Lifestyle

„Kontrolowałam, rozliczałam, byłam wredna. Byłam niewolnikiem”. Jak można stracić prawdziwe życie zostając szefową     

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
28 czerwca 2021
fot. skynesher/iStock
 

Jakiś gość kiedyś na imprezie do mnie podszedł i mówi „hej dawaj koks!”. Nie wiedziałam o co mu chodzi. „No dawaj, przecież widać, że jesteś koksownik”. Nie rozumiałam o co chodzi. Nic nigdy nie brałam. Dopiero kiedy miałam spotkanie z człowiekiem na innym, wymagającym stanowisku, zobaczyłam jego na wpół przymknięte oczy, nieprzytomne ze zmęczenia, że ledwo kojarzy co mówię, wtedy zrozumiałam. Tak wyglądamy, jak koksownicy.

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Przez lata stanowiska najwyższe, menadżerskie, były zarezerwowane tylko dla mężczyzn. Dzisiaj i my możemy się cieszyć władzą. I jak nam z tym?

Na początku super. Wszyscy gratulują, esemesy i telefony się urywają, rodzina puchnie z dumy. Już pojawiają się plany, co się kupi, gdzie zainwestuje, gdzie pojedzie, ile zaoszczędzi, gdzie wyśle się dzieci do szkół i na jakie kursy. Potem, już gdy emocje opadną, rodzina zauważa, że jest nas coraz mniej i nie chodzi tu o wagę, bo waga nam idzie, ale w górę. Obowiązkowe lunche i kolacje robią swoje. Do tego trzeba znaleźć czas na jakiś fitness lub siłkę, bo wejście na dietę to słaba wizja. No chyba, że upór na dietę pudełkową, ale już nie raz widziałam zapał i potem rozdawanie jej innym pracownikom. Tak, więc z tym „im więcej ciebie tym mniej” jak śpiewała Natalia Kukulska, to więcej w obwodzie, a mniej w domu i dla rodziny. Delegacje, wyjazdy, spotkania. Zaczynamy być gościem w domu, a concierge w hotelu ma z nami bliższy kontakt niż mąż. Zmienia się nam też nastrój. Brakuje czasu na wszystko, już nie mówiąc o wspólnej kolacji czy seksie. Generalnie padamy lub zaczynamy cierpieć na obniżenie libida. Oczywiście krzyczymy, że to wina partnera, ale tak naprawdę jesteśmy złe same na siebie. Nie tak miało być.

Na stanowiskach jesteśmy równe z mężczyznami. Zaczynamy też z nimi konkurować i udowadniać swoje, do upadłego. Tutaj zaczyna się ring, na który wchodzimy, nadziewając na swoje rączki rękawice bokserskie i walimy, ile się da, aż osiągniemy cel. W pracy nie ma przyjaźni, bo nawet gdy chcemy być fajne i równe, a w sumie tak naprawdę udowodnić wszystkim i sobie, że nic się nie zmieniło, to się zmieniło. Wydajemy polecenia, rozliczamy i kontrolujemy. W ten sposób walczymy o swoje przetrwanie na tym stanowisku, o premię i o potwierdzenie w centrali, że dobrze w nas zainwestowali. Sentymenty i wrażliwość, skrupuły lądują w śmietniku.

Jesteśmy w energii męskiej

Z kobiet ciepłych, miłych i empatycznych stajemy się ciężkie. Prawimy kazania, pouczamy, nauczamy, szkolimy, wymagamy, patrzymy na ręce. Nie lubimy większych grup w pracy tzw. kółek różańcowych. Obawiamy się, że mogą coś powiedzieć przeciwko nam, oceniać, wyśmiewać. Gdy się takie zawiązują, to już myślimy, jak je rozbić, aby nie było przewagi w firmie. Aby ktoś nie nadszarpnął naszego autorytetu. Stanowisko jest fajne, ale utrzymanie się na tej gałęzi, na której zawsze wiatr najmocniej wieje, to sztuka.

Sztuka manipulacji, kłamstw, przekupstwa, patrzenia na człowieka jak na przedmiot, robota, który ma wykonać zadanie i przynieść to, co najlepsze dla nas. Który zapracuje na nasz sukces. Jeśli się nie sprawdzi, to do wymiany. Jego pobudki osobiste i problemy nie są sprawą firmy. Z tą „ciężkością” to nie tylko w zachowaniu, ale też i w poruszaniu się.

Kiedyś zwróciłam uwagę, jak idzie moja szefowa. Jeszcze jej nie było widać, a już słychać. Ciężki krok jak konia pociągowego. Jak tarpan. Jakby nosiła wory cementu na plecach. Po latach ktoś mi powiedział to samo. „To ty szłaś? Boże, jak ciężko chodzisz”. Gdzieś z tymi funkcjami i sukcesami zmienił mi się krok z lekkiego i tanecznego, na krok konia pociągowego. Tak, ciągnęłam niezły kawał odpowiedzialności na swoich barkach. Tańczyć też przestałam umieć. Zmienia się nam także twarz. Tężeje od zaciskania szczęk ze stresu, oczy ze zmęczenia są na wpół domknięte.

Jakiś gość kiedyś na imprezie do mnie podszedł i mówi „hej dawaj koks!”. Nie wiedziałam o co mu chodzi. „No dawaj, przecież widać, że jesteś koksownik”. Nie rozumiałam, o co chodzi. Nic nigdy nie brałam. Dopiero kiedy miałam spotkanie z człowiekiem na innym, wymagającym stanowisku, zobaczyłam jego na wpół przymknięte oczy, nieprzytomne ze zmęczenia, że ledwo kojarzy co mówię, wtedy zrozumiałam. Tak wyglądamy, jak koksownicy.

To wszystko przenosi się na dom. Na mężczyznę i na dziecko

Zaczynamy przenosić nasze problemy z pracy do domu. Żeby się chociaż wygadać. Często nie znajdujemy zrozumienia. Więc już nic nie mówimy i trzymamy emocje w sobie. Zarządzanie przenosimy także na grunt domowy. Wydajemy polecenia, rozliczamy, kontrolujemy, sprawdzamy, bo przecież nieufność z pracy przechodzi nam na dom. Wtedy stajemy się prezesem w domu. Przestajemy widzieć, że już jeden prezes jest, czyli nasz mężczyzna. Atmosfera zaczyna gęstnieć. On słabo znosi nasze zarządzanie i konkurowanie z nim,  zaczynają się awantury. Nie wygra z tobą, bo znasz wszystkie chwyty. Skoro w pracy wygrywasz, to tutaj też.

Tracisz z czasem jakikolwiek szacunek do mężczyzn, hierarchii. Twoje musi być na wierzchu. Zaczynasz wchodzić w rolę mężczyzny: kupujesz, planujesz, zarządzasz i patrzysz aby było według twojego planu. Głos innych jest kwileniem piskląt, który nie ma dla ciebie znaczenia. Z resztą i tak słyszysz, rozumiesz i robisz to, co ty chcesz. Reszta jest nieistotna. Ten czas kariery i wszystko – wiedzenia jest twój.

Doradzasz także i poza domem. Rodzinie, przyjaciołom

Obojętnie czy ktoś cię prosił, czy nie. Nikt nie ma prawa powiedzieć, że nie potrzebuje twoich rad, niektórzy się ciebie nawet boją. I dobrze. Boją się w pracy, niech się boją i poza.  Rodzina przeżywa stres, kiedy wracasz do domu, bo wszystko wypatrzysz. Jesteś jak „test białej rękawiczki” szukasz zaczepki, aby się wyładować. Rozliczysz ze wszystkiego nawet matkę i ojca. Jaki jest dom, co w nim jest. A zresztą, co oni tam wiedzą. Słowa „człowiek”  i „szacunek” nie mają znaczenia. Masz jednego boga, to jest twój szef i właściciel. Płaci i wymaga, a ty jesteś posłuszna. Ma dostęp do ciebie przez całą dobę. Na wakacjach też, bo po co ci wakacje? Odpoczywasz według wizji szefa w pracy. Jesteś super luksusowym niewolnikiem. Mówi się, że ludzie którzy pracują w korpo, byli w poprzednim życiu w obozie koncentracyjnym. Coś w tym jest. Robienie wszystkiego, aby przeżyć. Tworzenie getta. Człowiek człowiekowi.

Z czasem czujesz coraz większe zmęczenie, nawet wypłata nie przynosi już radości. Pustkę, stres i nerwy odreagowujesz zakupami, wycieczkami. Tylko to działa na pięć minut. Chwila radości, aby znowu popaść w stres i bezsens życia. Jest i tak, że najbliżsi się odsuwają, bo nie ma z tobą kontaktu. Coraz mniej się widzi i czuje. Zaczynasz być outsiderem. Jesteś sama ze swoimi problemami i emocjami. Zaczynasz się wypalać zawodowo i uczuciowo. Nie ma nikogo, kto cię przytuli i szczerze z tobą porozmawia. Zaczynasz szukać pomocy u psychoterapeutów, szukasz terapii. Gdzieś się pogubiłaś. Tylko kiedy? Bo nie pamiętasz.

Świetny pracownik staje się kaleką emocjonalną

Ludzie zaczynają być z tobą dla pieniędzy i interesów. Słowo „bezinteresowny” staje się mitem. A przecież tak kiedyś było pięknie. Dom pełen śmiechu i radości jest teraz pusty i cichy, a partner grozi rozwodem. Po co nam to? Gdzie są granice? Dlaczego tak się zapominamy i oddajemy w całości? Zmiana partnera? Nawet jeśli pojawi się najlepszy model, to też odejdzie, bo nie wytrzyma. Z drugim facetem w spódnicy. Z naszą ciężkością i zarządzaniem. Nawet życie w złotej klatce nie będzie go satysfakcjonować. Wszystko ma swoją cenę, a największą i najwyższą płacisz ty. Bo tracisz siebie.

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła


Lifestyle

Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
6 lipca 2021
fot. Asia-Pacific Images Studio/iStock
 

Dzwoni twój szef lub woła do siebie, do gabinetu. Najczęściej już mamy stres, bo nie wiemy, o co chodzi. Właśnie dowiadujesz się, że dostajesz zadanie do zrobienia na już, albo na wczoraj. Jakby nagle spadło z nieba. Nie ma wymówek, że masz inne priorytety. Wcześniej obiecałaś coś dziecku, mężowi, przyjaciołom. Trudno. Trzeba odwołać. Pracujesz w korpo, a tu szef jest tylko jeden. Znasz to? 

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Pal sześć, gdy siedzimy po nocach i robimy tak, aby na następny dzień okazało się to potrzebne. Bo naprawdę było ważne. A co, kiedy trafia do szuflady? A szef mówi „dobrze, ale priorytety nam się zmieniły”. Wrrrr…

Nie raz zastanawiałam się, dlaczego w korporacji ciągle brakuje czasu i najważniejsze rzeczy są robione na ostatnią chwilę lub wszystko na raz. Tak, jakby był to instrument władzy nad nami, zasługiwania, pokazania, czy się nadajemy i czy sprostamy? Kolejny egzamin do zdania. Przecież to nie jest tak, że nagle jest pomysł i dawaj, zrób to! No chyba, że ktoś nie potrafi zarządzać i ma chaos wokół siebie. Wszystko w korpo ma swoje planowanie, ma kalendarz, czas. Mam wrażenie, że przetrzymywanie projektu do ostatniej chwili, to taki bacik, którym się sprawdza czyjąś lojalność, oddanie i pracowitość. Nie zapominajmy, że korpo to wielka szkoła manipulacji. Każdy, kto ma kontakt z korpo powinien mieć obkutego „Księcia” Machiavellego. Jeszcze dobrze, gdy pod naszą pracą, dobrze wykonanym zadaniem, możemy się podpisać. Zdarza się, że kto inny przypisuje sobie nasz genialny pomysł i rozwiązanie lub uzurpuje sobie do tego prawo.

No więc dostajemy to zadanie z terminem na wczoraj. A co na to my? Oczywiście godzimy się na ten „chory pomysł czasowy”. Godzimy się, bo zależy nam na pracy, stanowisku, uznaniu, pieniądzach. Przecież gramy w jednej drużynie i szefowi trzeba pomóc. Jesteśmy częścią zespołu. Ile z was powie przełożonemu NIE? No nie widzę lasu rąk😊. Tak więc, pokornie bierzemy robótkę do domu i siedzimy przez weekend, noce, aby sprostać wymaganiom zadania. Ten obowiązek nie dotyczy tylko pracowników niższych szczebli, ale każdego, kto pracuje w korpo. Prezesi też mają takie zadania od innych… swoich patronów. O patronach prezesów będzie w innym odcinku.

Jesteśmy w stresie. Dom postawiony na nogi, bo nie można żonie, mamie przeszkadzać. Nie mamy głowy do obiadu. No dobra, niektóre z nas są multizadaniowe to i jeszcze ogarniemy obiad, lekcje dziecka, męża, zakupy. Ale generalnie nasza równowaga i spokój psychiczny jest zakłócony, a czas który planowałyśmy dla siebie i rodziny, uleciał niby powietrze z balonika. Potrzebujemy ciszy i zrozumienia, a czasem rodzina tego nie rozumie. Bo coś innego obiecałaś… Przestajesz być wtedy też miła i wyrozumiała dla wszystkich, bo twój organizm ma już strażników korporacyjnych – strach i stres – dla których musisz wykonać zadanie. Jeszcze myśli w twojej głowie, czy na pewno podołasz i z kim by to z kolegów/koleżanek z firmy skonsultować, czy jest dobrze napisane? Przecież zawsze potrzebujemy czyjegoś potwierdzenia.

Takie zadanie w ostatniej chwili, to niezły sprawdzian dla nas i naszej wytrzymałości na stres i pracę pod presją. Szef jeszcze lubi w czasie weekendu zadzwonić parę razy, aby skontrolować i upewnić się, czy na pewno pamiętasz i czy robisz? No i moje ulubione… Czyli w chwili, gdy wszystko gotowe, dzwoni, że mu się koncepcja zmieniła i ta będzie lepsza. Pod twoim nosem tylko płyną nieme przekleństwa i pomstowania. Obiecujesz sobie, że to ostatni raz… Obiecujesz sobie i rodzinie, że jakoś im to wynagrodzisz.

A co, gdy takie sytuacje zdarzają się permanentne? Zaczynają się zgrzyty z partnerem, że praca jest ważniejsza, że jesteś jednym z tych korpoludków, że nie szanujesz rodziny i nic dla Ciebie nie znaczą? Znaczą. Ale Ty też chciałaś tej kariery, a pieniądze dają tę ulubioną przez wszystkich niezależność, no i zawsze lżej z domowym budżetem. Pieniądze zawsze się miło wydaje, ale w korpo jest coś za coś. Twój czas, oddanie, czasem i poświęcenie rodziny za pracę, awanse i kasę.

Pamiętam, jak dostałam list intencyjny od jednej z wielkich firm. W liście było stanowisko i wysokość wynagrodzenia oraz premie. Pokazałam wtedy mojemu partnerowi. Zapytałam się „czy jesteś tego pewien, że tego chcemy?”, „czy wytrzymasz w domu z menadżerką z taką odpowiedzialnością za firmę, prawie w ogóle mnie nie będzie, a głowę i myśli będę miała 24h na dobę w korpo?”. Odpowiedź była natychmiastowa „Bierz. Tyle kasy i na pewno się sprawdzisz”. Fajnie, że partner wierzy w Ciebie. Pieniądze i stanowisko dają poczucie władzy i wręcz nieomylności. Natomiast jest to pakt za Twój czas i wyłączność. Jesteś dla korpo, nie dla innych. Jesteś już niewolnikiem. Oddajesz siebie i część życia, zdrowia, jesteś dyspozycyjna. Wszystko, czego chcą, MUSISZ, a nie CHCESZ wykonać. Zadania na wczoraj i na przedwczoraj. Jesteś jak żołnierz, który ma wykonać rozkazy, a Twoje uczucia i emocje nie są istotne. Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się.”

Oooo tak. Korpo zmienia ludzi. O tym innym razem. Najbardziej krucho jest właśnie z czasem. Spóźnienia na spotkania lub trzy spotkania na jedną godzinę, bo wszyscy są ważni. Oczywiście, to kwestia poukładania priorytetów, jednak czasem w życiu jest wszystko ważne. I nie raz się żałuje, że się nie ma czarodziejskiego pierścienia Arabelli, który pomagał się przenieść momentalnie w inne miejsce, lub peleryny Rumburaka. Kiedyś kolega siedzący pod moim gabinetem przez dwie godziny, a przyjechał punktualnie, tylko ja się nie wyrabiałam, powiedział „masz helikopter w ogniu.”

Czas jest tym czego najbardziej brakuje. I czasu się nie da cofnąć, zmienić. Przemija, a z nim chwile, których naprawdę chcielibyśmy doświadczyć jak uśmiech dziecka, radość i miłość partnera. Chociaż są tacy, którzy twierdzą, że czas nie istnieje. Ja „znalazłam” czas gdy zaczęłam medytować, układać inaczej swoje priorytety i nie czuć się niezastąpioną. Kiedy zaczęłam kochać siebie i szanować. Zaczęłam dzielić się tym co mam do zrobienia i odmawiać pomysłów z sufitu. Na początku obawiałam się reakcji. Okazało się, że im bardziej ktoś się ceni i kocha siebie, to staje się mniejszym śmietnikiem na potrzeby i chciejstwa innych. Nagle zaczęłam znajdować czas dla siebie i na swoje potrzeby, a życie przestało rzucać we mnie talerzami, gdzie wszystkie chciałam połapać w powietrzu. Dużo od nas zależy i jak siebie traktujemy. Czy żyjemy w strachu przed szefem, czy przyjmujemy na siebie karmę niewolnika i rolę ofiary? Ludzie to czują i wrzucają nam jeszcze więcej, bo wiedzą, że nie odmówimy. A gdzie nasze granice i asertywność? Czy życie jest warte tych pieniędzy i braku czasu dla siebie i najbliższych?

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła

 


Lifestyle

Wszystko dla mojej matki. To jej niespełnione ambicje realizowałam, czyli jak zrobiłam karierę w korpo i zostałam kobietą bez serca

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
23 czerwca 2021
Photo by Jodie Cook on Unsplash

To nie jest tak, że każdy nadaje się do korporacji. Miejsca, gdzie jest twarda gra i brak skrupułów. Gdzie nie patrzy się na nikogo, tylko na siebie. Podobno takie są zasady prawdziwego życia. A przecież każdy kto przychodzi na ten świat jest cudem. To potem nasiąkamy tymi różnymi, mniej lub bardziej fajnymi, rzeczami po drodze. Mamy zasiewane nasionka, które trafiają na mniej lub bardziej podatny grunt: zarządzania i rządzenia rzędem dusz!

Zapraszamy na pierwszy odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

My, menadżerki, najczęściej pochodzimy z małych miast i miasteczek… Czasem mamy rodziców: mamę lub tatę, którzy mają wysokie oczekiwania względem dziecka. Właśnie, oczekiwania, aby spełniało się ich niespełnione ambicje. Są też tacy rodzice, którzy udowadniają, że ich ukochana pociecha w życiu sobie z niczym nie poradzi.

Otóż ja trafiłam na wszystkie trzy czynniki na raz. Szczęściara. Mama, wiecznie tęskniąca za wielkim światem i przez to wymagająca, aby córka była światowa, „na poziomie” i pokazała wszystkim, ile znaczy. No i tato, który stwierdził, że świetnie się sprawdzę, ale w konserwacji powierzchni płaskich i to mi wystarczy. Do tego przeniesiona z dużego miasta na pipidówkę, grzałam opony do jak najszybszego skoku na głęboką wodę. Byle jak najdalej dalej stąd. Już teraz.

Brak skrupułów i zimna krew u menadżerek nie są wyssane z mlekiem matki. To długi proces. Od dziewczyny bardzo empatycznej do żyjącej jak bezduszny robot, to u mnie czas około dwudziestu lat. Zaczynałam od stanowiska pracownika szeregowego, skończyłam jako członek zarządu w jednej z największych grup kapitałowych. Osiągnęłam to dzięki: ambicji, ludziom, szczęściu, wytrwałości i potrzebie spełnienie marzeń. Bo o tym mimo wszystko marzyłam na tym etapie życia.

Miałam kiedyś, w jednej z międzynarodowych firm, w których pracowałam przygotowaną przez moich przełożonych ocenę. Mnie jako pracownika. Pisało ją trzech moich menadżerów, co podobno było ewenementem, niemniej jednak każdy chciał się wypowiedzieć na mój temat. Wow. Oprócz podkreślenia, że szybko się adaptuję i umiem doskonale współpracować, napisano że „zbyt łatwo się mnie czyta”. Oznaczało to, że zdradzam zbyt wiele emocji, szczególnie na twarzy, co jest w korpo sporą wadą. Ciekawe, że nawet mój eksmąż mi o tym mówił, że ta moja otwartość i empatia to jest coś złego. A chyba to właśnie jest ludzkie i autentyczne? No więc wracając do wątku, mam ćwiczyć „poker face”. Tak dosłownie napisano. Od „poker face” do przedmiotowego traktowania ludzi i wykonywania zadań jak żołnierz – na rozkaz i bez zastanowienia – jeden krok.

Wyćwiczyłam sobie twarz. Nie tylko ten „poker face”, ale i „uśmiech jokera”. I nie chodzi tu o nieudane powiększenie ust. Bez względu na sytuację byłam jak skała. O tym jak wracałam do siebie po latach i na drogę normalności, napiszę w kolejnych odcinkach. Trafiłam do branż, podobno przypadek nie istnieje, ściśle męskich. Przemysł, energetyka, ropa i gaz. Sami faceci. Kobiet co kot napłakał, a jeśli już były, to wywiązywała się niezwykła konkurencja. Kobieta kobiecie wrogiem. I to mściwym i pamiętliwym.

Królowa jest jedna! Każda chciała być najlepsza, po to aby „zasłużyć”… i przypodobać się pryncypałom. Kocham to słowo szczególnie gdy rozbija się je na części pierwsze. Zadziwiające, że kiedyś kobiety były razem i się wspierały, a teraz jest konkurs piękności i przebiegłości, która którą wyautuje.

Nawet nie sądzę, że to jest wpływ mężczyzn, bardziej same sobie to robimy. Bo ciągle nam się wydaje, że jesteśmy niewystarczające, nie akceptujemy siebie, porównujemy się do innych. Wciąż chcemy coś udowadniać i pokazywać naszą zajebistość i wyjątkowość. Uff. W ten sposób kobieta właśnie staję się powoli mężczyzną. Zaczyna żyć i działać w męskiej energii. Od nie szanowania siebie i innych kobiet jest jeden krok do konkurencji na ringu z mężczyznami. Jeden do jednego. A następnie do braku szacunku także do mężczyzn. Od szefa po męża. Nie czujemy tego, że firmy to też takie zamknięte kręgi, gdzie kobiety powinny się integrować, móc się sobie wzajemnie zwierzać i ufać, wspierać. Niestety tam uczymy się zdradzać siebie i swoje ideały oraz pokazywać swoje, hodowane mięśnie. Wzajemnego zaufania zero, a wszystko wynika ze strachu i braku pewności siebie. Bo praca i to co powie przełożony jest najważniejsze.

Gdy zaczynałam pracę to moje branże były mocno seksistowskie, co dla młodej dziewczyny, atrakcyjnej i z ambicjami nie raz było trudne do przejścia obojętnie. Nie jedna łza poleciała, a koleżanki z pracy wykazywały się taką empatią, że za chwilę cała firma wiedziała co i kto mnie gnębi. Takie sytuacje betonują z czasem. Uodparniają, a z delikatnej kobiety zaczyna się robić babochłop, do którego bez kija nie podchodź. Trudno. Trzeba to przełknąć i iść dalej.

