Lifestyle

Krystyna Janda: Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
Krystyna Janda, fot. Adam Kłosiński
 

„Nie myślę o tym, ile dają mi bliscy. Myślę o tym, ile ja im mogę dać”, mówi Krystyna Janda w wywiadzie o przyjaźni, sile rodziny i odpowiedzialności za ponad 400 osób w teatrach prowadzonych przez jej fundację. Przyznaje, że jest chorobliwą wręcz optymistką!

Widzowie wracają do teatrów?

– Tak, mamy prawie 100% dozwolonej frekwencji i rekordowe sprzedaże na jesień! Pracujemy bez przerwy od 16 lat, nie stać na wakacyjne zamknięcie. I jest pełno. Nasze spektakle uliczne, które pokazujemy na Placu Konstytucji i przy ul. Grójeckiej 65 i w przestrzeni Konesera, biją rekordy widzów. W soboty i niedziele, kiedy gramy bajki dla dzieci, przychodzi 500-600 osób. Stoją, siedzą, oglądają, biją brawo, krzyczą, wstają w podziękowaniu. Jestem szczęśliwa, tym bardziej że w tym roku zdecydowaliśmy sfinansować nasz teatr uliczny z datków widzów.

Pani miała kilka miesięcy przerwy w pracy w związku z epidemią?

– Przeciwnie! Nie grałam, ale jestem szefową, byłam przez cały ten rok w pracy bardziej niż zwykle, podejmowaliśmy setki decyzji, pisaliśmy wnioski, przez fundację przeszły tony papierów. Tak intensywnej pracy organizacyjno-biurowej, księgowej, koncepcyjnej nie pamiętam. Te teatry to duże przedsiębiorstwo i odpowiedzialność, cały właściwie czas, z przerwami, odbywały się także próby do nowych rzeczy. Po tym roku pandemii wypuściliśmy pięć premier, z których trzy zrobiłam ja, wyreżyserowałam je i w jednej z nich gram.

To był dziwny i bardzo, bardzo pracowity i trudny czas przetrwania. Trudny także od strony emocjonalnej, psychicznej, do tego wszystkiego dołączyła się gigantyczna nagonka na mnie i na naszą fundację. Nie, o przerwie nie było mowy. Mam uczucie, że stoję w krajobrazie po bitwie.

Większość teatrów ma teraz wakacje. Wy gracie pełną parą!

– Może dlatego u nas takie tłumy, że inni są zamknięci!? (śmiech). Gramy jak zwykle latem. No i pokazujemy nowości. Powstał w reżyserii Andrzeja Domalika wspaniały „Minetti. Portret artysty z czasów starości” Thomasa Bernharda z wielką rolą Jana Peszka to teraz nasza „perła w koronie”. Mamy „Aleję zasłużonych” Jarosława Mikołajewskiego, „Cwaniary” Sylwii Chutnik w reżyserii Agnieszki Glińskiej, spektakl, na który wszyscy długo czekali.

Podczas pandemii zrobiłam dwie komedie: czeską i bardzo nam bliską „Wspólnotę mieszkaniową” i „Coś tu nie gra” kanadyjski tekst, komedię polityczną, gatunek u nas w Polsce prawie niespotykany, a jego temat bardzo „rymuje się” z aktualnymi polskimi problemami. Wreszcie Cezary Żak „postawił” kryminał według bardzo znanej książki „Dziewczyna z pociągu”. Większość z tych tytułów wystartowała w czerwcu i wszystkie mają już swoją publiczność.

Wielu aktorom zapewniła pani w ten sposób pracę?

– To był nasz cel także, by nie zostawiać ich samych. W obu naszych teatrach rocznie występuje około 400 artystów. W czasie pandemii starałam się nie tracić z nimi kontaktu i robiliśmy wszystko, żeby pracownikom etatowym płacić pensje. Zachować „tkankę” za wszelką cenę. Niestety stało się dużo dramatycznych rzeczy. Aktorzy zmieniali zawody, wielu młodych wróciło do rodziców, żeby koszty utrzymania podzielić z bliskimi, zdarzyły się tragedie i naprawdę smutne historie, a śmierć Piotra Machalicy była i jest dla nas prywatnie i dla fundacji wielkim dramatem. Jego nieobecność to wielka zmiana w naszych teatrach. Umarł w pełni sił twórczych, zostawił u nas trzy duże role i niezrealizowane plany. Dla mnie umarł ktoś najbliższy z najbliższych. Było i jest trudno.

Jakim cudem w obliczu tych wszystkich spraw udaje się wam jeszcze grać dla ludzi za darmo?

– Już mówię! Przez dziesięć lat ministerstwo kultury lub władze miasta dofinansowywały nasze akcje letnie na poziomie rzędu 100-180 tysięcy i za to graliśmy zależnie od dotacji 30-50-60 spektakli na ulicach Warszawy. Ponieważ jednak już drugi raz nie dostaliśmy pieniędzy, podjęłam decyzję, że nie czekam na „litość” władz i przeznaczymy na to pieniądze, które ludzie podarowali fundacji, odpisując 1% swojego z rocznego podatku. Zwykle za te dodatkowe jakby pieniądze robiliśmy jedną z premier w sezonie, w tym roku widzowie sfinansowali teatr uliczny, za darmo, dla wszystkich!

Ta dwuletnia przerwa w plenerowym graniu…

…zrobiła wielką wyrwę. A my przecież w naszym repertuarze „ulicznym” mamy wiele tytułów, w tym najważniejsze, bajki dla dzieci. Jest „Lament”, „Starość jest piękna”, „Flamenco namiętnie”, „Związek otwarty”, „2 000 000 kroków” i dwie bajki dla dzieci: „Czerwony kapturek” i „Jaś i Małgosia”. Przy okazji muszę powiedzieć, że entuzjazm i zaangażowanie dziecięcej widowni uświadomiło mi kolejny raz w tym roku, jak są ważne i potrzebne spektakle dla nich.

Dlatego w przyszłym roku trzeba koniecznie zrobić nową bajkę, może „Lisa Witalisa”, o którego proszą. Dzieci przychodzą po kilka razy oglądać ten sam spektakl, może dla ich rodziców znaczenie ma także to, że spektakle są za darmo.

Zastanawiam się, jak może pani pamiętać te wszystkie role i znajdować w sobie ciągle pokłady nowych chęci, by jeszcze reżyserować premiery?

– Ależ to wszystko jest rozłożone w czasie. Poza tym zapamiętywanie tekstów to dla aktora umiejętność zawodowa. Ja prywatnie nie pamiętam czasem, jak się nazywam! (śmiech). Tylko kiedy wchodzę na scenę, tekst przychodzi do mnie w sposób naturalny. No moze nie zawsze… Z nauczeniem nowej roli, robionej teraz w pandemii, miałam problem, ale też tekst „Alei zasłużonych” jest trudny jak piekło i szatani.

Pani wiele razy w wywiadach mówiła, że w trudnościach zawsze widzi perspektywę jasną. Skąd ta siła?

– Od 16 lat jestem szefową dużego przedsięwzięcia, fundacji i dwóch teatrów, które muszą się praktycznie utrzymać same. Wzięłam odpowiedzialność za ludzi, którzy mają rodziny, dzieci, kredyty, zaufali mi. To nie jest tak, że nie odpuszczam, bo jestem dzielna i mam wyjątkowy charakter. Ale to prawda, jestem chorobliwą wręcz optymistką. Szukam zawsze nie tylko najlepszego wyjścia, ale także rozsądnego, bezpiecznego, nie szarżuję. To mój obowiązek.

Podobno nawet wypoczynek na wakacjach zwyczajnie panią nudzi, bo tak kocha pani pracę w teatrze. Nie lubi pani pospać, poleniuchować?

– Spać nie mogę, czytanie to dla mnie przyjemne leniuchowanie i zawsze mówiłam, że praca jest o wiele bardziej interesująca niż zabawa, szczególnie praca twórcza, rozwijająca i budująca, której rezultaty widać natychmiast, każdego dnia. A poza tym, naprawdę muszę być stale pod ręką i do dyspozycji naszych teatrów, tak zdecydowałam 16 lat temu i jestem temu obowiązkowi wierna. W Polonii i Och-Teatrze mamy około 75 tytułów, w tym 8. z moim udziałem. A na szczęście ja się wciąż „sprzedaję” jak świeże bułeczki (śmiech), mimo kamieni rzucanych w moją stronę.

Od 12 lat gra pani w Och -Teatrze „Białą Bluzkę”. W te wakacje również! Czy to znaczy, że publiczność pokochała ten spektakl na podstawie tekstu Agnieszki Osieckiej w jakiś wyjątkowy sposób?

– Gram teraz po latach nową wersję „Białej Bluzki”, z innymi piosenkami. To inny spektakl, choć też według pomysłu i adaptacji Magdy Umer. Minęło od tamtej pierwszej wersji, robionej w okolicach stanu wojennego wiele lat, a dojrzała kobieta opowiada o tych sprawach inaczej. Myślałyśmy z Magdą, że będzie to spektakl w jakimś sensie historyczny, dla młodych pokoleń. Niestety sytuacja polityczna sprawia, że jest coraz bardziej aktualny. Za chwilę zagram dwusetny spektakl tej nowej wersji. Zamknęłam w pewnym momencie granie a teraz po dwóch latach przerwy, wznowiliśmy go na prośbę publiczności i za namowami reżyserki Magdy Umer. Ona ma rację, zyskał on nowe konteksty i ma inne znaczenie. Magdzie wierzę jak nikomu.

Może siła tego spektaklu to kwestia wyjątkowego porozumienia, jakie ma pani z Magdą? Ona z kolei przyjaźniła się z autorką tekstu Agnieszką Osiecką. Ile lat przyjaźni się pani z Magdą?

– Zaczęłyśmy się przyjaźnić w latach 80. przy okazji pracy nad sztuką „Abelard i Heloiza” dla Teatru Telewizji, zagrałam w nim z Zygmuntem Hübnerem, a Magda była reżyserką tego przestawienia. To był cudny czas i pan Zygmunt w wielkiej formie. Powstało wtedy coś ważnego i dobrego, także w naszym życiu prywatnym. Potem zrobiłyśmy też telewizyjną wersję tamtej pierwszej „Białej bluzki” i było jeszcze kilka naszych z Magdą wspólnych przedsięwzięć: „Kobieta zawiedziona”, „Marlena”, a ostatnio „Zapiski z wygnania”. To wiele, wiele wspólnych dni, godzin i lat.

Jaka „iskra” połączyła was z Magdą Umer tak mocno na lata?

– Cenimy się nawzajem, myślimy podobnie, mamy podobne poczucie humoru. Poza tym razem przeżyłyśmy dużo życiowych zakrętów. Kiedy poznałyśmy się, Magda była w ciąży i niedługo potem urodził się jej drugi syn Franek. Zaprzyjaźniłam się z jej mężem Andrzejem Przeradzkim, dla mojego męża także stali się bliskimi ludźmi. Dzięki Magdzie poznałam najbliższy mi krąg kobiet: Zuzię Łapicką, Magdę Czapińską i Agnieszkę Osiecką.

Tworzyłyście wyjątkową grupę – wszystkie piękne i diabelnie utalentowane. O takich kobietach Agnieszka Osiecka mówiła, że mają „zapalenie duszy”. Czy namówię panią na chwilę wspomnień?

– O naszych spotkaniach, lamentach i rozmowach napisałam już setki słów. To były lata spędzanych razem wakacji, wspierania się, wspólnie podejmowanych decyzji na różnych rozstajach dróg. Magda Czapińska, którą wszyscy kochają i do której zgłaszają się po jej piękne teksty, autorka arcydzieł w tej dziedzinie („Remedium”, „Święty spokój”, „W moim magicznym domu”) jest też uznaną terapeutką. To ona zawsze wspierała tę naszą „szaloną grupę”, spokojem i mądrymi radami i nadal jest opoką. Natomiast Zuzia Łapicka? Jej błyskotliwość, ogląd świata i ludzi bawił nas i nauczał. Ona była zawsze naszym srebrem i złotem, naszym szampanem. A Agnieszka Osiecka to Agnieszka! Pyta pani, co nas połączyło?… Wszystko. Trudno powiedzieć!

O swoich przyjaciółkach myślę jak o najbliższej rodzinie. To tak jakby mnie pani zapytała, co mnie połączyło z moją matką czy siostrą. Życie, podobne odczuwanie, „kalejdoskop zdarzeń”, jak mówiła Agnieszka. Niestety Zuzi i Agnieszki już nie ma z nami. Zostałyśmy we trzy. Obie Magdy i ja i każda tak samotna jednocześnie, osierocona.

Jest jeszcze pani najbliższa rodzina – córka Maria, synowie Adam i Andrzej oraz wnuki. Może to oni dają dziś pani ten nieprawdopodobny napęd do pracy?

– Raczej pracuję dla nich i mimo nich, bo moja praca jest egoistyczna i wymagająca. Są dorośli, wspaniali. Jest jeszcze córka mojego męża Magda Kłosińska i jej syn, wnuk męża. Magda pracuje w naszej fundacji, jest z nami od samego początku, wiele jej zawdzięczamy. Cieszy przede wszystkim to, że moim bliskim dobrze się układa, że realizują swoje plany, są prawymi, mądrymi i szlachetnymi ludźmi. Chyba są w rezultacie, mimo wielu zawirowań, szczęśliwi – to ma dla mnie największe znaczenie. Nie myślę o tym, ile oni mi dają. Myślę o tym, ile ja im mogę dać.

To pięknie, co pani mówi. Mam wrażenie, że ludzie w dzisiejszych czasach skoncentrowani są najbardziej na tym, by być kochanymi i by brać, nawet od najbliższych.

– Jak w każdej sytuacji zagrożenia. O dzieci jestem dziś spokojna, ale ciągle myślę o wnukach. Czekam z niecierpliwością, jakie będą ich wybory życiowe. Moja córka Marysia, wiadomo jest świetną aktorką, a ostatnio reżyserką. Magda, córka mojego zmarłego męża, jest stale ze mną, z nami w fundacji i jest opoką wielu naszych produkcji teatralnych, oparciem i przyjaciółką aktorów, ma wpływ terapeutyczny, zbawienny na sytuacje konfliktowe. Moi synowie Adam i Andrzej, odwiedzają mnie i są stale w kontakcie. Adam robi doktorat z fizyki i pracuje na uczelni, a Andrzej jest grafikiem komputerowym, wiecznie zajętym, robi między innymi nasze plakaty, ale też wiele innych rzeczy. Lena, starsza córka Marysi studiuje reżyserię filmową i już pracuje na planie, a młodsi są jeszcze niepełnoletni i szukają swoich dróg. Poza tym nie wiem, czy ich rodzice chcieliby, żebym o nich mówiła publicznie. W każdym razie nie tracimy kontaktu.

Nie boi się pani zatrudniać młodych aktorów, twarze zupełnie nieznane np. w „Stowarzyszeniu umarłych poetów”?

– Nie boję się, to mój konik zresztą – nowi aktorzy. W Och-Teatrze mamy chyba najwięcej debiutów w Warszawie, dlatego młodzi aktorzy do nas piszą, przychodzą, pokazują się. Liczą na nas. Stawiam na nich w nadziei, że przyniosą pomysły, nową krew, zrobią piękne role. Stawiam na ich młodość, talent, wyobraźnię, temperament. Ja w ogóle wierzę w nich i szanuję młodych! Rozumieją teraz często z tego świata więcej niż my i lepiej sobie z nim radzą. Dookoła w fundacji, w teatrach mam prawie samych młodych współpracowników, bez nich nie dałabym sobie rady.

Zresztą, krąży o mnie wśród nich dziesiątki anegdot na temat mojego zakręcenia i braku wiedzy na tematy bliskie nowym „normom” życia. Powoli staję się szefową specjalnej troski. Dobrze mi z tym.


Lifestyle

„Bardzo pomocnym ćwiczeniem, kiedy depresja pchała mnie ku śmierci, było wyobrażenie sobie własnego pogrzebu”

Redakcja
Redakcja
9 sierpnia 2021
fot. KatarzynaBialasiewicz/iStock
 

Debiutancka książka Katarzyny Zachacz, pochodzącej z Podkarpacia, a obecnie mieszkającej na Wyspach i pracującej jako stewardesa, dotyka ważnego społecznie problemu, jakim jest anoreksja. Autorka dzieli się z czytelnikami historią swoich zmagań z chorobą, przeplatając ją naukowym i psychologicznym spojrzeniem na anoreksję.

Przedstawiamy fragment książki “Z anoreksją na pokładzie. Wyznanie stewardesy” (BookEdit, 2021)

„W tym samym czasie moje ciało dawało mi coraz wyraźniejsze sygnały, że brakuje mu sił na podstawowe funkcje życiowe. W mojej głowie pojawiały się coraz częściej dwie opcje wybudzenia się z tego koszmaru.

Pierwszą z nich było zaśnięcie na zawsze spokojnym snem bez żadnych koszmarów. Wiele razy chciałam zasnąć i nic nie czuć, nie słyszeć tego wzrastającego z każdą minutą głosu anoreksji w mojej głowie. Chciałam się uwolnić spod jej władzy drogą, która usatysfakcjonowałaby ją najbardziej – drogą śmierci.

Doświadczając zaburzeń odżywiania, wiele osób cierpi na depresję. Anoreksja często chodzi z nią w parze, udając najlepsze przyjaciółki. Możesz sobie tylko wyobrazić lub znasz to, jakim arcytrudnym wyczynem jest służenie dwóm niezadowolonym, ciągle narzekającym i chcącym więcej pasażerkom. Są najlepszymi koleżankami, świetnie się dogadują i obydwie popychają do działań niepożądanych, chociażby samookaleczenia.

Depresja nie sprawia, że postrzegamy siebie negatywnie, a wręcz odwrotnie nasze negatywne myśli, własna krytyka i brak miłości do samych siebie sprawiają, że doświadczamy depresji. Najczęściej negatywne myśli o nas samych kryją się w podświadomości, a my bez weryfikacji, czy są prawdą, wierzymy w nie. Sama skupiałam całą moją uwagę na negatywnych odczuciach, krytykowałam swój wygląd, tym samym zupełnie nieświadomie mnożąc te złe myśli o sobie i pogrążając się w depresji.

Ponad 60% osób dotkniętych anoreksją przejawia epizody tego stanu1. Depresja i popełniane pod wpływem tego stanu samobójstwa sprawiają, że anoreksja, jak już wspomniałam wcześniej, jest śmiertelnym zagrożeniem oraz ma najwyższy współczynnik śmierci wśród chorób psychicznych. Należy pamiętać, że na ten parametr składają się nie tylko samobójstwa, ale także w bardzo dużej mierze konsekwencje związane z wyniszczeniem organizmu, jakimi są m.in. zawały serca.

Występowanie epizodów depresji u osób walczących z anoreksją jest związane z niedoborem hormonu serotoniny. Hormon ten jest produkowany w około 90% w przewodzie pokarmowym. W czasie podejmowania częstych głodówek jelita są narażone na zaburzenia związane z prawidłowym funkcjonowaniem, tym samym nie produkują wystarczającej ilości hormonu serotoniny, potocznie zwanego hormonem szczęścia.

Bardzo ciężko jest przeciwstawić się myślom, które pojawiają się w głowie, kiedy spotykają się te dwie przyjaciółki. Wiele razy rozpatrywałam drogę, która według nich jest dla mnie najlepsza – śmierć. Tym samym ja mogłabym poczuć ulgę i upragniony spokój, a one mogłyby szukać kolejnej ofiary, co zapewne udałoby im się bardzo szybko. Jestem z siebie bardzo dumna, że nie wybrałam ich drogi, jednak posłuchałam własnego wewnętrznego GPS, który mówił coś zupełnie odwrotnego.


Wybierz życie. Ile razy bałeś się zaufać nawigacji w obawie przed wylądowaniem na wąskiej kamienistej drodze, może co gorsza tym samym pokonując trasę w dłuższym, niż przewidywałeś czasie… Krótsza trasa nie zawsze jest najlepsza oraz niekoniecznie prowadzi do celu. Jadąc dłuższą drogą, może uda się znaleźć nowe lepsze rozwiązanie lub zobaczyć albo spotkać coś, co odmieni twoje życie. Z wielkim strachem, przerażeniem i lękiem przed przyszłością wyłączyłam anoreksja – GPS, a włączyłam własny, który mam z sobą cały czas i który zawsze prowadzi najlepiej, mimo że czasem wydaje się inaczej.

Anoreksja cały czas próbowała nawigować mnie według jej zasad i czasem jej się udawało, ale zdałam sobie sprawę, że mam się słuchać własnego wewnętrznego, najlepszego i najnowszej generacji GPS, wewnątrz mnie – mojego serca.

Odrzucenie myśli, jakie podsuwa depresja, nie dzieje się z dnia na dzień. Jest to ciągła, bardzo trudna bitwa, w której niesamowicie ważne jest pokazanie sobie, że sam wiesz, co jest dla ciebie najlepsze.

Momenty depresji pogarszały mój stan psychiczny. Byłam coraz bardziej zagubiona, smutna, apatyczna, przygnębiona i obojętna na świat, który się cały czas toczył obok mnie. Nie czułam się jego częścią, nie było mnie w stanie zainteresować nic poza tematami, które podsuwała mi anoreksja – jedzenie, kalorie, waga, ćwiczenia. Miałam ciągle wahania nastroju, byłam impulsywna i sama nie potrafiłam zrozumieć swojego zachowania. Nie byłam dobrym rozmówcą ani słuchaczem. Mimo że byłam obecna ciałem i ktoś do mnie mówił, nie potrafiłam się skupić na najprostszych słowach, jakie były do mnie wypowiadane. Każda moja rozmowa kończyła się tematem mojego „zdrowego jedzenia”, niezależnie od tego, czego dotyczyła na początku. Wszystko sprowadzałam do tematu dotyczącego kontroli kalorii. Tkwiłam w zamkniętej bańce, która tylko rosła, a ja liczyłam na to, że jak najszybciej pęknie i tym samym poczuję ulgę.

Bardzo pomocnym ćwiczeniem, kiedy depresja pchała mnie ku śmierci, było wyobrażenie sobie własnego pogrzebu. O ćwiczeniu tym przeczytałam w książce Stephena Coveya „7 nawyków skutecznego działania”. Polega ono na zastanowieniu się, co mogłyby powiedzieć oraz poczuć bliskie mi osoby, znajomi, spoglądając na moje zdjęcie przepasane czarną wstążką. Myśląc o tym, w mojej głowie pojawia się niewyobrażalny smutek. Mimo że anoreksja podsyła mi myśli mówiące, że wybierając ten sen, nie będę czuła żadnego rodzaju bólu i powinnam jak najszybciej zasnąć. Pojawiają się w moich oczach łzy, kiedy widzę tę scenę w głowie. Rozpacz najbliższych, brak kontaktu z nimi oraz utrata możliwości odkrywania niesamowicie pięknego świata sprawiają, że głos dwóch kumpelek popychający mnie do śmierci przestaje dominować.

Drugą możliwością, którą wybrałam i dzięki której ponownie mogę cieszyć się życiem, było pójście do łazienki, umycie twarzy bardzo zimną wodą, spojrzenie w lustro i powiedzenie sobie: Jesteś silniejsza, niż ci się wydaje, wygrasz tę wojnę, wstań i zacznij walczyć! Wybrałam drugą opcję, mimo to pierwsza możliwość nie znikła, ciągle pojawiała się w mojej głowie z nadzieją, że zmienię zdanie i się poddam.

Podobnie jest z zakupem biletu na samolot. Mamy dwie możliwości, pierwsza to codzienne przeglądanie ofert, sprawdzanie, zastanawianie się i odkładanie decyzji zakupu. Druga to przejrzeć ofertę linii lotniczych, wybrać lot, który nas najbardziej interesuje, i kupić bilet.

Mimo olbrzymiego strachu i niepewności wybierz drugą opcję w obydwu przypadkach. Będzie to jedyna słuszna decyzja, a po podróży przekonasz się, że będzie to jedna z najlepszych decyzji w twoim życiu. Kiedy jest więc dobry moment na zakup biletu na lot? Teraz, w tym momencie!

dav

 


Lifestyle

Zachowania pasywno-agresywne – oto 6 objawów męskiej „agresji nie wprost”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 sierpnia 2021
fot. kieferpix/iStock

Kobiety chętniej stosują strategię „komplementowania z drugim dnem”. Mówią: „Świetnie wyglądasz w tej sukience, kochanie! Cudownie ci maskuje brzuszek”. Mężczyźni stosują sarkazm, cichy sabotaż i milczenie. Jak to rozpoznać?

Jeśli myślisz, że tylko kobiety są mistrzyniami biernej agresji, jesteś w błędzie. Wprawdzie wydaje się, że to panowie dążą do bezpośredniego starcia i „walą” prosto między oczy argumentami, to jednak najnowsze badania pokazują, że wcale niekoniecznie. Według publikacji w „Journal of Physics” 30,19% ankietowanych mężczyzn i 31,92% kobiet odpowiedziało „tak” na pytanie: „Wolałbym zachować swój gniew dla siebie, niż skonfrontować osobę z jakimś problemem”. Co ciekawe aż 20,75 procent ankietowanych mężczyzn i tylko 14,89% pań odpowiedziało „zgadzam się” na pytanie „Używam dużo sarkazmu”. Co z tego wynika? Mężczyźni tak samo, jeśli nie bardziej, stosują bierną agresję.

Warto jednak na początek odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest bierna agresja?

Klinika Mayo amerykańska organizacja non profit zatrudniająca blisko 5 tysięcy lekarzy oraz naukowców definiuje zachowanie pasywno-agresywne jako „wzorzec pośredniego wyrażania negatywnych uczuć zamiast otwartego zajmowania się nimi. Istnieje rozbieżność między tym, co mówi pasywno-agresywna osoba, a tym, co robi”. Pasywną agresję można również scharakteryzować jako „gniew, wrogość lub wyuczoną bezradność w przebraniu”, czyli wyrażoną w pokrętny sposób z nadzieją, że… jakoś mi się to „upiecze”. Dlatego właśnie tak trudno poradzić sobie z biernym agresorem. Jego działania i słowa sprawiają nam dyskomfort, ale trudno uchwycić, co konkretnie go wywołuje. Trudno takiego człowieka złapać na konkretnym przykrym działaniu. Niby po wierzchu wszystko wygląda ok, a jednak w relacjach z nim czujemy dużo tłumionej złości i agresji.

1. Rozmyślna cisza

Jedną z najczęstszych form męskiej biernej agresji jest coś, co można nazwać: milczeniem lub milczącą urazą. Moja przyjaciółka twierdzi, że mąż często karze ją… ciszą. On milczy, macha ręką i zachowuje się tak, jakby marzył tylko o świętym spokoju. Czasem też obraża się, gdy przyjaciółka pyta go o coś już piąty raz. Nic więc dziwnego, że ona wtedy zaczyna czuć się winna, bo przecież myśli: „Może ja niepotrzebnie go tak ciśnieniuję?” Owszem, ciśnieniuje, bo on milczy i się obraża. Zupełnie inaczej sprawa by wyglądała, gdyby mąż powiedział wprost: „Kochanie, ja nie zrobię tego, o co mnie prosisz, bo nie potrafię”, albo nawet: ”Nie zrobię tego, bo mi się dziś nie chce”.

To są słowa wprost i od razu wiadomo, na czym się stoi w tym sporze. Natomiast osoba pasywno-agresywny, zamiast werbalizować niezadowolenie, ucieka się do środków wywierania nacisku poprzez opór i kontrolę. Milczenie umożliwia jej unikać konfliktów oraz odpowiedzialności.

2. Fałszywe obietnice

Łatwym sposobem działania pasywno-agresywnego jest powiedzenie, a potem po prostu niedotrzymanie słowa. Opowiadają o tym wszystkie moje koleżanki, które słyszą od mężów: „tak, owszem wytrzepię ten dywan” albo „zreperuję zatkane kolanko w umywalce” i czekają na to, jak to się mówi do… śmierci. Maż natomiast wtedy czuje natychmiastową ulgę, że w ten sposób „zdjął sobie z pleców” ciśnienie i presję, a potem przez celowe zwlekanie ma nadzieję, że problem zostanie zapomniany. Czas jest tu wykorzystywany jako forma manipulacji i kontroli. Co ciekawe, jeśli taka „sztuczka” udaje się kilka razy, to bierny agresor może dojść do wniosku, że to jest jego ukryta moc, z której czerpie nawet satysfakcję, irytując innych brakiem odpowiedzialności. Wiesz już, o czym mówimy?

Zdarzało ci się czekać na odpowiedź szefa tygodniami w sprawie podwyżki. A co działo się, gdy dyskretnie upominałaś się, czy rozmawiał już w tej sprawie z odpowiednimi osobami? Kolejny raz zostałaś spławiona? Tak, to właśnie jest bierna agresja w najczystszej postaci.

3. Wymyślanie wymówek

Aby usprawiedliwić brak odpowiedzialności, bierny agresor często wylicza jak z nut – wymówki i te rzeczywiste i te wymyślone – by usprawiedliwić swoje niepowodzenie. To sprytne, bo w ten sposób odwraca uwagę od siebie. Co istotne, taka osoba, nigdy nie podaje sposobu, w jaki zamierza rozwiązać problem. Bo jak szef ci powie: „Niestety nie udało mi się z porozmawiać w twojej sprawie w dziele IT, by wymieniono ci sprzęt komputerowy na szybszy, ponieważ najpierw byłem na urlopie, ale już dzisiaj napisałem w tej sprawie maila i czekam na odpowiedź od Kowalskiego”, to jest okej. Gorzej, jeśli szef odpowiada mętnie: „Od tygodnia jestem chory, za dużo spraw ma głowie, spytam o to, ale muszę najpierw ustalić do kogo napisać. W naszej firmie w tej kwestii panuje ogromny rozgardiasz. Sama wiesz, że w dziale IT zmieniono szefa i nie wiadomo już kto się tym zajmuje…”. Cóż, jeśli coś takiego cię spotkało, to możesz mieć do czynienia z biernym agresorem.

4. Przerzucanie winy

Inną taktyką związaną z wymyślaniem wymówek jest obwinianie innych za własne niedociągnięcia. Taki mężczyzna często stawia siebie w świetle „ofiary”, co akcentuje, mówiąc: „Nic nie mogę na to poradzić, że cieknie woda z kranu, to wina tego fachowca, co przyszedł i wszystko popsuł”. Brzmi znajomo? Niestety wzruszanie ramionami w ważnej dla ciebie kwestii, to też jest biera agresja.

5. Cięty sarkazm

Mężczyźni częściej od kobiet używają sarkastycznych żartów, by wprowadzić rozmówcę w zakłopotanie. Moja przyjaciółka miała szefa, który często do niej mówił niby na wesoło: „Szczegóły twojej niekompetencji kompletnie mnie nie obchodzą”. Wszyscy zarykiwali się ze śmiechu, kiedy to słyszeli, bo szef oczywiście mówił to przy publiczności. A moja przyjaciółka czuła się poniżona, ale odpuszczała. Ba, ona nawet śmiała się z innymi pracownikami, gdy słyszała takie złośliwości na swój temat. Zasadniczo, nie dochodziła dalej swoich racji. A to przecież nie było nic innego jak stosowanie biernej agresji w celu uzyskania przewagi psychologicznej. Gdy dochodziło do konfrontacji, jej szef łatwo mógł przecież mógł „wycofać się” i powiedzieć „nie znasz się na żartach?” A tak naprawdę był to jego sposób na zastraszanie i wykorzystywanie pracowników.

6. Cichy sabotaż

Ten typ działania jest już bardziej perfidny. Polega na celowym sabotowaniu twoich działań, przy jednoczesnym unikaniu konfrontacji. Zdarzyło ci się, że ktoś w pracy nie poinformował cię celowo o przeniesieniu terminu albo godziny ważnego spotkania i musiałaś potem tłumaczyć się gęsto, dlaczego nie dotarłaś? Po co to zrobił? Na złość albo dla własnych korzyści.

Czasem każdy z nas jest złośliwy, ale…

Jeśli zdarza się to od czasu do czasu, w porządku. Wszyscy czasami jesteśmy ludźmi i zachowujemy się mało elegancko albo przykro. Ale jeśli zachowania bierno-agresywne stają się nagminne, jest kłopot. Niestety osoba patologicznie pasywno-agresywna będzie regularnie uciekać się do jednej lub więcej z poniższych machinacji, bez świadomości i troski o to, jak negatywnie wpływa to na relacje z drugą osobą.


Zobacz także

Seks analny. Na ile ten rodzaj przyjemności jest bezpieczny?

Zestarzeć się razem – cudowne doświadczenie miłości dojrzałej

Zamordowałam męża – kata, ale to nie ja byłam sądzona jako ofiara. Odsiedziałam kawał życia przez drania, który nie potrafił być człowiekiem