Lifestyle

Nasza dwuletnia Martynka powiedziała: „Połknęłam baterię, auć!” Cudem przeżyła! Rodzicu, musisz to wiedzieć!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 października 2021
Fot. iStock/MilosStankovic
 

Był piątek, godzina 19.30. Nasza dwuletnia córka Martynka podeszła do męża i powiedziała: „Połknęłam baterię, auć!”, mówi psychodietetyczka Agata GłydaPierwsza reakcja Agaty była taka: „Boże, coś zawsze znowu musi przydarzyć się nam w piątek wieczorem”. Ale po chwili oboje byli już z mężem przerażeni.

 

Martynka zaczęła trzymać się rączką w okolicach mostka. Natychmiast zdaliśmy sobie sprawę, że to poważne. Ale nie wiedzieliśmy jeszcze oboje jak bardzo. Po prostu baliśmy się, że córka może się udusić, opowiada.

Rodzice natychmiast więc pojechali na SOR w Bielsku-Białej. To był dla nich najbliższy dziecięcy szpital. Zabrali tam córkę błyskawicznie, bez przebierania. Pojechała w kapciach. Po wykonaniu badania technik pokazał mi baterię w przełyku córki, powiedział, że mu przykro i spuścił wzrok. Wtedy nadal nie byłam świadoma zagrożenia. Poinformowano mnie, że powinniśmy pojechać z córką szybko do szpitala w Katowicach, ponieważ oni nie zajmują się wydobywaniem baterii. Pytanie było: „Czy mamy samochód?”. Ponieważ mamy, dlatego sami zawieźliśmy Martynkę do Katowic.

Teraz już wiem, że nasz pierwszy błąd polegał na tym, że w domu nie zadzwoniliśmy pod 112. Myślę, że dzięki temu od razu zostalibyśmy skierowani do większego miasta. A w przypadku Martynki bardzo ważny był czas!, mówi mama.

 

Do Katowic jechali godzinę.

Tam w poczekalni była ogromna kolejka. Rodzice z dziesiątkami dzieci z gorączką, przelewającymi się im przez ręce. Kiedy zostaliśmy przyjęci jako pierwsi i błyskiem przygotowano dla Martynki salę operacyjną, mój poziom strachu sięgnął zenitu. Po operacji podeszła do nas lekarka z tą baterią w pojemniczku, takim jak na mocz. Była blada jak papier – pamiętam.

Dopiero wtedy powiedziała, że to było bezpośrednie zagrożenie życie dla Martynki, bo bateria niestety wylała. Szok! Niewiele do mnie docierało. Pytałam wtedy lekarzy, czy moje dziecko może umrzeć. Powiedzieli mi, że raczej nie i że pierwsza doba jest najważniejsza, że będą obserwować, czy nie dojdzie do wstrząsu. A potem jeszcze dwa tygodnie – czy w poparzonym przez baterię przełyku nie dojdzie do perforacji, mówi Agata.

Przez trzy tygodnie Martynka była karmiona dożylnie, przez wkłucie centralne do szyi. Była z mamą w izolatce. Potem jeszcze przyplątała się do nich infekcja. Córka dostała antybiotyk, na który zareagowała uczuleniem, na skórze miała czerwone plamy.

 

 

Szczęście w nieszczęściu, że Martynka…

Dziewczynka ma dwa lata i dwa miesiące dobrze się rozwija i komunikuje z rodzicami. Gdyby nie powiedziała im od razu, że połknęła baterię, to niestety – takie przypadki są znane – mogłaby umrzeć. U dzieci, które tego nie mówią, dochodzi najczęściej do pęknięcia przełyku. Agata Głyda jest mamą ostrożną. Na szafkach w kuchni i na klamkach okiem ma zamontowane zabezpieczenia. Obiecała sobie, że niezależnie od tego, jak ludzie będą ją oceniać, to ona chce o tym mówić. „Jestem mamą wykształconą, byłam na kursach pierwszej pomocy, a jednak nie wiedziałam, jak groźne może być połknięcie baterii”, mówi. Na swoim Instagramie zrobiła ankietę dla innych rodziców. Wyniki zaskoczyły nawet ją, bo z siedmiu tysięcy osób, które wzięło udział w ankiecie, ponad cztery tysiące nie wiedziało, że to jest takie niebezpieczne.

 

Bateria to nie guziczek, który wyjdzie z kupką. Jeśli podejrzewasz, że dziecko połknęło baterię to niezwłocznie dzwoń na numer alarmowy, by dowiedzieć się od wykwalifikowanego personelu, jak postępować. (…) Reagujcie szybko!! Jak widać z przeprowadzonego eksperymentu czas ma ogromne znaczenie. A to tylko szynka, woda i pokojowa temperatura. W ciele dziecka panują jeszcze lepsze warunki dla takiej baterii. (…) Nieszczęśliwy wypadek może się zdarzyć każdemu, oczywiście nikomu tego nie życzę, ale od naszej reakcji po wypadku wiele zależy, napisała na Instagramie.

Jej eksperyment z plastrami szynki i baterią oraz zdjęcie, które opublikowała na Instagramie, obiegło w ostatnich dniach wszystkie media.

Dziś po 32 dniach hospitalizacji małej Martynce już nic nie zagraża. Została jej jedna blizna w przełyku. Dziewczynka czeka jeszcze na badania kontrolne w grudniu. Teraz jest żywiona ostrożnie, je głównie papki.

„Kilka nieszczęśliwych sekund i życie odmienione o 180 stopni. Na szczęście nasza historia zakończyła się dobrze! Przypominam: jeśli zdarzy się wam lub znajomym, że dziecko połknie baterię, reagujcie szybko. Bateria pod wpływem wilgoci w ciele może wylać i oparzyć poważnie dziecko od środka. Nasza lekarka prosiła też, bym przekazała, że bardzo niebezpieczne są kuleczki magnetyczne. O tym akurat czytałam w @drhospice kiedyś na story. Wtedy je wyrzuciłam…”, napisała Głyda na swoim Instagramie. Nam powiedziała jeszcze: Wszelkie baterie, chemię domową, kapsułki do pralek i zmywarek i magnesy (zwłaszcza popularne ostatnio kuleczki magnetyczne) należy trzymać jak najdalej poza zasięgiem dzieci (tych małych i większych).


Lifestyle

Miłość i krzywda. Serial „Sceny z życia małżeńskiego” obnaża prawdę o naszych związkach

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
12 października 2021
Kadr z serialu, fot. materiały prasowe HBO
 

Jak zareklamowałabym serial „Sceny z życia małżeńskiego?”. Zamiast szybkiej decyzji o ślubie i słuchania rodziny w tej kwestii: „Sceny z życia małżeńskiego”. Zamiast nauk przedmałżeńskich: „Sceny z życia małżeńskiego”. Zamiast szybkiej decyzji o rozwodzie: „Sceny z życia małżeńskiego”. Po rozwodzie– „Sceny z życia małżeńskiego”…

Nie wiem, czy obejrzałam kiedyś tak prawdziwy, bolesny film o wieloletnim związku i rozstaniu. Związku ludzi, którzy zaczęli ze sobą być, zanim tak naprawdę poznali siebie, dowiedzieli się kim są, czego potrzebują, jaki rodzaj relacji chcą budować. Ile jest takich małżeństw? Pobieramy się szybko niesieni wielką miłością, zauroczeniem albo przekonaniem, że „powinniśmy zakładać rodzinę”.

Większość z nas nie ma żadnych wyobrażeń, jak to ma wyglądać, ile będzie wymagać pracy, bo przecież wszystkie komedie romantyczne kończą się na „żyli długo i szczęśliwie”. A potem jesteśmy zszokowani, że rzeczy nie dzieją się same. Że druga osoba nie zapełnia naszej pustki, nie spełnia oczekiwań, nie jest taka jak sobie wyobrażaliśmy. Że nic nie jest takie, jak sobie wyobrażaliśmy.

Ktoś powie, że to film lewacki (czytałam takie opinie– jakby zdradzanie się było lewackie). Kogoś może złościć (sama kilka razy chciałam wyłączyć, bo miałam poczucie, że to najbardziej pesymistyczna wersja małżeństwa jaką można sobie wyobrazić), ktoś uzna, że to nie o nim ( i świetnie).

Jednak większość z nas odnajdzie choćby kawałek siebie w historii Miry i Jonathana (w tej roli rewelacyjni: Jessica Chastain i Oscar Isaac). I większość z nas popełnia podobne błędy.

Oszukiwanie siebie

Poznajemy ich i już w pierwszym odcinku czujemy emocjonalny niepokój. Chociaż to taka idealna para. Mają piękny dom, córeczkę, on jest pracownikiem naukowym, intelektualistą, ona zarabia na dom. Tak się umówili. Wydaje się, że wszystko gra, że to układ obojgu pasujący. Ale szybko orientujemy się, że nie, nie gra. Widzimy to w tym, jak nerwowo łapią się za ręce przy znajomych, chociaż wcale tego nie potrzebują, jak sobie dogryzają, jak bardzo koncentrują się na związku przyjaciół, którzy otwarcie przyznają się do zdrad.

Czy ludzie szczęśliwi zajmują się związkiem innych? Czy ludzie, którym pasują to, kim są analizują małżeństwa przyjaciół? Nie. Mira i Jonathan (moglibyśmy wpisać tu dowolne imiona) są krytyczni, oceniający, bo robią wszystko, żeby nie przyjrzeć się sobie. I temu w jakiej kondycji jest ich relacja.

Nie wiem dlaczego, ale gdy oglądałam „Sceny z życia małżeńskiego” przypomniało mi się kilka szczęśliwych rodzin, które znam. Ot, choćby z wakacji. Patrzymy i zazdrościmy. Jadą na urlop super samochodem, z dwójką cudownych dzieci, są piękni, młodzi …a i tak czuć między nimi podskórny konflikt. Ona nie mówi wprost: „Pls, zajmij się dziećmi, chcę odpocząć” tylko zaczyna syczeć: „Nigdy się nie zajmujesz dziećmi może chociaż na wakacjach”. A, gdy ona wyciąga pieniądze, bo chce za coś zapłacić, on szepcze jej do ucha. „Znowu wydajesz!”.

Czy wszystkie małżeństwa takie są? Oczywiście, że nie. Ale te tuż przed kryzysem, w kryzysie, a z nieumiejętnością powiedzenia prawdy– owszem.

Bezwzględność

Nie ma znaczenia, czy to kobieta, czy mężczyzna. Jest moment w związkach, które przeżywają kryzys, że jedno staje się ofiarą, drugie oprawcą. Czasem zamieniają się tymi rolami, ale zawsze ktoś zaangażowany jest bardziej, ktoś mniej. Gdy Mira oznajmia mężowi, że odchodzi, on jest w szoku. Kompletnie się tego nie spodziewał. Ona zaczyna narrację obwiniania. „Byłam przy tobie samotna, umierałam każdego dnia, czułam się nieszczęśliwa”. Każdemu, kto był w takim punkcie życia– zadrży serce. Słyszał takie rzeczy, mówił je. To aż boli, bo uświadamia, jak bardzo potrafimy nie myśleć o drugiej osobie, rodzinie, gdy chcemy ją porzucić. Gdy myślimy (czasem może mamy rację), że szczęście jest gdzieś indziej.

Do tej pory to mężczyzna był tym zostawiającym. Człowiekiem ze spakowanymi walizkami, jedną nogą w nowym życiu, który jeszcze musi „to załatwić”, powiedzieć partnerce, od której odchodzi. Opędzić się od niej, jak od niewygodnej przeszłości. Pozbyć się poczucia winy zwalając na nią– to przez ciebie odchodzę, byłaś beznadziejna, nie rób teraz scen. Przypomnijmy sobie choćby film „Co przyniesienie jutro” (reż. Hope Gap).

W „Scenach” „oprawcą” (a raczej osobą dążącą do wolności) jest kobieta. Ona nie chce już rozmawiać, chce wyjść. Decyduje się pojechać do kochanka, do nowej pracy, zostawić córkę pod opieką męża. Rozporządza czasem dziecka tak, że możemy mieć skurcz żołądka. Ja miałam, choć potem analizowałam z koleżankami, dlaczego byłam na nią taka wściekła. Bo nie potrafimy przyjąć, że kobieta też ma prawo pomyśleć o sobie? Być rodzicem dochodzącym? Bo my, kobiety, nie jesteśmy tego nauczone i dlatego tak surowo oceniamy siebie nawzajem?

Niedocenienie. Nadmierne oczekiwania

Mira się wyprowadza, robi się atrakcyjniejsza, pewniejsza siebie. Przez kolejne odcinki obserwujemy kolejne zrywanie więzów. Okazuje się to, niestety, nie takie proste. Ta wiwisekcja tego, ile łączy ludzi, ile niewidzialnych nici jest aż przerażająca. Oboje się miotają, aż człowiek ma ochotę krzyknąć do nich. „Weźcie to już utnijcie, nie róbcie scen”. Tutaj spierałam się z przyjaciółmi: oni rozstają się tak długo, bo jednak się kochają, czy może tkwią w związku– koluzji? Służyli tylko zaspokajaniu swoich potrzeb dlatego nie potrafią zerwać?

Już niby nie są razem, a ciągle są. On chodzi na terapię, uczy się żyć bez niej.

W końcu Mira zaczyna żałować rozstania. Kochanek nie okazuje się tak idealny, życie bez Jonathana również. Uderza ją to w momencie, gdy sprzedają dom, wszędzie stoją poustawiane kartony. Mira nie chce podpisać papierów rozwodowych, opowiada mężowi o porażce w pracy. Ale on już nie chce tego słuchać. Mówi: „Już tego nie czuję, nie boli mnie to”. Te historie też znamy, prawda? Ktoś nas zostawia, potem chce wrócić. Albo odwrotnie. Im ona bardziej napiera, tym on bardziej nie chce. Pierwszy raz unosi się emocjami, chociaż do tej pory był aż za spokojny, wyważony, co też mogło złościć. Bo jak można tak spokojnie znieść to, że ktoś cię zdradza?

 

fot.materiały prasowe

Nie chcę dalej spoilerować, ostatni odcinek to majstersztyk. W jakimś sensie wywraca flaki i zaczynamy szukać odpowiedzi na pytanie o swoje życie. Jak chcemy, żeby wyglądały nasze relacje? Jakie mamy oczekiwania? Jak wyobrażamy sobie miłość? Po co nam ona w ogóle jest? Dlaczego tak często uważamy, że najlepiej tam, gdzie nas nie ma? Dlaczego nie doceniamy tego, co mamy? Albo dlaczego chcemy wrócić do tego, co było nudne i znane?

Te pytania każdy będzie miał inne. I czegoś innego dowie się o sobie. Wczoraj moja przyjaciółka powiedziała, że to film o tym, że nie da się wygrać z własną naturą. Inna, że to film o iluzji. A dziś koleżanka z pracy była zirytowana, że człowiek po jednym, nieudanym związku, może zacząć ranić inne osoby, jakby już nie mógł być dobry. Jakbyśmy tylko raz mogli być oddani i wierni. Dla mnie to wciąż film o miłości i o tym, jak jej czasem nie doceniamy.

Naprawdę warto obejrzeć – nie tylko wtedy, gdy macie małżeński kryzys, czy jesteście w wieloletnim związku.

 


Lifestyle

Jesteśmy niedopasowani. On woli rano, ja wieczorem. On chce szybko, ja powoli. Czy mamy szanse „zgrać się” w łóżku?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 października 2021
Waniliowy seks
Fot. iStock/Waniliowy seks – Waniliowy seks

„Pojęcie dopasowania seksualnego opiera się na założeniu, że obie strony lubią w seksie to samo albo aktywności komplementarne. Dopasowanie jest wtedy, gdy obie osoby lubią seks o tej samej porze dnia. Wtedy, gdy jedna jest w łóżku raczej dominująca, a druga raczej uległa. Albo wtedy, gdy obie mają potrzebę urozmaicania życia seksualnego i tak samo często proponują w łóżku nowe aktywności.

Gdy jedna osoba preferuje poranny seks, a druga wieczorny, jedna jest dominująca, a dla drugiej dynamika dominacji i uległości nie jest tym, czego szuka w seksie, gdy jedna osoba znacznie częściej proponuje coś nowego niż druga – wtedy może pojawiać się interpretacja niedopasowania”, pisze w książce „Warsztaty intymności dla par” autorka Agnieszka Szeżyńska, certyfikowana coachką intymności i edukatorka seksualności dla dorosłych.

Autorka zwraca uwagę, że wielu z nas może wpaść w taką pułapkę myślenia, że jeśli uznajemy, że jesteśmy dopasowani – to nie ma po co gadać, bo jest cudownie. Ale jeśli nie ma między nami dopasowania – tak już mamy, trzeba cierpieć, i tyle. Takie podejście do dopasowania seksualnego sprawia, że wiele par nie zaczyna rozwiązywać swoich problemów.

Szeżyńska przytacza taką obrazową historię: „Dajmy na to, że Damian bardzo lubi chodzić na spacery do lasu i uwielbia wtedy prowadzić długie, głębokie rozmowy o sensie życia. Izie spacerowanie po lesie kojarzy się raczej z latem i wakacjami, nie ma potrzeby znajdować na nie czasu w ciągu typowego tygodnia pracy. Gdyby to ona miała wybierać, w sobotnie popołudnie pewnie zdecydowałaby się raczej na wspólne posiedzenie nad jakąś wodą, choćby sadzawką w parku. Damian woli chodzić niż siedzieć i preferuje naturalny chaos lasu od równo sadzonych krzewów parkowych. Iza i Damian mogą uznać, że są niedopasowani, próbować przekonywać się wzajemnie, co jest lepsze, i żądać od siebie nawzajem zmian preferencji. Mogą zacząć chować urazę, gdy druga osoba, zamiast spędzić czas razem, decyduje się wykorzystać go tak, jak woli, na przykład ze znajomymi. Mogą też jednak zadać sobie pytanie o to, jak w ich relacji stworzyć przestrzeń dla obojga takich, jacy są. Czego każde chce, to już wiedzą. A na co każde jest gotowe się zgodzić?

Tu przychodzi z pomocą rozróżnienie na „ochotę” i „gotowość”. Damian ma ochotę na spacer po lesie. A czy jest gotowy posiedzieć nad wodą? (…) Iza ma ochotę na posiedzenie nad wodą. A czy jest gotowa na spacer po lesie? (…) Pytanie o to, na co są w stanie się zgodzić w dane sobotnie popołudnie, może pomóc im ustalić wersję, która pomogłaby im spędzić razem czas i zachować poczucie więzi.

Jeżeli Iza i Damian nie będą upierać się, że ich więź zależy od tego, czy w sobotnie popołudnia mają jednoczesną ochotę na dokładnie to samo („marzenie o fuzji”), tylko zamiast tego zaplanują kolejne weekendy tak, by każde z nich dostało od drugiego jakąś formę zadowalającego obie strony wsparcia w spełnieniu potrzeb, wtedy ich wspólne „tak” poszerzy się o podarunki, które sobie przekażą. (….) Iza w podarunku dla Damiana pójdzie z nim na spacer po lesie, a potem trochę jeszcze posiedzą na jakieś polance. Damian w podarunku dla Izy posiedzi z nią nad sadzawką w parku, a siedząc, porozmawiają o sensie życia.”

 

Dwa rodzaje podarunków

„Są dwa rodzaje podarunków, twierdzi Agnieszka Szeżyńska. „Takie, w których robisz coś z ciałem drugiej osoby, i takie, w których dajesz jej dostęp do swojego ciała. Możesz pociągnąć kogoś za włosy podczas seksu nie dlatego, że sama / sam masz nieodpartą ochotę właśnie to zrobić, ale dlatego, że wiesz, iż druga osoba ogromnie to lubi. Możesz dać się pociągnąć za włosy nie dlatego, że ciągnięcie cię za włosy sprawia, iż mdlejesz z rozkoszy, ale dlatego, że wiesz, iż druga osoba uwielbia to robić.”

Dawanie podarunków

Kiedy Szeżyńska pomaga swoim klientom rozpracowywać ten temat, jednym z powtarzających się pytań jest: „Czy mam gotowość dać ten podarunek, bo rzeczywiście mam w sobie wewnętrzną zgodę na to, czy dlatego, że druga osoba tego chce?”.

Nasze pragnienia nie powstają i nie istnieją w całkowitym oderwaniu od innych ludzi. Autorka książki wyszczególnia trzy ważne punkty:

1. Iza może dać sobie czas na tę decyzję, nie musi wiedzieć od razu. Może zdecydować, że nie ma takiego podarunku do przekazania, i jej odpowiedź będzie brzmiała „nie”. Ta odpowiedź ma prawo w przyszłości się zmienić lub nie. Iza może też zdecydować, że ma taki podarunek do przekazania, a w trakcie przekazywania go zorientować się, że jednak nie, i wtedy nastąpi natychmiastowa pauza (…). Pozwolenie sobie na zmianę zdania w przyszłości może ułatwić znalezienie odpowiedzi, bo nie szukamy czegoś, co ma być ostateczne i wyryte w kamieniu.

2. W podjęciu decyzji Izie może pomóc kontakt z ciałem. Poczucie bezpieczeństwa to coś, co ma swój wymiar fizjologiczny – wiecie to, jeżeli kiedykolwiek zdarzyło wam się, że ze strachu serce podskoczyło wam nagle do gardła, jakaś część ciała zaczęła drżeć, zaczęło wam się zbierać na mdłości albo oddychanie nagle stało się jakieś trudniejsze. Kiedy nie wiecie, czy macie do przekazania dany podarunek, czy nie, skierujcie uważność na reakcje swojego ciała. Czy jest zrelaksowane, czy gdzieś pojawia się jakieś napięcie? Co mówi wasz oddech o tym, jak się macie? Co mówią mięśnie, brzuch, gardło?

3. Jeżeli jest wahanie i niepewność, to lepiej dać sobie więcej czasu na znalezienie odpowiedzi niż spieszyć się z podarunkiem.

 

Przyjmowanie podarunków

Narracja o altruizmie i zakazie egoizmu w seksie sprawia, że dla wielu osób, z którymi Szeżyńska rozmawia, dawanie podarunków jest znacznie łatwiejsze niż przyjmowanie ich.

„Przyjmowanie podarunków oznacza zaufanie drugiej osobie, że potrafi dbać o swoje granice i będzie dawać tylko to, co rzeczywiście ma do dania. Skąd mamy wiedzieć, że tak jest?

Nabieramy tego przekonania, słysząc, jak nam odmawia, i rozmawiając z nią o tym, jak doświadcza swoich potrzeb i granic w seksie. Jeżeli nie mamy tego rodzaju doświadczeń, o takie zaufanie może być trudno. Ciężko je wypracować również wtedy, gdy wiemy, że same / sami nie potrafimy dbać o swoje granice i dajemy podarunki, których tak naprawdę nie mamy do dania. Jeżeli nie ufamy w tym zakresie samym sobie, to jak mamy zaufać komuś innemu? Jak zwykle więc zaczynamy od siebie: od dawania podarunków w zgodzie ze sobą i odmawiania, gdy podarunek miałby przekroczyć nasze granice”, pisze coachka intymności.

 

Więcej  informacji w linku tutaj!


Zobacz także

Pokaż mi swój tatuaż, a powiem ci, jaka jesteś. Oto, co można wyczytać ze wzoru i miejsca rysunku na skórze

Dlaczego cudownie jest mieszkać samej? Te ilustracje nam to pokazują. Warto obejrzeć

Kokardy, perły i duże kieszenie – dodatki prosto z wybiegu