Miło było patrzeć jak mamusia klaskała z zachwytu, że córeczka awansowała i jeździła po świecie… a znajomi zazdrościli. Stawałam się gwiazdą domowych i towarzyskich spotkań. Pojawia się wtedy ego, które karmi się tymi sukcesami i chce więcej. To ono nas motywuje do tego, by: szybciej, więcej i lepiej. Nota bene, po latach zrozumiałam, że moje dwadzieścia lat kariery dedykowałam podświadomie mojej mamie, realizując jej wszystkie niespełnione ambicje i oczekiwania. A tacie chciałam udowodnić, że nie miał racji. To, jak nas rodzice potrafią zaprogramować jest lepsze niż jakakolwiek gra komputerowa. To zgrabny system, który pokazuje jaki ma być cel i jakie poszczególne etapy mają być zrealizowane. I są tylko dwie opcje: wygrasz lub przegrasz. Zasadą jest to, kto kogo „przeskoczy”? Nie chcę używać bardziej dosadnego słownictwa.

W korpo określenie „wyścig szczurów” jest jak najbardziej na miejscu i prawdziwy. Ważne, kto będzie prowadził, a kto zostanie z tyłu. Nie ma skrupułów. Trzeba być cwanym i sprytnym. Serce zostawisz w domu, choć z czasem w ogóle o nim zapominasz. Za serce są komputer, excel i power point. Ważne są strategie, chwyty – a wszystkie chwyty są dozwolone, sojusze, obozy władzy. Dla mnie pisanie o wysokiej etyce firmy, to jak banał korporacyjny, ponieważ większość ludzi w ogóle nie rozumie znaczenia tego słowa.

Zawsze podziwiałam ludzi, którzy tworzyli własne biznesy. Podziwiałam za odwagę i konsekwencję. Dla mnie to są zwycięzcy. Bez względu czy się udało czy nie. Liczy się odwaga i wizja. Korpo to dla mnie piramida i nieodłącznie kojarzy mi się z Mordorem i Orkami. W Warszawie jest nawet takie określenie na jedno z największych centrów biznesowych. Swojego czasu, gdy tam pracowałam – tak też byłam Orkiem pod okiem Saurona – wydawano gazetę
„Głos Mordoru – gazeta dla korpoludków żyjących na ASAPie” (as soon is possible). Hihihi. O pośpiechu w korpo i w życiu będzie w kolejnym odcinku. A w gazetce, o ironio, pisali głównie jak zwiać z korpo.

No i najważniejsze w korpo KONTROLA i PLAN. Plan i kalendarz muszą być zgodne. Plan ma być wykonany. Jak to mówią biznesowi coache „plan jest jak okrąg, jak cykl. Musi być dopięty. Choćby skały s…y. Wtedy widać efektywność. Po co jesteś.”. Rano się człowiek budzi i już wie co ma robić i to biegusiem. Nie myślenie i planowanie pysznego śniadanka, i smacznej kawusi tylko to co firma chce. Tym bardziej, że za chwilę rozdzwonią się telefony, na pewno pierwszy będzie ten od szefa, i trzeba coś zaraportować i pokazać że „się kontroluje sytuację”. Moim ulubionym był telefon o trzeciej w nocy – nie jedyny w moim życiu – z pytaniem „czy ty kontrolujesz sytuację zgodnie z planem?”. Miodzio. Do rana już się nie śpi.

Dlatego Kochani, menadżerka, a może czasem wręcz korposuka, to proces sukcesywnego tworzenia samo – dzieła. Dzieła podszytego strachem, brakiem poczucia własnej wartości, niewolnictwa, braku miłości do siebie. To człowiek człowiekowi ten los… Sami sobie to fundujemy i zgadzamy się na przesuwanie naszych granic wytrzymałości psychicznej, moralnej, wartości. Możliwe, że są samorodki, ale ja takich nie znam. Gdy po długim czasie spotykamy jakąś naszą koleżankę, która właśnie weszła na najwyższy szczebel kariery w korpo, a znamy ją z czasów kiedy była fajną i skromną dziewczyną… To jakoś jest znajoma, a jednocześnie już bardzo obca i oficjalna. Ciśnie nam się na usta „ale się zmieniłaś” i nie chodzi o wygląd i nowe zęby.

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła