Lifestyle

„Nie jestem psychopatą!”, czyli dlaczego Polacy boją się pójść do psychologa

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
21 września 2016
Fot. Pexels / Adrianna Calvo / CC0 Public Domain
 

„Ja?! Do psychologa?! Przecież nie jestem wariatem, daj mi spokój!”. Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie standardowej rozmowy, którą przeprowadzamy z bliską osobą na temat wizyty u psychologa, jej początek, a zarazem koniec, wyglądałby właśnie tak. W Polsce terapia, psycholog czy psychiatra wciąż wiąże się ze stereotypowym myśleniem. Bo w końcu do gabinetów trafiają tylko wariaci, a choroby psychiczne to wytwór szatana, na który bardziej od lekarza pomoże egzorcysta.

„Psycholog jak dziennikarz – zostaje nim każdy, kto niczego nie potrafi”

Przez kilka miesięcy pracowałam w poradni psychologiczno-pedagogicznej jako recepcjonistka. Ludzie niby sami dzwonili, żeby zapisać się na wizytę. Za każdym razem słyszałam tylko „ale czy to na pewno dobry psycholog?”, „a czy ma skończone studia?”. Odpowiedzi były oczywiste, w końcu psychologiem bez odpowiednich uprawnień być nie można. Kiedyś na terapię zgłosiła się starsza pani, której córka zaginęła kilka lat wcześniej. Miała wnuczkę, która studiowała i to właśnie dzięki niej ciągle jakoś funkcjonowała. Siedziała niespokojnie na krześle, aż w końcu rzuciła do mnie dość niespodziewanie: „Wie pani, bo ja to do psychologów nie mam zaufania! Na te studia idzie każdy, tak jak na dziennikarstwo!”. Starsza pani na pewno miała trochę racji. Psychologia to w końcu bardzo popularny kierunek wśród młodych ludzi. Nie skończyła swojej opowieści. „Przecież do rozmów z ludźmi trzeba się nadawać! A niech pani popatrzy, tyle zarabiają, więc każdy udaje, że potrafi pomóc. I jak ja mam takiemu zaufać?!”.

„To moje problemy, nie będę nikomu o nich opowiadał!”

W gruncie rzeczy owa starsza pani była odbiciem większości naszego społeczeństwa. Jej terapia skończyła się na czterech spotkaniach. Dlaczego? Nie zaufała, nie chciała opowiadać o swoim życiu komuś, kto był młodszy od niej. Już samo przyznanie się do problemu jest ogromnym krokiem ku dobremu. Nie ma co się jednak oszukiwać – samo przyznanie się do błędu, choroby czy zaburzeń w zachowaniu jest nie lada wyzwaniem. Powiedzenie o tym komuś bliskiemu to ogromny wyczyn, ale zdecydowanie się na rozmowę z kimś zupełnie obcym, to w wielu przypadkach cud. Dlaczego? Bo boimy się obiektywnego spojrzenia na problem. To bardzo intymna i trudna sytuacja, w której świadomie poddajemy się czyjeś ocenie. Zapominamy jednak o tym, że to dla naszego dobra. Są momenty, w których tylko spojrzenie na problem z zupełnie innej perspektywy może nas uratować przed dalszymi kłopotami.

„Nie jestem psychopatą”

Argument ulubiony przez wszystkich psychologów, których miałam przyjemność poznać. Nie zauważanie swojego problemu to jedno, bagatelizowanie go to zupełnie inna rzecz, ale zdawanie sobie z niego sprawy i twierdzenie, że poradzisz sobie sama, bo „co ludzie powiedzą, jak się dowiedzą, że byłam u psychologa?!” – to zupełnie inny kaliber. Nie mam pojęcia, czy to objaw naszego zacofania w stosunku do Zachodu, czy może jednak ciągły brak przekonania, że terapia jest dla naszego dobra. Bo w czasie kiedy w Europie Zachodniej czy w Stanach Zjednoczonych każdy ma swojego terapeutę, w Polsce przyznanie się do psychoterapii, to strzelenie sobie w kolano. Może właśnie dlatego każdorazowe powiedzenia przez celebrytów „tak, jestem pod opieką psychologa, nie radzę sobie” jest uważane za coś w rodzaju heroicznego aktu obrony ojczyzny.

„I tak już nic mi nie pomoże”

Kozetka, zielona lampa na potężnym, drewnianym biurku i ciemne ściany – oto najczęstsze skojarzenie z gabinetem psychologa. Fakty są jednak zgoła inne. Kozetki zastępują fotele, potężne biurka to bardzo często zwykłe stoły z Ikei, a ciemne ściany są po prostu białe, żeby było jaśniej i przestronniej. Kiedy bliscy zaczynają nas przekonywać do wizyty u psychologa, przed oczami pojawia się właśnie ta kozetka na której mają rozwiązać się w cudowny sposób nasze problemy. Zawsze jest jeden przebłysk, w którym postanawiamy podjąć się terapii, ale zaraz potem wracamy do stanu „ale po co, przecież i tak nic mi już nie pomoże”. Jak powiedziała kiedyś moja terapeutka – „masz rację, nic ci nie pomoże, bo to ty sama musisz sobie pomóc”.

„Szkoda mi pieniędzy, od gadania mam koleżanki”

Wpisujesz w Google „psycholog”. Wyniki wyszukiwarki porażają. Setki gabinetów w okolicy twojego domu, a ceny za wizytę coraz to lepsze. I wtedy zamiast szukać innych rozwiązań, dajesz sobie spokój. Bo po co wydawać tyle pieniędzy, skoro możesz pogadać ze swoimi przyjaciółkami? Po pierwsze – istnieją ośrodki, w których pomoc psychologa jest zapewniona każdemu za darmo. Niekoniecznie chodzi o Narodowy Fundusz Zdrowia, bo tutaj kolejki jak zawsze są powalające. Ośrodki pomocy rodzinie, ośrodki dla uzależnionych – wystarczy odrobinę poszukać. Po drugie – przyjaciółki to skarb, jednak bardzo stronniczy skarb. Często nie powiedzą ci prawdy, bo będą bały się, że cię zranią. A psycholog czy terapeuta? On nie będzie miał najmniejszych skrupułów. W końcu nie po to zgłosiłaś się na terapię, żeby po prostu posiedzieć przy kawie. Chcesz pracować nad sobą, coś zmienić, lepiej żyć? To kolejny krok ku dobrym rozwiązaniom.


Lifestyle

Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
21 września 2016
Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności
Fot. iStock / Redrockschool
 

W poszukiwaniu alternatywy dla konwencjonalnej żywności sięgamy coraz chętniej i bardziej świadomie po produkty z etykietką „eko”. Zależy nam, by żywność była pozbawiona chemii, aby czerpać z niej naturalne dobro. Trzeba tu uważać, ponieważ popularne hasło ekologicznej żywności, często bywa nadużywane. Bo ile tak naprawdę wiemy o ekologicznych produktach i czy nie dajemy nabijać się w butelkę szukając zdrowych (a przez to droższych) rozwiązań?

O co chodzi z tym „eko”?

Ekologiczna żywność z założenia pochodzi z upraw i hodowli prowadzonych zgodnie z prawami natury. Jest zdrowa, bo pozbawiona pestycydów, substancji przyspieszających wzrost, metali ciężkich i innych szkodliwych substancji. Warzywa, aby były naturalne, muszą spełnić szersze kryteria, niż tylko zostać wyciągnięte z wiejskiej ziemi. Ale wokół tego zdaje się prostego i naturalnego założenia, narosły mity. Czy to, co kupujemy za większe pieniądze, rzeczywiście jest takie zdrowe?

Fakty i mity na temat ekologicznej żywności

1. Ekologiczne uprawy chronią przyrodę

Tak nam się wydaje i oczywiście jest w tym racja. Rolnicy uprawiający tym systemem rośliny, nie używają  pestycydów i herbicydów, dlatego nie wywierają szkodliwego wpływu na glebę i przyrodę. Jedynym cieniem, który się kładzie na eko rolnictwo, to fakt, że potrzebuje ono dużo ziemi by uprawa była rentowna. A ta wolna, nieskażona ziemia jest rzadkością, więc niekiedy trzeba odebrać dzikim zwierzętom siedliska, by powiększyć uprawy.

2. Nie zawiera pestycydów i innej chemii 

Zdrowe produkty nie powinny zawierać chemicznych wspomagaczy wzrostu i środków ochrony roślin przed szkodnikami. Normy narzucane gospodarstwom ekologicznym określając dokładnie, w jaki sposób można dbać o rośliny. Ale trzeba wiedzieć, że np. w USA odpowiednie organy dopuściły 20 substancji chemicznych, które są wykorzystywane przez cały czas w produkcji żywności ekologicznej. Może okazać się, że żywność ekologiczna zawiera więcej substancji chemicznych niż jest to naprawdę konieczne, goniąc tym samym rolnictwo konwencjonalne.

Faktem jest natomiast, że produkty rzeczywiście ekologiczne zawierają prawie o połowę mniej rakotwórczego kadmu oraz czterokrotnie mniej pestycydów. Odznaczają się również niższym stężeniem azotu, azotanu  i azotynu niż te konwencjonalne. Ponadto zawierają od 18 do 69 proc. więcej antyoksydantów – w tym najsilniejszego z nich, czyli resweratrolu (wyniki badań ukazały się w czasopiśmie „British Journal of Nutrition”).

3. Ekologiczna żywność ma gorszy smak, ale więcej wartości odżywczych

Jeśli ktoś przywykł do smaku podkręconego przez sztuczne substancje i modyfikowanie genetyczne warzyw i owoców, naturalne produkty mogą wydawać się rzeczywiście „inne”. Za to zazwyczaj eko żywność zawiera więcej składników odżywczych, choć i tak wiele zależy od sposobu ich przechowywania. Gdy będą leżały zbyt długo lub zostaną przechowane w nieodpowiednich warunkach, przestają być wartościowe.

Eko-afery, czyli fakty i mity o ekologicznej żywności

Fot. iStock / SilviaJansen

4. Ekologiczne produkty muszą kosztować więcej

Żywność ekologiczna jest i zapewne jeszcze długo będzie droższa od żywności konwencjonalnej. Jest to skutek zastosowania metod upraw ekologicznych dających o ok. 20% niższe plony. Podobnie wygląda kwestia wydajności produkcji zwierzęcej, w szczególności mięsa i mleka. Wyższą cenę żywności ekologicznej rekompensuje lepsza jakość, smak i wpływ na zdrowie.

5. Etykieta „eko” lub „bio” to gwarancja jakości

Nie warto wierzyć producentowi na słowo, ponieważ papier przyjmie wszystko. To, że sałata na opakowaniu ma napis „ekologiczna” nie oznacza, że z takiej uprawy na pewno pochodzi. Trudno takie informacje zweryfikować. Dlatego kupując eko-warzywa czy owoce, szukajcie znaków instytucji które poświadczą ich pochodzenie: Ekogwarancja PTRE, PNG, Cobico, Bioekspert, BioCert Małopolska, Polskie Centrum badań i Certyfikacji, Biuro ds. badań i Certyfikacji Oddział w Pile, Agro Bio test. Tylko powyższe daje gwarancję ekologicznych zakupów. Podobnie z mięsem – zwróćcie uwagę na certyfikaty QAFP, PQS, QMP, one dają gwarancję zakupu zdrowej żywności.

6. Organiczna żywność jest rygorystycznie kontrolowana

Tak, ponieważ stoją za nią ostre przepisy, bez których nie żywność ekologiczna nie mogłaby nosić tego miana. Gospodarstwa ekologiczne, ich personel, środki transportu są poddane stałej kontroli, w wyniku której towary są certyfikowane. Producenci, którzy próbują obejść te przepisy, podlegają wysokim karom oraz ryzykują utratą możliwości dysponowania hasłem „ekologiczna” dla swojej żywności.

Biorąc pod uwagę wartość odżywczą produktów eko w stosunku do tego, co oferuje żywność bogato podsypywana chemią, jest ona o wiele lepszą alternatywą. Do nas należy decyzja, po które z produktów sięgniemy.


źródło: www.lifehack.orgwww.ppr.plblog.journals.cambridge.org


Lifestyle

Najbardziej luksusowa szczotka świata! Zobaczcie koniecznie

Redakcja
Redakcja
21 września 2016
Fot. Materiały prasowe

Czar paryskiego luksusu, zatopiony w 24-karatowym złocie. Prosty, a zarazem wyjątkowo luksusowy i wyszukany gadżet. Idealny pomysł na ekskluzywny prezent!

BALMAIN HAIR COUTURE  GOLDEN SPA BRUSH

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Najbardziej luksusowe akcesorium do włosów, jakie możesz sobie wyobrazić! Pokryta 24-karatowym złotem, szczotka do włosów od Balmain Hair wykonana jest ręcznie z włosia dzika i nylonowych igiełek. Jest nie tylko wyjątkowo ekskluzywnym i pięknym gadżetem, ale także doskonale sprawdza się do masażu głowy, który poprzez pobudzanie krążenia, stymuluje  wzrost włosów i odżywia je. Częste szczotkowanie oczyszcza włosy, a także dodaje pasmom gładkości i połysku.

W tym roku szczotka dostępna jest wraz z kosmetykami w wersji travel size (jedwabne perfumy SILK PERFUME oraz Elixire Arganowy MOISTURIZING ARGAN ELIXIR). Wszystko zamknięte w stylowym kofrecie.

BALMAIN HAIR COUTURE GOLDEN BRUSH SET CENA ZESTAWU: 649 ZŁ

Do kupienia na stronie: SKLEP.BALMAINHAIRPOLAND.PL  oraz WWW.NOLACLUB.PL .

Balmain Hair

Fot. Materiały prasowe

ZŁOTA SZCZOTKA W ZESTAWIE Z JEDWABNYMI PERFUMAMI SILK PERFUME (50 ML) I ARGANOWYM ELIXIREM MOISTURIZING ARGAN ELIXIR (20 ML).


Artykuł powstał we współpracy z PLATINIUM CAST


Zobacz także

Tymczasem nasza autentyczna prawda rzadziej brzmi jak „dziękuję”, a częściej jak „zamknij się, ku*wa”

Dzień Kryzysu Mężczyzny

Żyj kolorowo. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #16