwestionować?? Do jasnej ciasnej, aż mi się eufemizmy wyczerpują, jak o tym pomyślę. I nawet jeśli urodziłam przez cięcie i karmiłam butelką, bo mi się tak żywnie podobało, to chyba moja sprawa i co najwyżej lekarz może krytykować takie podejście, ale nie rzesze obcych bab!!! A co mają powiedzieć te matki, ze mną na czele podkreślę, które naturalnie dziecka ze względów i fizjonomicznych, i zdrowotnych by nie urodziły? I ze względów medycznych karmić nie mogły? W ciążę miałyby nie zachodzić? No litości!!! W czym ja jestem gorsza? Matką nie jestem? Bo bóli porodowych nie znam? A wyobraźcie sobie, że znam. Przez kilka godzin miałam tę wątpliwą przyjemność je odczuwać. Bo nie wiem jakie to uczucie, gdy bobas ssie pierś? Ano nie wiem. Pamiętam natomiast doskonale ból, gdy pokarm mi zasuszano i gdy po cesarce na pół zgięta szłam do toalety i siku bałam się zrobić z obawy, że mi szwy pójdą. O grubszej robocie nawet nie wspomnę.

Swoje wypłakałam dowiedziawszy się, że ani nie urodzę naturalnie ani do piersi dziecka nie przystawię. Wyrzuty miałam jak stąd na Marsa, a tu jakieś anonimowe ekspertki mają czelność w wątpliwość poddawać kimże ja jestem?? Miesiąc po porodzie, gdy hormony mi jeszcze w ciele pijane tańczyły, to bym pewnie w łeb se dała albo w najlepszym wypadku w depresję wpadła. Dziś kiedy czytam lub słyszę tego typu teksty to patrzę dumnie po prostu na siebie i na moje dziecię, i przypominam sobie, ile milionów buziaków mi ono dało, ile przytulasów, i ile tysięcy razy mi powiedziało, że jestem najcudowniejszą mamą (tak, mamą) pod słońcem. Dałam życie, pielęgnuję najlepiej jak potrafię, kocham całym sercem. To chyba ma znaczenie?!

Moja latorośl rozwija się prawidłowo, uczy bardzo dobrze, ma wiele talentów, jest radosna i mądra. Szybko nawiązuje kontakty z rówieśnikami i jest lubiana.
Co z tego, że nie musiała się przepychać przez kanał rodny i że wyrosła na Bebiko? Co z tego, że nie wiem jak wygląda koniec porodu naturalnego (początek znam) i że cycki moje mlekiem nie płynęły? Żeby zasłużyć na miano matki muszę rodzić najlepiej dwie doby, tarzać się w kałuży krwi, mieć ciało poorane rozstępami (cholera o tym zapomniałam napisać, rozstępów nie mam…ale spokojna głowa, cellulit już tak), być szytą na żywca przez jakiegoś rzeźnika, a nie przez ginekologa z powołania? I jeszcze sutki pogryzione przez własną dziecinę mieć powinnam, też do krwi, a jakże! Tak wtedy faktycznie ta martyrologia warta jest określenia MAMA.

Więc na koniec powiem, że choć cycki i macicę mam nienaruszone, a blizna po cesarce ślicznie się zagoiła na dodatek, to dumnie odwracam głowę, gdy mój skarb woła „mamusiu”. I w poważaniu mam ten hejt madek, które swoją energię kierują w stronę telefonu tudzież laptopa, zamiast zająć się po prostu swoimi pociechami. A co!


Lifestyle

Święta, święta i po świętach

Poli Ann
Poli Ann
23 kwietnia 2019
Fot. iStock / LittleBee80
 

Święta, święta i po świętach. Tyle roboty, szykowania, zakupów i sprzątania. A tu jak z bicza strzelił. Było i się skończyło. Jeszcze w sobotę podłogi myłam, żur gotowałam, chałupę ustrajałam. Tu gałązki, tam bukszpan i stroiki z jajeczkami. Dziatwę, sztuk dwie plus głowa rodziny, z koszyczkiem z rana do kościoła wyprawiłam, by mieć spokoju trochę. Jeszcze na pieszo im kazałam iść, by pod prysznic wleźć, paznokcie pomalować i może jeszcze maseczkę na zmęczone lico nałożyć. Alem przypomniała sobie, że jeszcze mięsiwo udusić muszę, więc domowe SPA musiało poczekać dobre dwa kwadranse, bo żeberka pokroić trzeba było, przyprawić i w omaście miodowej zanurzyć.

Gdy zadanie wykonałam ochoczo udałam się do łazienki lśniącej tak, że biała rękawiczka Perfekcyjnej Pani Domu pozostałaby bielusieńka. A tu nagle trach! Wody ciepłej brak. Na śmierć zapomniałam, że na dwie godziny mieli wyłączyć. Akurat teraz, kiedy stoję w czyściutkiej łazience tak jak mnie Pan Bóg stworzył! Trudno, trza być twardym nie „miętkim”. Zimnym prysznicem się potraktowałam. Ponoć cellulit zabija. Czy coś zabiło to nie wiem, bo gęsiej skórki dostałam. Orzeźwiłam się, maseczkę błotną nałożyłam, rozłożyłam pilniki i lakiery, by pazury ogarnąć. To był mój czas. Na bóstwo się może nie zrobiłam, ale ogarnęłam przyzwoicie.

Kawę nawet sobie zrobiłam i kontemplowałam ciszę. Jeszcze pół godziny i zacznie się młyn. Dzieciaki wpadną i będą się kłócić o to, co kto je ze święconki. Mąż będzie doglądał garnków i wyjadał po kryjomu. A niebawem nadjedzie reszta familii. Rodzice jedni i drudzy, ciotka Halinka od strony mamy i wujek Jędruś od strony męża. Kuzynka moja jedyna z rodziną na Kanary uciekła wygrzewać się w słońcu, bo świąt rodzinnych ma ponoć po dziurki w nosie i wypięła na nas swoje cztery litery (w sumie to z sześć, bo przytyło się jej ostatnio) zostawiając mnie tym samym samą z przygotowaniem świąt.

I nastała godzina W jak Wielkanoc. Nadjechali szumnie i głośno. Weszli równo, wyperfumowani i wyfryzowani. Z milionem toreb, walizek i siatek. Mamy nagotowały wszystkiego co możliwe, choć tyle razy prosiłam, że nie trzeba. Wujek przywiózł naleweczki, a ciotka Halinka napiekła ciast twierdząc, że przytyć muszę, bo w mieście chude wszystkie te baby jak szczapy, a że chłopaki pojeść lubią, to się nie zmarnuje. Od razu wzięły się dziewczyny za szykowanie. Wujek domył okna, bo coś cholera zauważył (a jak tak szorowałam). Mama doprawiła żur, bo oczywiście posmakować już zdążyła i stwierdziła, że śmietany dodać trzeba. Teściowa natomiast zastawę zaczęła wyjmować, choć mówiłam, że chcę na zwykłych talerzach, tych kwadratowych z Ikea. Dzieciaki już bałagan zdążyły zrobić w swoim pokoju i wyjadły pół święconki nabrudziwszy niemiłosiernie. Kilka minut i armagedon wielkanocny gotowy. Dobrze, że maseczkę zmyć zdążyłam i pazury pomalować na piękny turkus, co ciocia Halinka już po swojemu skomentowała, że czerwień ponadczasowa i elegantsza.

W sobotę jeszcze pokładów cierpliwości mi starcza, w niedzielę już trudniej szczególnie, gdy ciotka budzi wszystkich skoro świt, by na rezurekcję zdążyć. A ja tak marzyłam żeby sobie pospać. Potem dziewczyny, mamy znaczy się, zaczęły wędrować do łazienki, każda po kolei, pospieszając się nawzajem, co by do kościoła wyjść punktualnie. Hitem było pytanie, czyja to szczęka leży przy umywalce. Czy to Bogusi czy Halinki, na co moja matula kochana, rzeczona Bogusia, krzyczy z salonu, że ona swoją już założyła, Zenka przy łóżku leży, a ta w łazience to Jędrusia chyba, bo sama też myślała, że to jej, ale przymierzyła i latała jej trochę…No padłam. Ze zmęczenia, bo to piąta rano była i ze śmiechu. Nie ma co, z taką bandą nudów nie będzie.

