Lifestyle

Mam 40 lat, jestem po rozwodzie i czasami boję się, że do końca życia będę już sama

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 czerwca 2016
Fot. iStock / Kontrec
 

Mówili: „Daj spokój, młoda jesteś, mądra, znajdziesz jeszcze kogoś, na pewno”, „Zasługujesz na miłość”, „Wszystko jeszcze przed tobą, na nim świat się nie kończy”.

„Odszedł. Ułożył sobie życie”

Rozwiodłam się osiem lat temu. Zostałam z dzieckiem. Niebrzydka, niegłupia, zraniona cholernie mocno. Tak mocno, że przez kilka lat w ogóle nie myślałam o stałym związku. Wychodziłam z depresji, z jego długów, jego zobowiązań i własnej traumy. Tłumaczyłam synowi, że tata go kocha, ale nie może się teraz z nim widzieć. Bo co miałam powiedzieć? Że poszedł do młodszej, że czeka na kolejne dziecko?

Mojego syna to nie interesowało. To, że jego ojciec znalazł młodszą atrakcyjniejszą, przecież nie było w ogóle dla niego istotne. Ot, wyprowadził się, zostawił go, mnie po kilku próbach naprawiania związku, po jego obietnicach, że już z tamtą skończył, że to się nigdy nie powtórzy. Wierzyłam mu, bo wtedy chciałam, by była to prawda. Tyle lat razem, tyle starań o dziecko, moje poronienia, jego wsparcie. Szczęście, gdy w naszym życiu pojawił się Patryk. Ono jednak długo nie trwało.

Odszedł. Ułożył sobie życie. Odzywa się czasami, kiedy chce Patryka zabrać na wakacje, a on już nie chce do niego jeździć. Rozmawiamy, tłumaczę. Ale mój syn ma już 13 lat, swój rozum, swoje emocje, musimy oboje je szanować, tak, jak jego decyzje.

Skończyłam 40 lat. Urodziny opijałam w gronie przyjaciół i znajomych, ale jednak sama. Teraz rzadko kto życzy mi: „żebyś kogoś znalazła”. Mówią o szczęściu, o radości, o zdrowiu, o tym, że zobaczę, że życie zaczyna się po 40-tce. I miłości, kilka osób życzyło, ale już bez spotkania tego jedynego. Po prostu, miłości.

Czasami zastanawiam się, co jest ze mną nie tak. Z zazdrością patrzę na inne kobiety i myślę sobie: „Kurde jej się udało, czemu mi nie wychodzi?”. Nie, nie życzę im źle. Jestem zazdrosna o to, że one kogoś mają, że im się ułożyło, że też po przejściach, ale jednak szczęśliwe. Tak po ludzku zazdrosna.

Jasne, ja też jestem szczęśliwa. Mam pracę, cudownego syna, fajnych przyjaciół, którzy nie eliminują mnie z towarzystwa, bo jestem sama. Choć kilka tak zwanych przyjaźni życie zweryfikowało… A raczej zweryfikowała moja samotność.

Więc tak, jestem szczęśliwa. Uczę cię szczęścia w pojedynkę. Uczę się, że szczęście, to nie tylko obecność drugiej, bliskiej osoby obok.

Że szczęście to nie tylko ramię, do którego można się przytulić lub w które można płakać do woli.

Że szczęście, to nie tylko wspólne śniadania, to nie tylko kawa zrobiona i podana do łóżka ot tak, z zaskoczenia, żeby komuś zrobić przyjemność.

Że szczęście to też nie tylko obiad, który czeka na ciebie w domu, zrobiony przez kogoś, kogo kochasz i kto wie, co lubisz najbardziej zjeść.

Że szczęście to nie tylko wyjście w dwójkę do kina, pójście na spacer, czy spontaniczny wypad na miasto i wariackie tańce.

Że szczęście to nie tylko wyrzucone śmieci, naczynia wyciągnięte ze zmywarki i wstawione pranie tym razem nie przez ciebie samą.

Że szczęście to nie tylko śpiąca obok na kanapie osoba, która udaje, że też lubi oglądać film, który akurat chciałaś zobaczyć.

Że szczęście to nie tylko „pięknie wyglądasz, kochanie”, kiedy wiesz, że wyglądasz dobrze, i kiedy wiesz, że to kompletnie nieprawda.

Że szczęście to nie tylko zrobiona herbata z cytryną i miodem, i podana chusteczka przy twoim przeziębieniu.

Że szczęście to nie tylko świadomość, że ktoś na ciebie czeka. Że nie wsiądzie zaraz na rower, nie powie: „Hej mama, jadę do kolegów pograć w piłkę”, tylko ucieszy się, że już jesteś w domu.

Ktoś powie: „głupia”, jakby nie mogła cieszyć się życiem. Przecież o jej wartości nie świadczy facet obok. Tak, jasne. Rozumiem. I żeby było jasne, nie jest mi smutno. Uczę się być szczęśliwa w swojej samotności. Nie jestem kobietą, która ze zwieszoną głową, miesza kawę w ulubionej kawiarni wlepiając wzrok w każdego samotnego faceta, który wchodzi do środka. Myśląc: „o, może ten się nada?”.

„Uczę się nie czekać, nie rozglądać”

Wręcz przeciwnie. Nauczyłam się być sama ze sobą. Wychodzę regularnie na basen, umawiam się z koleżankami na kijki – maszerujemy dwa razy w tygodniu po lesie. Pracuję i lubię swoją pracę. Wyskoczę do kina sama nie martwiąc się, że ktoś zechce mi wyjeść ulubiony popcorn z karmelem. Mam dużo czasu dla syna. Chodzę wieczorem w starym rozciągniętym dresie po mieszkaniu. Czytam, dużo czytam, bo mam na to czas. Planuję wakacje. Jedne sama, drugie z synem. Uśmiecham się. Do innych, do siebie.

Jednak przestałam umawiać się na randki. Przestałam szukać. Uczę się nie czekać, nie rozglądać. Szkoda mi energii na facetów, którzy zapominają, że mają żony. Na facetów, którym zależy tylko na seksie – jasne, seks jest fajny, ale mi o sam seks jednak nie chodzi. To też musiałam zrozumieć. Łapałam się na tym, że myślałam: „to tylko seks” w efekcie czekając na jego SMS-a, angażując się w coś, co kompletnie nie miało racji bytu. Może on takich jak ja miewał wiele.

Nie chcę spotykać facetów pogubionych, którym matka mamrocze nad głową, żeby się ustatkowali. Nie chcę tych, którzy mówią o byłych żonach – tych co mówią bardzo źle, ale też tych, którzy mówią dobrze. Chciałabym spotkać faceta, który tak jak ja pozwolił sobie otworzyć czystą kartę. Chce zacząć od nowa, z pustą głową, z poukładanymi emocjami. Takiego, któremu brakuje drugiej osoby obok i nie stawia ani sobie, ani jej wielkich oczekiwań. Bo już wie, że miłość to nie wymagania, to nie warunki. To obecność kogoś, kto kocha i stara się zrozumieć, kto akceptuje.

Ktoś powie: „co ma być, to będzie”. I tak, zgadzam się z tym, bez żalu, bez smutku, bez sarkazmu, że u mnie to pewnie już nic nie będzie. Bo przecież tego nie wiem. I to jest fajne. To daje nadzieję.

Ale czasami, leżąc wieczorem w łóżku, przy zgaszonym świetle, myślę sobie, że to już koniec. Że to wszystko. Że już nigdy nikogo nie pokocham, że nie będę kochaną przez faceta. Ta myśl mnie przeraża, sprawia, że czuję niemal fizyczny ból. Na szczęście coraz rzadziej mi się zdarza. Mam nadzieję, że w końcu to uczucie, ta myśl, zniknie. Że pewnego dnia obejrzę się na to moje samotne życie i powiem sobie – kurde, szczęśliwa z ciebie babka. Że nie zostanę pełną pretensji do świata rozwódką, która przestanie wierzyć w miłość. Bo dziś nadal w nią wierzę, patrzę, jak mój syn się zakochuje. I czasami, po kryjomu, w tajemnicy przed wszystkimi marzę, że ja też się jeszcze kiedyś zakocham, że przestanę się bać, że już nigdy nikogo nie spotkam.

A z drugiej strony nie chcę zobojętnieć na miłość, nie chcę przestać jej potrzebować. To trudne: żyć samotnie, być szczęśliwą i nadal pragnąć miłości. Pomyśl o tym, kiedy zechcesz samotnej 40-latce powiedzieć: „Daj spokój, przecież facet do szczęścia nie jest ci potrzebny”. Uwierz – ona to wie, ale nadal chce, by ktoś ją pokochał.


Lifestyle

Ile razy chciałam cię zdradzić… A wystarczyłoby, żebyś powiedział, że mnie kochasz

Z życia kobiety
Z życia kobiety
30 czerwca 2016
Fot. iStock / ljubaphoto
 

Wiesz, ile razy chciałam cię zdradzić? Ukarać cię za twoją obojętność? Myślałam: „Jak cię zranię, to w końcu mnie zauważysz. Przestraszysz się, że może jednak jestem w stanie odejść”.

Tak, jestem pijana. Otworzyłam butelkę wina. Kolejną w kolejny wieczór, kiedy ciebie nie ma. Bo umówiłeś się z kolegą na siłownię. Później pewnie pójdziecie na piwo. Wrócisz koło północy i będziesz zachowywał się jak najciszej, żebym czasem nie obudziła się ze swoimi pretensjami.

„Bywasz żałosny”

Bo dla ciebie jestem jedną wielką pretensją. O to, że nie przytulasz, że wolisz wyjść z kumplami, niż ze mną spędzić wieczór, że siedzisz przy komputerze, pracujesz do późna, nie zajmujesz się zbytnio dziećmi. Bo zajmujesz się tylko kiedy to konieczne, albo gdy ja zrobię ci awanturę. Tak, wtedy zabierzesz je na plac zabaw. Godzina na dworze, a ty i tak z nosem w telefonie. Nie słyszysz nawet jak ciebie wołają. Zawsze tak robisz, nawet jak wychodzimy razem. Czasami zastanawiam się po co ja właściwie jestem? Przecież zachowujesz się tak, jakbym była powietrzem.

Tak, zaraz zaczniesz zaprzeczać. Że przestań, że o co ci znowu chodzi, że przesadzam. Wyjdziesz, trzaśniesz drzwiami, a ja będę musiała uspokajać dzieci i mówić, że to nic, że to przeciąg, że tata nie jest na nie zły. Nie chcesz rozmawiać, wyjaśniać, naprawiać. Jesteś tchórzem wiesz. TCHÓRZEM. T-CH-Ó-RZ-E-M. Który z podkulonym ogonem ucieka. Bywasz żałosny. Chciałabym ci to powiedzieć: „żałosny dupek”, który nie potrafi stanąć twarzą w twarz z problem, z moimi uczuciami. Z tym, co między nami, a raczej tym, czego nie ma.

Tyle razy mówiłam. Jeny… aż mnie mdli. To moje żebranie o twoją uwagę, te moje SMS-y, telefony, nieustanne dawanie ci miłości. Bo myślałam, że może jej starczy za nas dwoje. Ale to wszystko nic. Na chwilę. Mówiłeś, że tak, że ci zależy. A później ta sama śpiewka: „No taki już jestem”. Jaki ku*wa jesteś? No jaki? Pytam się? Jaki do diabła jesteś?!? Jaki jesteś, że to „taki” tłumaczy wszystko?!?

I tak. Chciałabym cię zdradzić. Chciałabym nie czekać wieczorem, jak wrócisz, i udawać, że śpię, kiedy wchodzisz do domu, żeby cię nie spłoszyć. Chciałabym siedzieć z telefonem i odbierać SMS-y od kogoś, kto da mi choć złudną nadzieję bycia ważną. Od kogoś, kto będzie mi mówił, że tęskni, że kocha, że jestem najlepsza.

Jezu, ile razy mogłam to zrobić. Jaka głupia byłam, że nie, że mąż, że przecież ty. Ty, który mnie nie zauważasz. A później zaczęłam myśleć: „a czemu nie? Co mi szkodzi? Tobie i tak to będzie obojętne”. Mogłabym pieprzyć się z gościem na twoich oczach, a ty i tak byś tego nie widział!

Matko, co ja piszę. Zobacz, w jakim jestem stanie. Jak żałosna – tak samo jak ty.

„Tak bardzo chciałam, żeby on był tobą”

Pamiętasz tego kolegę z pracy, co podwoził mnie do domu? O co ja pytam, czy pamiętasz? Przyjeżdżał po mnie rano, bo miał po drodze. Czekałam, aż spytasz, kto to? Jak zrobisz mi scenę zazdrości. Jak powiesz: „Dzisiaj ja cię zawiozę, on nie musi przyjeżdżać”. Ale tobie wystarczyło jak na pytanie, kto to jest, odpowiedziałam: „Nikt, kolega z pracy”. I tyle. A on zapraszał mnie na kolację, do kina. Dzwonił i pisał po pracy. Niby służbowo. Ale to on życzył mi dobrej nocy i kolorowych snów. A rano pisał: „Wstałaś już? Zaraz po ciebie jestem”. Ostatnio przyjeżdża rzadziej.

Raz z nim wyszłam. Tobie powiedziałam, że idę do siostry. Kryła mnie, wiedziała o wszystkim. Chciałabym ci o tym opowiedzieć. Jak było cudownie. Kino niezależne, niszowe. On wiedział, że takie lubię i że nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam w kinie. Wyszukał seans i zaskoczył mnie kupionymi już biletami. Tak bardzo chciałam iść. I tak bardzo chciałam, żeby on był tobą, żebyś ty pomyślał o mnie, zrobił coś dla mnie.

Stał obok mnie, a ja czułam dreszcze na całym ciele. Pożądanie, którego dawno nie doświadczyłam. Takie zwierzęce, które kazało mi tu i teraz powiedzieć: „Wyjdźmy stąd, chodźmy do ciebie”. Wiem, że by zrozumiał, że nic więcej nie musiałabym mówić. Później wiele razy wyobrażałam sobie, jak się z nim kocham. Jak odkluczając drzwi rozbiera mnie, jak kochamy się u niego na podłodze. Jak mnie całuje, dotyka.

Stałam tam w tej kolejce czekając na film. Czułam każdy najmniejszy ruch jego ciała. Patrzyłam ukradkiem na niego. Widziałam jak napina mięśnie, gdy się do niego przysuwałam, bo ktoś akurat przeszedł. Ocierałam się przypadkiem. I czułam ból niemal fizyczny… Nie wiem, o czym był film. Marzyłam, żeby złapał mnie za rękę, przytulił. Żebyśmy wyszli w połowie seansu. Ale siedziałam sztywno nie mogąc się skupić na tym, co na ekranie.

„Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”

W głowie mi szumiało, a ciało krzyczało z tęsknoty za jego dotykiem, którego przecież nigdy nie doświadczyłam. Siedziałam tam i rozważałam wszystkie możliwe scenariusze, wszystkie za i przeciw. Wiedziałam, że on też tego chce. Że czeka. Nigdy wprost nie dał mi do zrozumienia, że oprócz przyjaźni chciałby coś więcej. Chciałam uciec. A za chwilę myślałam: „Jak teraz wyjdziesz, już nigdy tego nie poczujesz”. Ale jak mogłam coś takiego czuć! Przecież byłeś ty. Z dziećmi. Przysłałeś SMS-a, że one nie mogą zasnąć, i gdzie schowałam parówki na kolację. Chciałam ci napisać: „W d*pies schowałam! Spie*dalaj”. Jakie to słabe… Jak ja ciebie wtedy nienawidziłam. Jak czułam się upodlona naszym związkiem i tym, co czułam, tam w kinie, przy innym facecie. Myślałam: „To twoja wina, to ty doprowadziłeś do tego, że pożądam innego mężczyznę, że jestem gotowa wyjść z nim tu i teraz, i pieprzyć się w samochodzie na kinowym parkingu”.

Płakałam. Siedziałam w kinie i płakałam. Podał mi chusteczkę. A ja płakałam jeszcze bardziej. Nie mogłam przestać. Nie mogłam nad tym zapanować. Chciałam szlochać, krzyczeć, jaka jestem nieszczęśliwa, jak bardzo czuję się niekochana. I gdzie mnie ta twoja (nie)miłość doprowadziła…

„Wszystko w porządku?” – spytał. Nic, ku*wa, wtedy nie było w porządku! NIC. Poprosiłam, żeby odwiózł mnie do domu. Nie pytał o nic więcej. Dostałam SMS-a: „Pamiętaj, że jestem”.

I co ja mam zrobić? Co ja do cholery mam zrobić? Ciebie znowu nie ma, a on powiedział, że poczeka. Poczeka na mnie. A ja tu siedzę, i czekam na ciebie… I nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem.

Tak, jestem pijana. I nic nie wiem… Chciałabym tylko wiedzieć, że ty mnie kochasz. Chciałabym mieć pewność. To by mi wystarczyło…


Lifestyle

Kiedy on odchodzi, a ona już nic nie może zrobić… Może tylko wierzyć, że wróci

Z życia kobiety
Z życia kobiety
20 czerwca 2016
Fot. iStock / Lizél Lindsay Basson

Patrzy na niego, jak krząta się po kuchni. Robił w pośpiechu kawę nerwowo zerkając na zegarek. Zaspał. Odkąd śpi na kanapie ona nie ma okazji powiedzieć mu, że późno się robi, żeby już wstawał. Ona zawsze spała uważniej niż on.

Sama mu powiedziała o tej kanapie. Od tej ostatniej ich rozmowy nie wyobrażała sobie inaczej. Żeby on obok niej kładł się co wieczór. Udając, że wszystko jest w porządku, a przecież nic w porządku nie jest. Nie chce litości w postaci jego zapachu na poduszce.

Patrzy jak odchodzi i nic nie może z tym zrobić. Wie, że on już podjął decyzję, chociaż się miota, bo dzieci, bo ona, bo wie, że rani. Nie jest w końcu bez serca. Widzi jej cierpienie, chociaż odwraca wzrok, gdy ona się mu przenikliwie przygląda. Jak teraz, z tą kawą. Oblewa się, klnie siarczyście. Koszula do zmiany. Nie wyprasuje mu. Może tamta to kiedyś zrobi.

Bo ona od dawna wie, że jest jakaś tamta

Ile to czasu? Miesiąc, pół roku? Kiedy teraz o tym myśli wie, że wiedziała od pierwszego wyjazdu służbowego. Pierwszego: „Zadzwonię później, nie mogę rozmawiać”, kiedy spytała, kto dzwonił nerwowo odpowiedział, że pomyłka. Nie chciała drążyć tematu. Bo co to za pomyłka, do której chce się oddzwaniać. Tylko niepokój się pojawił… Zamieszkał w jej głowie.

A później on postanowił rozwijać się zawodowo, skorzystać z okazji otwarcia firmy, w której pracował  w innym mieście. Cieszył się, że mu zaufali, że może się wykazać. Tylko ona się nie cieszyła, bo cztery do pięciu dni w tygodniu spędzał poza domem. Gdy spytała: „A co jak będziesz tam pracował na stałe? Przeprowadzimy się?”. Zaskoczony nie odpowiedział. Spojrzał tylko na nią, jakby nagle przypomniał sobie o jej istnieniu.

Bo jego nie było od dawna

Widziała przez okno jak uśmiechnięty wysiada z auta, kiedy wchodził do domu – jego twarz wyrażała już tylko zmęczenie. Śmiał się jedynie bawiąc się z dziećmi, dużo mówił planując z nimi weekendową wycieczkę. Bez niej. Jakby wiedział, że ona kolejny raz odmówi, powie, że chce odpocząć po całym tygodniu z trójką dzieci. Dzisiaj patrząc na niego zastanawia się, że może, gdyby nie była tak zmęczona, że może gdyby chętniej przystawała na jego propozycje wyjazdów, miała w sobie więcej chęci do życia, byłoby inaczej? Może by się nią nie znudził.

Jak często o tym myśli. Że może gdyby była inna. Gdyby nie zrzędziła, nie marudziła, że go nie ma, że ona sama wszystko musi ogarniać, i że jemu wydaje się, że zabranie dzieci do knajpy raz na dwa tygodnie wystarczy. Nie mogła na nim polegać, zawsze się spóźniał, nie dotrzymywał słowa. Praca była najważniejsza. Wiedziała, że się oddalają, ale nie miała siły walczyć. Tyle razy ją zranił, ona swoją obojętnością chciała zranić jego…

Wcześniej wspólna terapia, przegadane wieczory, ale on był już daleko, za daleko. On już układał sobie z boku swoje własne życie bez niej. Jakby ona zabierała mu część powietrza, ograniczała jego przestrzeń. To wtedy, na terapii usłyszała…

Odchodzi, a ona nic nie może zrobić

Ta bezradność jest najgorsza. Bo już jest za późno, żeby coś jeszcze zmienić. Wie o tym, przecież płakała, łapała go za rękę, gdy wychodził. Mówiła: „Nie idź do niej dzisiaj, zostań ze mną”. Tak. Błagała, żeby został. Że przecież mają dzieci, że ona się jeszcze zmieni. Że zasługuje na szansę. Że oni na tę szansę zasługują. A on wychodził… Nie na całą noc. Na dwie, może trzy godziny.

Pytała, w czym ona jest lepsza. Chciała to wiedzieć, chciała wiedzieć czemu ją zostawia. Po kilkunastu latach. Trójce urodzonych dzieci. Przecież byli szczęśliwi. Przypominała mu te chwile, chciała by o nich nie zapominał. Pierwszym teście ciążowym, o wakacjach, o walce o ich drugie dziecko i strachu, gdy okazało się, że po raz trzeci jest w ciąży. O ich pierwszym wspólnym wyjeździe, kiedy już były dzieci, a do którego długo ją przekonywał, ale przecież w końcu pojechała. Dzieci zostały u teściów. Byli jak para narzeczonych…

Ona była przy nim, gdy zmieniał pracę, gdy jego tata umierał. Była wsparciem.

Wie, że on będzie nadal dobrym ojcem, bo dzieci nadal są dla niego ważne. Tylko ona przestała być ważna, potrzebna, kochana.

Patrzy na niego i zastanawia się, czy kiedykolwiek ją kochał? Czy ona prawdziwie kochała jego? Czy może tej miłości nie było, tylko się im wydawało… Bo przecież byliby dalej razem. On zawalczyłby o nich. A nie po prostu odszedł do innej.

Jest zmęczona. Stęskniona. Chciałaby, by ją przytulił, by wrócił. Nie chce widzieć, jak ukradkiem wynosi swoje rzeczy, po trochu, żeby ją mniej bolało?

Zmienił się. Jest taki silny, pewny siebie. Wyprostowany. A ją opuściły siły, jakby karmił się jej energią. Im on mocniejszy, tym ona słabsza… Są chwile, kiedy chce mu powiedzieć: odjedź, nie przedłużaj, nie zniosę tego dłużej. Ale ma nadzieję, że wróci. Tak, patrzy na niego i wierzy, że przyjdzie taki poranek, kiedy znowu będzie tu tylko dla niej. Kiedy spojrzy na nią ciesząc się, że wstała, kiedy powie: „Zrobię ci kawę, chcesz?”, a ona wyprasuje mu koszulę, bo tę co ma na sobie, poplami. I będą się kochać szybko w sypialni, przed jego wyjściem, nim dzieci wstaną… Kiedyś. Ona wierzy. Wierzy, że mu wybaczy.