Kuchnia

Wybierasz się na wakacje za granicą? 10 potraw tylko dla odważnych

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
10 lipca 2016
Fot. iStock / mariusz_prusaczyk
 

Podróżując po świecie, chętnie poznajemy nowe rzeczy, podziwiamy widoki, zapamiętujemy zapachy i smaki. Szczególnie chętnie sięgamy po specjały obcych kuchni, co pozwala zdobyć doświadczenia, lepiej wczuć się w klimat danego miejsca. Wybieramy z menu potrawy, które brzmią oryginalnie i kuszą pewną tajemnicą. Ale jadąc w dane miejsce, warto się rozeznać w opiniach o konkretnej kuchni.

Poza jedzeniem kuszącym kolorami i zapachem, zawsze może na nasz stół trafić coś, co przyspieszy bicie naszego serca, a żołądek wykręci na drugą stronę. Przecież wiele narodów ma takie potrawy, o konsumpcji których nikomu spoza kraju czy regionu by się nie śniło. A wtedy potrawy z jądra byka czy smażonych chrząszczy stają się czymś bardziej znośnym w porównaniu to naprawdę ekstremalnych potraw.

10 potraw tylko dla odważnych/bardzo wygłodniałych

1. Balut z Filipin

Poza Filipinami cieszy się niezwykłą popularnością w Kambodży, Laosie i Wietnamie. Można spotkać ten przysmak na wielu straganach, a jest nim nie do końca rozwinięty płód kaczy lub kurzy, który po ugotowaniu i posoleniu zjada się bezpośrednio ze skorupki.

2. Casu marzu z Włoch

Kochamy włoskie jedzenie, ale ten rodzaj przysmaku może nie przypaść nam do gustu. Casu marzu to ser, który jest dumą Sardynii. Jego specyfika polega na tym, że jest po brzegi wypełniony larwami. Dopóki larwy żyją, ser nadaje się do spożycia, gdy padną, nikt nie powinien go ruszać. Dzięki sokom trawiennym larw, ser staje się niezwykle delikatny. Oczywiście ser zjada się wraz z larwowym dodatkiem, choć można je starać się z niego wydłubać. Casu marzu kroi się, rozsmarowuje na płaskim, tradycyjnym chlebie pane carasau i podaje z mocnym, czerwonym winem.

3. Zupa z nietoperza (Batsoup) z Tajlandii

Danie powstaje z owocożernego nietoperza, gotowanego wraz z futerkiem w mleku kokosowym i przyprawach przez kilka godzin. Ponoć bywa zdradliwa, ponieważ nietoperze przenoszą różne chorobotwórcze drobnoustroje.

4. Islandzki hakarl

Jeżeli Anthony Bourdain twierdzi, że jest to najgorsza potrawa, jaką jadł, tak musi być! Hakarl to nic innego, jak nadpsute mięso z rekina. Rekin po złapaniu, zakopywany jest pod ziemią na okres od 2 do 6 miesięcy. Gdy mięso się rozłoży, zostaje wykopane, pokrojone na kawałki i jedzone. Hakarl ma silny zapach amoniaku i bardzo intensywny smak.

5. Zupa z ptasich gniazd, chiński rarytas

To zupa z gniazd rybitw. Gniazda powstają z jadalnych wodorostów, sklejonych ze sobą ikrą rybią i własną śliną. Ta oryginalna zupa smakuje jak zupa rybna, a jej cena jest bardzo wysoka – nawet do 1000 $.

6. Sannakji, śmiertelnie niebezpieczna

To ryzykowny koreański przysmak.  Małe, żywe ośmiornice są krojone i polewane olejem sezamowym. Zjada się je jeszcze wijące, przyklejające się do podniebienia. Jeśli przyssawki przyczepią się do przełyku, mogą powodować uduszenie.

7. Azjatyckie oko tuńczyka

Oko tuńczyka to kolejny oryginalny przysmak serwowany w azjatyckich barach, szczególnie lubiany w Japonii. Można go przyrządzać na różne sposoby, np. jako wkładkę do zupy, dość dużych gabarytów.

8. Szwedzki kiszony śledź (surströmming)

Ponoć jego zapach ma taką moc, że lepiej spożywać go na otwartej przestrzeni. Śledzie fermentuje się przez miesiąc do dwóch w beczce, a przez następne sześć – dwanaście miesięcy w zamkniętej puszce. Odór zgniłej ryby jest bowiem odrzucający.

9. Pieczona świnka morska

Świnki morskie zazwyczaj piecze się i podaje w całości w Peru. Chude mięso z dużą zawartością protein, traktowane jest jako zdrowy rarytas.

10. Smalahove, norweska tradycja

Dla smakoszy owczego mięsa, specyficzna część ciała, głowa- jak widać, nic się nie marnuje. Smalahove to tradycyjny przysmak spożywany w okolicy Bożego Narodzenia, spożywany w całej Norwegii. Ponoć posiada interesujące walory smakowe i warto się przemóc do jego konsumpcji.

źródło: podroze.gazeta.plkuchnia.wp.plgadzetomania.pl, instagram


Kuchnia

„Mąż kat, to nie tylko dramat kobiet, których życie potoczyło się mniej bajkowo i zepchnęło w odmęty patologii”

Małgorzata Mueldner
Małgorzata Mueldner
10 lipca 2016
"Mąż kat, to nie tylko dramat kobiet, których życie potoczyło się mniej bajkowo i zepchnęło w odmęty patologii"
Fot. iStock / CSA-Printstock
 

Stała przy furtce swojego pięknego domu z reklamówką w dłoni, zabrała tylko kilka podręcznych rzeczy. Wsiadła do samochodu, była blada, choć na twarzy miała ślad po uderzeniu. Taka ledwo widoczna, czerwona smuga. 

Mąż kat, to nie tylko dramat kobiet, których życie potoczyło się mniej bajkowo i zepchnęło w odmęty patologii. Te, które mieszkają w porządnych domach, jeżdżą dobrymi samochodami i noszą markowe ubrania, cierpią niekiedy jeszcze bardziej.  Żyją w podwójnym strachu przed „nim” i przed ujawnieniem prawdy tak kompletnie niepasującej do życia tak zwanych „wyższych sfer”. Przecież są ludźmi „na poziomie”…

Nikt nic nie widział

Dom jest ciepły, pachnący normalnym życiem – świeżym praniem, obiadem, świętami. Ona projektuje wnętrza, więc dba o wystrój. Zmieniające się pory roku, to nowe zasłony, obrusy, dekoracje stołu. Wszystko w wysokim standardzie, jak przystało na rodzinę prezesa dużej korporacji. Jest pełna pasji, młoda, atrakcyjna zadbana, krzycząca wręcz swoją kobiecością i  tak często wychodzi z domu…

Byli tacy, którzy zastanawiali się, jak ona to robi, jak na wszystko znajduje czas. A mąż? Ależ on tolerancyjny. A ona… powtarzała, że nie jest typem „kury domowej”, że potrzebuje dużo przestrzeni. Ludzie patrzyli na nią i niekiedy plotkowali, że flirtuje, że jest beztroska, rozpieszczona. A ona śmiała się głośniej i pakowała rodzinę na wymarzone wakacje w ciepłych krajach. Więc nic nie zauważyli… A ona grała swoją rolę niezmienni przez lata.

„Dłużej nie wytrzymam”…

… pomyślała i wyszła z domu. Odważyła się na telefon, nie do najbliższej przyjaciółki, sąsiadki…nie. Zadzwoniła do znajomej dziewczyny, chyba nawet nie były wtedy aż tak blisko. To był odruch, z jakiś powodów to przy niej poczuła się bezpiecznie. A może było jej już wszystko jedno.

– Bije mnie od 18 lat – powiedziała spokojnym głosem, kiedy wsiadła do samochodu i dodała: „zawieź mnie, proszę, na policję”.

Najważniejsze są dzieci

– Pojadą i wyprowadzą go w kajdankach, jak zwykłego przestępcę, łajdaka. Dla nich nie ma znaczenia, kim jest, gdzie pracuje – powtarzała nerwowo słowa stojąc na obskurnym korytarzu lokalnego komisariatu.  – Nie powinno mieć dla nich to żadnego znaczenia – odpowiedziała znajoma – dla ciebie też nie – dodała.

– Taki wstyd, wszyscy zobaczą – powtarzała dalej, jak w jakimś dziwnym transie. A w głowie kłębiła się jej jedna myśl: „W domu są synowie”… Odwróciła głowę w kierunku policjanta i zastygła na moment. – Proszę wycofać wszystko, co powiedziałam. Nie mogę zrobić tego dzieciom. Nie mogą zobaczyć ojca w takiej sytuacji. Oni nic nie wiedzą – powiedziała zdecydowanym, opanowanym tonem. – Tak się tylko tak pani wydaje – cierpliwie powiedział policjant dodając: – Pani dzieci już cierpią i być może nigdy nie przestaną. A mąż kiedyś panią zabije.

Stała tam i płakała. – Nie, nie mogę. Nie dam rady – wydusiła.

"Mąż kat, to nie tylko dramat kobiet, których życie potoczyło się mniej bajkowo i zepchnęło w odmęty patologii"

Fot. iStock / Valashko Viachaslau

Niebieska Karta nie ma w sobie odcieni błękitu

Pojechała do znajomej. Miała temperaturę, trzęsła się, ale już nie płakała. „Co będzie dalej”, „Jak on zareaguje” – tłukło się jej po głowie. I co powie synom, są w trudnym wieku, dorastają…

Jak on zareaguje – wiedziała. Wścieknie się, dostanie szału. A później będzie przepraszał, kupi pierścionek – jak zwykle. – Tylko, że teraz wszyscy się dowiedzą, ale to nic, to dobrze, to taka ulga. Mam to w dupie – wyrzucała z siebie setki słów chcąc dodać sobie pewności.

A później pojechała do domu..

Podniósł na nią rękę – oczywiście, że to zrobił. Miała jednak Niebieską Kartę, reakcja policji była szybka. Zamknęli go na 24 godziny. Wyszedł i wypowiedział jej wojnę, w której wszystko jest dozwolone.

Jest trudnym przeciwnikiem, prezesem, nieskazitelnym managerem, który przecież niemalże każdego dnia coś negocjuje, przekonuje, że ma rację. Jest w tym dobry. Ona jest kobietą, krzyczy emocjami, robi głupoty, a w tej walce, gdzie po obu stronach stoją najlepsi prawnicy, nie ma już miejsca na błędy. Dobrze jest też manifestować słabość, która powinna zostać wypłakana, ale nie w poduszkę, najlepiej publicznie. Tylko ona nie chce już być słaba, była przez tyle lat… Teraz chce chodzić z głowa prawdziwie podniesioną do góry, bo zrzuciła z siebie ciężar, nie musi już udawać, walczy o siebie.

Cena godności

Straciła najstarszego syna. Nie chce jej znać.  Ona cierpi, bo kiedy jej ubliża wie, że to rozpacz dziecka zamkniętego w ciele młodego mężczyzny. Kiedyś była z synem tak blisko, byli przyjaciółmi, mówił jej o wszystkim. – Może kiedyś do mnie wróci… zrozumie. Boże..,żeby tylko nie był taki jak ojciec – myśli gorączkowo.

Młodszy syn jest inny, zamknięty w sobie. Został przy niej, posmutniał, dorasta zbyt szybko…

Ona stara się poukładać sobie nowe życie,..może trochę się pogubiła, zbyt manifestuje wszystko co „nowe”. Jest po rozwodzie, ale nie uwolniła się od „niego”. W sądzie toczy się sprawa z „jego” powództwa o składanie fałszywych zeznań. Absurd, któremu przyklaskuje prawo. Tak naprawdę wszyscy są zmęczenia, cała pokaleczona rodzina, świadkowie. „On” też cierpi, kocha wypaczoną miłością i nienawidzi jednocześnie. Karze siebie, ją, ale najbardziej dzieci. A znajomi, przyjaciele, jak to w życiu – niektórzy opowiedzieli się po jednej stronie, inni po drugiej. Najwięcej jednak pozostaje za zachowaniem obojętności.

Obojętność jest bezpieczna,  tylko to za jej przyzwoleniem dzieje się wszelkie zło.


Kuchnia

Leczenie kompleksów sukienkami, czyli Urszula Lola i jej sposób na bodypositive

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 lipca 2016
Foto. Produkcja Plus Me Projekt "Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)"

Każda z nas ma w życiu choć jedną wróżkę, która sprawi, że zmieni się z kopciuszka w piękną królewnę. Dla kobiet w większych rozmiarach,  jest nią Urszula Lola – właścicielka ByLola, Agencji Modelek MaxiLook i portalu XL-Pozytywnie.pl. Wystarczy przekroczyć próg butiku, by nagle przepełniła nas pozytywna energia, którą Ula rozsiewa wokół siebie. Kiedy trafiłam do warszawskiej siedziby marki na Nowym Świecie, akurat trwała przymiarka. Blondynka w okularach przyjechała aż ze Świętokrzyskiego. „Jeszcze nigdy nie wyglądałam tak pięknie w tak wielu sukienkach!” – rzuciła naprawdę szczęśliwa, w jej oczach było widać łzy wzruszenia, bo przecież dobre wyglądanie w rozmiarze 52 może być trudne. Ula robi wszystko, żeby było to najłatwiejszą rzeczą na świecie i zachęca kobiety plus size do wiary w siebie!

Agnieszka Sierotnik: Nie bałaś się biznesu plus size w Polsce?

Urszula Lola: By Lola to tak naprawdę młody dzieciaczek, ma dopiero 2,5 roku, ale nawet w perspektywie tego czasu, dużo się zmieniło. Na samym początku był sklep internetowy. Sama ściągałam sobie ciuchy z zagranicznych sklepów, które nie były dostępne w Polsce. W pewnym momencie rozpoczęłam poszukiwania swojej wymarzonej, szarej, dresowej sukienki oversize. Teraz może nie miałabym takiego problemu, ale jeszcze dwa lata temu, znalezienie takiej sukienki na mnie graniczyło z cudem. Koleżanki kupowały takie cuda u Chińczyka za trzy dychy, a ja nie miałam na to szans. Wtedy zaczęłam szukać krawcowej, która uszyje dla mnie tą sukienkę.

Brzmi jak rozpoczynający się koszmar.

To prawda, był to ogromny problem. Szukałam i szukałam, a jak już znalazłam, bardzo szybko się zniechęcałam. I nie chodziło już nawet o kwestie cenowe, ale o samo podejście do szycia dużych rzeczy. Patrzyły na mnie jak na dziwaka, bo chciałam sukienkę w jasnych, krzykliwych kolorach, które stereotypowo rzadko szyje się w tak dużych rozmiarach. Nie chciałam współpracować z osobami, które tak mnie traktowały.

Ale wygląda na to, że w końcu znalazłaś kogoś odpowiedniego.

Znalazłam Panią Iwonkę, która jest dla mnie bardzo istotną częścią tej całej układanki. Miała wtedy swój zakład krawiecki. Dla niej nie było problemu, że to taki krój, taki kolor, a rozmiar zdecydowanie odbiegający od normy. Uszyłam jedną sukienkę, potem drugą, aż w końcu ktoś zaproponował, że może wstawiłabym taką kieckę do swojego sklepu.

Znajomi mieli rację?

Tak, okazało się, że dziewczyny zaczęły zamawiać. To nie jest typowy sklep typu „puszysta pani”. Nie lubię cętek, lampartów i innych cekinów, a często wchodząc do takiego sklepu możesz dostać oczopląsu. Nie mówiąc już o tym, że zazwyczaj to naprawdę nie są rzeczy dla młodych kobiet, choć to też zaczyna się zmieniać.

To w jaki sposób określiłabyś swój styl, a co za tym idzie styl By Lola?

Lubię klasyczne ciuchy w różnych kolorach. Właśnie w tym kierunku zaczęłam kombinować w porozumieniu z panią Iwonką. Wymyślałyśmy nowe fasony, często patrząc na to, co jest dostępne w sieciówkach dla szczupłych osób. To nie było kopiowanie, ale raczej dostosowanie do potrzeb większych kobiet. Od kiedy zaczęłyśmy szyć, 90% zamówień to te autorskie projekty, a nie ciuchy sprowadzane z innych sklepów.

Co stało się z ciuchami, które ściągałaś z innych sklepów?

Zostały po prostu zapomniane! Ja też traktuję je trochę po macoszemu, bo trudno mieć całą rozmiarówkę danej bluzki czy spódnicy czy pełną kolorystykę, żeby każdemu pasowało. A z tymi szytymi nie ma problemu, że coś jest za małe czy za duże. Wszystko możemy zmodyfikować – dekolt, długość, rękaw, przedłużony stan. Wszystko zależy od klientki.

fot. ByLola

fot. ByLola

A klientki doceniają, jak mogą dostać wymarzoną rzecz.

Trzeba pamiętać, że większe kobiety mają różne dysproporcje, a one też chcą czuć się pięknie i kobieco. Oczywiście jest tabela rozmiarów, według której można kupować rzeczy w sklepie internetowym, ale przychodząc do butiku są traktowane bardzo indywidualnie.

To chyba właśnie tego nam, krągłym dziewczynom, brakowało, co?

Od lat obserwuję rynek plus size w Polsce, robiłam targi skierowane właśnie do tej branży, prowadzę agencję modelek i stronę XLPozytywnie.pl, więc od zawsze byłam mocno zaktywizowana w tym temacie. Przez te dziesięć lat naprawdę wiele się zmieniło, ale były też momenty, kiedy nie mogłam niczego znaleźć dla siebie nawet w polskich markach, bo były dostępne tylko do rozmiaru 52, przy czym to była bardzo zawyżona rozmiarówka. W sieciówkach kupowałam rozmiar 52/54, a na targu czy w „puszystej pani” nie mieściłam się nawet w rozmiar 60.

Te zaniżone rozmiarówki to chyba zmora naszych czasów. Niby każdy sklep ma taką samą rozmiarówkę, a zawsze wychodzi inaczej.

Bo nawet sklepy dedykowane puszystym, mają pewne ograniczenia, a ich ograniczeniem jest szerokość belki z materiałem, która ma 140-160 cm. Wtedy kończą się też możliwości marek, bo po prostu im się to nie opłaca, bo muszą szyć z dwóch długości.

Firmom się nie opłaca, a co z klientkami?

Jest dużo kobiet, które są powyżej „szerokości belki” albo mają różne dysproporcje, przez które po prostu nie mogą kupować w zwykłych sieciówkach czy nawet zamawiać ciuchów przez Internet. Zanim zaczęłyśmy rozmawiać, miałam klientkę, która miała bardzo duży biust, ale była stosunkowo wąska w biodrach. Nie miałaby szans, żeby zamówić klasyczną, ołówkową sukienkę, bo gdyby weszła w nią na dole, u góry byłaby po prostu za mała.

Ceny ciuchów w większych rozmiarach to prawdziwy koszmar. Przecież ten sam ciuch w rozmiarze 42 kosztuje np. 79 złotych, a już za 44 zapłacimy 129 złotych. Jak radzisz sobie z tymi zawirowaniami?

Ciągle się zastanawia, jak robić tak, żeby ceny były stosunkowo przystępne. To nie są rzeczy, które kosztują bardzo dużo, chociaż zdaję sobie sprawę, że dla niektórych mogą to być duże kwoty. Cena zależy od ilości. Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest produkcja „chińskich rączek” ani masowa produkcja nawet w Polsce, ale małe ilości rzemieślniczej pracy, które staramy się indywidualnie dostosować do klientek.

Pomimo wszystko, kobiety wybierają ByLola.

Bo robimy coś zupełnie innego. W Polsce pokutuje jeszcze przekonanie, że puszyste kobiety muszą ubierać się w stonowane kolory i kroje, które nie podkreślają ich sylwetki. A ja dobrze wiem, że oni się mylą! Wprowadzamy materiały, których inne firmy zajmujące się plus size nie używają – tiule, pianki oraz sukienki czy spódnice z koła, naprawdę trudne do znalezienia w dużych rozmiarach.

I każda zainteresowana wygląda w tym dobrze?

Może czasem gdybym miała iść ścieżką sztuki stylizacji, nie polecałabym wielu klientom sukienek, które im się podobają. Często sugeruję im, żeby założyły coś innego i spróbowały innego kroju, ale one po prostu marzą o tym, żeby założyć sukienkę z pianki czy spódnicę z tiulu. I doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nie mają do tego idealnej figury.

Odpuszczasz czy dalej przekonujesz, że powinny wybrać coś innego?

Widzę, jak świecą się ich oczy i jakie są szczęśliwe, to najfajniejsze uczucie. Ludzie mogą zarzucać, że to nie są ciuchy sprofilowane dla grubych lasek, ale wydaje mi się, że rynek powinien dać prawo do wyboru. Każdy ma prawo do printów czy nieszablonowych ciuchów, niezależnie od rozmiaru. Wiesz, jeśli dziewczyna marzy o tym, żeby założyć jakąś wymyślną kieckę, to ja chcę to marzenie spełnić.

Marzenia marzeniami, ale trzeba wiedzieć, jak się ubrać.

Dobrze by było zacząć od ustalenia, jaką ma się sylwetkę. Warto się zastanowić, co jest naszym atutem, co chcemy podkreślić. Duży problem jest w tym, że patrzymy na siebie pod kątem rozmiaru, a nie sylwetki. A tak z własnego doświadczenia – najważniejsze jest to, żebyśmy się sobie same w czymś podobały.

Dziewczyny plus size chcą się ubierać odważnie?

Jeszcze półtora roku temu było tu strasznie szaro-buro. Królowały granaty, czerń, szarości. Musiałam to jakoś poukładać i sprofilować. Teraz mam w butiku przekrój każdego koloru, bo dziewczyny mają po prostu odwagę, żeby się pokazać – nie chcą się już ukrywać.

Jaka jest kobieta ByLola?

Szczęśliwa, radosna i ma ochotę czasami zaszaleć – a ja chcę im dać ku temu szansę.

Chyba trochę leczysz kompleksy Polek w większych rozmiarach.

Czasem przychodzą do mnie dziewczyny, które nigdy nie zakładały sukienki czy spódniczki, bo tu była za gruba, a tu za brzydka, a są naprawdę śliczne. Staram się, żeby nie tylko pięknie wyglądała w danym ciuchu, ale także pracuję nad jej wnętrzem. Z resztą zawsze byłam bardzo zaangażowana w świat plus size – organizuję targi, pokazy mody czy spotkania z ciekawymi ludźmi, na które zapraszam moje klientki, żeby trochę je zmotywować.

Wydajesz się być naprawdę pewna siebie.

Wcale taka nie jestem!

No dobrze, ale jesteś przebojowa i rozsiewasz wokół siebie optymizm połączony z samoakceptacją. Sama wiem, że to nie takie łatwe!

A kiedy zmieniło się to u ciebie?

Chyba w momencie zobaczenia pierwszych zdjęć modelek plus size…

Bo nagle zobaczyłaś, że można wyglądać fajnie! Kilka lat temu w ogóle nie istniała polska blogosfera, nie można było inspirować się fajnie ubranymi dużymi babkami. Teraz jest ich wiele; świetnie się ubierają, a do tego mają dobrej jakości zdjęcia na blogach. No i polscy producenci zmieniają target na młodszy.

Nie uciekaj od pytania! Co z tą pewnością siebie?

Nie zawsze tak było. Miałam bardzo duże kompleksy i nie akceptowałam swoich ramion, ale nie miałam problemu z akceptacją innych. Zawsze byłam pozytywnie nastawiona do życia, ale bałam się tego, jak ktoś mnie postrzega. Nienawidziłam lata, ale nawet nie ze względu na temperaturę. Po prostu miałam długie spodnie, bluzkę z długim rękawkiem, zakrywałam ciało. Teraz nie boje się założyć sukienki z odkrytymi ramionami czy krótkiej spódniczki, bo po prostu przestałam się bać tego, co inni o mnie myślą.

Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)

Sesja zdjęciowa zorganizowana przez PLUS ME PROJECT Beauty has no size (fot. Bogusia Skrzypczak Photography)

Lato i grubi ludzie to wielowątkowy temat.

Ja rozumiem, że komuś może się nie podobać, że zobaczy grube nogi czy duże ramiona, ale ile razy na ulicy przechodzisz obok chudej laski, która ma tak krótkie szorty, że widać jej cały tyłek? Estetyka działa w dwie strony.

Wróćmy do pewności siebie. Skoro Ty potrafisz taka być, dlaczego inne większe kobiety nie potrafią uwierzyć w siebie?

Często jak ktoś jest gruby stwierdza, że nic nie musi robić – dobrze się ubrać, dbać o siebie, malować, ładnie uczesać. A przecież mimo tego, że jesteś większa, możesz wyglądać dobrze. Po prostu będziesz większą Barbie!

Był jeden moment, w którym postanowiłaś zmienić wszystko i zawojować świat pewnością siebie?

Na pewno pomogli mi w tym otaczający mnie faceci. Gdy byłam nastolatką, było dla mnie abstrakcją, że mogę się komuś podobać. No bo jak? Gruba dziewczyna, która nie podoba się sama sobie. Poznałam faceta, który wolał duże kobiety. Z perspektywy czasu bardzo mu współczuję, miał ciężki orzech do zgryzienia. Byłam bardzo zakompleksiona, miałam duży problem z nagością i wierzeniem w komplementy. Powoli jednak zaczęłam w to wszystko wierzyć – że mogę być ładna, atrakcyjna, że mogę się komuś podobać. To było dla mnie bardzo istotne.

Bo dopiero kiedy pokochamy siebie, mogą pokochać nas inni. Tylko to trudne, kiedy społeczeństwo kiepsko reaguje na reprezentantki plus size.

Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego tak się dzieje. Często grubsza dziewczyna idzie przez miasto tak, jakby szła na ścięcie. Widać, że to nie są silne osoby, które najlepiej od razu przydusić. To oczywiście jest słabe, ale kiedy po drugiej stronie idzie laska tych samych gabarytów, z podniesioną głową, uśmiechnięta raczej nie spotyka się z atakami. Ale może to kwestia różnicy miast. W Warszawie nie ma znaczenia, jak wyglądasz. W mniejszych miastach sytuacja jest jednak inna.

Reakcja na mieście to jedno, a takie na siłowni to drugie. A przecież to „ci grubi” są największymi zwycięzcami, kiedy zaczną uprawiać sport.

Dla mnie to w ogóle kuriozalna sytuacja. Z jednej strony społeczeństwo oczekuje, żeby schudli, a z drugiej strony koleżanki często mi opowiadają, że boją się iść na basen, bo nie chcą być wytykane przez ludzi za to, jak wyglądają. Myślę, że szczególnie w takich miejscach powinna być atmosfera pełna akceptacji i wsparcia. Bo jeżeli już się ruszymy, żeby zadbać o siebie i schudnąć czy zrobić coś ze swoim zdrowiem, powinniśmy się raczej spotykać się z aprobatą. Naprawdę rozumiem, że duża dziewczyna szybciej się męczy i bardziej się poci, ale to nie usprawiedliwia wyśmiewania się nich w czasie uprawiania sportu.

Próbowałaś kiedyś schudnąć?

Pewnie! I to nie raz. Byłam na dietach, chudłam-tyłam-chudłam-tyłam. To było zamknięte koło. Aż w końcu pogodziłam się ze swoją wagą. Nie oznacza to jednak, że nie uprawiam żadnego sportu. Jeżdżę do pracy rowerem, chodzę na basen – staram się ruszać. Nie chcę, żeby moja waga była dla mnie ograniczeniem. Nie mówię tu o wchodzeniu na Mont Everest, ale fajnie by było przejść się kilka kilometrów po plaży bez zadyszki.

Ludzie chyba bardzo często mylą zachęcanie do samoakceptacji i bodypositive z promowaniem otyłości.

To totalny absurd. Naprawdę zachęcam dziewczyny, żeby o siebie dbały, jeśli chcą chudnąć – niech chudną! Każda z nas jest na innym etapie swojego życia i ma zupełnie inne priorytety. Ja akurat zajmuje się większymi rozmiarami, bo sama jestem duża i doskonale rozumiem te problemy. Pewnie gdybym była chudsza zajmowałabym się modą w zwykłych rozmiarach, bo bardziej bym ją czuła.

fot. Nikodem Szymański wizaż i stylizacja Karina Czapla

fot. Nikodem Szymański wizaz i stylizacja Karina Czapla

A przecież w każdym rozmiarze można wyglądać pięknie…

I właśnie to staram się przekazać! Bez względu na to, na jakim etapie życia jesteśmy zadbajmy o siebie, wyglądajmy dobrze! I nie traktujmy diety jako momentu zawieszenia, do czego kobiety mają niesłychaną zdolność.

Momentu zawieszenia czyli?

Odchudzanie jako wymówka na wszystko – nie kupię sobie nowej sukienki, bo się odchudzam, nie zrobię sobie nowej fryzury, bo się odchudzam i wiele innych. Nie żyjemy tym, co tu i teraz. Może mam zbyt hedonistyczne podejście do życia, ale uważam, że trzeba się cieszyć każdym dniem.

Piękna grubaska to w naszym społeczeństwie typowy oksymoron.

To prawda, kiedy w jakiś kampaniach bodypositive pojawia się słowo piękna obok gruba, podnosi się publiczny lincz. Bo jak gruba osoba może czuć się piękna? Robię wszystko, żeby każda kobieta, niezależnie od rozmiaru czuła się tak samo piękna, ale na pewno nie nigdy nie powiedziałam, że namawiam do bycia grubą, bo tylko to jest ładne i seksowne.

Ludzie zarzucają, że promujesz otyłość, a Ty i tak robisz swoje i całkiem nieźle Ci to wychodzi!

Może już się trochę przyzwyczaiłam do tych zarzutów, bo pojawiają się one przy każdym evencie czy wypowiedziach blogerek. Szkoda tylko, że żadna z tych osób, które nam to zarzucają nie ma pojęcia o tym, co mówimy czy robimy w czasie targów czy pokazów mody. Nadal to dla mnie niewyjaśnione zjawisko.

Pojawiają się blogerki plus size, agencje modelek… Sama zresztą jedną prowadzisz.

Bardzo się cieszę, że mogę czytać blogi, które są świetnie prowadzone i bardzo inspirują. Jesteśmy na naprawdę dobrej drodze! W agencji mamy bardzo dużo dziewczyn, które chciałyby zrobić karierę i nie wstydzą się swojego ciała. Myślę, że w przeciągu pięciu lat wiele się zmieni w temacie plus size. Jest kilka marek, które mają naprawdę dobre kolekcje dla kobiet w naszym wieku.

Jak to jest z tą społecznością plus size? Ashley Graham ostatnio stwierdziła, że nie czuje się jej częścią, a przecież jest najpopularniejszą modelką plus.

Ktoś mi kiedyś zarzucił, że to pewien rodzaj getta. Bo po dzielić się na duże i małe, skoro wszystkie jesteśmy kobietami. Nie do końca mogę się z tym zgodzić. Mój sklep to nie jest typowa produkcja-sprzedaż, ja naprawdę tym żyję! Spotykam się z blogerkami, modelkami, przez Internet naprawdę można spotkać cudowne młode kobiety. W całej Polsce są laski, które robią świetną robotę promując bodypositive. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, której mąż jest fanem Gracji z Super Size XL. Mąż przysłał ją, żeby kupiła sobie spódniczkę, w której Gracja wystąpiła na swoim blogu. Nigdy nie miała na sobie spódnicy, a wyglądała przepięknie!

Blogerki blogerkami, a Ty nosisz ciuchy swojego projektu?

Pewnie, chociaż moja szafa to nie tylko ByLola. Mam wrażenie, że moim hobby są grube laski, a nie moda.

Może dlatego tak dobrze Ci idzie!

A może tak! Lubię rozmawiać z dziewczynami, które przychodzą do mnie do butiku. Często podrzucają mi inspiracje, bo nie czuję się projektantką czy kreatorką mody. Z resztą nie oszukujmy się – fajnie, że są te ciuchy, ale i tak najważniejsze przemiany dzieją się w głowie.


Zobacz także

Kawa. Poznaj sposoby jak ją odchudzić, by nie szła w boczki

Jak pokochać jedzenie na nowo! I naprawdę…

5 superhitów poprawiających kondycję (do schrupania)