Śniadanie było uroczyste, z przemową teścia. Trochę przydługą jak zwykle i starym sucharem na końcu. Stół suto zastawiony, mamy i ciotka o wszystko zadbały mi nie pozwalając się wtrącić w to, jak mają wyglądać święta w moim własnym domu. Szkoda, że to śniadanie dopiero, bo bym se naleweczki strzeliła kropelek kilka albo i kilkanaście. Tak dla kurażu, jak to mój tatuś mawia.

Po śniadaniu znów wycieczka do kościoła, po mszy przez godzinę komentarze tego, co na kazaniu było. Następnie spacer wcale nie taki krótki. Ekipa nie najmłodsza przecież wykazała się kondycją. Dzieciaki styrane były.

Obiad, na który już nie miałam siły ani miejsca w brzuchu, przygotowały znów moje kochane seniorki. Kłócąc się niesamowicie o to, co gdzie postawić, a chłopaki już po cichu popijali naleweczkę wujka Jędrusia. I mi polali kapkę, bo widzieli żem spacyfikowana w swoim domostwie kompletnie.

Wieczorem przy planszówce ponownie nasłuchałam się opowieści, które znam od lat. Mama z tatą znów się poróżnili o to, kiedy się poznali. Mąż mój zasnął w fotelu, a dzieciaki umierały ze śmiechu jak ciotka Halinka opowiadała, ile to razy za mąż wychodziła. Gwoli wyjaśnienia, razy cztery i żaden chłop z nią nie wytrzymał, i na cmentarz uciekał. Bez jej pomocy, dodać trzeba.

W Lany Poniedziałek oczywiście nie pospałam, bo płeć męska tradycji dochować chciała i zmoczyła nas w łóżkach dokumentnie. Jako, że złość piękności szkodzi postanowiłam nerwy na wodzy trzymać. Śniadanie zrobiłam po swojemu, gdy cała gromada uprawiała Śmigus Dyngus robiąc mały potop w łazience. Potem obowiązkowo klasztor, bo tam msza przez Dominikanów prowadzona i znów długi spacer, żeby kalorii trochę spalić i o słabą kondycję młodzieży zadbać. Po obiedzie wszyscy zaczęli się pakować robiąc niemały bałagan i znów śmialiśmy się do rozpuku, gdy ekipa udała się na poszukiwania swojego sztucznego uzębienia. Już bez przymierzania.

Wieczorem, gdy dzieciaki już wykąpane i najedzone, jak bąki leżały w łóżkach, małżonek mój pozmywał naczynia, ja zmęczona usiadłam z nogami wyciągniętymi na szezlongu. Gromada gości jak tornado przebrnęła przez mój dom pozostawiając po sobie rozgardiasz, pełną lodówkę (dziecko Ty tak marnie wyglądasz, zjedzcie sobie wszystko do końca) i na szczęście żadnej szczęki w szklance. Ja zmęczona niemiłosiernie z ilością jedzenia nie do przejedzenia, niewyspana, bo towarzystwo spać nie dało i objedzona (zjedz jeszcze dziecino, taka dobra kiełbaska, pyszny mazurek, smakowity żureczek z jajeczkiem) z zakwasami mięśni brzucha od śmiechu i nóg od spacerów, pomyślałam sobie, że za rok to na święta też ucieknę jak kuzynka moja. Opalę się, odpocznę i wypięknieję. Wypnę na świat cały co się da i stanę się egoistką. Pogrążona w myślach ocknęłam się usłyszawszy dźwięk telefonu. A to kuzynka moja z Kanarów pisała jak to deszcz im leje, hotel paskudny, a żarcie takie, że całą rodzinką toaletę okupują. Toteż zmieniłam front rozważań, co tam opalenizna, drinki z palemką, rewolucje żołądkowe i karaluchy w hotelu. Za rok znów jednak zaproszę rodziców, ciotkę i wujka, bo żadna wycieczka i żadne pieniądze nie zapewnią mi tyle rozrywki (i jedzenia), co moja ekipa.

A za rok kupię im oddzielne kolorowe szklaneczki i podpiszę je własnoręcznie, by nikt z mojej wesołej gromadki swojej szczęki więcej nie zapodział:)


Lifestyle

„Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani…”. Portret Kasjerki

Poli Ann
Poli Ann
9 kwietnia 2019
Fot. iStock / gorodenkoff

Basia ma piegi, piękne rude włosy i czarne oczy. 23 lata. Nie jest lalką, ale urodę ma ciekawą. Pracuje w znanym supermarkecie. W tygodniu i czasem w sobotę. Studiuje zaocznie. Pochodzi z głębokiej wsi. Kilka domów na krzyż. Pięcioro rodzeństwa. 3 pokoje. Do trzynastego roku życia nie miała w domu bieżącej wody ani nawet pralki. Marzy o lepszym życiu. Jest zdolna i ambitna. W pracy obrotna, szybko się uczy. 

Gdy skończyła liceum rodzice powiedzieli, że maturę ma to idzie do pracy, a jak chce studiować to też musi zarobić, bo ich nie stać. Basia wybiera więc najbliższe miasto ze szkołą wyższą. Kierunek przyszłościowy: zarządzanie i marketing zaocznie. 

Spać będzie najpierw w tanim hostelu, dojeżdżać PKS’em zanim znajdzie pracę. Od mamy dostaje 20 zł na obiad. Czesne za pierwszy semestr opłaca sama za zarobione latem pieniądze. Pracowała w knajpie. Najpierw na zmywaku, myła też podłogi, toalety, potem przeszła na salę jako kelnerka. Całe lato harowała, żeby odłożyć jak najwięcej pieniędzy i żeby nie musieć brać od mamy, której i tak ledwo starczało do pierwszego. 

Pracę w mieście znalazła szybko. Młoda, ładna, komunikatywna. W nowym markecie potrzebowali kasjerek. Praca w tygodniu. Pensja nieduża, ale na wynajem pokoju starczy. Po tygodniu szkoleń siada przy kasie i już od pierwszego dnia dostaje kopa. W przenośni i to nie od kierownika. Autorem niniejszego kopa jest jakiś nowobogacki tatuś, co to w kolejce tak głośno rozmawia przez telefon, że wszyscy słyszą, jak daje ostrą reprymendę swojemu pracownikowi, nie przebierając w słowach. No nie hamuje się facet. I podchodząc do kasy, pokazuje synkowi Basię mówiąc tak jakby jej obok nie było: 

Synku, jak się nie będziesz uczył, to będziesz zasuwał jak ta pani. 
Zabolało. Basia się nie odezwała. Co miała burakowi mówić, że w liceum była pierwsza i maturę zdała celująco? Że pracuje, by za studia zapłacić, bo jej rodziców na to nie stać? Że jest tu, bo się uczy do cholery? Że sądząc po błędach językowych to ów tatuś matury nawet nie ma? 
Takie „kwiatki” trafiają się codziennie. Na początku jest bardzo ciężko znosić obelgi, prostacką krytykę, fochy klientów. Basia to przeżywa. 

Innym razem siedzi na kasie od rana. Ruchu nie ma dużego. Nagle podbiega do niej jakiś mężczyzna koło czterdziestki i każe sobie pomóc. No ale jak? Ona kasy opuścić nie może. Jak nie może? Ma mu pomóc znaleźć drożdże. Bo ten głupek co rozkłada palety nie umie. 

No rusz d… I mi pomóż. Od czego tu jesteś? Chyba nie od świecenia cyckami. 
Oczywiście nie wstała. Ugryzła się w język. Tamten się pienił, wezwał kierownika, a że klient nasz pan to kierownik wraz z nim udał się ma poszukiwania zaginionych drożdży, które to leżały sobie w zasięgu wzroku jegomościa. Nawet nie przeprosił. 

Kolejnym razem awanturę wszczęła kobieta po trzydziestce, bo Basia sobie dzwoni zamiast ją obsłużyć. Na nic zdały się tłumaczenia, że system się zawiesił i że musi to zgłosić, bo nic na kasę nie nabije. Nasłuchała się więc, że skoro kasy obsłużyć nie umie, to po co tu pracuje. Niech się douczy. Gdy z głośników nadano komunikat, że za kwadrans awaria systemu zostanie usunięta i prosi się klientów o cierpliwość, ładnej trzydziestce rzednie mina. Zagryza usta, nie mówi nic. Może jej głupio, ale się nie przyzna. No bez przesady, skąd mogła wiedzieć, że to awaria. Sadzają na kasie młode, niedoświadczone siksy to czego się po nich spodziewać? 

Po jakimś czasie Basia bezbłędnie rozpoznaje typ klienta. Wystarczy spojrzenie. I na nic ubranie, makijaż czy wykształcenie. Ci tak zwani z górnej półki też umieją dopiec i są roszczeniowi. Często bezpodstawnie, bo to nie kasjerki wina, że jakiś produkt nie chce się nabić albo, że cena się nie zgadza. Nawet 20 groszy to awantura gotowa. 

Jakim prawem?! 
Oszukać chciała. 
Więcej tu moja noga nie postanie. 
Zgłoszę do rzecznika praw konsumenta. 
To te najłagodniejsze formy, nazwijmy rzecz po imieniu, wk…wu klienta. Zdarzają się też epitety pod adresem Basi i jej koleżanek. Najczęściej uderzają w ich rzekomy brak wykształcenia, więc Basia po jakimś czasie zahartowana z uśmiechem serdecznym oznajmia, że właśnie obroniła licencjat z najlepszą lokatą na roku. 

Prawda, że cudownie? Może mi Pan/Pani pogratulować. 

Uśmiech nadal przyklejony, a rozdziawiona gęba i mina wkurzonego klienta bezcenna. Jednych zatyka, innym głupio i przepraszają, jeszcze kolejni cedzą coś przez zęby, ale o wiele ciszej. A Basia jeszcze im słodko życzy miłego dnia, choć najchętniej przy wyjściu, by podłożyła nogę. Ta przesadzona uprzejmość czasami potrafi zdziałać cuda lub przynajmniej wprawia w osłupienie. Tych marudnych, wiecznie niezadowolonych, spieszących się (i żądających, by specjalnie dla nich drugą kasę otworzyć, bo on/ona w dwuosobowej kolejce stać nie może), awanturujących się i nieznających podstaw dobrego wychowania szczególnie. 
Dziś, kiedy studia skończyła i awansowała na zastępcę kierownika ds. marketingu, o pracy na kasie nie zapomina, szczególnie jako klientka. Ma też kilka swoich złotych zasad, których się trzyma, bo wie jak ciężka to praca. 

Zasada nr 1 

Gdy kod kreskowy jest błędny to nie kasjerka odpowiada za złą cenę. Ona tylko ją wprowadza! 

Zasada nr 2 

Kasjerka siedzi przy kasie! Nie lata po całym sklepie, nie wie, czy mają śmietankę do kawy bez laktozy. Po to są ludzie na sklepie!!! 

Zasada nr 3 

Gdy kasjerka chwyta za telefon to po to, by przyspieszyć Twoją obsługę, a nie plotkować. 

Zasada nr 4 

Gdy towar nie ma kodu kreskowego kasjerka Ci go nie urodzi. 

Zasada nr 5 

Nie rób zakupów do 20.59 podczas gdy sklep czynny jest do 21. Kasjerka musi zamknąć kasę, rozliczyć się i marzy by o 20.59 tę kasę zamknąć. Jest zmęczona jak i Ty po ciężkim dniu. 
Zasada nr 6 
Gdy kasjerka wolniej Cię obsługuje to weź pod uwagę, że może jest nowa albo cholernie boli ją głowa po prostu. Kasjerka to nie robot!!! 
Zasada nr 7 
Kto powiedział, że na kasie siedzą gamonie? To często młodzież studiująca albo ktoś, kto po prostu lubi tę robotę. Tak lubi!!! Jak i być może Ty swoją pracę, choć inni tego nie rozumieją. 
Zasada nr 8 

Kasjerka/kasjer to człowiek. Obsługuje Cię, ale należy mu się szacunek i życzliwość jak i Tobie. Na kasie może pracować Twój przyjaciel, siostra, kuzyn, córka, wujek, a może i Ty sam/sama kiedyś w markecie wylądujesz. You never know.