Lifestyle

Myślisz, że to tylko smutek, a ja zapadam się coraz bardziej dając się wciągnąć depresji. Pomóż mi, nim będzie za późno

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 kwietnia 2017
Fot. iStock
 

Myślisz, że ostatnio zgasłam? Tłumaczysz to przesileniem wiosennym, zbyt dużą liczbą obowiązków w domu, może jakimiś przejściowymi problemami w pracy, o których nie chcę mówić.

Wydaje ci się, że trochę zamknęłam się w sobie, ale przecież każdy ma trochę słabszy okres. Proponujesz wspólne wyjście, może kino. Martwisz się o mnie. Ty i przyjaciółki, do których nie oddzwaniam, tylko wysyłam lakoniczne SMS-y, że nie mam czasu, że odezwę się w przyszłym tygodniu, ale nie odzywam się, a one zapominają już, co ode mnie chciały. Mi to na rękę, bardzo.

Kiedy pytasz, co mi jest, odpowiadam, że nic, może trochę bardziej jestem zmęczona. Rozumiesz to i zachęcasz, żebym się położyła. Przynosisz herbatę z cytryną, pytasz, czy nie mam gorączki. „Może to grypa” – próbujesz zgadnąć. Chciałabym, żeby to była grypa, bo wtedy nie musiałabym odpowiadać na tak wiele pytań. Po prostu bym leżała, a każdemu, kto próbowałby się do mnie dobić mogłabym powiedzieć, że to grypa, gorączka i że może się zarazić. Ale grypa przechodzi, mija. A mój stan trwa. Czekam, aż się poddasz i przestaniesz pytać. Przyzwyczaisz się do mojego samopoczucia, zwłaszcza, gdy jeszcze znajduję siły, by oszukać cię uśmiechem.

Przeczytałam ostatnio, że kiepski nastrój trwający dłużej niż dwa tygodnie powinien zaniepokoić. Ale my tak mało wiemy o depresji. Wydaje nam się, że ci cierpiący na depresję zamykają się w ciemnym pokoju, nie wstają z łóżka, są słabi.

Myślisz, że to tylko smutek

Depresja to załamanie, to odcięcie się od ludzi. A przecież ja jestem tylko smutna. I mam do tego prawo, bo tyle rzeczy działo się ostatnio w naszym życiu. Stres z twoją pracą, choroba mojej mamy… Zawsze znajdzie się powód, którym usprawiedliwimy nasz nastrój. Bo przecież smutek to jeszcze nie depresja… A jednak. Wiesz, że się uśmiechnę, że przez chwilę wykażę zainteresowanie tym, gdzie pojedziemy na wakacje, to nie znaczy, że wszystko wraca na dobre tory. Smutek mija, kończy się, w końcu udaje się nam z nim uporać, wyciągnąć na światło dzienne inne emocje. Ale depresja sięga głębiej. Nie jest czymś, co przechodzi, ale, co pozostaje wraz z wieloma innymi dodatkami, jak apatia, pustka i ból … Depresja nie zostaje sama, ale towarzyszą jej inne negatywne uczuci, przez które życie staje się szare i samotne .

Myślisz, że gdyby to była depresja, byłabym słaba

Nie radziłabym sobie z trudnościami, wycofałabym się i poddała. A przecież widzisz, że codziennie stawiam czoła humorom naszych dzieci, szefowej, która potrafi dzwonić nim wyjdę z domu do pracy. Wstaję, wychodzę, pracuję. Czasami na obiad zrobię mrożone pierogi, ale to przecież nic nadzwyczajnego. Że śpię po południu – myślisz, że w końcu odpuściłam sprzątanie, a zadbałam o siebie. Tymczasem cierpiący na depresję są silni, są silni po to, by niepostrzeżenie izolować się i cierpieć w milczeniu. Mają siłę stwarzać pozory normalności, wycofywać się powoli tak, by nikt nie zauważył. To są te małe kroczki, które widzisz, ale które nie wzbudzają twoich podejrzeń, bo już nie wychodzę z koleżankami, mówię, że siłownię odpuszczam przez miesiąc, żeby odpocząć, nie mam ochoty na urodzinową imprezę, bo wolę czas spędzić z tobą. Nawet nie wiesz, kiedy coraz bardziej zapadam się w siebie.

Myślisz, że możesz mi pomóc

Bo przecież to tylko gorsze samopoczucie. Proponujesz wieczorem jakąś komedię do obejrzenia, lampkę wina, dobrą kolację zamawiasz z mojej ulubionej knajpki. Zobacz, czujesz gdzieś pod skórą, że coś się dzieje, że uciekam, że się oddalam. Ale z drugiej strony – jestem, nic złego się nie dzieje, oprócz tego smutku, który mi towarzyszy, który nawet, gdy się uśmiecham, jest gdzieś widoczny. Kupujesz mi kwiaty, może w sobie szukasz winy? Zabierasz dzieci na weekend do swoich rodziców: „Należy ci się czas wolny” – mówisz i nie wiesz, że ja nie wychodzę z łóżka podczas waszej nieobecności, ożywiam się tylko, gdy dzwonisz mówiąc, jak upajam się ciszą i ładuję akumulatory. Ale kiedy wracasz, niewiele się zmienia. Może dwa, trzy dni wydaję się być pełna życia, ale później wszystko wraca do normy, mojej depresyjnej normy.

Myślisz, że to problem w mojej głowie

Że da się to odwrócić, że wystarczy pomyśleć o tym, co dobre, zakodować sobie głowę na to, co pozytywne. „Hej, przecież wszystko będzie dobrze” – mówisz i powtarzasz, żebym się niepotrzebnie nie martwiła, choć sam nie wiesz, czym mogłabym się martwić. Próbujesz rozmawiać, zastanawiasz się nad jakimś zwolnieniem dla mnie z pracy, albo zachęcasz do zmiany pracy. A tymczasem ja w nocy nie śpię, wstaję po cichu, żeby cię nie obudzić, siadam w kuchni na krześle, aż świt wybudza mnie z jakiegoś letargu. Boli mnie głowa, mięśnie… Wracamy do tematu grypy, albo choroby w ogóle. „Może badania zrobisz, wyniki krwi” – proponujesz, bo przecież nie jestem sobą łykając tabletki przeciwbólowe i snując się po domu, jak cień coraz słabsza, coraz bardziej przezroczysta.

Unikasz tematu. Nie chcesz wymawiać słowa depresja. Bo przecież, żeby mieć depresję musi się COŚ wydarzyć, a przecież nasze życie jest takie, jak wiele innych, ze swoimi trudnościami i przyjemnościami. Myślisz, że depresja to psychiczna słabość, że urazisz mnie proponując wizytę u specjalisty. Ciągniesz mnie jeszcze za rękę, jeszcze próbujesz pokazać, że świat jest przyjazny, że nasze życie jest dobre i że ode mnie tylko zależy, czy takim je będę widzieć. Ale mnie już tam nie ma. Nie ma mnie w tym twoim dobrym świecie. Spadam głęboko w siebie. Wiesz, jeszcze wyciągam rękę, złap ją, proszę i trzymaj mocno, nie pozwól, żeby ona mnie zabrała. Nie czekaj, nie analizuj, nie odwracaj wzroku. Jestem tu. Mam depresję. Potrzebuję twojej pomocy, bo sama nie mam siły sobie pomóc… wbrew pozorom, które próbuję stworzyć.


Lifestyle

40-tka to czas przebudzenia! Za nic na świecie nie chciałabym mieć znowu 20, a co dopiero 30 lat!

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 kwietnia 2017
Fot. iStock/gilaxia
 

Przyjaciółka: „A pamiętasz, jak miałyśmy 20 lat”. Kurde, no pamiętam, przecież to wcale nie było tak dawno, ale jak robię szybko rachunek w głowie, to zdecydowanie coś mi się nie zgadza. Że 20 plus 20?? Niee, to niemożliwe.

Kurde, a jednak. Wiekowo się starzeję, w metryczce, bo duchem – wiem, że to wyświechtany frazes – no ale co na to poradzę, że czuję się młodsza.

Hmm może nawet młodsza, gdy miałam 20 lat?

Eh te 20 – to se ne vrati

Myślę z rozrzewnieniem. Takie piękne byłyśmy, bez zmarszczek na twarzy. Jeny człowiek mógł przytyć pięć kilogramów i błyskawicznie siedem schudnąć! I z jednej strony takie już byłyśmy dorosłe, bo odpowiedzialne za siebie, bo na studiach, bo decydujące o sobie. Pamiętam, jak na studiach zaskoczyło mnie, że tam nikogo nie obchodziło, czy ja przyjdę na zajęcia, czy nie. Moja sprawa, moja decyzja. I nagle staje oko w oko z wyborem: to iść, czy nie iść. Wrócić o czwartej rano z imprezy i wstać na ósmą na logikę? I jak wyżyć za 50 złotych przez cały tydzień i jeszcze za to wrócić do domu? Wszystko się dało. Przyznacie, że wtedy nie było rzeczy niemożliwych! Piło się wino takie musujące z dyskontu, jadło co popadnie i jeździło autostopem po całej Polsce, ba nawet po Europie.

Tak, jak się ma 20 lat, to świat leży u naszych stóp. Wszystko możemy, bo wszystko dopiero przed nami, możemy się uczyć, poznawać nowych ludzi, kochać i szaleć, byleby tylko mieć gdzieś z tyłu głowy konsekwencje tego wszystkiego.

Bo właśnie. Przecież dzisiaj patrząc z perspektywy czasu – mój duch nadal ma 20 lat, ale głowa jest mądrzejsza. Tyle, ile głupot się robi wychodząc z nastoletniego życia… O rety! Masakra. Jakim jest się naiwnym, jak pewność siebie dostaje po tyłku, żeby nauczyć pokory do życia.

To czas największych rozczarowań, że przecież wszystko miało wyglądać inaczej. Że przecież był plan: studia, miłość, praca i zabawa. A tymczasem tyle rzeczy się po drodze miesza, tak mało człowiek ma dystansu do tego, co dzieje się wokół. Najeża się, obraża. Jeszcze ten czas studiów to jak cię mogę – zabawa do upadłego, śmiech, nawet ten przez łzy i jedyny stres, czy zaliczę sesję w terminie. Później robi się poważniej…

Za co lubiłam tamtą 20-latkę?

– za energię

– za pozytywne myślenie

– za brak przejmowania się pierdołami

– za podejście do życia: co ma być to będzie

A co mnie w niej wkurzało?

– strach przed odpowiedzialnością

– naiwność w stosunku do ludzi

– brak dystansu do wielu rzeczy, a przede wszystkim do siebie samej

30 – letni koszmar

Szczerze, gdyby etap bycia 30-latką można było pominąć, to ja zrobiłabym to z największą przyjemnością. Oddam jakieś 6 lat mojego życia, które nawet wspominać ciężko.

Bo czy nie jest tak, że 30-latki to najnudniejsze kobiety na świecie? Zakładają rodzinę, zachodzą w ciążę, zostają matkami-matronami. Nie można na temat ich macierzyństwa żartować, nie daj Boże dawać żadnych rad, wtrącać się w nie swoje sprawy. 30-letnie matki i mężatki nagle stają się śmiertelnie poważne. Jedyne, co jest w stanie wywołać uśmiech na ich twarzy, to uśmiech ich dziecka. „Och, jaki on uroczy”, „A wiesz, wczoraj zrobiła taką piękną kupkę” – wszystko nas zachwyca w naszych dzieciach, i dobrze, takie mamy prawo. Macierzyństwo nadaje sens naszemu życiu, czyni je wartościowe. Ale też wpycha w pułapkę perfekcjonizmy, bo kiedy, jak nie mając jakieś 30 lat, chcemy być najlepszymi matkami pod słońcem, lepszymi niż inne. I nie przyjmujemy do wiadomości, że to zgubne, że tak się nie da. Nie, to czas, kiedy my wiemy wszystko najlepiej na świecie. A jeśli nie zostajemy matkami, to perfekcyjnymi pracownikami, kariera zawodowa determinuje nasze życie i wyznacza nam kurs, mało co ma większy sens, niż nasza praca.

To też etap kiepski dla naszych związków. Rozczarowujemy się sobą, nie spełniamy wzajemnych oczekiwań. A z drugiej strony to wtedy mamy poczucie, że zjadłyśmy wszystkie rozumy świata i już nikt i nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Jesteśmy dorosłe, poważne i… gdzieś w środku cholernie zagubione, co najbardziej staje się widoczne, kiedy nasze dzieci przestają nas na co dzień potrzebować.

Za co lubiłam tamtą 30-tkę?

Dzisiaj, jak o tym myślę, to za niewiele rzeczy:

– za determinację, bo dążyła do swojego celu

– za poczucie odpowiedzialności – mimo wszystko

– za intuicję – którą w końcu zaczęła w sobie dostrzegać

– za multifunkcyjność – bo nagle się okazało, że można robić tysiąc rzeczy naraz

A za co nie lubiłam?

– za brak poczucia humoru zwłaszcza na swój temat

– za ogromną chęć bycia już dorosłą

– za przemądrzałość, bo przecież ja wiem wszystko najlepiej

– za niesłuchanie innych, bo – patrz punkt wyżej

A teraz jestem przed 40-tką. Moja mama powtarzała, że życie kobiety zaczyna się po 40-tce. Patrzyłam na nią, jak na wariatkę. Jak to po 40-tce? Kiedy to mówiła, ja miałam 30., dwójkę małych dzieci i myślałam, że właśnie dotknęłam pełni szczęścia, a później to już tylko równia pochyła. Ha, jak bardzo się myliłam, wie to pewnie dzisiaj każda 40-tka! Kocham ten wiek! Kocham siebie w tym wieku! Kiedy znowu czuję się, jakby miała 20 lat, jakby mogła góry przenosić, kiedy wiem, na ile mnie stać, a wokół siebie mam ludzi, na których naprawdę mogę polegać, a nie tylko od wielkiego dzwonu!

Dzieci już większe odcinają pępowinę. Same sobie zrobią jedzenie, a mi kawę. To czas, kiedy w końcu zaczynamy widzieć siebie, kiedy dochodzi do głosu nasze wewnętrzne ja i mówi, czego chcę, a czego nie. Warto się w to wsłuchać! Warto samemu zacząć reżyserować swoje życie. Na to nigdy nie jest za późno, a kto wie – może to jest właśnie odpowiedni czas. Bo wcześniej miałyśmy w sobie za dużo buty, za dużo pewności, że to my wszystko wiemy najlepiej. A kiedy otworzyły się nam uszy, kiedy zaczęłyśmy wyciągać wnioski – właśnie WNIOSKI – to nagle okazało się, że wszystko, co najlepsze dopiero przed nami, że czas wyjść z tego kokonu matki i żony i zacząć żyć swoim życiem, a nie innych!

40-tka to czas przebudzenia! Jakbyśmy były motylami, które po długim czasie dojrzewania mogą wreszcie rozłożyć skrzydła i pokazać całe swoje piękno! Czy tak nie jest! Oczywiście, że jest i nie ma co się korygować i udawać, że my tu tak po cichu mając 40 lat będziemy robić swoje. Fakt, nie potrzebujemy już aplauzu, nie potrzebujemy zrozumienia, a co więcej społecznego przyzwolenia na to, co nam można, a czego nie! Bo my już wiemy, że jesteśmy ważne, że mamy prawo mówić głośno, co nam się podoba, a co nie. I co więcej, na gadaniu nie poprzestawać, ale w końcu działać, mimo strachu, obaw i wątpliwości. Bo one zostają, ale zyskujemy coś jeszcze – świadomość tego, w czym jesteśmy dobre, a w czym nie i to przekuwamy na naszą siłę, na realną pewność siebie. Trudno cię urazić, podkopać twoje poczucie wartości. I jest jeszcze coś: dystans, dystans do siebie, do świata, do ludzi. Teraz już wiesz, że nic nie jest pewne, nawet miłość, w którą jeszcze kilka lat temu wierzyłaś, nawet przyjaźń, która wydawało się tą idealną.

Jeśli miałabym na coś narzekać… To brak takiej formy po imprezach, jak w wieku 20 lat. 😉


Lifestyle

A kiedy ja przestanę o nas walczyć, to co się stanie? Czy nasza miłość składać się będzie tylko z przyziemnych obowiązków?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 marca 2017
Fot. iStock/_IB_

Kochany, co się z nami dzieje? Patrzę na ciebie każdego ranka, jak pochylony nad telefonem pijesz kawę. Nie mam odwagi zwrócić ci uwagi, bo sama wiem, ile czasu potrafię rozmawiać z przyjaciółkami, albo pisać do nich, pocieszać, kiedy im źle, a kiedy ty siedzisz obok.

Czasami zastanawiam się, czy mścisz się na mnie za ten brak uwagi. Za oddalenie się. Bo czuję, że jesteśmy od siebie dalej niż zazwyczaj. Wymieniamy się codziennymi rzeczami, rozmawiamy o tym, co ważne tu i teraz.

A ja tak bardzo chciałabym, żeby było inaczej. Pamiętasz, jak obiecywaliśmy sobie, że zawsze znajdziemy dla siebie czas, że obojętnie co by się działo, to my będziemy dla siebie najważniejsi?

A teraz mam wrażenie, że ważni dla jesteśmy tylko sami dla siebie i dla dzieci.

Pamiętasz, jak mówiliśmy, że powiemy, gdy będzie nam źle, żeby żadne z nas nie musiało się domyślać, uciekać jeszcze bardziej?

Jesteś taki nieobecny. My jesteśmy nieobecni. Niby razem, a zupełnie osobno pleciemy sobie minuty każdego dnia. Uśmiechniemy się do siebie każde pogrążone we własnych myślach.

I nie, nie marzę o uniesieniach, o szaleństwie i poświęceniu. Chciałabym tak bardzo, byśmy znowu zaczęli siebie zauważać.

Tak bardzo chciałabym, żebyś spytał rano, jak mi się spało i żebym nie musiała przemykać po cichu nie przeszkadzając tobie w rozmowie, czy sprawdzaniu kolejnych powiadomień na telefonie.

Chciałabym, żebyś powiedział, jak się czujesz. Nie zbywał tego za każdym razem: „okej, a o co chodzi?”. Bo to wzbudza we mnie poczucie winy, że po co w ogóle pytam, po co przerywam ci twoje własne rozmyślania i planowanie twojego dnia. Nie wiem, co co więcej spytać, bo właściwie nie wiem, co u ciebie. Bo nawet gdy zaczynam rozmowę, ty skręcasz ją na zupełnie inne tory. Masz ważniejsze sprawy. Auto do naprawy, zakupy do zrobienia, telefon do kolegi, któremu coś obiecałeś. Nawet nie wiem, kiedy wracamy do przyziemnych spraw, codziennych, jakbyśmy się tylko z nich składali.

Chciałabym, żeby powiedział, że ładnie wyglądam w tej sukience, spojrzał z podziwem, z zainteresowaniem w oczach, a nie na moje pytanie „I jak” odpowiadał po prostu „Ok” i odwracał się w drugą stronę.

Chcę krzyczeć, że ja tu jestem. Jestem z krwi i kości i tysięcy emocji, które rozbijają mnie na miliony kawałków.

Czasami próbuję grać tak jak ty. Ciągnąć od zadania do zadania, od celu do celu. Zadowalać się siedzeniem obok siebie na kanapie – ja zajęta czytaniem książki, ty oglądaniem jakiegoś motoryzacyjnego programu, czy kolejnego meczu. Fajnie nie. Czasami nie czytam. Czasami myślę, jak żałośnie wyglądamy i jak bardzo nie mam siły tego zmieniać.

Tyle razy o tym rozmawialiśmy, tak bardzo oboje się staraliśmy, a na końcu o tak lądujemy na tej kanapie każde pogrążone w swojej rzeczywistości.

„Wiesz, znajomi jadą na weekend do Madrytu. Znaleźli jakąś dobrą okazję” – rzuciłam ostatnio. Nie słyszy już, jak mówię: „Fajnie nie, też bym chciała”. Przyjmujesz to, co dla ciebie wygodne, z czego zręcznie możesz się wyplątać.

Nie ma już siły na walkę. Chyba to smuci, ale też złości mnie najbardziej. Ten brak siły, bo już kilka razy wydawało mi się, że się udało, że już po wszystkim, że z kolejnego kryzysu wychodzimy mocniejsi, lepsi, bliżej siebie, to po jakimś czasie wpadamy w kolejną dziurę.

A teraz czuję się bezsilna, bezradna. Mam poczucie, że już przegraliśmy siebie. Że mogę jedynie pogodzić się z tym, że tak jest.

Że czasami mnie przytulić, gdy zaczepię cię w korytarzu między sypialnią a kuchnią.

Że nasz seks tylko od czasu do czasu będzie bardziej namiętny i wyjątkowy.

Że to ja muszę zaproponować wspólny wypad do kina, wyjście na kolację, bo tobie na tym nie zależy, a raczej – nie ma w tobie potrzeby takiej.

Czasami wyrzucam sobie, że czego oczekuję, że czego chcę. Dlaczego dla mnie nie jest dobrze tak, jak jest.

Ale wiesz, ja już dawno przestałam być tylko matką, tylko kucharką. Z powrotem jestem kobietą, która oczekuje twojego zachwytu, twojej uwagi. Która chce czuć, że jest kochana, że nie jest tylko składową ogólnego szczęścia, ale dla ciebie kimś wyjątkowym. Kimś, kogo nadal chcesz poznawać, z kim chcesz smakować nowego, z kim doświadczać wszystkiego.

Kimś, kogo złapiesz za rękę i szepniesz do ucha, jak kiedyś: „chodź, uciekajmy stąd”.

Jeszcze tu jestem, jeszcze czekam. Ale nie wiem, jak długo. Nie mam siły, wiem, że się poddaję. A jak ja się poddam, to co nam zostanie? Kanapa z paczką popcornu, meczem w tle i książką, nad którą nie będę mogła się skupić…